czwartek, 15 października 2015

TIAMAT: ucieczka od szwedzkiego death metalu

TIAMAT narodził się na gruzach zespołu TREBLINKA i to właśnie on jako pierwszy wszedł do osławionego Sunlight studios by nagrać pełny album - "Sumerian Cry". Co prawda "Left Hand Path" ukazał się wcześniej, ale samo jego nagranie odbyło się dwa miesiące po "Sumerian Cry".


Sam początek płyty - spokojny i lekko rozmarzony jest niejako zapowiedzią kierunku, w którym w przyszłości podąży ekipa niejakiego Hellslaughter, znanego później szerzej jako Johan Edlund. To jednak tylko wstęp - dalej mamy już dziki, cudownie brzmiący metal śmierci, tak mocno szwedzki jak to tylko możliwe.

Ekstrakt metalu śmierci

Śmierć, przepraszam ćwierć wieku minęło od czasów wydania tej płyty i nigdy wówczas by nie przypuszczał, że w 2015 roku ta muzyka będzie aż tak aktualna. Paradoksalnie to późniejsze albumy TIAMAT, na których bardziej zaznaczyli swoją indywidualność i które w chwili premiery były nowoczesne i odkrywcze - dziś bardziej trącą myszką niż ich wczesne nagrania. Któż mógł przypuszczać, że po latach muzycznych poszukiwań i eksperymentów wiele zespołów zechce wrócić do korzeni czerpiąc z czystego ekstraktu szwedzkiego death metalu. A takim ekstraktem jest właśnie "Sumerian Cry" i mówiąc o szwedzkim death metalu nie sposób pominąć tego albumu.

Mrocznie i klimatycznie

Dwa lata później TIAMAT wydał "The Astral Sleep", na którym w pełni obnażył swój potencjał. Klimatyczne intro to już TIAMAT pełną gębą, ale zawartość tej płyty to wciąż szwedzki death metal - tyle, że zagrany już z większą dozą oryginalności i pomysłem na coś swojego. Płyta cechuje się innym brzmieniem - bardziej przestrzennym, ale jednocześnie suchym i klarownym - z niemal thrash metalowymi partiami gitar. Dużo to klimatycznych zwolnień i wyciszeń tworzących podbudowę do eksplozji żywszych i brutalniejszych fragmentów. Edlund zaczyna już kombinować z partiami wokalnymi, słychać, że szczytem jego ambicji nie jest podręcznikowy death metalowy growl. Niektóre frazy są pełne emocji i wybrzmiewają jak skarga - na kolejnych płytach ta maniera zostanie rozwinięta.

Ku krainie łagodności

Na "Clouds" TIAMAT odpłynął już w rejony muzyczne zarezerwowane tylko dla siebie. "Wildhoney" to spokojna i pełna uroku płyta, która znalazła uznanie nie tylko w uszach fanów metalu, "A Deeper Kind of Slumber" zdradzała wyraźną fascynację Pink Floyd, nie stroniąc też od elektroniki. Później Edlund zaczął używać tuszu do rzęs i iść w kierunku rocka gotyckiego. To wszystko na zupełnie inną historię nie mającą nic wspólnego nie tylko ze szwedzkim death metalem, a ale metalem w ogóle.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz