poniedziałek, 2 listopada 2015

DARK TRANQUILLITY: Z mroku do światła poprzez tęczę

DARK TRANQUILLITY to kolejny przedstawiciel melodyjnego szwedzkiego death metalu, który korzenie ma we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Ponoć ich również na początku kwalifikowano jako zespół black metalowy. Piszę „ponoć” bo ja tego nie pamiętam, ale skoro starsi koledzy tak twierdzą to nie widzę powodów by im nie wierzyć.


Zadebiutowali demówką „Trail of Life Decayed” już w 1991 roku, ale pierwszy studyjny album wydali dopiero dwa lata później. Skydancer poznałem dopiero w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych i przyznam, że ani wówczas ani później wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił. Szybkie, melodyjne granie cechujące się pewną zadziornością, ale pozbawione ciężaru i agresji. Paradoksalnie najbardziej podobały mi się momenty, w których zwalniają, a gitary odchodzę z dobrze już przetartych ścieżek i zaczynają lekko kluczyć pomiędzy sekcją rytmiczną. Jednak w momentach gdy zwalniają jeszcze bardziej, a ich muzyka zaczyna tworzyć klimat to usta same mi się otwierają do ziewania. Wracam do tego krążka niezwykle rzadko i bez specjalnych emocji. Nie jest to zły album, ale taka stylistyka nie jest mi na tyle bliska bym mógł go wychwalać. Może gdybym poznał „Skydancer" te kilka lat wcześniej...

Wakacyjna płyta

Pierwszą płytą DARK TRANQUILLITY, którą usłyszałem była „The Gallery” z roku 1995. Jechaliśmy z kumplem i naszymi dziewczynami w wakacje nad morze i na Dworcu Centralnym w sklepie Ryyyk (nie pamiętam przez ile „y”) kolega zakupił „„The Gallery” wydaną przez Morbid Noizz na kasecie. Był panem sytuacji, bo zabrał ze sobą magnetofon. Przez dwa tygodnie pobytu nad morzem już od rana katował nas tą płytą i chyba każdego dnia budziły mnie jej dźwięki. Miałem mieszane uczucia – z jednej strony cieszyłem się, że gra jakiś metal, a nie np. popularny wówczas „Scyzoryk”, z drugiej za bardzo kwiliły w moich uszach te gitary, a partie wokalne wydawały mi się zbyt jednostajne. Słychać postęp w stosunku do debiutu – mamy tu do czynienia z ultra melodyjnym death metalem przesiąkniętym heavy metalowymi solówkami, bujającymi riffami i patetycznymi zaśpiewami. Z czasem sobie tę płytę nawet kupiłem, ale bardziej z sentymentu do tamtych wakacji niż z autentycznej pasji do tej muzyki.

Ucieczka od death metalu

Dwa lata później Szwedzi wydali „The Mind's I” z bardziej ciętymi gitarami, akustycznymi zwolnieniami, chwytliwymi riffami i tym charakterystycznym wokalem. Wydaje mi się ten krążek ciut słabszy od poprzedniego – ale nie będę się upierał gdy ktoś powie, że poziom tej muzyki jest zbliżony. W kolejnych latach DARK TRANQUILLITY zaczęli powoli odchodzić od formuły death metalu – nawet tego melodyjnego. I choć kocham death metal to paradoksalnie wówczas zacząłem ich coraz bardziej doceniać.
Na Projector ich muzyka stała się bardziej wielowymiarowa, zwolnienia i spokojniejsze fragmenty ciekawsze, a ostre partie wokalne mocniejsze i bardziej zróżnicowane. Żeby nie było tak dobrze to na tej płycie pojawiają się też emo-czyste partie i o zgrozo! Wokale kobiece. Kiedyś mi to nie przeszkadzało – ba, poczytywałem to jako akt twórczej odwagi i muzycznej wyobraźni. Dziś daleki jestem od entuzjazmu, choć podtrzymuje, że to dobry krążek, być może nawet najlepszy w ich dyskografii. Muzycznie wciąż mamy do czynienia z melodyjnym, nieraz nawet zupełnie piosenkowym graniem, brzmieniowo płyta jest pełniejsza, cięższa i chyba bardziej interesująca niż za czasów ich bardziej death metalowych poprzedniczek.

Nie przesadzajmy jednak – ogólnie kwalifikuję DARK TRANQUILLITY jako zespół bardziej przeceniany niż niedoceniany i gdy wycieram kurz z płyt to zawsze ich dyskografii muszę poświęcić więcej pociągnięć ściereczką niż tym, które stoją obok.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz