sobota, 31 października 2015

EUCHARIST: zwiewny szwedzki death metal

Ładny akustyczny wstęp na gitarze zachęca do posłuchania tej płyty nie tylko fanów szwedzkiego death metalu, ale także miłośników piosenki harcerskiej. Jako harcerz nie mogłem tej płyty odpuścić i dość szybko się nią zainteresowałem. O czym mowa? O debiutanckim albumie „A Velvet Creation” EUCHARIST wydanym w 1993 roku.


Bez wątpienia mamy tu do czynienia z melodyjnym death metalem. Melodyjnym, ale jednocześnie surowym, chropowatym i obskurnym. Te melodie są jak przydrożne prostytutki – nawet jeśli ładne i efektowne z daleka, to z bliska śmierdzą i budzą obrzydzenie. To czym trudno zachwycić się u kobiet, dodaje uroku jednak muzyce – a szczególnie gdy to jest szwedzki death metal. 
Lubię to spartańskie brzmienie perkusji (jakby ktoś zatrzaskiwał drzwi od Nysy), te przybrudzone gitary o thrash metalowym rodowodzie i zdarte wokalizy ma pograniczu death i black metalowej estetyki. Gdyby ten krążek współcześnie wymuskać i dopieścić go w dobrym studiu byłby pewnie, przynajmniej dla mnie, zupełnie niestrawny – a tak, wracam do niego od czasu do czasu z niekłamaną przyjemnością.
W 1997 roku EUCHARIST wydał drugą płytę z bardziej nasterydowanym, tłuściejszym i pełniejszym brzmieniem. Pewnie z punktu widzenia realizacji dźwięku płyta brzmiała lepiej, a sami muzycy byli z niej dumni. Mnie ten album jednak nie porwał – ot, poprawny melodyjny szwedzki death metal jakich wiele.

piątek, 30 października 2015

UNANIMATED: Między deathowym ciężarem, a black metalową melodyką

Unanimated należy do moich ulubionych zespołów parających się melodyjnym szwedzkim graniem. W 1993 No Fashion Records (która celowała w melodyjną szwedziznę) wydała im debiutancki album „In the Forest of the Dreaming Dead”.


Podoba mi się zarówno brzmienie tego krążka jak i sposób aplikowania owej warstwy melodycznej – nie przez jednostajne i natrętnie bzyczące melodyjne gitary, ale w dawkach różniących się wielkością, natężeniem i konsystencją. Gdyby melodia była antybiotykiem to Unanimated nie przebijałaby nam żyły i nie sączył go jednostajnie z kroplówki. Z pewnością moglibyśmy liczyć na zastrzyki, pigułki, płyny musujące, syropy i czopki. W przypadki antybiotyku byłoby zdrowiej dla żołądka, w przypadku muzyki – jest zdrowiej dla uszu. „„In the Forest...” to kawał dobrze wyważonego szwedzkiego death metalu. Melodyjnego – ale jednocześnie w jakiś sposób mrocznego i brutalnego. Nawet to archaiczne brzmienie klawiszy w „Fire Storm” współtworzy lekko upiorny klimat tego krążka.

Meloblackodeath

Dwa lata po debiucie zespół wydał drugi album - „Ancient God of Evil”, również wpisujący się zarówno w estetykę melodyjnego szwedzkiego death metalu jak i w profil wydawniczy No Fashion Records. Płyta muzycznie jak i wokalnie stoi w rozkroku pomiędzy melodyjnym szwedzkim death metalem, a melodyjnym szwedzkim black metalem – spod znaku wyrobów dissectionpodobnych. Nie piszę tego jednak z przekąsem – mimo że wolę debiut to i tak uważam „Ancient God of Evil” za bardzo dobrą płytę – pewnie jedną z najlepszych z takiego grania.

Udana reaktywacja

Unanimated reaktywowali się i w roku 2008 na fali sentymentów powrócili z płytą „In the Light of Darkness”- cięższą, zróżnicowaną, bardziej rozbudowaną i diabelską w warstwie wokalnej. Naprawdę świetny powrót – zafundowali klasowy krążek, który bez kompleksów można postawić obok dwóch poprzednich płyt z ich dyskografii.

GRAVE: Death metal prosto z grobu

Po raz pierwszy usłyszałem GRAVE na TAKT-owskiej kasecie z kompilacją „In The Eye Of Death”, która zamiotła mnie bardziej niż fryzjer podłogę po zakończeniu strzyżenia. Trzy utwory Unleashed i po dwa: Tiamat, Asphyx, Grave i Loudblast. Dla mnie, wówczas nastoletniego metalowczyka z fryzurą pazia Królowej Bony, przesłuchanie tej kasety było jak zastrzyk z heroiny, początkujący wieczny głód muzyki death metalowej i całkowite od niej uzależnienie.


Wkrótce przechwyciłem od kolegi zgrany na kasecie BASF debiut Grave, który wydał mi się najwspanialej brzmiącą muzyką na świecie. Myślałem, że oni nie grają na gitarach z normalnymi strunami – wizualizowałem sobie, że te struny muszę być grubsze, mniej naciągnięte, a może także porośnięte czarną szczeciną. No i do tego wokal – jeszcze lepszy niż na wspomnianej składance – dobywający się z głębi gnijących trzewi, niski, brutalny i … grobowy. Powalające były też riffy i sposób ich wyeksponowania – kochałem te momenty gdy milkła sekcja rytmiczna, gitara grała jakiś motyw, a później wchodziły bębny i dźwięk dobywający się głośników mojego magnetofonu wbijał mnie w ziemię jak młot gwóźdź w spróchniałą deskę. Te cudownie porywające i nieludzko ciężkie riffy – jak choćby ten rozpoczynający „Hating Life” na zawsze zapisały się w mojej pamięci jako jedne z najbardziej ekscytujących w skali europejskiego death metalu.
Kasetą „ You'll Never See...” byłem zachwycony zanim włożyłem ją do odtwarzacza. Okładka była po prostu przepiękna, a sposób wydanie kasety przez Metal Mind kwalifikował ją do grona największych wizualnych perełek w mojej kolekcji. Gdy rozbrzmiał pierwszy, tytułowy utwór to z miejsca oszalałem na punkcie tej płyty – mimo całego uwielbienia dla debiutu – chyba po dziś uważam ją za największe dokonanie w dziejach tej kapeli.
Inaczej miałem z „Souless” - okładka wzbudziła nieufność, a muzyka ją potwierdziła. Na tej płycie GRAVE wydał mi się pozbawiony ciężaru – nazbyt chwytliwy, przewidywalny i banalny. Owszem, słuchałem tej płyt, a z czasem zacząłem ją doceniać – jednak po You'll Never See... trudno było nie traktować jej jako oznaki lekkiego spadku formy. Dziś, po 21 latach od jej premiery oceniam ją dużo łagodniej – wracam regularnie i to co kiedyś poczytywałem za jej słabość, dziś odbieram jako przejaw indywidualności i własnego charakteru.
„Hating Life” to bez wątpienia najmniej udana pozycja w dyskografii tego zespołu – był rok 1996 – klasyczny szwedzki death metal odchodził do lamusa, a na scenie królowały kapele groove poszukujące nowych brzmień i asymilujące inne gatunku muzyczne (hardcore, rap, industrial). Z drugiej strony triumfy święcił black metal, a niektóre zespoły z tego nurtu zmywały już z twarzy farby plakatowe i zaczynały dryfować w kierunku mainstreamu. Chłopakom z GRAVE przyszło do głowy by zagrać nowocześniej, bardziej groove, a tradycyjny growling zmienić w zadziorny krzyk. Wyszło słabo. Bardzo słabo. I głównie logo „GRAVE” na okładce sprawia, że mam ten album w swojej kolekcji.
Po tej płycie GRAVE zamilkł już do końca tysiąclecia. Wrócił jednak i jak dotąd nigdy nie dał plamy. Ale to już historia na inną, bardziej współczesną opowieść

środa, 28 października 2015

IN THE WOODS: Nocy spacer po lesie

Absolutnie niepowtarzalna i genialna płyta, która wiele dla mnie znaczy. Piękna, przerażająca, mroczna – pachnąca późną jesienią i mgłą opadającą na igliwie, które zdążyły już zrzucić z siebie drzewa. Idealny soundtrack do spacerów nocą po lesie. 

Album trochę zapomniany i niedoceniany, nic dziwnego – kto nocami chodzi po lesie? Niedawno jakaś kobieta próbowała biegać po zmroku w Kabatach i nie skończyło się to najlepiej.
Zresztą, akcja tego krążka nie dzieje się ani w Kabatach, ani Parku Ujazdowskim. Puszcza Kampinoska też raczej nie wchodzi w grę. Tu mamy leśne ostępy, których nie tknęła jeszcze noga człowieka (jedyny, który się pojawił ginie w 7 minucie i 8 sekundzie rozszarpany na strzępy przez wilki. A szkoda, bo tak ładnie śpiewał przy ognisku natchniony i zakochany w otaczającej go przyrodzie).
Okładka doskonale oddaje klimat tego albumu – ponury wilgotny las i dławiący strach czający się między drzewami. Las, który nocą wydaje tysiące odgłosów niewiadomego pochodzenia, odgłosów, które niesie echo i wiatr. Nie wiemy czy ich źródło zaginęło przed tysiącami lat i żyje tylko we wspomnieniach drzew, czy może czai się za pobliskim zmurszałym pniem. Obok tych wszystkich złych emocji jest na tej płycie coś optymistycznego – wzniosłego i patetycznego w swojej wymowie. Jest chwila na marzenia i wędrówkę w chmurach, których choć nie widzimy to słyszymy, jak miękko przesuwają się nad lasem obcierając swym miękkim, wilgotnym podbrzuszem wierzchołki najwyższych drzew.

IN FLAMES: Dar do konstruowania melodii

IN FLAMES nigdy nie należeli do moich faworytów, ale potrafię wspiąć się na wyżyny obiektywizmu jak Mojżesz na górę Synaj i podobnie jak on z kamiennych tablic – odczytać z ich pierwszych plastikowych płyt - prawdę objawioną i ponadczasową. A brzmi ona – że to jedne z najlepszych pozycji w tzw. szwedzkim melodyjnym death metalu.


Tak, IN FLAMES dominowali w tym sporcie – nawet jeśli to był sport paraolimpijski. W swojej melodyjności nie byli tak wściekli i intensywni jak AT THE GATES, nie było diabelstwa, które cechowało choćby DISSECTION (a wiadomo, metal bez diabła to jak film pornograficzny bez kobiet. Nawet jeśli nagrany z rozmachem i dużym budżetem – adresowany jest do specyficznego grona odbiorców, którego stać na to by docenić walory estetyczne tego dzieła).
No dobrze, miałem być obiektywny – a obiektywizm mi podpowiada, że IN FLAMES mieli dar do konstruowania melodii, które naprawdę porywały – do zniewalających harmonii gitarowych i naprawdę bogatych i na swój sposób finezyjnych aranżacji, które mogły zachęcić do słuchania death metalu także te osoby, które wcześniej nie miały z tym gatunkiem nic wspólnego. Nie. To żaden zarzut.
Słucham właśnie ich debiutanckiej płyty „Lunar Strain” z roku 1994 i nie mam żadnych wątpliwości, że to płyta więcej niż dobra, nawet jeśli wylewają się niej tony słodyczy, a w pewnym momencie zaczyna śpiewać niewiasta – o głosie tak czystym i niewinnym jakby właśnie pająk krzyżak zaczął pleść pajęczynę na jej łonie.
Są na tej płycie folkowe wstawki, melodie rzewne i łkające, opierające się próbie czasu z takim samym wdziękiem jak pierś z kurczaka, której przed wyjazdem na weekend zapomniałem włożyć do lodówki. Jest jednak też masa energetycznych, zwartych i rasowych harmonii, gitarowych dialogów – sensowych, składnych i pełnych muzycznej erudycji. Jest szorstki i chropowaty wokal, są ekspresyjne partie solowe zagrane z finezją, polotem i rockowym natchnieniem. Są świetne przyśpieszenia, błyskotliwe riffy i brawurowe zwolnienia.
Niezależnie od indywidualnych upodobań i preferencji uważam, że IN FLAMES był zespołem nie tylko ważnym, ale i doskonałym na tym polu, na którym się poruszał. Niestety z czasem było coraz gorzej i chyba śmiało można powiedzieć, że z końcem tysiąclecia skończył się IN FLAMES, który w jakiś sposób był zespolony z muzyką ekstremalną (bo ekstremalny to on nigdy nie był).
Ich debiutu jednak warto posłuchać - The Jester Race to też dobra płyta (nawet jeśli nie w kategorii death metalu), na Whoracle było wyraźnie słabiej, ale na pewno nie tragicznie. Clayman to przyzwoita płyta, która nie przyniosła im wstydu. A później? Później odnieśli sukces, którego im szczerze gratuluję

GOD MACABRE: lekcja szwedzkiego death metalu

- Dawno dawno temu, w pierwszej połowie lat 90-tych grupa młodych Szwedów ....no zgadnijcie w jakim studiu? - pytam i rozglądam się po klasie.
- Sunlight Studio proszę pani – odpowiada Krzyś, malec z długimi włosami i w za dużej koszulce z logiem Entombed na wątłej piersi.

- Bardzo dobrze, cieszę się, że uważałeś podczas wcześniejszych 30 lekcji o szwedzkim death metalu – chwalę ucznia, siadam za biurkiem, wyjmuję drewnianą fajkę nabitą aromatycznym tytoniem. Podpalam zaciągam się, wciskam „Play” i zaczynam opowiadać:

- GOD MACABRE powstało na gruzach MACABRE END, które na początku lat 90-tych zarejestrowało trzy – co tu ukrywać – zajebiste utwory.

- Tak proszę pani, wiemy – krzyczy Ola z ostatniej ławki. Słodka blondyneczka z warkoczykami i tatuażem GRAVE na szyi. 
- Babcia kupiła mi pod choinkę reedycję „The Winterlong” i tam są te utwory jako bonusy. 

- No dobrze – uśmiecham się dobrotliwe, nie bez dumy. - To powiedzcie mi dzieci, co wyróżnia GOD MACABRE na tle innych zespołów z tamtych lat. 

- Piwnica, mrok, ciężkostrojone gitary i niski growling – mówi Grześ, pulchny chłopczyk z pierwszej ławki w koszulce CREMATORY. 

- Dobrze kombinujesz, ale to elementy, które raczej są wspólnym mianownikiem dla szwedzkich zespołów death metalowych – zaciągam się fajką i wypuszczam z nosa dym, który formuje się w napis „doom”. 

Widzę jak Jacusiowi – wysokiemu chłopcu w wikingowskim hełmie z rogami zabłysnęły oczy. Jacuś ma autyzm i jeszcze nigdy nie wypowiedział żadnego słowa. 

- Doomowy ciężar, nieśpieszne tempa, akustyczne wtręty gitarowe i dość śmiałe użycie instrumentów klawiszowych – wyszeptuje, po czym zakłada słuchawki, odpala kasetę z debiutem UNLEASHED i wpatrując się tempo w ścianę odcina się od rzeczywistości. 

- Tak moje dzieci! - podrywam się z krzesła. - Ten doomowy ciężar, te miażdżące zwolnienia, ten duszny klimat przesądzały właśnie o oryginalności GOD MACABRE. Miejscami ta muzyka jest niesamowicie klimatyczna i melodyjna, ale innym razem gdy następuje zmiana tempa, wchodzi solo, a potężne przejście perkusji gniecie swoim ciężarem to na myśl mogą przyjść wczesne dokonania...

- Autopsy! - słyszę głos spod ściany. 
To Antoś. Na czole ma wypalony odwrócony krzyż a na koszulce motyw z debiutu Deicide.
 Kiwam głową z dezaprobatą. 

- Antoś! Twoja klasa o profilu amerykańskiego death metalu ma teraz w-f. Znów pomyliłeś klasy! - patrzą na niego karcąco, ale nie bez sympatii. 
A może w przyszłym roku wziąć wychowawstwo w jego klasie? - zaczynam się zastanawiać. I wtedy rozbrzmiewa dzwonek. Dzwoni tak głośno, że zaczyna zagłuszać GOD MACABRE. Otwieram oczy i wyłączam zegarek leżący na szafce obok łóżka w mojej sypialni. Jest szósta rano, trzeba szykować się do pracy. Z ucha wypadła mi słuchawka.

wtorek, 27 października 2015

DISSECTION: Opętane melodie

Gdybym miał wskazać na swój ulubiony zespół parający się melodyjnym death metalem to mój wybór padłby prawdopodobnie na DISSECTION. W ich muzyce death metal łączył się z melodyjnymi, niemal heavy metalowymi partiami gitarowymi w równym stopniu co black metal. To co wyróżnia DISSECTION to aura mroku, ta nieprzenikniona ciemność, która jak ropa z zakażonej rany sączyła się z gitarowych melodii, akustycznych wyciszeń i struktur utworów, poukładanych na heavy metalową modłę.


W DISSECTION czuć grozę i umiejętne budowanie napięcia, ich melodie rzeczywiście szarpią za serce i powodują, że włosy jeżą się na głowie. Przyznam jednak bez bicia, że w pierwszej konfrontacji ten zespół nieco mnie odrzucił i wydał mi się zbyt przyjazny. Szybko się jednak okazało, że muzyka DISSECTION jest jak ogromna mięsożerna roślina, która z daleka wabi swoim zapachem i kolorem, ale z bliska potrafi schwycić ofiarę z równą skutecznością jak groźnie wyglądający krokodyl.
Szwedzi nagrali trzy płyty - „The Somberlain” w roku 1993, dwa lata później - „Storm of the Light's Bane”, a po kolejnych 13 latach „Reinkaos „.
Każda nich niby wpisana jest w tę samą stylistykę melodyjnego death-black metalu, ale jednocześnie każda proponuje coś innego. Debiut jest chyba najbardziej surowy, z najcięższymi partiami perkusji i mocno wyczuwalnymi black metalowymi inklinacjami. Na „Storm of the Light's Bane” gitary są pełniejsze i bardziej skomasowane ale jednocześnie ich lekko bzyczące brzmienie oraz histeryczna i jadowita maniera wokalna (czasami urozmaicona diabelskimi zwolnieniami) również poraża black metalem – nie tylko duchowo, ale i stylistycznie.
No i „Reinkaos” - album, który w chwili premiery przez większość recenzentów został przyjęty jako przecięty, by po śmierci Jona Nödtveidta zostać obwołany jako genialnym. Chciałbym pojednawczo powiedzieć, że prawda leży gdzieś pośrodku. Ale tak nie powiem bo to nieprawda.
Moim zdaniem „Reinkaos” to płyta, która nie tylko nie ustępuje swoim poprzedniczkom, ale kto wie czy ich nawet nie przewyższa? Suche, ale mocne i wyraziste brzmienie, masa kapitalnych riffów, niebanalna melodyka i na pewno – najlepsze w historii tego zespołu – partie wokalne – głębokie, silne, stanowcze. Jest w tej muzyce pasja i żarliwość, jest chorobliwa nieustępliwość i pęd ku ciemności. „ Reinkaos” to jedna z najbardziej ekstremalnych płyt, jakie w życiu słyszałem – nawet jeśli nie formie, to w treści. A ta treść przenika do formy jak jad skorpiona do krwiobiegu ukąszonej ofiary.

LUCIFERION: Polak w szwedzkim death metalu

Tym razem Szwecja z domieszką polskiej krwi. LUCIFERION to zespół polskiego gitarzysty – Wojtka Lisickiego. Jeśli ktoś nie natknął się na regularne krążki tej grupy, to na pewno zna ich covery z popularnych w latach dziewięćdziesiątych trybutów dla Metallica i Slayer.



W roku 1994 wyszedł debiutancki album LUCIFERION - „Demonication (The Manifest)” – płyta, która zarówno stylistycznie, jak i brzmieniowo ma chyba więcej wspólnego z amerykańską szkołą grania niż ze szwedzką – zarówno tą mroczną i chropowatą, jak i tą melodyjną i poukładaną. 
Przede wszystkim jednak „ Demonication” to album z silnie określoną własną tożsamością – bluźnierczy i wulgarny w swojej wymowie, a jednocześnie zaaranżowany i wykonany z brawurową wirtuozerią, w której słychać ogromny kunszt kompozytorski. Partie perkusji wybuchają gwałtownie i imponują ekspresyjnym ostrzałem, riffy zagrane z rozmachem, werwą i niesamowitą energią. Nie brakuje melodyjnych partii solowych, które jednak nie popadają w słodycz i banalność heavy metalowych patatajów. Świetne są też partie wokalne – od brutalnych, rasowych growli, przez bardziej black metalowe wrzaski, na demonicznych deklamacjach kończąc. Kawał świetnego death metalu – nie tylko dla najbardziej zagorzałych fanów szwedzkiej szkoły.

Po roku 1994 LUCIFERION zamilkł na prawie całą dekadę, pojawiając się jedynie na wspomnianych trybutach thrashowych herosów oraz nagrywając materiały demo. W 2003 roku LUCIFERION wydał wreszcie drugą płytę „The Apostate”. Zniknął pentagram wpisany w logo, zmiany dokonały się także w samej muzyce. Znikła klasyczna death metalowa stylistyka – pojawiało się brzmienie suche, drapieżne, ale niezwykle przestrzenne, co podkreślały kosmiczne klawisze, przenoszące w nowy wymiar, we wciągającą otchłań kosmosu, gdzieś na pograniczu galaktyki PESTILENCE z czasów gdy jej najmłodszą gwiazdą była „Spheres”, tam skąd widać gwiazdozbiór NOCTURNUS, a gwiazdy układają się w kształt klucza. Pamiętajmy jednak, że w kosmosie odległości są znaczne, czas nie istnieje, a kierunki świata są czysto umowne.

Niestety to co najlepsze na „The Apostate” szybko się kończy – utwory, które zdradzały ówczesną (moim zdaniem znakomitą) kondycję kompozytorską (i ogromną fascynację Morbid Angel) Lisickiego są tylko cztery i trwają łącznie niewiele ponad pół godziny. Album uzupełniony jest coverem CELTIC FROST, oraz materiałami demo z 1994 roku. Przez to płyta trochę traci na spójności i co tu ukrywać – również na jakości. Mimo tego, jest to na tyle interesujący materiał, że z pewnością warto po niego sięgnąć.

Wojciech Lisicki na początku pierwszej dekady XXI wieku zaangażował się w swój stary-nowy projekt LOST HORIZON. To już jednak temat na zupełnie inną opowieść, bo wykonywana przez nich muzyka nie miała już nic wspólnego z death metalem, ani z żadną z jego nawet na najbardziej progresywnych hybryd.

AT THE GATES: Mistrzowie melodyjnego szwedzkiego death metalu

O ile piwniczną, rzężącą i mroczną Szwecję kocham całym swoim maryjnym sercem, o ile z lubością rozkoszuję się tymi skandynawskimi odjazdami i śmiałymi wycieczkami, które sprawiają, że ramy gatunku pękają jak szwedzka armata oblężnicza pod Jasną Górą – tak tę Szwecję melodyjną i poukładaną tylko lubię, a kocham tylko nieraz, w nagłych i niekontrolowanych porywach serca.


Jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą rzeczą nagraną w szwedzkim melodyjnym death metalu jest demo AT THE GATES - „Gardens Of Grief”. Dlaczego? Bo ta muzyka poniekąd łączy te dwie estetyki – cuchnie piwniczną wilgocią, rzęzi gitarami jak Fryderyk Chopin z płuc na kilka minut przed śmiercią, tchnie mrokiem, który można by kroić w plasterki i szyć z niego ramoneski – a jednocześnie jakże to wszystko melodyjne, jakże kunsztownie poukładane i urokliwe.
Pierwszy pełny album AT THE GATES - The Red in the Sky Is Ours nie ma już tego specyficznego uroku, ale docenić trzeba progres i mocno rysującą się indywidualność tej grupy. Wokale nadają na nieco wyższych rejestrach, kolejne frazy tekstu wyszczekiwane są z żarliwością, a warstwa muzyczna stała nieco bardziej płaska, ale jednocześnie bardziej wyrazista i pewnie przez to chwytliwsza. Są na tej płycie jednak fragmenty, których nie lubię – choćby jodłujący „The Season to Come”, który przywodzi mi na myśl osiągnięcia gimnazjalistów w szkole specjalnej o profilu muzycznym.
Z pełnych krążków Szwedów szczególny sentyment mam do With Fear I Kiss the Burning Darkness. Być może to sentyment podobny do sentymentu do pierwszej dziewczyny – bo właśnie za sprawą tego krążka zacząłem poznawać twórczość Szwedów. Ten album jest cholernie zwarty i intensywny – owszem bardzo melodyjny, ale te melodie chłoszczą, wwiercają się w głowę jak wiertarka udarowa w gipsową ścianę. Dobrą robotę robi też perkusja, która doskonale przyśpiesza tętno tej muzyce, a krzyczane, charakterystyczne wokalizy Lindberga bardzo zgrabnie łączą się z siarczystym brzmieniem gitar, które nawet w wolniejszych partiach nie tracą intensywności i wściekłego uporu. Jest tu też chyba mój ulubiony utwór At The Gates - „The Break of Autumn” z tym obłędnym riffem, który rozwija fajny motyw, najpierw urywając się jakby w niedopowiedzeniu akustycznej gitary, a później kończąc życie wraz z końcem utworu.
Płytą na pewnie zbliżonym poziomie jest „Terminal Spirit Disease” - ale do mnie zdecydowanie przemawia mniej niż poprzedniczka. Nie czuję już tej wściekłej intensywności – brzmienie jest nieco cięższa i bardziej mięsiste – z realizatorskiego punktu widzenia być może lepsze, ale w tych melodyjnych riffach nie czuję już tego wkurwienia i pędu.

No i nastał rok 1995 a wraz nim „Slaughter of the Soul” - największe dokonanie At The Gates – na pewno z komercyjnego punku widzenia. Dla mnie to jednak było już trochę za późno – zaczynałem regularnie malować twarz farbą plakatową i biegać z pochodnią w ręku po lasach w rytm muzyki skandynawskich piromanów. Nie przekonałem się do tej płyty w chwili jej premiery, nie przekonałem się wracając do niej po latach. Ja ją bardzo cenię i doskonale wiem, za co zyskała taki poklask – pewnie nawet mógłbym krzyczeć: teraz! teraz! we właściwych momentach i z gracją i taktem kręcić głową młynki. Niemniej jednak to nie do końca moja bajka i nigdy nie powiem, że kocham.
Po latach się reaktywowali – ale nie czekałem na „At War with Reality” i nie podniecałem się jej premierą. Nie podniecałem się też widząc ich na żywo i podczas gdy moi koledzy po występie reaktywowanego At The Gates na Brutalu wycierali spodnie w kroku, usuwając z nich jakąś mazistą substancję, ja tylko przyznawałem, że było nieźle i przeglądałem rozpiskę w poszukiwaniu apetyczniejszych kąsków.
I wiecie co? Podoba mi się ta ostatnia płyta – jej chwytliwość, czyste brzmienie, wymuskane solówki i ten głos Lindberga jakiś taki dojrzalszy, bardziej świadomy każdego słowa i każdej wykrzyczanej frazy.



AFFLICTED: Dorodny owoc Sunlight

Afflicted, znani wcześniej jako Afflicted Convulsion po tym jak zapisali piękna kartę w rodzącym się podziemiu szwedzkiego death metalu – w roku 1992 weszli do Sunlight Studios (jakby inaczej) i nagrali swój debiut. 

Niby klasyczna historia grupki Szwedów z długimi włosami – bo przecież nie oni pierwsi i nie ostatni. Jednak z chwilą włączenia „Prodigal Sun” szybko rozumiemy, że wraz z jej początkiem kończy się typowy scenariusz kolejnego szwedzkiego zespołu death metalowego. Czterdzieści siedem minut i czterdzieści siedem sekund tego albumu to jeden z najlepszych i najbardziej oryginalnych owoców, które dojrzały w Sunlight Studios.
Brzmienie nie jest tak ultra ciężkie i chropowate ale twardsze i nieco bardziej przestrzenne. Gitary nie łupią szwedzkich riffów, które wszyscy znamy i kochamy – są techniczne, progresywne i grają z niesamowitym rozmachem. Na tym krążku jest bardzo dużo melodii, ale nie jest to banalna i nachalna melodyka podana w bezpośredni i dosadny sposób. Ona oplata słuchacza miękko i prawie niezauważalnie – jak pająk muchę, swoją ledwie dostrzegalną pajęczyną.
Bardzo interesujący, nieszablonowy, inteligentnie zaaranżowany i brawurowo odegrany szwedzki death metal – płyta na wiele przesłuchań i do regularnych powrotów.
Po trzech latach Afflicted powrócili z drugą płytą, która wywołała całkowite zniesmaczenie ich starych fanów, a w ówcześnie obowiązujących trendach muzycznych odnalazła się jak Murzyn na spotkaniu Ku Klux Klanu.
„Dawn of Glory” to po prostu czystej wody heavy metal, instrumentalnie poprawny, a miejscami nawet interesujący, ale z dość irytującym wokalistą i sztampowymi zagrywkami, które dla wytrawnych słuchaczy były tak ekscytujące jak sceny rozbierane w serialu „Dynastia” dla koneserów twardej pornografii.
Jedynka to jednak jazda obowiązkowa – do której wszystkich gorąco zachęcam.

poniedziałek, 26 października 2015

CRYPT OF KERBEROS: Death metalowi Kolumbowie

Kolejny zespół wyłamujący się z konwencji klasycznego szwedzkiego death metalu. Crypt of Kerberos po nagraniu dwóch znakomitych demówek z ultra ciężkim, brudnym, walcowatym death metalem o zapachu topniejącej świecy, pomieszanym ze słodkawą wonią rozkładającego się ciała, spoczywającego w wilgotnej kamiennej krypcie, w 1993 wydał zaskakujący debiut.


Zaskakujący jak na szwedzki death metal – bo przecież w tym samym roku Pestilence ze swoimi kosmicznymi syntezatorami gitarowymi, Cynic z jazzowymi odjazdami, a Atheist z gitarami flamenco udowodniły, że death metal potrafi być bardziej niekonwencjonalny niż kiedykolwiek wcześniej.
"World of Myths” - to jednak zupełnie inne granie – progresywność ich muzyki nie polegała inkorporowaniu elementów ze skrajnie odmiennych gatunków muzycznych. Oni oparli swoją muzykę na niebanalnych i naprawdę cholernie interesujących aranżacjach oraz niesamowitej technice gitarowego grania. I to granie nie miało nic wspólnego ze współczesnymi bezdusznymi wygibasami na gryfie, które zapisuje się chyba nie tyle za pomocą nut co matematycznych równań. Wirtuozeria Crypt of Kerberos przypomina bardziej herosów gitary, których w latach 80-tych tak bardzo upodobała sobie japońska publiczność. Do tego mamy dość urozmaicone partie wokalne, które miejscami całkowicie odchodzą od death metalowej konwencji. Warto jednak podkreślić, że Szwedzi nie pogubili się w tych eksperymentach i przez cały czas trwania tej płyty pamiętają o tym, że są kapelą death metalową.
Na Youtubie ktoś napisał pod "World of Myths” „szwedzki Nocturnus” - nie zgodzę się z tym do końca – może gdy mówimy o pewnej innowacyjności, ale przecież klawisze są tu używane oszczędniej, gitarowe sola brzmią wręcz perliście a sam charakter tego krążka ma na tyle wyraźny sznyt indywidualności, że wymyka się wszelkim porównaniom.
Płyta jest w miarę łatwo dostępna w reedycji – dodatkowo jakiś czas temu wyszło wspaniałe trzypłytowe wydawnictwo „MCMXCI – MCMXCIII” zawierające zarówno pełen krążek jak i wcześniejsze dokonania tej nietuzinkowej kapeli. Fani okresu demówkowego mogę też sięgnąć po The Macrodex of War, która znakomicie go podsumowuje.

sobota, 24 października 2015

PAN.THY.MONIUM: Ponad obłokami

Uwierzcie mi, napisać ok. 10 tys. znaków o twórczości Pan.Thy.Monium, a później stracić wszystko przez awarię wtyczki w Firefoxie... potrafi wkurzyć!

No ale dla Was to może i lepiej bo teraz będzie krócej, a ponoć nie ma tekstów, które skrócone o połowę nie zyskałby na wartości :) 
Rok 1992 - absolutnie powalający debiut Pan.Thy.Monium, umykający wszelkim porównaniom i stereotypom.

Niepokojące cykanie zegara (on zresztą nie raz w ich twórczości powróci) i ponad 20 minutowy otwieracz. Na początku wchodzi klasyczny, szwedzko brzmiący riff, który szybko zostaje zdominowany przez meandrującą gitarę solową. Gdy usłyszałem to po raz pierwszy z mojego kaseciaka to przez moment myślałem, że niechcących jednocześnie włączyłem dwie kasety i z głośników dobywają się w tej samej chwili dwa różne utwory (na moim magnetofonie to było możliwe). :)
Debiut Pan.Thy.Monium to muzyka pełna kontrastów i zaskakujących zagrywek - brutalny i potężny, z porywającymi ciężkimi riffami, klawiszowymi wyciszeniami, partiami wiolonczeli, saksofonu (niektóre o charakterze iście jazzowej improwizacji), organów i frapujących gitar, które miejscami grały w tak dziwny i powykręcany sposób, że czegoś podobnego nie słyszałem wcześniej nie tylko w death metalu, ale w metalu w ogóle. Miałem wrażenie, że te wszystkie urozmaicenia nie miały na celu ułagodzić i oswoić tego death metalowego potwora, ale wręcz przeciwnie - wprowadzić go na wyższy stopień ekstremalności.
"Dawn Of Dreams" to death metalowy smok z wieloma głowami, z których nie każda zionie ogniem. Przyznać jednak trzeba, że śmiercionośny ogień dominuje i mimo mnogości smaczków i elementów z innej bajki - to wciąż muzyka ekstremalna wpisująca się w ramy death metalu.
Cudowna płyta!
O innych płytach Pan. Thy. Monium napiszę innym razem - bo dziś już raz pisałem i od nowa mi się nie chce

czwartek, 22 października 2015

MERCILESS: Bezlitosny thrash śmierci

Euronymous znał się bardzo dobrze na marketingu :) - doskonale wiedział co robi fotografując roztrzaskaną czaszkę Deada, wiedział też co robi debiutując ze swoją wytwórnią płytą "The Awakening" szwedzkiego MERCILESS, który jeszcze w latach osiemdziesiątych wzbudził w podziemiu ferment dwiema bardzo udanymi demówkami.


Chłopaki nie grali typowego death metalu - ich muzyka na debiucie to surowy, brutalny thrash, a poprzedzające nią demówki - mogły w równym stopniu inspirować rodzącą się scenę death metalową, co black metalową. Zresztą Szwedzi sami inspirowali się głównie niemieckim thrashem spod znaku Kreator i Sodom, a zapewne też swoimi rodakami z Bathory. Trudno jednak w kontekście szwedzkiego death metalu całkowicie ich pominąć, bo klasyfikując "The Awakening" jako krążek thrash metalowy popełnilibyśmy jeszcze większe nadużycie, niż włączając go do death metalu,

Thrash metalowa motoryka

Thrashowe riffy, głównie szybkie tempa i gwałtowne, mocna praca perkusji, brutalne, krzyczane wokalizy i pewna dawka melodii to znak rozpoznawczy debiutu MERCILESS. Z tego brutalnego thrash/death metalu miejscami jednak wyłaniają się wręcz heavy metalowe harmonie, albo ciężkie dostojnie kroczące, melodyjne zwolnienia. Bardzo cenię ich debiut - bez wątpienia najważniejszy i najbardziej "okultowiały", z czystego sentymentu jednak wolę drugą płytę - "The Treasures Within", która jako pierwsza trafiła w moje nastoletnie łapska.
Dwójka poraża swoją motoryką - wydaje się bardziej dojrzała i misterniej skonstruowana, a jednocześnie równie dzika i agresywna. Tak! To kurwesko agresywny krążek! Nie jest najcięższy, najszybszy, ani najbrutalniejszy. To czysta agresja - choćby w tych cudownych partiach wokalnych. Nie brakuje to też melodyki - wyważonej i wysmakowanej, dalekiej od "melodyjnego szwedzkiego grania", które się stanie udziałem innych kapel.

Bez słabych stron

Mimo, że subiektywnie w dwójce rozkochałem się najbardziej (bo czy można rozkochać się obiektywnie?) to daleki jestem od szukania słabych stron na "Unbound" - absolutnie rewelacyjnej płycie z 1994 roku. Dzikie wokalizy, prujące riffy, melodyjne solówki - inteligentne, przemyślane utwory. Wstyd nie znać!
Po wydaniu "Unbound" Merciless się rozpadł. Wrócił dopiero w 2002 roku płytą pod zaskakującym, oryginalnym i trudnym do zapamiętania tytułem - "Merciless". Wrócił z mocnym kopem w twarz, może nie nokautującym w kontekście innej muzyki, o której zdążył już się dowiedzieć świat, ale sądzę, że wszyscy starzy fani tej kapeli powinni być tym krążkiem ukontentowani. Ja byłem - i jestem do dziś, chociaż nie wracam do niego tak często jak do pierwszych dwóch- trzech.

środa, 21 października 2015

CARBONIZED: death metal poszukujący

CARBONIZED! Jeden z prekursorów death metalu, dla którego bardzo szybko ramy gatunku stały się zbyt ciasne. Zdecydowanie ten zespół należy do najbardziej oryginalnych i unikatowych zjawisk na szwedzkiej scenie.


Debiutancki album "For the Security" ukazał się w roku 1991. Przez skład CARBONIZED przewinęli się muzycy, którzy później zasilili składy zespołów takich jak: Carnage, Dismember, Entombed, Morpheus, Therion. 

Kosmiczny rozmach

Demówki zostały nie tak dawno temu podsumowane składankę "Demo Collection", którą swego czasu za niewygórowaną cenę można było zakupić w SELFMADEGOD RECORDS.
Debiut za sprawą reedycji dostępny do dziś - surowy, dziki i brutalny, z demonicznymi wokalami i niezwykłą muzyką, która już wtedy naszpikowana była niestandardowymi jak na death metal elementami. Niektóre kosmiczne odjazdy gitarowe przypominają mi to co kilka lat później robił CYNIC czy PESTILENCE. Słychać tu też tchnienie patologicznej śmieci sianej przez Brytyjczyków z CARCASS, słychać też piękny bass, niebanalne riiffy i naprawdę pomysłową strukturę utworów. Przyznać jednak trzeba, że mimo tych (mniej lub bardziej trafnych) skojarzeń - CARBONIZED był jedyny w swoim rodzaju.
Na taśmie ten materiał wydała u nas kiedyś piracka MG Records i pewnie nie w jednym magnetofonie była zdzierana bardziej niż fleki wojskowego obuwia przez niemieckich żołnierzy, zmierzających w latach 40-tych ubiegłego wieku w kierunku Moskwy. Te niespełna pół godziny muzyki zrobiło mi dużą dziurę w głowie, która po dziś się nie zabliźniła i regularnie toczy czarną krew spod ropnego stupa.

Oryginalnie i nietuzinkowo 

Na wydanym dwa lata później "Disharmonization" CARBONIZED zaprezentowali się jeszcze oryginalniej - czysto, klinicznie, odważnie, ale z mocno pobrzmiewającym echem Kanadyjczyków z Voivod i Szwajcarów z Celtic Frost - których słychać choćby w partiach wokalnych.
Abstrahując od porównań trzeba im przyznać, że stworzyli dzieło na wskroś oryginalne i nietuzinkowe. W chwili premiery wywoływało lekką konsternację, ale i zachwyt - Szwedzi na swoim drugim krążku udowodnili całkowity brak przywiązania do ram gatunkowych i stylistycznej dyscypliny. Co ważne - dziś "Disharmonization" słucha się znakomicie - co przecież w przypadku odważnych i eksperymentalnych albumów, nagrywanych przed laty, wcale nie jest tak oczywiste. Z death metalem ten krążek nie ma praktycznie już nic wspólnego - podobnie jak kolejny, trzeci i ostatni, który wydali w 1996 roku i który znam zdecydowanie najsłabiej i od lat go już nie słyszałem.

wtorek, 20 października 2015

ABSCESS: radość przez łzy

Na wieść o rozpadzie AUTOPSY bardzo się zmartwiłem, bo to dla mnie ścisła czołówka death metalowego łojenia. Oni nigdy nie nagrali żadnej dobrej płyty - wszystkie pozycje w ich dyskografii są albo bardzo dobre albo genialne. 

Na otarcie łez któregoś zimowego parszywego popołudnia wygrzebałem za 1,89 zł z koszta w Empiku przy ul. Marszałkowskiej dwie płyty ABSCESS, które powstało na gruzach AUTOPSY.

Odmówiłem sobie balonowej gumy do żucia Donald i zakupiłem zarówno "Tormented" jak i "Through the Cracks of Death" nie spodziewając się wiele, bo gdzieś wcześniej przeczytałem, że to dość mizerne granie. Pierwsza konfrontacja z ABSCESS nie wywołała u mnie gwałtownej ejakulacji i skurczów w podbrzuszu - spodziewałem się kontynuacji linii programowej AUTOPSY (bez sensu, bo po co mieliby to robić pod inną nazwą), a dostałem muzykę o wręcz punkowym zabarwieniu.

Ohydną, wulgarną, brudną, odrażającą - szorstką, chropowatą, nieprzyjazną, chorą. Gdyby chodziło o dziewczynę, to pewnie na drugą randkę bym już się nie zdecydował - w przypadku muzyki powyższe cechy zacząłem poczytywać jako zalety, odkrywając też w ABSCESS rockowy feeling i radość grania. Szybko uzupełniłem debiut, a następnie zakupiłem ich wówczas najnowszą płytę "Damned and Mummified", która oczarowała mnie przepysznym brzmieniem, przebojowością i rock and rollową energią. Kolejne dwie płyty pozamiatały mną tak mocno, że dopisałem ABSCESS do grona swoich ulubionych kapel.

I wtedy się rozpadli, a pełną parą zaczął działać AUTOPSY. Dodajmy AUTOPSY w doskonałej formie, AUTOPSY, którego muzyką karmię się jak sarna z paśnika zimową porą. Mimo wszystko jednak wciąż pozostaje jakiś żal po ABSCESS i wciąż nie jestem pewien czy nie jest on jednak większy niż radość z AUTOPSY.

MEFISTO: protoplaści szwedzkiego brzmienia

Obok Obscurity jednym z ważniejszych zespołów dla rodzącej się szwedzkiej sceny death metalowej był MEFISTO. Już w 1986 roku nagrali dwie zajebiste demówki - "Megalomania" i "The Puzzle". 

Nie był to jeszcze klasyczny death metal - ich muzyka była oparta na thrash metalowym szkielecie, ale demoniczne partie gitar i złowieszczy klimat zdradzały fascynację Bathory i z pewnością stały się źródłem inspiracji metalu śmierci, który kilka lat później zdominuje scenę - nie tylko tą szwedzką. Warte uwagi są wokale - może jeszcze nie typowe growlingi, ale jeszcze dalej im było od thrash metalowego krzyku i black metalowego skrzeku.
Niestety ten znakomity zespół przepadł w mrokach undergroundu. Jak się okazało nie do końca i nie na zawsze - wspomniał o nim Daniel Ekeroth w swojej książce o szwedzkim death metalu, a całkiem niedawno - bo w ubiegłym roku, za sprawą Vic Records ukazały się reedycję obu demówek pod wdzięcznym tytułem "The Megalomania Puzzle". Mimo, że miałem już reedcyję Blooddawn Productions z 1999 roku to i tak zakupiłem sobie to nowe wydanie w ramach wspierania undergroundu.



poniedziałek, 19 października 2015

NIRVANA 2002: demówkowy heros

Nirvana 2002 to kolejny godny uwagi szwedzki zespół death metalowy, który nie dorobił się nigdy pełnometrażowego albumu. Pozostawili po sobie tylko absolutnie powalające nagrania demo, które w 2009 roku zostały wznowione na CD przez Relapse. Tak się z tego faktu ucieszyłem, że zakupiłem sobie od razu trzy sztuki tego wydawnictwa, z czego jednej regularnie słucham, a dwie pozostałe jeszcze zafoliowane zdobią moją półkę.


Co ciekawe Nirvana 2002 nigdy nie grała koncertów - pierwszy zagrała dopiero w 2007 roku na imprezie z okazji wydania książki "Szwedzki Death Metal" - którą oczywiście znacie i macie w domu wszyscy na półkach Emotikon smile
Ciekawostką jest, że dwóch z trzech oryginalnych członków Nirvana 2002, przed trzema laty założyli zespół Under the Church.
W 2014 roku wydali przepiękne, oldskulowe MCD "Under the Church", które wciągnąłem jak rozdygotany ćpun ścieżkę kokainy, a w tym roku poszli za ciosem i wydali debiutancki album pod tym szyldem "Rabid Armageddon" Zamówiłem kilka dni temu wraz z nowym WOMBBATH wAgonia Records i czekam jak Sasha Grey na podwójną penetrację Emotikon smile
A jak ktoś nie zna to niech posłucha jak panowie nakurwiali przed laty (bo, że "grali" to nie dość powiedzieć).

niedziela, 18 października 2015

AUTHORIZE: szlachetne jak dobre wino

Kolejny trochę już zapomniany zespół ze Szwecji, który pozostawił po sobie zaledwie jeden album. Mowa tu o AUTHORIZE i ich płycie "The Source Of Dominion" z roku 1991. 

Doczekaliśmy się już reedycji, ale pierwsze wydanie tego krążka to nie lada kąsek dla kolekcjonerów i przyznam, że nie bez dumy kilka lat temu włączyłem go do swoich zbiorów.
Gitary rzężą przyjemnie, ale trochę inaczej niż w produkcjach made in Sunlight. AUTHORIZE celuje w prostych, pięknych riffach o rodowodzie thrash metalowym. Nad nimi góruje mocno wyeksponowany wokal - mroczny, demoniczny, i miażdżący swoim ciężarem. Każdy utwór jest wyjątkowy, każdy na swój sposób zachwyca. Posłuchajcie choćby "Subconscious Nightmare" z tym mega ciężkim, upiornym zwolnieniem i absolutnie genialnymi partiami wokalnymi, które mrożą bębenki w uszach.
Ta muzyka nie tylko się nie zestarzała, co z wiekiem tylko wyszlachetniała. Zdecydowanie polecam! Lektura obowiązkowa dla każdego fana death metalu - nie tylko tego szwedzkiego. Jedna z moich ulubionych płyt tamtych czasów.

sobota, 17 października 2015

UTUMNO: Biały kruk wylądował

Kolejny przedstawiciel szwedzkiej sceny, który nagrywał w osławionym Sunlight Studio. Efektem tych nagrać była niespełna półgodzinna EP "Across the Horizon". Słychać, że brzmi po szwedzku - ciężko, brutalnie i chropowato. 


Był jednak już rok 1993 i ta ich muzyka bez wątpienia miała coś swojego - brzmiała nowocześnie, świeżo i efektownie. Mniej tu mrocznego grobu, a więcej selektywnego porywającego grania. Oprócz tradycyjnych szwedzkich growli pojawiają się czyste deklamacje i bardziej gardłowe i wyraziste krzyki. Mocno gniótł ten materiał w chwili premiery, nie mniej gniecie po latach. Cenotaph Records, która wydała ten materiał zbankrutowała i przez wiele lat "Across the Horizon" był prawdziwym białym krukiem, a gdy pojawiał się na aukcjach japońscy kolekcjonerzy gotowi byli popełnić sepuku w przypadku przegranej licytacji. Okazało się jednak, że zakup pierwszego wydania nie był jedynym wydatkiem. The Crypt wydała reedycję na limitowanych winylach, więc szybko zakupiłem sobie w obu kolorach. Oczywiście nabyłem także reedycję na CD wydaną przez VIC Records przed pięcioma laty (ze względu na utwory bonusowe dodane do "Across the Horizon"). Nie wiem czy to nie moje najdroższe pół godziny w dziejach szwedzkiego death metalu

piątek, 16 października 2015

MORBID: mordercze tchnienie śmierci

Parę dni temu napisałem tu kilka słów o wokaliście szwedzkiego Morbid i trafiła się jedna osoba, która raczyła stwierdzić, że był on do bólu przeciętnym wokalistą. Właśnie odpaliłem demo MORBID "December Moon" wydane w 1987 roku i po raz kolejny przekonuję się o tym, że Dead nie tylko nie był przeciętny ale wręcz wybitny. 

Bo przecież ten powalający death metal, który pochodził chyba z czeluści samego piekła niezwykle by stracił bez jego wokaliz. Zresztą po odejściu charyzmatycznego Szweda do Mayhem, MORBID praktycznie przestał istnieć. Nagrał co prawda całkiem przyzwoite demo, ale to już absolutnie nie była to ta klasa co"December Moon" .
Co my tu mamy? - cztery utwory zaklęte w niespełna 18 minutach. Zaczyna się motorycznym wstępem "My Dark Subconscious", ciosy perkusji i początek misterium - doskonały riff, brudny potężny i te wokale! Żaden growl, żaden krzyk, żaden skrzek. Czyste obłąkanie, Dead rzęzi jak konające zwierze, jak trup z przegniłym gardłem, który właśnie rozdrapał wieko trumny i wychodzi z ziemi.
Miałem w młodości taką paskudną manierę - zresztą wciąż ją mam. Gdy słuchałem z kimś muzyki i zbliżał się jakiś szczególnie ekscytujący moment to krzyczałem: teraz! teraz! - bojąc się żeby mój interlokutor przypadkiem nie uronił tej wiekopomnej chwili.
Tu krzyczeć nie mogę - bo tylko piszę, więc napiszę: 2 : 25

TERAZ! TERAZ!

takie riffy, to dla mnie jedne z najwspanialszych chwil w death metalu. A później ta piękna i zarazem złowieszcza gitara solowa. Przyśpieszenie i znów ten nawiedzony prorok wykrztuszający zaklęcia.

Chwila na oddech i "Wings Of Funeral" - spokojna akustyczna gitara i

TERAZ! TERAZ!

Dead cały czas w szczytowej formie (Mayhem nie mogli marzyć o lepszym wokaliście). Cudowne jest zwolnienie i ten motoryczny zabijający riff - niby nic odkrywczego, niby nic zdumiewającego, a zagranego w taki sposób, że skarpetki schodzą mi przez głowę.

"From The Dark" zaczyna się lekkim przesterem gitarowym, po którym wchodzi olśniewający i piękny w swojej prostocie riff, ginący pod gwałtownym galopem perkusji. Dead znów cedzi każde słowa z pasją psychopaty, a później następuje brawurowe zwolnienie. Tak ten utwór przez cały czas swego trwania buduje doskonałą dramaturgię pomiędzy przyśpieszeniami i klimatycznymi zwolnieniami.

Na koniec mamy mój ulubiony utwór na tej płycie i jeden z ulubionych w ogóle. Zabijający nie tylko riffami i brzmieniem, ale także śpiewem.

Tak. 16:30 TERAZ! TERAZ! ten riff!

A później Dead zaczyna... śpiewać i jest to najbardziej chory, obleśny i ekstremalny moment w dziejach szwedzkiej muzyki metalowej.


Ponad 20 lat włosy stają mi dęba na nogach gdy słyszę ten fragment! Mistrzostwo świata!


UNCANNY: wspaniały zmierzch czasów świetności

Odrobinę późniejsze czasy, bo płyta "Splenium for Nyktophobia" ukazała się już w roku 1994 roku, kiedy klasyczny, szwedzki death metal zaczynał tracić na popularności, a kapelom z tego gatunku zaczęto zarzucać wtórność i brak świeżości.


Typowo szwedzką mamy tu melodykę i strukturę utworów, natomiast samo brzmienie nie zostało wypieczone w "Sunlight" i nieco się różni od "archetypicznej Szwecji". Nie jest aż tak ciężkie i chropowate i mroczne - więcej w nim przestrzeni, jest bardziej suche i cięte. 
Sporo tu melodyjnych riffów, ale dawkowanych z umiarem i wyczuciem. Z pewnością " "Splenium for Nyktophobia" nie należy ani do czołówki najlepszych, ani najbardziej wpływowych płyt ze szwedzkim death metalem - jest jednak na tyle dobra, że warto się z nią zapoznać - a jak ktoś zna to od czasu do czasu do niej wrócić.
Tym bardziej, że album jest dość powszechnie dostępny i nie trzeba wyprzedawać rodzinnych sreber by włączyć go do kolekcji. No chyba, że ktoś z Youtube woli

czwartek, 15 października 2015

TIAMAT: ucieczka od szwedzkiego death metalu

TIAMAT narodził się na gruzach zespołu TREBLINKA i to właśnie on jako pierwszy wszedł do osławionego Sunlight studios by nagrać pełny album - "Sumerian Cry". Co prawda "Left Hand Path" ukazał się wcześniej, ale samo jego nagranie odbyło się dwa miesiące po "Sumerian Cry".


Sam początek płyty - spokojny i lekko rozmarzony jest niejako zapowiedzią kierunku, w którym w przyszłości podąży ekipa niejakiego Hellslaughter, znanego później szerzej jako Johan Edlund. To jednak tylko wstęp - dalej mamy już dziki, cudownie brzmiący metal śmierci, tak mocno szwedzki jak to tylko możliwe.

Ekstrakt metalu śmierci

Śmierć, przepraszam ćwierć wieku minęło od czasów wydania tej płyty i nigdy wówczas by nie przypuszczał, że w 2015 roku ta muzyka będzie aż tak aktualna. Paradoksalnie to późniejsze albumy TIAMAT, na których bardziej zaznaczyli swoją indywidualność i które w chwili premiery były nowoczesne i odkrywcze - dziś bardziej trącą myszką niż ich wczesne nagrania. Któż mógł przypuszczać, że po latach muzycznych poszukiwań i eksperymentów wiele zespołów zechce wrócić do korzeni czerpiąc z czystego ekstraktu szwedzkiego death metalu. A takim ekstraktem jest właśnie "Sumerian Cry" i mówiąc o szwedzkim death metalu nie sposób pominąć tego albumu.

Mrocznie i klimatycznie

Dwa lata później TIAMAT wydał "The Astral Sleep", na którym w pełni obnażył swój potencjał. Klimatyczne intro to już TIAMAT pełną gębą, ale zawartość tej płyty to wciąż szwedzki death metal - tyle, że zagrany już z większą dozą oryginalności i pomysłem na coś swojego. Płyta cechuje się innym brzmieniem - bardziej przestrzennym, ale jednocześnie suchym i klarownym - z niemal thrash metalowymi partiami gitar. Dużo to klimatycznych zwolnień i wyciszeń tworzących podbudowę do eksplozji żywszych i brutalniejszych fragmentów. Edlund zaczyna już kombinować z partiami wokalnymi, słychać, że szczytem jego ambicji nie jest podręcznikowy death metalowy growl. Niektóre frazy są pełne emocji i wybrzmiewają jak skarga - na kolejnych płytach ta maniera zostanie rozwinięta.

Ku krainie łagodności

Na "Clouds" TIAMAT odpłynął już w rejony muzyczne zarezerwowane tylko dla siebie. "Wildhoney" to spokojna i pełna uroku płyta, która znalazła uznanie nie tylko w uszach fanów metalu, "A Deeper Kind of Slumber" zdradzała wyraźną fascynację Pink Floyd, nie stroniąc też od elektroniki. Później Edlund zaczął używać tuszu do rzęs i iść w kierunku rocka gotyckiego. To wszystko na zupełnie inną historię nie mającą nic wspólnego nie tylko ze szwedzkim death metalem, a ale metalem w ogóle.

SEANCE: szwedzki death metal na amerykańską modłę

SEANCE to kolejny trochę mniej znany zespół parający się szwedzkim death metalem, ale nieco odstający brzmieniowo i arażacyjnie od protoplastów gatunku.

Mniej tu melodii i typowo szwedzkiego mielenia - chłopaki postawili na szybkie, eksplodujące i brutalne riffy, a maniera wokalna gardłowego może zdradzać fascynację największym diabłem z ówcześnie żyjących diabłów (sami sobie dopowiedzcie o kogo chodzi, bo ja się boję).
Dwa lata później wydali drugą płytę "Saltrubbed Eyes" niewiele mniej udaną niż debiut, choć moim zdaniem trochę gorszą brzmieniowo. Sekcja rytmiczna dość silnie wyeksponowana przez co same gitary nieco straciły na sile i selektywności. Być może dzięki temu płyta, w chwili premiery brzmiała nowocześniej, ale jednak moje serce bardziej bije dla debiutu.
Po tym krążku SEANCE zamilkli na długie lata. Powrócili dopiero w 2009 albumem "Awakening of the Gods", którego w chwili premiery całkiem przyjemnie mi się słuchało. Dużo wręcz thrashowych rytmicznych gitar, zgrabne aranżacje i sporo dobrze wyważonych melodii. Żadna rewelacja, ale posłuchać warto.

środa, 14 października 2015

NIHILIST: klasycy szwedzkiego death metalu

NIHILIST istniał zaledwie dwa lata, pozostawił po sobie trzy dema, a wstrząsnął szwedzką sceną death metalową tak mocno, że do dziś w muzyce prezentującej ten styl wyczuwalne są wyraźne drgania.

W dziejach muzyki metalowej nie ma chyba drugiego zespołu, który działałby tak krótko i jednocześnie wywarł aż taki wpływ na scenę. A jak z jakością muzyki NIHILIST? Obiektywnie nie potrafię jej ocenić - subiektywnie uważam, że to najlepsza muzyka death metalowa jaką zrodziła szwedzka ziemia, a jeśli nie najlepsza to na pewno w absolutnej czołówce.
Moim zdaniem nawet absolutnie genialny debiut ENTOMBED przy dokonaniach NIHILIST po prostu blednie.

wtorek, 13 października 2015

THERION: zawsze po swojemu

Zanim THERION nie odleciał w symfoniczny metal dla nastoletnich dziewcząt, które używają czarnej szminki, zanim zaczął łączyć metal z operetką, a później pompować swoją muzykę symfonicznymi pasażami, odgrywanymi na plastikowych instrumentach powlekanych lakierem przeznaczonych do malowania krasnali, które można spotkać w bawarskich ogrodach... grał wyborny death metal o bardziej klasycznym obliczu. Jednak zawsze inaczej, zawsze po swojemu.


Oczywiście z przymrużeniem oka to piszę - bo daleki jestem od stwierdzenia, że THERION to tylko debiut. Przyznać im trzeba, że zawsze stali gdzieś obok i nigdy nie można im było odmówić oryginalności. Skupmy się jednak na tych początkach - czasach, w których można było ich wpisać w kontekst poruszanego przeze mnie tematu.

Death metal wysokich lotów

Wydana w 1991 roku płyta "Of Darkness..." to kopiący w dupsko death metal z kruszącymi kości zwolnieniami i riffami wyrywającymi z butów, demonicznymi wokalizami i naprawdę porywającymi partiami gitar. Płyta chyba mało znana - bo dla fanów nowszego oblicza Therion zupełnie niestrawna, a dla wielu fanów death metalu nieweryfikowalna ze względu na uprzedzenia spowodowane późniejszą twórczością Szwedów.
Bardzo lubię ten album - Therion nie zasypywali jednak czaszek swoich pierwszych ofiar w popiele tylko zaledwie rok później zaserwował - "Beyond Sanctorum", płytę która przewyższała poprzedniczkę praktycznie pod każdym względem.
"Beyond Sanctorum" to płyta na której zaczęli łamać granice i powoli wychodzić poza stricte death metalową stylistykę, miejscami serwując wyborne i wysmakowane granie, które przy innej aranżacji spokojnie mogłoby się znaleźć na płycie jakichś heavy metalowych klasyków. O ile debiutu warto posłuchać - tak dwójka to już jazda obowiązkowa dla każdego fana metalu śmierci - nie tylko tego o skandynawskim odcieniu. Mamy tu kawał naprawdę świetnie zagranej, cholernie urozmaiconej i ciekawej muzyki. Żadnej sztampy, żadnych plagiatów - ten album aż kipi radością grania i nieszablonowymi pomysłami.

We własnej lidze

Już w 1993 roku Therion nagrał "Symphony Masses: Ho Drakon Ho Megas" i zaczął grać we własnej lidze. O ile na "Beyond Sanctorum" wsadził stopę pomiędzy drzwi a futrynę szwedzkiej piwnicy wpuszczając do niej nieco światła, świeżego powietrza i heavy metalowego wyrafinowania tak na kolejnym krążku Therion z pochodnią w ręku zaczął zaczął wspinać się po stromych schodach prowadzących na zewnątrz piwnicy.
Ta wędrówka była pasjonująca dopóki nie wyszedł na światło dzienne. Wówczas przywdział smoking, cylinder, spodnie w kant i zaczął prowadzić życie zwykłego śmiertelnika - raz lepsze, raz gorsze - ale to już drogie dzieci historia na całkiem inną opowieść.
A teraz myć zęby i myk do łóżek! Jutro dalej poopowiadam o szwedzkim death metalu. A jak będziecie grzeczni to wkrótce wybierzemy się do mroźnej Finlandii i mrocznej Norwegii.

DISMEMBER: mistrzowie death metalowej melodii

Mam wrażenie, że z tej wielkiej czwórki szwedzkiego death metalu to właśnie Dismember jest najmniej doceniany.


Entombed oczywiście poza wszelką konkurencją - choć eksperymentowali, dryfując w stronę death and rolla, grając bardziej groove, albo w ogóle od death metalu się odcinając. Unleashed zawsze łupał po swojemu te riffy, wycięte prostymi ciosami wikingowskiego topora (no może na Hell's Unleashed - łypnęli trochę w stronę rubasznego Venom). Grave nie licząc wpadki w postaci "Hating Life" i dobrego, ale bardziej przystępnego "Soulless" był najbrutalniejszy, najbardziej gęsty i intensywny z tej całej gromadki.
Tymczasem to Dismember był (bo się już rozpadli) najbardziej wierny archetypicznemu szwedzkiemu death metalowi, nawet w czasach gdy ta muzyka przestała być modna i na czasie.
Już na debiutanckiej "Like An Ever Flowing Stream" w pełni zdefiniowali swój styl - głęboki sound Sunlight Studios, chropowate gitary, ciężar i rasowe growle.
To co Dismember wyróżniało to melodyjność, w którą celowali bardziej niż w rytmikę riffów, czy skrzętne budowanie klimatu grozy. Ta muzyka jest gęsta, ciężka, zwarta, ale mknie do przodu niemal tanecznym krokiem, a niektóre partie gitarowe zachwycają swą perliście czystą, heavy metalową estetyką. Oczywiście nie brak też bezwzględnie szybkich fragmentów, napędzanych bulgoczącymi gitarami i szybszą partią perkusji. Jednak gdyby się uprzeć to można by sobie poszczególne utwory nucić rano przy goleniu.
Znakomity debiut w najlepszych czasach dla death metalowej sceny w Szwecji.

poniedziałek, 12 października 2015

GOREMENT: najwyższe loty szwedzkiego death metalu

Pisałem o "wielkiej czwórce szwedzkiego death metalu", ale tak sobie uświadamiam, że jakbym miał wskazać dziesięć swoich ulubionych płyt ze szwedzkim death metalem z pierwszej połowy lat 90-tych to nie jestem absolutnie przekonany czy albumy tych "czterech największych" w tym zestawieniu by królowały.

Na pewno w tej dziesiątce znalazłaby się "The Ending Quest" GOREMENT. To krążek wydany w roku 1994 i to słuchać - "szwedzizna" w ich wykonaniu jest pełna rozmachu - brzmi ciężko i chropowato, ale nieco inaczej bo nie nagrywana w Sunlight Studios ale w niemieckim Delta Studio.
Muzyka GOREMENT w stosunku do protoplastów gatunku jest wręcz rozpasana - aż kipi od zagęszczenia naprawdę przemyślanych riffów, świetnych melodii, zwolnień, gitarowych smaczków zgrabnie rozwijających motywy wykraczające poza typową szwedzką mielonkę.
GOREMENT to piwnica, w której uchylono okno - wciąż jest ciemno, ale już nie tak duszno i przytłaczająco - słyszymy odgłosy pobliskiego lasu, nawoływania nocnych ptaków i wycie watahy wilków z pobliskiego wzgórza. Oczywiście nie dosłownie, ale bogactwo i różnorodność tych dźwięków pozwala się rozsmakowywać z rozkoszą także tym, którym archetypiczna formuła szwedzkiego death metalu nieco się przejadła. Przemknie jakiś odgłos dzwonu, jakaś przeszywająca, klimatyczna gitarowa fraza, ponura deklamacja na tle ledwo słyszalnej akustycznej gitary, doomowe walcowate zwolnienia, urokliwa melodyka, niestandardowa zagrywka na perkusji - to wszytko burzy ład w zdawałoby się , dobrze znanym i bezpiecznym świecie szwedzkiego death metalu, do którego już tak przywykliśmy.
Absolutnie unikalny i doskonały album, który powinni znać nie tylko fani szwedzkiego death metalu (ci to raczej znają), ale w ogóle fani metalu i dobrej muzyki.

CARNAGE: brzmieniowy majstersztyk

I znów Sunlight studios, choć w tym przypadku słowo "znów" może nie do końca pasować, bo CARNAGE weszli do tego studia dopiero jako trzecia kapela - po ENTOMBED i TIAMAT. Jak to się mówi – do trzech razy sztuka – i właśnie realizatorsko moim zdaniem to właśnie CARNAGE osiągnęli apogeum.


Brzmienie „Dark Recollections” jest cudowne – gitary ciężkie i chropowaty, warczą jak jakiś potwór skrywany w czeluściach ziemi. Wspaniale wybrzmiewa też perkusja – jakby pałeczki były owinięte bandażami umaczanymi we krwi, która zdążyła już skrzepnąć i nabrać lepkości. Partie wokalne absolutnie genialne – to nie typowy growling, ale krzyk pełen determinacji i pasji, przerażający i budujący taki klimat, że aż skóra cierpnie na plecach. Jeśli do tego upiornie cudownego klimatu dodamy naprawdę dobre riffy, spektakularne zmiany temp i wspaniałe gitary solowe w tle, to wyłania nam się działo doskonałe. 
Gdybym miał wskazać na swoją ulubioną death metalową płytę nagraną w Szwecji, to jeśli nie wskazałbym na „Dark Recollections” to na pewno bardzo poważnie brałbym ją pod uwagę. Cholera! Wiem jak z tego wybrnę. Niech będzie! To najlepszy szwedzki death metal jaki powstał i został wydany na pełnym albumie, ale w formie splitu

sobota, 10 października 2015

EMBRIONAL: Death metal kontrastów

Skrzypnęły drzwi, zaszumiał wiatr niosący jęki pokutujących dusz. Właśnie wszedłem do piekła - pierwsze wrażenie? Doskonałe brzmienie perkusji - tak jakby perkusista owinął końcówki pałeczek owczą skórą i zanurzył je we krwi. Dodajmy, że to była gęsta, skrzepnięta krew, niemal czarnego koloru


EMBRIONAL gra jednocześnie odskulowo i technicznie - nad tą płytą unosi się duch piwnicznego, obskurnego i siermiężnego death metalu, ale nie można powiedzieć, że to jest muzyka prosta czy broń boże (słowo zupełnie nie na miejscu) prymitywna. Połamane gitarowe zagrywki, zwolnienia i wyciszenia, gwałtowne eksplozje intrygujących riffów i erupcje (nie mylić z polucjami) sekcji rytmicznej czasami przypominają wręcz deathspellomegowe (lub jak kto woli - gorgutsowe) dysonanse.
EMBRIONAL nagrał rasowy death metal, wielowymiarowy, intrygujący, inteligentny i wysmakowany. Ta płyta jest jak czerwone jęzory płonącego ognia - gdy przejrzymy mu się uważniej bez trudu dostrzeżemy nie tylko czerwień, ale też tysiące innych barw, odcieni i odblasków, zmieniających się w zależności od kąta, odległości i perspektywy z jakiej będziemy patrzeć.
EMBRIONAL jest wyrafinowany i precyzyjny - podstawowym budulcem ich materii muzycznej jest smoła i blacha. Tej smoły nie podają jednak w bulgoczących kotłach i metalowych beczkach. Z blach nie robią sztachet, ani dyszli dla konia. Oni robią z tego... origami - lekkie, zwiewne, wykonane z mistrzowskim kunsztem i zegarmistrzowską precyzją: łabędzie, motyle i kwiaty, które można sobie wpiąć we włosy, albo włożyć do butonierki.
Potraficie wyobrazić sobie origami z blachy i smoły, wielobarwny wachlarz z drutu zbrojeniowego, welon z deski dębowej, bieliznę z fajansu albo prezerwatywę z wentyla od Kamaza? Posłuchajcie ostatniej płyty EMBRIONAL - będzie Wam łatwiej....
Znakomity album na wiele przesłuchań. Muzykę metalową to my na pewno potrafimy w Polsce lepiej grać niż kopać piłkę. Mając do wyboru dzisiejszy mecz lub zanurzenie się w dźwiękach "The Devil Inside" nie wahałem się ani sekundy.

SAMAEL: Dlaczego walkman nie gra?

Nigdy nie zapomnę tej sceny. Siedzimy z walkmanem i obracamy w rękach książeczkę ze świeżo zakupionej kasetą "Ceremony of Opposites". Włączamy. Ja mam w uchu jedną słuchawkę, kumpel drugą. Nie gra.


- Cholera, baterie padły - skwitowałem i wybiegłem ze szkoły do kiosku, który znajdował się po drugiej stronie ulicy. Wracam ze świeżymi bateriami, wyjmujemy stare, wrzucamy nowe. "PLAY". Wstrzymanie oddechu, wlepiamy wzrok w teksty na okładce. Cisza. Nie gra.
- Cholera, chyba mi walkman padł - wyrokuję łamiącym się głosem. I wtedy przychodzi chwila olśnienia. Kumpel triumfalnie podnosi kasetę do góry i rzecze:
- Nie włożyliśmy kasety!
- Cholera, faktycznie.
Takie to były emocje gdy w 1994 roku SAMAEL wydał swój trzeci album. Nie tak dziki, agresywny i surowy jak dwa poprzednie, ale dopracowany do granic perfekcji - świetnie zaaranżowany, doskonale przemyślany i wyśmienicie zrealizowany. Wokalnie mistrzostwo świata! Ja byłem zachwycony, choć pamiętam, że najwięksi ortodoksi kręcili nosami i oskarżali Szwajcarów o zdradę i skomercjalizowanie swojego przekazu.
Owszem, ta płyta jest bardziej przystępna niż poprzedniczki, ale mi wówczas jawiła się jako wynik konsekwentnego rozwoju i byłem nią w pełni usatysfakcjonowany. Dziś muszę przyznać, że wracam do niej rzadziej niż do "Bood Ritual" i debiutu, niemniej jednak mam do niej cholerny sentyment, a koszulka z okładką tego albumu do dziś wisi w szafie.
Na żywo widziałem Samael parę razy, ale już w późniejszych czasach. Były to najgorsze i najbardziej żenujące występy jakie w życiu widziałem. Dziś nie poszedłbym na ich koncert nawet jakby mi ktoś dopłacał. Z dziką rozkoszą odpuściłem sobie koncerty, które grali w ramach trasy z okazji jubileuszu "Ceremony...". Ponoć profanowali cały album w całości.

EPITAPH: perła w szwedzkiej koronie

Kolejna szwedzka czarna perła, która przez wiele lat zarezerwowana była tylko dla wytrawnych kolekcjonerów z zasobnym portfelem, a dziś może cieszyć nie tylko tych, którzy zakupili reedycję, ale także każdego kuca z dostępem do internetu


EPITAPH na "Seeming Salvation" z 1992 roku mielił po swojemu - niby znów Sunlight Studios, ale ich granie było przestrzenne, a riffy osadzono na niemal thrash metalowym szkielecie. Ta muzyka była precyzyjna i elegancka w swojej wymowie - solówki ładnie wybrzmiewały, a struktura utworów wydawała się kunsztownie przemyślana, wyrafinowana i brawurowo zrealizowana.
Ten krążek bez wahania wpisałbym do grona swoich ulubionych potraw w jadłospisie ze szwedzkich death metalem. Niestety mimo ogromnego potencjału jaki został zaprezentowany na debiucie EPITAPH nie poszli za ciosem i chyba nie przesadzę twierdząc, że popadli w zapomnienie.

piątek, 9 października 2015

SORCERY: świeżo, aktualnie i ekscytująco

Szwedzkiego brzmienia ciąg dalszy - rok 1991 i debiut SORCERY - Bloodchilling Tales - oryginalnie wydany tylko na limitowanym winylu. Na reedycję trzeba było poczekać aż do 1998 roku i dopiero wówczas za sprawą CD, wydanej przez No Colours Records udało mi się po raz pierwszy zmierzyć się z tym materiałem.


Typowa Szwecja, mielące, chropowaty gitary, ponure melodie, mroczne zwolnienia i diaboliczny wokal. Przyznam, że w drugiej połowie lat 90-tych byłem już taką muzyką zmęczony - miałem wrażenie, że w Sunlight Studios produkują te płyty jak kajzerki w pobliskiej piekarni. Niby smaczne, ale zdumiewająco podobne do siebie i praktycznie nie różniące się smakiem. Poza tym - kto do cholery chciałbym żywić się samymi kajzerkami?
Z perspektywy czasu jednak nie narzekam na te stare szwedzkie płyty - wracam do nich z ogromnym sentymentem i trochę inaczej je postrzegam - mimo, że paradoksalnie i tej nowej-starej Szwecji dużo się nagrywa, a brzmienie zarezerwowane niegdyś dla Sunlight Studios da się wykrzesać nie tylko na komputerze, ale pewne także na telefonie
"Bloodchiling Tales" po latach brzmi świeżo, aktualnie i ekscytująco. Słucha mi się tej płyty lepiej niż ostatniego Unleashed, Grave czy Entombed A.D.

czwartek, 8 października 2015

CREMATORY: kwadrans mistrzowskiego szwedzkiego death metalu

Przez wiele lat MCD "Denial" szwedzkiego CREMATORY było dość trudną pozycją do zdobycia, a jak już miało się trochę szczęścia żeby na nią trafić to trzeba było słono zapłacić. Teraz jest lepiej bo jakiś czas temu wyszła reedycja z bonusami (którą też sobie zakupiłem) i chyba wciąż jest powszechnie dostępna.


Ten kwadrans szwedzkiego death metalu, jaki można znaleźć na "Denial" to jeden z najlepszych kwadransów na tej scenie w ogóle. A jeśli nie najlepszych, to na pewno jedne z moich najbardziej ulubionych.
Cudowna, duszna atmosfera i brzmienie gitar, które po prostu prują powietrze - ono jest tak ciężkie, mięsiste i szwedzkie, że aż chce się w nim zanurzyć zęby i aplikować sobie tę muzykę nie tylko za pośrednictwem uszu, ale także przez przewód pokarmowy. Niestety CREMATORY nigdy nie dorobili się pełnej płyty i dość szybko zniknęli ze sceny.
Miałem takiego znajomego z Poznania, który cholernie pasjonował się szwedzkim death metalem. Kupowałem od niego nieraz jakieś płyty, nieraz on czegoś poszukiwał i kontaktował się ze mną. Wymieniliśmy mnóstwo e-maili i przegadaliśmy wiele godzin przez telefon. Niestety gość parę lat temu zginął w wypadku motocyklowym. Jak słucham sobie pierwszego oryginalnego wydania "Denial" to trudno w takich chwilach o nim nie pomyśleć.

środa, 7 października 2015

In Twilight's Embrace: Diament w stercie gnojówki

In Twilight's Embrace wydany przez zupełnie nikomu nieznaną wytwórenkę Arachnophobia Records to ponoć zgrabny cover band Dissection. Ta, krótka definicja spowodowała, że zapragnąłem podwyższyć dochód narodowy miejscowości Klepacze (powiat białostocki) i sięgnąć po (jak się okazuje) trzecią płytę Poznaniaków


Gdy po raz pierwszy usłyszałem o tej płycie - określanej jako "melodyjny death metal" to tylko wydąłem ustka w podkówkę i splunąłem pogardliwie przez lewe ramię. Za zespołami z tego nurtu - mówiąc delikatnie nie przepadam - a szczególnie gdy mówimy o płytach nagrywanych współcześnie.
A teraz już poważniej - chłopaki tak naprawdę nikogo nie coverują i jeśli przy opisie ich muzyki odwoływać się do Dissection to tylko z tego względu, że podobnie jak legendarni Szwedzi nasi rodacy potrafią melodię dawkować, potrafią za jej pomocą zbudować pewną dramaturgię utworów i za pomocą gitarowych harmonii sprawić, że włos jeży się na głowie, a serce zaczyna bić szybciej.

Bo z melodią w death metalu jest jak z przyprawami w zupie - trzeba umieć określić ich proporcje, ze starannością i znawstwem dobrać ich rodzaj, a nawet wiedzieć w jakiej kolejności i w której fazie gotowania wrzucić je do garnka. Większość współczesnych zespołów parających się "melodyjnym death metalem" albo wsypuje na oślep co popadnie, albo w ogóle nie zawraca sobie głowy przyprawami tylko sięga po kostkę rosołową, wlewa pół butelki Maggi i pół kilo glutaminianu sodu. Efekty? Do przewidzenia. Mdłości, biegunka, wysadzona wątroba i niesmak w ustach przez trzy dni.

In Twilight's Embrace to kucharze wytrawni i wyrafinowani. Zapomnijcie o Rapacholinie i Manti. Węgiel też nie będzie potrzebny. Tu muzyka po prostu płynie - jest lekka, zwiewna i naturalna jak rosół ugotowany na prawdziwej wiejskiej kurze, z dodatkiem wołowiny, warzywami z ogródka i liściem świeżej kapusty. Owszem - melodią przyprawiona mocno i zdecydowanie - ale nie mamy tu do czynienia z melodyjkami z pozytywki i aranżacjami rodem z gier Nintendo. Są to melodie wysmakowane i podane w chropowatej i twardej death metalowej oprawie.
Gdy słuchamy tych utworów czujemy zapach siarki i ciepło płomieni na twarzy. Brzmienie monolityczne, soczyste i selektywne, wokalizy szorstkie i jadowite, zwolnienia spektakularne, partie solowe błyskotliwe i pełne energii, a riffy sprawiają, że kark sam się zgina i głowa zaczyna wykonywać kompulsywne ruchy w płaszczyźnie pionowej.
Gdy słucham tej płyty przypomina mi się białostocki The Dead Goats. Te zespoły nie grają podobnie, ale mają wspólny mianownik - nagrywają świeżą i doskonałą muzykę w gatunkach, w których zdaje się, że wszystko już zostało powiedziane i wszystko co najlepsze zostało nagrane.
Okazuje się jednak, że nie - okazuje się, że wciąż można narysować kwadrat, którego nikt wcześniej nie narysował, okazuje się, że wciąż można nakreślić koło, którego wcześniej nie było. Koło, które jest bardziej okrągłe niż wszystkie inne koła kreślone przez setki tysięcy cyrkli na całym świecie. I tu właśnie w tym momencie - na facebooku 7 października 2015 roku  - o godzinie 19:11 na profilu Maria Konopnicka po raz pierwszy wykazano wyższość muzyki nad geometrią.
Jestem dumny, że w Polsce nagrywa się takie płyty. Sztuką jest odkrywać nowe galaktyki i penetrować nieznane planety. Ale nie mniejszą sztukę jest znaleźć grudkę złota w wodzie z kranu, którą wszyscy piją każdego dnia albo diamenty w stercie gnoju, który każdej wiosny tysiące razy roztrząsany już bywał na zaoranych polach.

ENTOMBED: królowie szwedzkiego death metalu

Gdy na początku lat dziewięćdziesiątych wchodziłem w death metal to tak się jakoś ułożyło, że zacząłem od penetrowania sceny amerykańskiej (Death, Cannibal Corpse, Obituary, Master, Massacre), brytyjskiej (Napalm Death, Bolt Thrower, Benediction), francuskiej (Massacra, Loudblast, Agressor), a dopiero później przyszła pora na Skandynawię.


Pewnie niewiele później – bo to wszystko było kwestią kilku miesięcy, ale czas wtedy płynął inaczej i nawet 45 minut lekcyjnych wydawało się trwać dłużej niż dzisiaj weekend.
Na pierwszy ogień poszła właśnie wielka czwórka szwedzkiego death metalu: Unleashed, Grave, Entombed, Dismember. Wszystkie miały jakiś wspólny mianownik, ale jednocześnie każdy z tych zespołów był zupełnie inny i absolutnie rozpoznawalny. Unleashed najłatwiej wpadał w ucho, Grave wydał mi się najbardziej agresywny, Dismember najbardziej melodyjny, Entombed kurewsko mroczny i złowrogi.
Gdy patrzy się na te zespoły z perspektywy czasu to nie ma wątpliwości, że to właśnie Entombed grali pierwsze skrzypce, że to właśnie oni w największym stopniu inspirowali innych i to właśnie ich muzyka po latach broni się najlepiej. Paradoksalnie jednak chyba po ich debiut sięgam rzadziej niż po debiuty pozostałych trzech kapel. Dziś mnie jednak coś naszło i już trzeci raz „Left Hand Path” obraca się w moim odtwarzaczu.
Na żywo widziałem już ich kilka razy – za każdym razem wypadali lepiej niż dobrze. Paradoksalnie jednak najbardziej mnie sponiewierali jako Entombed AD na ostatnim koncercie z Grave, w krakowskiej Fabryce.

wtorek, 6 października 2015

WOMBBATH: death metal chwytliwy i przebojowy

Potopu szwedzkiego ciąg dalszy! Rok 1993 i debiutancka płyta WOMBBATH - Internal Caustic Torments.


