piątek, 6 listopada 2015

COMECON: death metalowy gwiazdozbiór

Death metal z automatem perkusyjnym? Wydawałoby się, że to się nie może udać. A jednak. COMECON ponoć nigdy nie miał prawdziwego perkusisty, a w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych wydał trzy bardzo dobre płyty.


Ich debiut „Megatrends in Brutality” został u nas wydany na kasecie przez Metal Mind. Gdy zobaczyłem to logo przypominające logo ENTOMBED, a następnie przeczytałem, że na wokalu sam L-G Petrov, to od razu poczułem mokro w majtkach i stało się jasne, że ten album szybko zasili moją kolekcję. Tak też się stało. Oczekiwania miałem bardzo duże i nie zawiodłem się nawet odrobinę. Dostałem ponad 40 minut porywającego death metalu ze znakomitym, selektywnym brzmieniem i niszczącymi wokalizami Petrova, który miejscami śpiewa nieco odbiegając od typowo death metalowej estetyki, co jednak w żaden sposób nie osłabia siły przkazu. „Megatrends in Brutality” to muzyka doskonale zaaranżowana i wykonana z takim polotem i błyskotliwością, że w chwili gdy ją po raz pierwszy usłyszałem to aż krzyknąłem z zachwytu, a metalmindowska kaseta długo nie opuszczała mojego magnetofonu.
Co do automatu perkusyjnego... O tym, że na tej płycie nie ma żywych bębnów dowiedziałem się ładnych parę lat później. W chwili gdy poznawałem ten album do głowy mi nie przyszło, że tam może nie być perkusisty – a i dziś ręki nie dałbym sobie uciąć, że to rzeczywiście automat, a nie Anders Green siedzi na zestawem :)
„Megatrends in Brutality” to dla mnie jedna z najlepszych płyt w dziejach szwedzkiego death metalu – ona po prostu mimo składu, mimo studia (Sunlight) jest cholernie oryginalna i niepowtarzalna. No i przetrwała próbę czasu.
Drugi album "Converging Conspiracies" wkrótce również zakupiłem na kasecie  Loud Out Records – tu na wokalu zamiast Petrova – mój wokalny idol Martin van Drunen. Nie wiem dlaczego, ale ten krążek nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, i wkrótce wymieniłem się z kumplem na kasetę „"Been Caught Buttering". Po jakimś czasie jednak wróciłem do "Converging Conspiracies" i dziś uważam, że jeśli w ogóle ustępuje debiutowi to tylko nieznacznie.
Do trzeciej płyty COMECON podchodziłem jak pies do jeża, głównie ze względu na jej okładkę. Ostatecznie przekonał mnie udział kolejnego wielkiego mikrofonowego Marca Grewe'a. I cóż – mocno eksperymentalna, pokręcona i dziwnie brzmiąca muzyka, którą zawiera ten krążek – a nawet te growlująco-rapujące wokale zupełnie zniechęciły mnie przed dwudziestoma laty.
Z tymi eksperymentalnymi płytami tak nieraz bywa – że albo zachwycają w chwili premiery, ale nie wytrzymują próby czasu, albo najpierw są nierozumiane, a z czasem doceniane. „Fable Frolic” to dla mnie przykład albumu przynależnego do tej drugiej grupy. Po latach doceniłem, a dziś słucha mi się go wybornie, a te elementy, które początkowo mi przeszkadzały i poczytywałem je za dziwactwo, dziś świadczą o oryginalności i wielkiej sile tego albumu.
Można lubić, można nie lubić – ale posłuchać trzeba, bo to coś innego i nietuzinkowego. Kto wie czy to w ogóle nie nie jest najlepsza płyta COMECON...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz