poniedziałek, 16 listopada 2015

DERANGED: Świeża krew

DERANGED to zespół, który bez wahania mógłbym polecić każdemu fanowi death metalu, który przedkłada scenę amerykańską nad skandynawską. Tu nie ma ładnych melodii, heavy metalowych riffów, ani piwnicznego rzężenia i budowania mrocznej atmosfery grozy.


DEARANGED to czysty rozpierdol! Brutalny, bezwzględny death metal, który wychłoszcze waszą błonę bębenkową, tak jak Jezus Chrystus został wychłostany na planie zdjęciowym sadystycznego filmu Mela Gibsona.

W 1995 roku wydali debiutancką płytę „Rated-X” i moim skromnym zdaniem rozwalili w drobny mak, nagrywając jedną z najlepszych death metalowych płyt tamtego roku. Uwielbiam intensywność i dzikość tego krążka.

Jak się okazało panowie poszli jeszcze dalej na swojej drugiej płycie - „High on Blood”, która okazała się nie tylko brutalna, ale także bezwzględnie perfekcyjnie zagrana i cudownie brzmiąca. Chyba do dziś, do tego albumu mam największy sentyment i wskazałbym go jako największe osiągnięcie DERANGED. Ba, moim zdaniem to jedno z największych osiągnięć całego europejskiego brutalnego death metalu. Riffy na „High on Blood” nie wybrzmiewają, one wręcz prują powietrze, a cała płyta ma w sobie taki pęd, agresję i intensywność, że słucha się jej z zapartym tchem od pierwszej do ostatniej sekundy. Rewelacja!

Trzecia płyta – III, której okładka zawsze kojarzyła mi się z moim ulubionym albumem CARCASS również Szwedom ujmy nie przynosi, ale w stosunku do poprzedniczki cechuje ją lekko zbassowane, bardziej przestrzenne i przez to nieco puste brzmienie. Muzycznie zdecydowanie daje radę, ale brzmieniowo nie urzekła mnie aż tak jak poprzedniczka.

Z kolei „Deranged” brzmi znów ciężko i nieludzko intensywnie. W chwili premiery przeszła mi bez specjalnych emocji, ale po latach wróciłem i ją doceniłem. Bardzo podoba mi się brzmienie perkusji oraz chropowata i czytelna faktura riffów. Jest brutalnie i groove jednocześnie, są wyniszczające przyśpieszenia i intensywność wyrywająca z butów wraz ze skarpetami. Deranged to mistrzowie w swoim fachu.

Nie pamiętam już, który to był utwór – ale na jakiejś składance usłyszałem kawałek z płyty „Plainfield Cemetery”. Tak mi się spodobał, że miałem wobec tego krążka wręcz niebotyczne oczekiwania. Niestety nie zostały do końca spełnione i to chyba nawet nie z winy samego DERANGED. Oni wciąż grali swoje – brutalny, szalony, rytmiczny i porywający death metal najwyższej próby. Może ja wtedy byłem zmęczony taką stylistyką i właśnie przez to „Plainfield Cemetery” mnie nie porwała. Po kilku latach do niej wróciłem. Teraz nie wiem czy obok dwójki to nie jest płyta z dyskografii DEARANGED, do której powracam najczęściej.

Rok 2006 przyniósł szóstą płytę DEARANGED – z jednej strony w jakiś sposób nawiązującą do „ „High on Blood”, z drugiej - jakby nieco mniej ekscytującą od poprzedniczek. Przynajmniej takie wrażenie miałem w chwili premiery. Może to kwestia brzmienia – mniej skomasowanego, bardziej metalicznego, suchego i selektywnego. Dziś jak słucham tej płyty to sobie myślę, że może przez to brzmienie DEARANGED zaprezentowało się trochę nowocześniej i inaczej. Niemniej jednak chyba pozostanę przy zdaniu, że to ich najsłabszy album – mimo że wcale nie jest słaby.

Nie mam natomiast żadnych pytań, odnoście siódmego albumu Szwedów - The Redlight Murder Case z 2008 roku. Brzmienie potężne, ciężkie i zwarte – riffy miażdżące, partie perkusji fenomenalne, wokale jak gruboziarnisty papier ścierany, który zamocowany na wiertarce inhaluje nasze uszy przenosząc na fale mózgowe nieziemską rozkosz.

Swą spektakularną formę DERANGED przypieczętowali cztery lata temu albumem „Cut Carve Rip Serve” brzmiącym jeszcze ciężej i potężniej. Absolutny majstersztyk w swojej klasie. Brzmienie tego albumu jest tak pyszne, że aż pragnie się ugryźć dźwięki wydobywające się z głośników. Cudownie bulgoczące gitary, perkusyjny ostrzał z karabinu maszynowego i nieludzkie wokalizy, tworzą absolutny kanon gatunku i jedną z najlepszych płyt z brutalnym death metalem ostatnich lat.

Ostatnim wydawnictwem DEARANGED, na którym potwierdzili swoją wielkość jest MCD sprzed dwóch lat „Morgue Orgy” ze wspaniałą, oldskulową, czarno-białą okładką. Dla mnie to rewelacyjne wydawnictwo! W tej stylistyce trudno sobie wyobrazić by dało się zagrać jeszcze lepiej.




niedziela, 15 listopada 2015

VOMITORY: brutalnie i porywająco

VOMITORY zaczęli grać pod koniec lat 80-tych, ale na studyjny debiut trzeba było poczekać aż do 1996. A nie były to czasy zbyt łaskawa dla death metalu – pamiętam, że sam wówczas przeżywałem wielką fascynację black metalem (co trwa do dziś) i głównie na nim się koncentrowałem (to mi już minęło).


VOMITORY to kolejny ponadprzeciętny szwedzki zespół, który nie zyskał nigdy należnej mu czci. Stylistycznie plasuję się gdzieś pomiędzy mrocznym i melodyjnym szwedzkim graniem, a brutalnym, rzeźnickim amerykańskim łojeniem.

Z debiutem VOMITORY - „Raped in Their Own Blood” zetknąłem się po raz pierwszy na Stadionie X-lecia. Było to magiczne miejsce w Warszawie w miejscu dzisiejszego Stadionu Narodowego, w którym można było kupić wszystko – począwszy od podróbek markowych ciuchów, sprzedawanych przez Murzynów, pirackiego oprogramowania, alkoholu i papierosów – szmuglowanych zza wschodniej granicy, aż po broń (białą, palną i granaty), dowody osobiste i świadectwa maturalne. Oczywiście były też płyty – mnóstwo przeróżnych płyt i to nie tylko pirackich, ale i licencjonowanych wydań (tych wschodnich – Irond, Music Soyuz, Cd-maximum i tych jeszcze bardziej wschodnich – tak, japońskie wydanie też były dostępne, trzeba było tylko wiedzieć kogo pytać).

Ale wróćmy do meritum – pojechałem któregoś dnia na stadion chcąc kupić kilka granatów i karabin maszynowy, ale okazało się że akurat nie ma – bo w ten weekend dostawa poszła do Afganistanu. Jako, że na Stadionie sprzedawali tylko handlowcy wykwalifikowani, to nie było mowy by nie zaproponowali mi czegoś w zamian.

- Vomitory – Zgwałcona we własnej krwi – polecił mi mężczyzna ubrany cały w moro z blizną po nożu na twarzy i z opaską na jednym oku.

Spojrzałem na okładkę tej płyty i coś mnie w niej ujęło. Zamiast obrazka zdjęcie trupów. Czy jest coś co może bardziej ucieszyć nastoletniego black metalowa niż martwy człowiek na okładce płyty? Pewnie tak, ale naprawdę takich rzeczy było wówczas niewiele

Tak się zaczęła moja przygoda z VOMITORY. Nie mam pojęcia czy ich debiut jest najlepszy – być może późniejsze albumy brzmiały ciężej i dobitniej, ale dla mnie „Raped In Their Own Blood” pewnie już na zawsze pozostanie moją ulubioną. Gardłowe świetne growle, miejscami z fajnym echem (prawie jak Soulstorm), masa kapitalnych riffów czerpiących garściami nie tylko z death, ale i thrash metalowej spuścizny. Do tego sporo melodii, zróżnicowane tempo utworów, fajnie słyszalny bass („Inferno”). I niesamowity, unikalny klimat. Tak, klimat – bo ta płyta ma swoją osobowość i charakter.

Drugą płytę - „Redemption” kupiłem już będąc na studiach. Okładka nie była tak fajna, ale zauroczony debiutem nie wahałem się ani sekundy. Brzmienie bardziej gęste i skomasowane, growling wydobywał się jakby przez zaciśnięte gardło. Vomitory nabrało krzepy i przybrało na wadze przechodząc z kategorii półciężkiej do ciężkiej. Łyknąłem ten album bez popity, choć czas pokazał, że do debiutu wracałem częściej i z większą przyjemnością.

Trzecia płyta to „Revelation Nausea” - znów jakiś bohomaz na okładce przypominający skrzyżowanie Aliena z chrzanem. Muzyka jednak nie zawodzi – wokal trochę cofnięty, niższy, przyczajony – riffowanie bardziej selektywne i porywające.

Gdyby odrzucić wszelkie sentymenty i osobiste upodobania to kto wie czy właśnie czwarty album Szwedów nie jest ich „opus magnum” - zarówno brzmieniowo jak i muzycznie. Niezwykle motoryczne porywające riffy, intensywność i selektywność tej muzyki są jej największymi atutami. „Blood Rapture” mknie jak huragan i słucha się jej znakomicie – cudowny jest moment gdy kończy się otwierający „Chaos Fury” i wchodzi „Hollow Retribution” - brutalnie, bezkompromisowo, bez żadnej gry wstępnej, bezwzględnie i radykalnie. A później znów cios i cios... pięknie się tej płyty po latach słucha.


Piąta płyta VOMITORY - „Primal Massacre” to kolejny mocny strzał w ich dyskografii. Żałuję, że nigdy nie widziałem ich na żywo, bo jak słucham takiej petardy jak choćby „Autopsy Extravaganza” z rzeczonego albumu, to czuję że przy odpowiednim nagłośnieniu pod sceną byłby totalny rozpierdol.

Może to subiektywne wrażenie, ale ich szósty krążek - "Terrorize Brutalize Sodomize" - wydał mi się trochę bardziej szwedzki niż wcześniejsze dokonania. Gitary rzężą bardziej ze skandynawska, melodyka również tchnie klasycznymi dokonaniami tamtejszej sceny. Oczywiście przy tym wciąż brutalnie, wciąż bezkompromisowo i ciężko.

„Carnage Euphoria” to chyba pierwszy krążek VOMITORY, który po premierze odsłuchałem i niemal natychmiast odłożyłem go na półkę. Gdy po kilku latach przesłuchałem ponownie nie znalazłem żadnego powodu, dla którego mógłbym go uznać za słabsze ogniwo w ich dyskografii. Problemem może być tylko natłok płyt – mnóstwo świetnych albumów, które ukazują się każdego roku i spychają w niebyt nawet bardzo dobre albumy, do których bez wątpienia zalicza się „Carnage Euphoria”

Ostatnią swoją płytę - Opus Mortis VIII, Vomitory nagrali cztery lata temu. Zespół się rozpadł i póki co historia jednego z lepszych, spośród tych mniej docenianych szwedzkich zespołów death metalowych zakończyła się. Miejmy nadzieję, że jeszcze wrócą. A nawet jeśli nie – to na pociechę mamy osiem studyjnych albumów tej grupy. Dziś odświeżyłem sobie wszystkie i powiadam Wam – warto było!!!

sobota, 14 listopada 2015

DECAMERON: death metal z black metalowym jadem

Kolejna płytka wydana swego czasu przez Mystic Production na kasecie w stylistyce łączącej melodyjny szwedzki death metal z black metalem. DECAMERON dorobił się jednej demówki i jednego pełnego albumu o dźwięcznym tytule „My Shadow...”

Album ten zaliczyłbym do grona moich ulubionych krążków, jeśli chodzi o takie granie. Oczywiście melodia wylewa się z tej muzyki jak piwo z plastikowego kubka, z którym ktoś się zapuścił na koncercie pod samą scenę. 
DECAMERON oprócz porywających prostych riffów i melodyjnych partii solowych, emanuje dzikością i black metalowym jadem, a to sprawia, że ich melodyka pozbawiona jest słodyczy, nie powoduje wzdęć, zgagi czy mdłości. Ich melodie są jak nutka słodkawego, cytrusowego posmaku, która pojawia się tuż po tym, gdy w kubach smakowych wygasa goryczka szlachetnego piwa. Nie jest to muzyka, którą można kontemplować godzinami i rozkładać ją na czynniki pierwsze w zeszycie w pięciolinię. To przykład prostego, melodyjnego, siarczystego black death metalu zagraną z werwą i sercem. Nie przeszkadzają ani akustyczne wstawki, ani pojawiające się czyste wokalizy – ta płyta przez cały czas swojego trwania skrzy się jak elektroda z ręku doświadczonego spawacza.

piątek, 13 listopada 2015

A CANOROUS QUINTET: melodyjnie, zajadle i agresywnie

Skoro już jesteśmy przy nieznośnie melodyjnym death metalu, który kiedyś został wydany na kasecie przez Mystic Production to warto wspomnieć o A CANOROUS QUINTET.


Na ich debiutanckiej płycie "Silence of the world beyond" z roku 1996 więcej jest melodii niż oczek tłuszczu w dobrym rosole. Warto jednak podkreślić, że kura z której ten rosół ugotowano była nieco agresywniejsza niż ta od ABLAZE MY SORROW. Być może, to była kura, z chowu klatkowego i przez całe swoje życie pielęgnowała w swojej kurzej piersi nienawiść do rodzaju ludzkiego. Muzyka A CANOROUS QUINTET jest więc bardziej zajadła, agresywniejsza i pełna nienawiści. Oczywiście jest to kurza nienawiść, więc nic specjalnie sugestywnego.
Na dłuższą metę z A CANOROUS QUINTET niewiele wynika - ot, typowy melodyjny szwedzki death metal z delikatnym black metalowym zabarwieniem (choć to taki bardziej grey niż black). Myślę, że głównie siła sentymentu sprawia, że po latach wciąż mi się tej płyty słucha na tyle przyjemnie, iż nie ulegam pokusie by wyłączyć ją połowie.
Przyznam, że w swoim szaleństwie poszedłem dalej i zakupiłem sobie także ich drugi album "The Only Pure Hate" - nienawiści w nim tyle co kakao w wyrobach czekaladopodobnych. Z grubsza mamy tu do czynienia z kontynuacją debiutu - różnią te płyty niuanse brzmieniowe, na drugim albumie nie ma już tego pierwiastka black (czy grey) metalu. Jest może troszeczkę ciężej, ale za to mniej jadowicie.
Dla koneserów melodyjnego szwedzkiego death metalu rzecz warta polecenia, dla ludzi chorych psychicznie na punkcie metalu nawet do kupienia. Dla pozostałych - rozdział pisany małym drukiem dla wyjątkowo zainteresowanych, w lekturze uzupełniającej i nadprogramowej.

czwartek, 12 listopada 2015

ABLAZE MY SORROW: melodyjniej już się nie da

ABLAZE MY SORROW grają melodyjny szwedzki death metal jakiego nie lubię, ale paradoksalnie mam do nich jakąś sympatię. 

A szczególnie do ich debiutanckiej płyty „If Emotions Still Burn”, którą wydał u nas na kasecie Mystic. A ja wtedy tak kochałem ich kasety, że kupowałem wszystko co wydawali i rzeczywiście jak z perspektywy czasu wracam do tej muzyki (już z formatu CD) to albo oceniam ją jako bardzo dobrą, albo dobrą, albo po prostu taką, do której mam sentyment.
ABLAZE MY SORROW swój death metal grają tak melodyjnie, że chyba melodyjniej się już grać nie da. Trudno jednak odmówić temu graniu pewnego wdzięku, gitarki świdrują bardzo przyjemnie – krzyczany, lekko blackujący wokal nie przeszkadza, a na dłuższą metę może też nawet ma swój urok. Ta płyta po prostu sobie płynie, a nóżka sama chodzi. Gdyby perkusja grała trochę inaczej, a wokalista by śpiewał to w gruncie rzeczy mielibyśmy tu do czynienia z radosnym heavy metalem. Dwa lata później – w 1998 roku Szwedzi wydali drugą płytę, w podobnej stylistyce. Może brzmiała nieco ciężej i zadziorniej, ale czasy gdy taka muzyka mogła zachwycić minęły już wówczas i chyba do dziś nie wróciły. Ot, patatające melodyjne granie – bardziej kojarzące się ze Szwecją niż oscypek z Zakopanem.
Trzeci album „Anger, Hate And Fury” wydali w 2002 roku i on również nie zapisał się złotymi głoskami w historii szwedzkiego death metalu – choć podobnie jak poprzednie proponował muzykę, ładną, melodyjną i przyjemną w odbiorze. Może brzmienie jest trochę mocniejsze i bardziej chropowate, może w partiach gitar miejscami słychać inspiracje Immortal, może wokal na trochę niższych rejestrach, może grają nowocześniej... Ale ogólne wrażenie jest podobne – fajny, melodyjne granie gości, którzy na pewno wiedzą do czego służą instrumenty i pewnie bym ich słuchał częściej gdyby każdego roku nie ukazywało się 4323897323 bardziej interesujących płyt.
Podsumowując - ABLAZE MY SORROW dupy nie urywa, ale jak ktoś lubi melodyjny szwedzki death metal, a laser jego odtwarzacza pociął już w plasterki dyskografię At The Gates, In Flames, i Dark Tranquaility to można się do tej kapeli przymierzyć. Oczywiście należy zacząć od debiutu.

środa, 11 listopada 2015

RUNEMAGICK: Death doom metalowy walec

Początki RUNEMAGICK sięgają 1990 roku, ale panowie nie przepracowywali się zbytnio i po nagraniu kilku materiałów demo (jeszcze pod szyldem Runemagic) zawiesili działalność, wydając swój debiut „The Supreme Force of Eternity” dopiero w 1998 roku, w czasach gdy metalowa brać bardziej była zainteresowana płytami zespołów KORN i SOULFLY niż szwedzkim death metalem. 


I chyba właśnie w tym należy upatrywać małej popularności RUNEMAGICK w stosunku do jakości nagrywanej muzyki. Debiut aż imponuje porywającymi riffami, klimatycznymi, niemal doom metalowymi zwolnieniami i bardzo zgrabnie zaaranżowanymi utworami. Nie prezentuje muzyki nowatorskiej – to dość łatwo przyswajalny death metal, ale zagrany z takim sercem i polotem, że słucha mi się go lepiej niż dobrze.

O krok dalej poszli na drugiej płycie "Enter the Realm of Death" – bardziej klimatycznej, budującej unikalną atmosferę, łączącą w sobie death metalową potęgę, doom metalowy ciężar i black metalowy mroku. Podoba mi się brzmienie gitar przywodzące czasami na myśl odgłos kawałków słoniny smażonych na rozgrzanej patelni. Sekcja rytmiczna potężna i zwarta, demoniczne wokale, mroczne deklamacje, wspaniale wybrzmiewające solówki, dużo majestatycznych melodii i klimatycznego ciężkiego grania.

Tu nie ma żadnej piwnicy i żadnego rzężenia – na swojej drugiej płycie RUNEMAGICK jawi się jako w pełni profesjonalny zespół, nagrywający w klasowym studiu dla dużej wytwórni. I rzeczywiście wydawcą ich pierwszych trzech płyt była Century Media Records i wydawało się wówczas, że przed tym zespołem kariera na metalowej scenie stoi otworem. Trzeci krążek „Resurrection in Blood” to również kawał solidnej muzy spod znaku death doom metalu.

Po nim RUNEMAGICK zaczął nagrywać płyty dla mniejszych wytwórni trzymając się swojej stylistyki, ale zanurzając ją w bardziej podziemnym i surowym brzmieniu. Czwarty album „Requiem of the Apocalypse „ być może jest w Polsce najbardziej znany z tego względu, że został dołączony do magazynu Thrashem All. Choć pewnie znany z okładki – bo płyt z magazynu wiele osób nie słuchało :)

Oczywiście mam też wszystkie ich późniejsze płyt - z jakością jest różnie, żadna specjalnie mnie nie rozczarowała, choć przyznaję, że na takiego death-doomego kolosa jakim jest choćby "Darkness Death Doom" trzeba mieć po prostu nastrój.

DESULTORY: zespół z potencjałem

W 1993 roku DESULTORY zadebiutowali kapitalnym krążkiem „Into Eternity”, któremu muzycznie bliżej do thrash metalu niż do klasycznego szwedzkiego death metalowego brzmienia.

Gitary brzmią mocno i rasowo, ale nie rzężą i nie emanują piwnicznym mrokiem, riffy wygrywane są z thrash metalową werwą, a partie solowe zachwycają urokliwą, ale nienachalną melodyką. Same wokale również bliższe są thrash metalowemu krzykowi niż death metalowego growlingowi. Album nagrano w Sunlight, ale jest to już trochę późniejsze Sunlight – brzmi pysznie, mocno i klarownie, ale brakuje tej grobowej atmosfery naznaczonej piętnem rozkładu. Choć „Into Eternity” nie jest szwedzkim graniem jakie lubię najbardziej to cholernie doceniam ten krążek i uważam, że jest zagrany tak pomysłowo, perfekcyjnie i błyskotliwie, że aż trudno uwierzyć iż to debiut.

Rok po debiucie – DESULTORY poszli za ciosem i nagrali drugą płytę - „Bitterness”. Nie będę owijał w bawełnę! Uwielbiam ten krążek, mimo że nieco oddalił się z thrash-death metalowej ścieżki, a poszedł bardziej w kierunku groove połączonego z death and rollowym duchem wskrzeszonym przez FURBOWL, a wypromowanym rok przed premierą „ Bitterness” przez ENTOMBED.

„Bitterness” w chwili gdy się ukazała, brzmiała nowocześnie i porywająco. Po 21 latach broni się znakomicie – posłuchajcie choćby otwierającego płytę „Life Shatters” - ile czadu w tych riffach, ile determinacji w tym głosie. Znakomitość! Tyle, że ani w 1994 ani dziś nie myślę o tej płycie jako o albumie death metalowym.

W 1996 roku – czasach mało łaskawych dla death metalu DESOLTORY całkowicie oddalili się od tej stylistyki nagrywając płytę „Swallow the Snake” osadzonej w, wówczas nowoczesnym graniu, groove z posuwistymi riffami a la Pantera. Płyta została przyjęta chłodno, ale jako, że nie jestem death metalowym purystą, ani nawet metalowym purystą – nigdy nie uważałem, ani tym bardziej z perspektywy czasu, wcale nie uważam trzeciej płyty DESULTORY za słabą. To fajne, energetyczne granie, które po prostu nie trafiło na swój czas (podobnie jak choćby GOREFEST ze swoim Soul Survivor). Gdy po latach wraca się do tej muzyki, mając szerszą perspektywę i nie ograniczając swojej percepcji do aktualnie panujących trendów można z tej muzyki czerpać radość. Czystą radość. Bo to w gruncie rzeczy optymistyczna płyta.

Na falach powrotów i sentymentów DESULTORY, podobnie jak wiele innych kapel wpisujących się w nurt szwedzkiego death metalu powrócił. Zastanawiałem się jaki to będzie powrót i oczywiście z założenia musiał to być powrót do korzeni (tak jak choćby w przypadku MORGOTH, którzy przerwali karierę zupełnie gdzie indziej niż po latach zaczęli ją kontynować).

Owocem reaktywacji DESULTORY jest płyta „Counting Our Scars” sprzed pięciu lat, która najwyraźniej miała przyjąć pałeczkę od „Into Eternity”. Wyszło przyzwoicie, poprawnie, ale nic ponadto. Magia pierwszej płyty nie do podrobienia, indywidualny charakter drugiej poza zasięgiem, czad i radość grania trójki nieosiągalne. W efekcie po kilku odsłuchach „Counting Our Scars” daleki byłem od całkowitego rozczarowania, ale jeszcze dalej mi było do zachwytu. A przecież DESULTORY kiedyś zachwycali!

poniedziałek, 9 listopada 2015

EGYPT: Z daleka od Nilu

EGYPT to zespolik, który pozostawił po sobie tylko jedno demo, na którym znalazły się dwa utwory. Mowa o „Egypt” z 1992 roku. Warto jednak o nich wspomnieć bo to interesująca kapela z własnym charakterem. 


Koniecznie posłuchajcie tego dema, to raptem tylko nieco ponad 10 minut. Rozbudowane utwory, stylistycznie w jakiś sposób wpisujące się w siermiężny szwedzki death metal, ale jednocześnie jakże inne. Dwa wokale, orientalna melodyka gitar (nazwa zobowiązuje) – w „Angelic Darkness” jest trochę fajnego czystego, klinicznego grania kojarzącego mi się z Atheist, orientalna partia solowa, które mogłaby zakląć kobrę, symfoniczne, monumentalne zwolnienie i deklamacje. W „The Book With No Pages” tego orientalizmu jest jeszcze więcej – ta muzyka aż skrzy się od pomysłów, zmian tempa, interesujących partii gitarowych, urozmaiconych partii wokalnych (te czystsze kojarzą mi się z Sadness). Szkoda, że ten zespół nie utrzymał się i nie rozwinął stylistyki, którą zapoczątkował. Kto wie? Może wtedy NILE z tymi swoimi nawiązaniami do starożytnego Egiptu wcale nie byliby oryginalni....
Jakby to kogoś interesowało to wspomniana wyżej demówka wyszła jako reedycja wraz z demówkami Mastication i Exhumed pod tytułem „Wicked Material Sanity” i jest dostępna chociażby w Selfmadegod za raptem 30 czy 35 zł.


MEGASLAUGTER: Prosto z piwnicy!

MEGASLAUGTER należy do grona tych nieco zapomnianych zespołów, którym udało się dorobić nie tylko materiałów demo, ale i pełnego krążka. Debiut - „Calls from the Beyond” - ukazał się w roku 1991 za sprawą kultowej francuskiej Thrash Records. 

Niestety wyszedł tylko na winylu i przez wiele lata był naprawdę ciężko dostępny. W ciągu ostatnich kilkunastu lat pojawiło się kilka oficjalnych i nieoficjalnych wznowień tego materiału, więc nie powinno być problemu żeby się w niego zaopatrzyć. Zresztą, jest na Youtube co i tak pewnie zaspakaja 99,99 zapotrzebowania na twórczość MEGASLAUGHTER :)
Choć zespół pochodzi z Goeteborga nie ma nic wspólnego z melodyjnym death metalem. MEGASLAUGTER to obskurny, piwniczny death metal w stylu wczesnego ENTOMBED czy CARNAGE z typowo szwedzkim mieleniem gitar, topornymi, acz chwytliwymi riffami i wokalistą, któremu w przegniłem krtani zalęgło się robactwo. Co ciekawe w muzyce MEGASLAUGTER słychać też trochę amerykańskiej szkoły grania spod znaku AUTOPSY (gdyby nie oni to w ogóle nie wiadomo jakby wyglądał szwedzki death metal), OBITUARY, czy nawet selektywnych, rytmicznych riffów i punkowych przyśpieszeń mogących przywodzić dalekie skojarzenia ze wczesnym BOLT THROWER czy NAPALM DEATH. 
MEGASLAUGTER nie był zespołem ani ważnym, ani wybitnym, niemniej jednak do „Calls from the Beyond” wracam dość regularnie – bo to kawał porządnego szwedzkiego grania brzmiącego tak jak powinien brzmieć prawdziwy death metal – ciężko, mrocznie i ohydnie.

niedziela, 8 listopada 2015

NECROPHOBIC: Witruwiański death metal

Gdy przez moment zawahałem się piszcząc, że DISSECTION to mój ulubiony zespół parający się melodyjnym death/black metalem to tylko dlatego, że pomyślałem o NECROPHOBIC.


Oni również grali melodyjnie, u nich również death metal przenikał się z black metalem - ale za nic nie można by powiedzieć, że te zespoły grały podobnie. Absolutnie nie. I to jest właśnie piękne w szwedzkim death metalu.

NECROPHOBIC nagrał aż siedem płyt - oczywiście całą ich dyskografię mam na półce mimo, że z upływem czasu energia z nich uchodziła jak powietrze z piłki pozostawionej zbyt długo na słońcu.

Najlepszym albumem tej ekipy na zawsze pozostanie dla mnie debiut - „The Nocturnal Silence” z 1993 roku. To jest właśnie melodyjna Szwecja jaką lubię - bez heavy metalowych patatajów, jadowita, mroczna, szalona, intensywna, ale jednocześnie piękna i wyrafinowana w swojej melodyce. No i te warczące, intensywne obłędne riffy zagrane w taki sposób - w jaki chyba nikt przed nimi nie grał (posłuchajcie chociażby Unholy Prophecies). Mocne, selektywne brzmienie zapewniło Studio Sunlight, ale nijak się ono ma do tego rzężącego i piwnicznego, które stało się archetypiczne dla albumów powstałych w tym miejscu.

Gitary są mocne, ale jakby na thrash metalową modłę, riffy ciężkie, ale jednocześnie pełne gracji i wdzięku, agresywne, lecz zarazem melodyjne i niesamowicie chwytliwe. „The Nocturnal Silence” to płyta kontrastów – płyta, która niczym krosno nici, łączy te kontrasty w misternie utkaną całość – spójną, doskonale zbilansowaną, złożoną z idealnych proporcji surowości, agresji, melodyjności, chwytliwości, brzydoty i piękna.

„The Nocturnal Silence” to taki człowiek witruwiański szwedzkiego melodyjnego death metalu.


Mimo, że NECROPHOBIC na kolejnych albumach pozostał w ramach tej samej stylistyki – poziomu debiutu nigdy nie udało się osiągnąć. Po nagraniu „„The Nocturnal Silence” odszedł ze składu Anders Strokirk (zdaje się, że teraz wrócił) oraz gitarzysta - David Parland, któremu to właśnie w największym stopniu przypisywałbym doskonałość debiutu NECROPHOBIC. Parland znany bardziej jako Blackmoon nagrał również powalający MCD i pełen album z DARK FUNERAL. Gdy od nich odszedł zespół, podobnie jak Necrophobic również pozostał w tej samej stylistyce, ale nigdy nie wspiął się na wyżyny jakości swojego pierwszego krążka. Blackmoon już nie powróci do składu – dwa lata temu postanowił sprawdzić co tak naprawdę kryje się pod nazwą jego ostatniego zespołu – INFERNAL.

Żeby jednak nie popaść w skrajną ignorancję należy przyznać, że późniejsze materiały NECROPHOBIC również trzymają poziom. Na „Darkside” siła ciężkości została przesunięta na stronę black metalu zarówno brzmieniowo jak i wokalnie. Muzyka straciła nieco na swoim ciężarze, gitary stały się bzyczące i drapieżne bardziej na sposób black metalowy niż death metalowy. Riffy, chodź intensywne, ani przez moment nie tracą charakterystycznej szwedzkiej melodyki. Trzecia płyta „The Third Antichrist” również wstydu im nie przyniosła, ale ja już wtedy jako słuchacz zacząłem odczuwać powolne znużenie taką stylistyką i miałem wrażenie, że ta melodyjność NECROPHOBIC staje się nazbyt oczywista i przewidywalna.

O dziwo, nagranej już w nowym tysiącleciu „Bloodhymns” słuchało mi się nad wyraz przyjemnie – wokalizy okrzepły, brzmienie stało się trochę bardziej przestrzenne, a szybkie melodyjne granie urozmaicone diabolicznymi zwolnieniami i poparte nieco wyraźniejszą dykcją wokalną. Jako, że NECROPHOBIC nie nagrywali nowych płyt co rok, każdą z nich przyjmowałem z radością – aż do, jak do tej pory ostatniej i najsłabszej w ich dyskografii - Womb of Lilithu z roku 2013.

Płyta, która dla młodszych słuchaczy być może okazać się najlepsza i najbardziej aktualna, ale dla mnie za bardzo dopieszczona i przeprodukowana, co zaowocowała utratą tożsamości i stylu charakterystycznego dla tej grupy. Nie podobają mi się te partie chóralne, patetyczne zwolnienia i wokalizy miejscami przypominające manierę z jaką Hedlund pokrzykuje w UNLEASHED. Nie podoba mi się quasi symfoniczny sznyt tego krążka, ani melodyka a la WATAIN z okresu gdy zaczynali odkrywać DISSECTION. To nie jest NECROPHOBIC jaki lubię.

Ale zawsze można sięgnąć po „The Nocturnal Silence”, do czego dziś wszystkich zachęcam:)

piątek, 6 listopada 2015

LOBOTOMY: Od pierwszoligowego demo do drugoligowych płyt

LOBOTOMY powstali pod koniec lat 80-tych. Początkowo ich muzyce bliżej było do grindu niż do death metalu, ale już w roku 1990 nagrali doskonałe demo "When Death Draws Near ". Cudownie rzężące gitary, atmosfera mrocznej piwnicy, której nie otwierano tak dawno, że pająk, który uwił sieć w jej kącie popełnił samobójstwo, nawiedzone wokale, cudownie brzmiące partie solowe - tak! Sunlight Studio - nie inaczej.

Największym problemem LOBOTOMY jest to, że w późniejszym czasie nie udało im się nagrać niczego równie dobrego co na debiutanckim demo. Debiutancka płyta "Lobotomy", która wyszła dopiero w połowie lat 90-tych (gdy szwedzki death metal odchodził do lamusa, a scenę szturmem zdobywali chłopaki z plakatówkami na twarzy) pozbawiona była już tej piwnicznej atmosfery, przytłaczającego ciężaru i mroku. Brzmienie było lżejsze i bardziej suche, wokale nadawały na wyższych, bardziej histerycznych rejestrach. Trochę kombinowali, zwalniali - pojawiły się jakieś deklamacje, kobiece wokale w tle. "Lobotomy" to fajny krążek, ale na tle szwedzkiej sceny death metalowej nie miał szans się specjalnie wyróżnić. Może jakby go nagrano 3-4 lata wcześniej.

Kolejna płyta - "Kill", wydane w 1997 roku też nie przyniosła żadnych rewolucji - ot, szybki death metal napędzany thrash metalową motoryką, wyrazistymi riffami do machania głową, heavy metalową melodyką i z wokalami bardziej przypominającymi gniewny krzyk niż zwierzęcy growling. Tej płyty naprawdę słucha się całkiem miło i przyjemnie - to dobre granie, bez obciachu, ale też nic co by mogło słuchaczy porwać i nimi na dłużej zawładnąć. A wiadomo jak jest - muzyki tyle, że nawet rzeczy bardzo dobrych nie ma kiedy słuchać, nie mówiąc już o tylko dobrych.

W 1999 roku LOBOTOMY wydali swój ostatni album - Born in Hell - wypełniony masą nośnych, chwytliwych, motorycznych riffów, przy których głowa macha się sama. Tylko tyle i aż tyle. Kolejna dobra płyta, która przepadła w morzu płyt bardzo dobrych i genialnych - zrodzonych w latach 90-tych na ziemi szwedzkiej. Mimo, że LOBOTOMY nie należy do zespołów ani odkrywczych, ani specjalnie ważnych, ani takich, które porażają jakością to ja cholernie lubię od czasu do czasu wrócić sobie do ich krążków - bo to po prostu dobre metalowe granie! Jeśli nie znacie to warto zapoznać się z ich dorobkiem - choćby na Youtube. Lepsze niż 98 proc. współczesnych zespołów nawiązujących do złotych czasów death metalowej Szwecji

COMECON: death metalowy gwiazdozbiór

Death metal z automatem perkusyjnym? Wydawałoby się, że to się nie może udać. A jednak. COMECON ponoć nigdy nie miał prawdziwego perkusisty, a w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych wydał trzy bardzo dobre płyty.


Ich debiut „Megatrends in Brutality” został u nas wydany na kasecie przez Metal Mind. Gdy zobaczyłem to logo przypominające logo ENTOMBED, a następnie przeczytałem, że na wokalu sam L-G Petrov, to od razu poczułem mokro w majtkach i stało się jasne, że ten album szybko zasili moją kolekcję. Tak też się stało. Oczekiwania miałem bardzo duże i nie zawiodłem się nawet odrobinę. Dostałem ponad 40 minut porywającego death metalu ze znakomitym, selektywnym brzmieniem i niszczącymi wokalizami Petrova, który miejscami śpiewa nieco odbiegając od typowo death metalowej estetyki, co jednak w żaden sposób nie osłabia siły przkazu. „Megatrends in Brutality” to muzyka doskonale zaaranżowana i wykonana z takim polotem i błyskotliwością, że w chwili gdy ją po raz pierwszy usłyszałem to aż krzyknąłem z zachwytu, a metalmindowska kaseta długo nie opuszczała mojego magnetofonu.
Co do automatu perkusyjnego... O tym, że na tej płycie nie ma żywych bębnów dowiedziałem się ładnych parę lat później. W chwili gdy poznawałem ten album do głowy mi nie przyszło, że tam może nie być perkusisty – a i dziś ręki nie dałbym sobie uciąć, że to rzeczywiście automat, a nie Anders Green siedzi na zestawem :)
„Megatrends in Brutality” to dla mnie jedna z najlepszych płyt w dziejach szwedzkiego death metalu – ona po prostu mimo składu, mimo studia (Sunlight) jest cholernie oryginalna i niepowtarzalna. No i przetrwała próbę czasu.
Drugi album "Converging Conspiracies" wkrótce również zakupiłem na kasecie  Loud Out Records – tu na wokalu zamiast Petrova – mój wokalny idol Martin van Drunen. Nie wiem dlaczego, ale ten krążek nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, i wkrótce wymieniłem się z kumplem na kasetę „"Been Caught Buttering". Po jakimś czasie jednak wróciłem do "Converging Conspiracies" i dziś uważam, że jeśli w ogóle ustępuje debiutowi to tylko nieznacznie.
Do trzeciej płyty COMECON podchodziłem jak pies do jeża, głównie ze względu na jej okładkę. Ostatecznie przekonał mnie udział kolejnego wielkiego mikrofonowego Marca Grewe'a. I cóż – mocno eksperymentalna, pokręcona i dziwnie brzmiąca muzyka, którą zawiera ten krążek – a nawet te growlująco-rapujące wokale zupełnie zniechęciły mnie przed dwudziestoma laty.
Z tymi eksperymentalnymi płytami tak nieraz bywa – że albo zachwycają w chwili premiery, ale nie wytrzymują próby czasu, albo najpierw są nierozumiane, a z czasem doceniane. „Fable Frolic” to dla mnie przykład albumu przynależnego do tej drugiej grupy. Po latach doceniłem, a dziś słucha mi się go wybornie, a te elementy, które początkowo mi przeszkadzały i poczytywałem je za dziwactwo, dziś świadczą o oryginalności i wielkiej sile tego albumu.
Można lubić, można nie lubić – ale posłuchać trzeba, bo to coś innego i nietuzinkowego. Kto wie czy to w ogóle nie nie jest najlepsza płyta COMECON...

CEREMONIAL OATH: Death metalowe początki

CEREMONIAL OATH to kolejny goeteborski zespół, który zaczynał od grania heavy metalu (jeszcze pod nazwą Desecrator), później zaczął grać muzykę bliską thrashu, a w chwili wydania debiutanckiej płyty „The Book Of Truth” grali już death metal pełną gębą.


Stylistycznie niby to mamy masę melodyjnych zagrań i goeteborkich harmonii, ale jednak sama atmosfera i jadowite, odpychające (choć dalekie od monotonii) wokalizy nadają tej płycie mrocznego posmaku sztokholmskiej piwnicy.

Nie brakuje też gitarowych pasaży, które przypominają o heavy metalowym rodowodzie kapeli. Nie są to jednak patataje w złym guście – raczej wynik inspiracji największymi tego gatunku. Brzmienie zwarte, czytelne, intensywne – nie tak ciężkie i chropowate jak w przypadku zespołów ze Sztokholmu, ale nie tak bzyczące i lekkie jak w przypadku typowych kapel z Goeteborga. Podoba mi się zróżnicowanie i bogactwo tego krążka – niby wpisującego się w stylistykę death metalową, ale miejscami posiadającego heavy metalową zwiewność, miejscami thrash metalową motorykę, miejscami klimatyczne doomowe zwolnienia, czy szybkie partie solowe.

„The Book Of Truth” zdradza różne fascynacje muzyczne i w chwili premiery zapowiadał spory potencjał.

Jednak gdy w 1995 roku wydali drugą płytę „The Carpet” okazało się, że poszli w stronę typowego goeteborskiego death metalu, made in Studio Fredman – melodyjne riffy, melodyjne solówki, typowy dla tej stylistyki wokalizy. To nie jest zła płyta w swojej kategorii, ale pozbawiona tożsamości i nagrana zbyt późno by mogła porwać swoją estetykę. Poza tym szkoda, że wyszła pod szyldem Ceremonial Oath – myślę, że nazwa At The Darktranquility Gates byłaby trafniejsza, a samą płytę można byłoby zatytułować „In Flames”.

Album wieńczy cover „Hallowed be thy name”, który dla mnie jest strasznym kuriozum. Mam jakąś osobistą awersję do coverów, w których ktoś interpretuje czyste wokalizy manierą krzyczano-growlującą, przy zachowaniu niemal identycznej – pod względem ciężkości – warstwy instrumentalnej. Sprawia to wrażenie bardziej parodii niż coveru.

Ciekawie potoczyły się losy muzyków związanych z tym zespołem – Dronjak i Stromblad założyli Hammerfall, ten drugi grał również z In Flames, Anders Iwers nagrał sześć płyt z Tiamat. Warto dodać, że w pewnym momencie przez skład Ceremonial Oath przewinął się – wokalista In Flames (Anders Friden) i wokalista At The Gates (Tomas Lindberg). Może na jakiejś trasie po pijaku pomylili autokary i w porę nie zorientowali się, że to nie ich macierzyste kapele?


czwartek, 5 listopada 2015

MORPHEUS: Władcy snów

Rok po wyjściu ze studia Sunlight Studio i nagraniu w nim debiutanckiego demo "Obscurity" chłopcy z EXHUMED zasilili skład dwoma byłymi muzykami z CARBONIZED i znów powrócili do Sunlight - tym razem jako MORPHEUS - i nagrali świetne demo In the Arms of...(w domyśle ...morpheus).


Brzmienie podoba mi się ciut mniej niż na "Obscurity", ale wciąż jest surowe i cudownie szwedzkie. Utwory aranżacyjnie są nieco bogatsze – siłą tego materiału nie są już proste, porywające riffy, ale także dynamiczne zmiany tempa, bardzo interesująca praca sekcji rytmicznej – perkusja brzmi wyśmienicie, a miejscami cudownie wyeksponowana gitara basowa przypomina odgłos gotującej się smoły.

MORPHEUS wydał tylko jedną pełną płytę – w 1993 roku wyszła „Son of Hypnos”, która jeszcze do niedawna na internetowych aukcjach osiągała koszmarne ceny. Aktualnie wyszła reedycja tego materiału na CD. W swojej książce o szwedzkim death metalu Daniel Ekeroth ubolewa nad tym, że MORPHEUS mimo że grał świetną muzykę to nigdy nie zdobył popularności. Ja to doskonale rozumiem – bo raz, że „Son of Hypnos” wyszła ze dwa, trzy lata za późno to na dodatek brzmieniowo ustępuje - zarówno ich wcześniejszej EP-ce, jak demówce "Obscurity". Gdyby ten album nagrano w Sunlight to kto wie... a tak gitary brzmią nieco płasko, wokal jest zbyt mocno wyeksponowany i miejscami brzmi sucho i topornie a lat Glen Benton z swoich najgorszych czasach. Również partie perkusyjne nie są tak ciężkie i mięsiste jak to drzewiej bywało.

Nie to, że nie lubię „„Son of Hypnos”. Nic z tych rzeczy – uważam, że to dobry materiał (zamówiłem sobie też reedycję, mimo że mam pierwsze wydanie), ale w kontekście wcześniejszych dokonań tych muzyków, czuję lekki niedosyt – szczególnie pod względem brzmieniowym. Zgadzam się z Ekerothem, że to płyta niedoceniana – a jej ocenę na metal-archives uważam, że kilkakrotnie niedoszacowaną.


środa, 4 listopada 2015

EXHUMED: Zanim nadszedł bóg snów

EXHUMED działał krótko, ale pozostawił po sobie absolutnie powalające demo „Obscurity” nagrane w 1990 roku w sztokholmskim Studio Sunlight. Brzmienie tego materiału kruszy gnaty, a szpik kostny zmienia w garść popiołu – kwintesencja szwedzkiego death metalu, to jest Szwecja jaką lubię najbardziej.


Cudowna chropowatość gitar, selektywne, dosadne i naprawdę porywające riffy, obłędny wokal – atmosfera wilgotnego grobowca, który nie był otwierany od setek lat. Dobra wiadomość jest taka, że nie trzeba już płacić kilkaset złotych za bootleg z tym materiałem. Pięć lat temu wyszło wydawnictwo „Wicked Material Sanity”, na którym znajdziecie to demo wraz z nagraniami Mastication i Egypt. Zdecydowanie polecam. Leży w Selfmadegod za 35 zł. 
Po nagraniu „Obscurity” EXHUMED zmienił nazwę na Morpheus.

wtorek, 3 listopada 2015

UNLEASHED: Wikingowska prostota i przebojowość

Ugh! W roku 1991 wyszła debiutancka płyta jednego z najważniejszych przedstawicieli szwedzkiego death metalu. Ugh!


Mowa o UNLEASHED i ich doskonałym krążku „Where No Life Dwells”. Oni od samego początku wyróżniali się innym, mniej chropowatym i piwniczym, ale cudownie przejrzystym brzmieniem, wokalizom, bardziej przypominającym gniewny krzyk Wikinga niż typowy growl, oraz prostotą. Tak! Siła Unlaeshed tkwi w prostocie i niesamowitej chwytliwości. Riffy, które zaproponowali na debiucie w chwili premiery aż zrywały skalpy z głów od szalonego headbangingu. No i „ugh!”, które wyrywało się z paszczy Hedlunda w newralgicznych momentach.

Imponujące początki

Formę udało się im utrzymać także na drugim krążku - „Shadows in the Deep”, który przez wiele lat należał do moich ulubionych. Znów emanował niesamowitą chwytliwością, prostotą aranżacyjną poszczególnych utworów (zwrotka – refren) i znów jest „ugh!” („The Final Silence” - 1:18). To był chyba najbardziej chwytliwy zespół death metalowy jaki wówczas znałem, chwytliwy do tego stopnia, że zapamiętywałem nie tylko riffy, ale i teksty, które wyśpiewywałem wraz z nimi:

Rise - my armies - with power - from hell

We march...

Ugh!

To nie był death metal, który stawiał przed moim niewprawionym jeszcze uchu wyzwania polegające na dziesiątkach odsłuchów, wyłapywania ukrytych smaczków, przegryzania się przez ścianę gitar i perkusyjną kanonadę. Nie! Unleashed wchodził jak czopek w dupę aktywnego homoseksualisty z 30-letnim stażem, w upalny lipcowy dzień. Tą muzykę łapało od razu za gardło. Rozchodziła się we krwi jak kieliszek mocnego bimbru. Bach! I aż się czuło ciepło w końcówkach palców u stóp. Żadnego rozsmakowywania się, cmokania i obracania w ręku nóżki od kieliszka w zadumie nad rocznikiem i gatunkiem winnej latorośli. Zwykle z muzyką, która łatwo wpada w ucho jest tak, że łatwo też nie niego wypada. Nie w przypadku UNLEASHED. Te dźwięki zagnieździły mi się w głowie już na zawsze.


Lekki spadek formy 

Coś się popsuło na trzeciej płycie Across the Open Sea – niby nie ma rewolucyjnych zmian ani stylistycznych, ani brzmieniowych, ale jednak nie łapie za serducho tak bardzo jak dwie poprzednie. Nie bardzo potrafię uzasadnić dlaczego – po prostu riffy mniej kopią, a całość pozbawiona jest tej drapieżności, która cechowała poprzedniczki.
Teoretycznie jeszcze gorzej było na czwartej płycie – Victory, ale paradoksalnie chyba ja ją lubię bardziej. Jak po raz pierwszy usłyszałem ten riff rozpoczynający „Victims of War”, a później jego cudowne rozwinięcie i wokal przypominający warczenie wściekłego psa, to prawie popuściłem w majty. Albo taki „Legal Rapes” z tym bujającym riffem czy motorycznie thrashowy „In the Name of God”, z tekstem zachęcającym niepokornych nastolatków do chóralnego śpiewu na lekcji religii.
I jakiś sentyment do tej płyty pozostał. Niby słabsza od poprzedniej, ale chyba lubię ją bardziej.
O bezdyskusyjnym spadku formy możemy mówić w przypadku ostatniego albumu UNLEASHED w latach 90-tych. Mowa o Warrior. W tym przypadku przynajmniej wiem dlaczego – zupełnie nie podeszło mi bzyczące słabe brzmienie tego krążka. Gdy dodamy do niego utwory pozbawione ikry, uciekające w jakąś hard rockową manierę wychodzi nam płyta przeciętna. No i te wokale, które zawsze były ich mocną stroną na tej płycie miejscami irytują – choćby w taki „Death Metal Victory” ta intonacja jest po prostu żałosna. Może to nawet płyta gorsza niż przeciętna?


Szczęśliwy powrót

Na szczęście jak pokazała historia UNLEASHED powrócił i nagrał jeszcze sporo ekscytującej muzyki. Ale to już temat na inną opowieść -którą zresztą nie tak dawno temu przy okazji kilku słów o ich ostatniej płycie, już opowiadałem.

MARDUK: Death metalowy początek


MARDUK - Dark Endless. Co u licha robi Marduk w temacie o szwedzkim death metalu? - zapytacie pewnie łapiąc się za głowy. Otóż mówcie sobie co chcecie, ale dla mnie debiut Morgana i spółki to płyta, która przesycona jest death metalową stylistykę.


 Gdy w dawnych czasach regularnie chadzałem do Dziupli przy ul. Ząbkowskiej, niejaki Zbyszek często używał określenia „satanic death metal”. Nie wiem dokładnie co miał na myśli, ale to określenie jak ulał pasuje mi do debiutu MARDUK. 
Krzyczanym, przejmującym wokalizom rzeczywiście bliżej do black niż death metalowej stylistyki, ale potężna sekcja rytmiczna, miażdżące riffy, ciężkie zwolnienia i samo brzmienie gitar z pewnością mają rodowód death metalowy. 
Być może „ Dark Endless” właśnie dlatego jest płytą tak niedocenianą – nie spełnia oczekiwań fanów późniejszej twórczości grupy, ani nie dociera z pełną mocną do miłośników szwedzkiego brzmienia – grobowych riffów kruszących kości i atmosfery nigdy nie wietrzonej piwnicy, w starym niezamieszkałym domu, zbudowanym z kamieni, które zdążyły już się pokryć mchem. 
A w tej piwnicy dzieją się rzeczy tak straszne, że wszechogarniająca ciemność przestaje budzić lęk. Ona staje się naszym sprzymierzeńcem, opatulamy się nią jak kołdrą w zimowe późne wieczory i cichutko oddychamy, wsłuchani w odgłos swojego szybko kołaczącego serca, mając nadzieję, że nie usłyszymy ciężkich kroków na piwnicznych schodach, a chwilę później nasz pokój nie wypełni się przerażającym odgłosem dawno nieotwieranych drzwi.

poniedziałek, 2 listopada 2015

DARK TRANQUILLITY: Z mroku do światła poprzez tęczę

DARK TRANQUILLITY to kolejny przedstawiciel melodyjnego szwedzkiego death metalu, który korzenie ma we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Ponoć ich również na początku kwalifikowano jako zespół black metalowy. Piszę „ponoć” bo ja tego nie pamiętam, ale skoro starsi koledzy tak twierdzą to nie widzę powodów by im nie wierzyć.


Zadebiutowali demówką „Trail of Life Decayed” już w 1991 roku, ale pierwszy studyjny album wydali dopiero dwa lata później. Skydancer poznałem dopiero w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych i przyznam, że ani wówczas ani później wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił. Szybkie, melodyjne granie cechujące się pewną zadziornością, ale pozbawione ciężaru i agresji. Paradoksalnie najbardziej podobały mi się momenty, w których zwalniają, a gitary odchodzę z dobrze już przetartych ścieżek i zaczynają lekko kluczyć pomiędzy sekcją rytmiczną. Jednak w momentach gdy zwalniają jeszcze bardziej, a ich muzyka zaczyna tworzyć klimat to usta same mi się otwierają do ziewania. Wracam do tego krążka niezwykle rzadko i bez specjalnych emocji. Nie jest to zły album, ale taka stylistyka nie jest mi na tyle bliska bym mógł go wychwalać. Może gdybym poznał „Skydancer" te kilka lat wcześniej...

Wakacyjna płyta

Pierwszą płytą DARK TRANQUILLITY, którą usłyszałem była „The Gallery” z roku 1995. Jechaliśmy z kumplem i naszymi dziewczynami w wakacje nad morze i na Dworcu Centralnym w sklepie Ryyyk (nie pamiętam przez ile „y”) kolega zakupił „„The Gallery” wydaną przez Morbid Noizz na kasecie. Był panem sytuacji, bo zabrał ze sobą magnetofon. Przez dwa tygodnie pobytu nad morzem już od rana katował nas tą płytą i chyba każdego dnia budziły mnie jej dźwięki. Miałem mieszane uczucia – z jednej strony cieszyłem się, że gra jakiś metal, a nie np. popularny wówczas „Scyzoryk”, z drugiej za bardzo kwiliły w moich uszach te gitary, a partie wokalne wydawały mi się zbyt jednostajne. Słychać postęp w stosunku do debiutu – mamy tu do czynienia z ultra melodyjnym death metalem przesiąkniętym heavy metalowymi solówkami, bujającymi riffami i patetycznymi zaśpiewami. Z czasem sobie tę płytę nawet kupiłem, ale bardziej z sentymentu do tamtych wakacji niż z autentycznej pasji do tej muzyki.

Ucieczka od death metalu

Dwa lata później Szwedzi wydali „The Mind's I” z bardziej ciętymi gitarami, akustycznymi zwolnieniami, chwytliwymi riffami i tym charakterystycznym wokalem. Wydaje mi się ten krążek ciut słabszy od poprzedniego – ale nie będę się upierał gdy ktoś powie, że poziom tej muzyki jest zbliżony. W kolejnych latach DARK TRANQUILLITY zaczęli powoli odchodzić od formuły death metalu – nawet tego melodyjnego. I choć kocham death metal to paradoksalnie wówczas zacząłem ich coraz bardziej doceniać.
Na Projector ich muzyka stała się bardziej wielowymiarowa, zwolnienia i spokojniejsze fragmenty ciekawsze, a ostre partie wokalne mocniejsze i bardziej zróżnicowane. Żeby nie było tak dobrze to na tej płycie pojawiają się też emo-czyste partie i o zgrozo! Wokale kobiece. Kiedyś mi to nie przeszkadzało – ba, poczytywałem to jako akt twórczej odwagi i muzycznej wyobraźni. Dziś daleki jestem od entuzjazmu, choć podtrzymuje, że to dobry krążek, być może nawet najlepszy w ich dyskografii. Muzycznie wciąż mamy do czynienia z melodyjnym, nieraz nawet zupełnie piosenkowym graniem, brzmieniowo płyta jest pełniejsza, cięższa i chyba bardziej interesująca niż za czasów ich bardziej death metalowych poprzedniczek.

Nie przesadzajmy jednak – ogólnie kwalifikuję DARK TRANQUILLITY jako zespół bardziej przeceniany niż niedoceniany i gdy wycieram kurz z płyt to zawsze ich dyskografii muszę poświęcić więcej pociągnięć ściereczką niż tym, które stoją obok.

niedziela, 1 listopada 2015

SWORDMASTER: Death black thrash metalowa nawałnica

Tak jak nigdy nie byłem specjalnym entuzjastą melodyjnego szwedzkiego death metalu tak SWORDMASTER ze swoim MCD „Wraths of Time” powalił mnie na kolana i wychłostał boleśnie po krzyżu.


A poznałem ich przypadkiem – pewnie tak samo jak większość z Was – za sprawą kasetowego splitu z ZYKLON B, który w 1996 wydała coraz prężniej działająca Mystic Production. Ze względu na skład zespołu, po „Blood Must Be Shed” spodziewałem się bardzo dużo i ani odrobinę się nie zawiodłem. Po Swordmaster nie spodziewałem się niczego, a te trzy utwory, które pojawiły się na kasecie po prostu mnie zachwyciły.
Brzmieniowo idealnie – czytelnie, selektywnie, ale jednocześnie surowo i mrocznie. Oczywiście jak na gatunek przystało w każdym kawałku mnóstwo melodii, ale te melodyjne riffy nie wybrzmiewają – one wystrzeliwują z iście black metalową wściekłością i pasją. Doskonałe są też partie wokalne – niby utrzymane w konwencji melodyjnego death/black metalu, ale pełne ekspresji, jadu i wściekłości. Ta wściekłość oczywiście ani przez moment nie popada w chaos i ślepą furię. Struktura utworów jest uporządkowana, w sposób wręcz pedantyczny ale ani przez moment nie ma w nich słodyczy, a w melodyjnych gitarach nie odnajdziemy banalnego heavy metalowego patatajstwa.
To muzyczne uporządkowanie Swordmaster wydaje się naturalne i wręcz spontaniczne, tak jakby w pocie czoła tych utworów nie aranżowali ani nie układali, ale gitary były tylko przekaźnikiem i narzędziem do wyartykułowania emocji targających sercem.
Wystarczy posłuchać choćby tego melodyjnego i chwytliwego riffu, który wchodzi na początku „Upon Blood and Ashes...” i tego „ugh!” i już miękną kolana. Albo ten złowieszczy i niepojący początek „Conspiracy”, który może kojarzyć się z mrocznym wilgotnym lasem, z takim pietyzmem obmalowanym na debiucie In The Woods.
Swordmaster na „Wraths of Time” jawił się jako zespół z ogromnym potencjałem – być może nawet na miarę Dissection czy Necrophobic. Niestety ta magia gdzieś się ulotniła – i duże płyty tej grupy ocenić można jedynie jako przyzwoite. Od czasu do czasu lubię sobie włączyć drapieżną, szorstką i miejscami porywającą „Postmortem Tales”. Od wielkiego dzwonu odpalę „Moribund Transgoria”. Choć to niezła muzyka to jednak stylistycznie wyraźniej osadzona na thrash metalowym szkielecie. Śmiało można więc zażartować, że najlepszy SWORDMASTER to taki, który się nawdychał ZYKLON B