Płyta porażająca niezwykle selektywnym i wyrazistym brzmieniem - nie była nagrywana w Sunlight Studios i to słychać. Mniej piwnicznego mroku, więcej cudownie chropowatych riffów, które sprawiają, że głowa sama się macha. Świetne są też wokalizy - z gardła toczonego przez nowotwór, wskrzeszone przez płuca znajdujące się ostatnim stadium gruźlicy. Aż odkaszlnąć by się chciało i splunąć czarną krwią.
Materiał niezwykle chwytliwy i dość prosty, ale jednocześnie tak przebojowy i porywający, że trudno się od niego oderwać. Przy okazji przypomniało mi się, że w tym roku nagrali drugą płytę. Muszę czym prędzej ją zakupić i mimo, że od wydania ich poprzedniej płyty minęły 22 lat to wciąż mają u mnie taki kredyt zaufania, że zrobię to bez sprawdzania w internecie nawet jednej nuty.

poniedziałek, 5 października 2015

EDGE OF SANITY: Z death metalu w stronę progresji

EDGE OF SANITY to wyjątkowa pozycja na mapie zabytków szwedzkiej muzyki rozrywkowej. Zadebiutowali w 1991 płytą "Nothing but Death Remains" wpisującą się stylistykę szwedzkiego death metalu. 

Brutalny growling, ciężar i budująca klimat melodyka. Brzmieli trochę inaczej, bo nie nagrywali w Sunlight - gitary nie miały tego ciężaru i chropowatości, ale dzięki temu zyskiwały więcej przestrzeni i wykazywały tendencję do budowania zalążków nieco bardziej progresywnego grania, które w pełni rozwinie się w przyszłości. Tu mamy jeszcze czystej wody szwedzki death metal i o żadnym stylistycznym trzęsieniu ziemi nie ma mowy.
Dwa lata później wyszła druga płyta - Unorthodox, która zdecydowanie mocniej zapowiedziała styl zespołu, z którego zasłynęli najbardziej. Obok brutalnych growlingów pojawiają się tu mniej lub bardziej mroczne deklamacje, a także urokliwe, klimatyczne zwolnienia i czysty śpiew! - co na owe czasy było zabiegiem wprawiającym w konsternację i zdumienie. W warstwie muzycznej mamy mnóstwo melodii, które zwiastują powolne oddalanie się zespołu od stricte death metalowej stylistyki.
Prawdziwym przełomem dla Edge Of Sanity była trzecia płyta "The Spectral Sorrows" serwująca melodyjny death metal, który łatwo wpada w ucho ale i dość długo zastawał w głowie. Jeszcze bardziej hiciarska okazała się "Purgatory Afterglow", na której gitary cieły niesamowicie nośne motywy, a death metalowa stylistyka mieszała się z heavy metalową chwytliwością.
Kolejne płyty - bardziej rozbudowane, z progresywnym zacięciem i urozmaiconymi partiami wokali (także tych gościnnych) to już inny temat mający niewiele wspólnego ze szwedzkim death metalem (co nie znaczy, że nie warty podjęcia).

niedziela, 4 października 2015

CORPSE: Trup spoczywał w grobie

Był początek lat dziewięćdziesiątych, przesiadywałem nieraz całymi nocami przy swoim magnetofonie trzymając palce na przyciskach PLAY i RECORDS w nadziei, że może puszczą jakiś metalowy kawałek.


Nie pamiętam już w jakim to było radiu, w jakiej audycji, ale jednej nocy ktoś puścił utwór zespołu GRAVE. Nagrałem! Boże! Cóż to była za kawałek - nigdy w życiu nie słyszałem niczego porównywalnego. Cannibal Corpse grali brutalnie, Morbid Angel byli w tej brutalności na swój sposób wyrafinowani, Obituary było dzikie i zwierzęce, Deicide wydawało się głosem samego szatana. A GRAVE? 

Przerażające tajemnice grobowca

Poczułem się jak córka Josefa Fritzla przez 24 lata przetrzymywana w piwnicy. W tym utworze było coś przerażającego i patologicznego - wręcz poczułem wilgotny zapach pleśni wydobywający się z moich głośników, słodkawą woń gnijącego ciała spoczywającego w chłodnym grobie. Wiedziałem, że mam do czynienia z czymś obleśnym, złym, opętanym i fascynującym.
Ten utwór mną zawładnął - słuchałem tego nagrania tygodniami, miesiącami. Nie znałem tytułu, ale gotów byłem kupić wszystko co wpadnie mi w ręce pod nazwą GRAVE. Zaczęły się poszukiwania - bazarki, księgarnie muzyczne, Empiki, budy pod pałacem kultury. Wreszcie wpadła mi ręce kaseta „In The Eyes Of Death”. Bardzo fajna składanka z dwoma kawałkami GRAVE. Niestety żadne z nich nie był TYM UTWOREM.

W poszukiwaniu świętego Grala 

Później kumpel z jakiegoś kompaktu pożyczonego od kogoś zgrał mi debiut - Into the Grave. Bardzo dobra płyta, ale TEGO KAWAŁKA na niej nie znalazłem. Następnie pożyczyłem od kolegi - You'll Never See... byłem zachwycony tą płytą, ale to też nie było to.Cholera! A może źle usłyszałem, może to wcale nie był Grave? Mijały lata, kaseta z nagraniem mi gdzieś zginęła i wkrótce doszedłem do wniosku, że musiał mi się ten utwór przyśnić, albo po prostu źle zrozumiałem nazwą zespołu. Z nadzieją grzebałem jeszcze w demówkach GRAVE - gdy ukazało się "Back from the Grave” to od razu zacząłem od drugiej płyty z kawałkami demo, ale nie... nic nie znalazłem.


Po 20 latach znów razem

Po latach wpadła mi do ręki EP ...and Here I Die... Satisfied. Przesłuchałem i wydawało mi się, że odnalazłem ten kawałek - cholera, to był ten sam riff, ta sama rytmika, ale nie... to nie to. Chyba coś mi się pomyliło, zatarło w pamięci. A może po prostu to był rzeczywiście ten utwór tylko jako dzieciak inaczej go odbierałem.
I nastał rok 2014 - w grudniu kupiłem kompilację demo GRAVE - Necropsy - The Complete Demo Recordings 1986-1991. Początek stycznia, jechałem akurat do kumpla na pierwszy trening - wsiadam do samochodu, wrzucam do odtwarzacza płytę i .... KURWA ! KURWA! Nie miałem już żadnych wątpliwości. To TEN KAWAŁEK, który sobie z radia ponad 20 lat temu nagrałem! Leci sobie skurwysyn otwierając pierwsze CD tego dwupłytowego wydawnictwa.
Jest to utwór „Black Dawn” autorstwa CORPSE, zespoły na którego gruzach narodził się właśnie GRAVE. Aż zatrzymałem samochód, zjechałem na pobocze i siedziałem prawie godzinę słuchając tego kawałka raz za razem. Przez te 20 lat temu nie zmienił się nawet odrobinę, przez te dwadzieścia lat ja też nic się nie zmieniłem.

Stara miłość nie rdzewieje

Byłem dokładnie tak samo zesrany jak wówczas gdy nagrywałem ten kawałek z radia na kasetę magnetofonową. Klęczałem na łóżku trzymając ponad głową długi drut, który robił mi za antenę, spocony i obolały, bojąc się głębiej oddychać, żeby przypadkowe poruszenie nie wywołało zakłóceń. Modląc się, żeby nad dachem mojego domu nie przeleciał samolot, albo nie zesrał się jakiś ptak – co by mogło zakłócić fale radiowe i pogorszyć jakość mojego nagrania.
Na tym demo jest ta sama patologia, którą rok później starał się uchwycił MORBID na December Moon. W pale mi się dziś nie mieści, że CORPSE nagrało coś takiego w 1986 roku! Ten klimat, ten wokal, to rozchodzące się echo! To jest czysta esencja death metalu - od dwudziestu paru lat jestem zupełnie pozamiatany.

sobota, 3 października 2015

FURBOWL: niekonwencjonalny death metal z rock and rollem we krwi

W roku 1992 FURBOWL wydał swoją debiutancką płytę – „Those Shredded Dreams” - ciężkie, chropowate gitary, głęboki sound, miażdżące zwolnienia i grobowe wokalizy Johana Liiva znanego później także z Carnage i Arch Enemy, są wspólnym mianownikiem dla FURBOWL i innych klasyków death metalu. Oni mieli jednak coś jeszcze – rock and rollowy drive i feeling, którego nie powstydziłby się dziadek Lemmy. 

Mieli też niczym nieskrępowaną wyobraźnię, która już na debiucie pozwalała im śmiało wykraczać poza death metalowe schematy – posłuchajcie choćby dziwnych, czystych wokaliz w „Razorblades”, które wybrzmiewają na tle bluesujących partii gitar. Posłuchajcie delikatnych plam gitarowych przenikających w tle potężnego, wyrazistego i eleganckiego w swej wymowie „Desertion”. Posłuchajcie nieco psychodelicznie zabarwionych partii gitar w „Sharkheaven” czy „Those Shredded Dreams” rozbudowanego kolosa wieńczącego ten krążek. Czego nie ma w tym utworze – rock and rollowy początek, death metalowe rozwinięcie, szaleńcze przyśpieszenia cudownie charczących szwedzkich gitar, przestrzenne klimaty z delikatnymi skrzypcami w tle (w rzeczywistości to pewnie klawisze).
Myślę, że chłopaki z ENTOMBED z uwagą słuchali debiutu swoich kolegów i dobrze o nim pamiętali nagrywając swoje „Wolverine Blues”. Zresztą sam FURBOWL na dwa lata później rzucił się w objęcie death and rolla, z którym w chwili debiutu lekko flirtował – serwując odważną, melodyjną i nietuzinkową płytę.

piątek, 2 października 2015

TREBLINKA: Oldskul najwyższej próby

Zanim Tiamat stał się Tiamatem nagrywał pod szyldem TREBLINKA. Zarejestrowali pod koniec lat 80-tych dwie demówki i jedną EP, ale to wystarczyło by stać się legendą. 

Nigdy nie zapomnę jak się ucieszyłem gdy kilkanaście lat temu w warszawskiego Dziupli dorwałem dwupłytowy bootleg Treblinka z obiema demówkami i koncertem z 1989 roku.

Stylistycznie Treblinka to prymitywny i pełen undergroundowego uroku thrash/black metal. Słychać u nich nie tylko echa Bathory i twórców niemieckiego thrash metalu (głównie Sodom), ale także fascynację tą bardziej wyrafinowaną amerykańską szkołą grania. Generalnie to jednak surówka i oldskul - oldskul najwyższej próby, muzyka przy której miękną kolana a kark sam się zgina. Uwielbiam!

Aktualnie można kupić piękne, trzypłytowe wydawnictwo TREBINKA w bardzo przystępnej cenie. Zawartość następująca:

Disc 1:
Tracks 1-4: Taken from Crawling in Vomits demo (1988).
Tracks 5-8: Taken from The Sign of the Pentagram demo (1989).
Tracks 9-10: Taken from Severe Abominations 7" (1989).
Tracks 11-14: Rehearsal 1989.
Track 15: Rehearsal 2008.

Disc 2:
Tracks 1-4: Live at Roy, November 20th, 1988.
Tracks 5-12: Live at Vita Huset, February 25th, 1989.

Disc 3:
Tracks 1-7: Live somewhere in Stockholm, April 7th, 1989.
Tracks 8-15: Sumerian Cry instrumental studio outtakes.

czwartek, 1 października 2015

EXCRUCIATE: W sercu krainy zmarłych

Kolejny cios obezwładniający z ojczyzny Dolpha Lundgrena. Po doskonałym splicie z EPITAPH - EXCRUCIATE w roku 1993 wydało obłędny album "Passage of Life".


Wspólnym mianownikiem znów jest Sunlight Studios - co w żaden sposób nie podważa oryginalności i własnej tożsamości muzyki zaprezentowanej na tym krążku. EXCRUCIATE celuje w fenomenalnych zwolnieniach i walcowatych dołach, które wciągają słuchacza już nie tyle do ciemnej piwnicy, ale dużo głębiej - w samo serce krainy zmarłych, gdzie ponury grabarz długą lancą z mamuciej kości drąży tunele w zmarzniętej ziemi.
Uwielbiam wracać do tej płyty i powiadam Wam, w ciągu 23 lat, które upłynęły od jej premiery ta muzyka nie tylko nic nie straciła, ale jeszcze sporo zyskała. Prawdopodobnie gdyby ukazała się w roku 2015 obwołałbym ją najlepszych death metalowym albumem tego roku.