niedziela, 1 listopada 2015

SWORDMASTER: Death black thrash metalowa nawałnica

Tak jak nigdy nie byłem specjalnym entuzjastą melodyjnego szwedzkiego death metalu tak SWORDMASTER ze swoim MCD „Wraths of Time” powalił mnie na kolana i wychłostał boleśnie po krzyżu.


A poznałem ich przypadkiem – pewnie tak samo jak większość z Was – za sprawą kasetowego splitu z ZYKLON B, który w 1996 wydała coraz prężniej działająca Mystic Production. Ze względu na skład zespołu, po „Blood Must Be Shed” spodziewałem się bardzo dużo i ani odrobinę się nie zawiodłem. Po Swordmaster nie spodziewałem się niczego, a te trzy utwory, które pojawiły się na kasecie po prostu mnie zachwyciły.
Brzmieniowo idealnie – czytelnie, selektywnie, ale jednocześnie surowo i mrocznie. Oczywiście jak na gatunek przystało w każdym kawałku mnóstwo melodii, ale te melodyjne riffy nie wybrzmiewają – one wystrzeliwują z iście black metalową wściekłością i pasją. Doskonałe są też partie wokalne – niby utrzymane w konwencji melodyjnego death/black metalu, ale pełne ekspresji, jadu i wściekłości. Ta wściekłość oczywiście ani przez moment nie popada w chaos i ślepą furię. Struktura utworów jest uporządkowana, w sposób wręcz pedantyczny ale ani przez moment nie ma w nich słodyczy, a w melodyjnych gitarach nie odnajdziemy banalnego heavy metalowego patatajstwa.
To muzyczne uporządkowanie Swordmaster wydaje się naturalne i wręcz spontaniczne, tak jakby w pocie czoła tych utworów nie aranżowali ani nie układali, ale gitary były tylko przekaźnikiem i narzędziem do wyartykułowania emocji targających sercem.
Wystarczy posłuchać choćby tego melodyjnego i chwytliwego riffu, który wchodzi na początku „Upon Blood and Ashes...” i tego „ugh!” i już miękną kolana. Albo ten złowieszczy i niepojący początek „Conspiracy”, który może kojarzyć się z mrocznym wilgotnym lasem, z takim pietyzmem obmalowanym na debiucie In The Woods.
Swordmaster na „Wraths of Time” jawił się jako zespół z ogromnym potencjałem – być może nawet na miarę Dissection czy Necrophobic. Niestety ta magia gdzieś się ulotniła – i duże płyty tej grupy ocenić można jedynie jako przyzwoite. Od czasu do czasu lubię sobie włączyć drapieżną, szorstką i miejscami porywającą „Postmortem Tales”. Od wielkiego dzwonu odpalę „Moribund Transgoria”. Choć to niezła muzyka to jednak stylistycznie wyraźniej osadzona na thrash metalowym szkielecie. Śmiało można więc zażartować, że najlepszy SWORDMASTER to taki, który się nawdychał ZYKLON B

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz