wtorek, 29 grudnia 2015

Kiedy rzygniemy tęczą?

Po całej nocy i całym dniu słuchania MOTORHEAD czas na jakąś odmianę. "Warrior On The Edge Of Time " to piąty album Hawkwind. W jednym utworzy śpiewa Lemmy - a tytuł tego kawałka to "Motorhead". 

 Tak sobie myślę, że po Lemmym pewnie wkrótce zaczną odchodzić inni wielcy świata muzycznego: Jagger, Plant, Ozzy, Halford, Bowie, Tyler, Young... i już żadnych świętości nie będzie. Żadnych gwiazd i muzycznych idoli. Bo czasy wielkich wytwórni i wielkiego przemysłu muzycznego już minęły - dziś, jak napisał kolega prowadzący wszechpotężną wytwórnię - to słuchacze decydują o tym, czego chcą słuchać.
A niestety słuchacze w swojej masie są zbyt głupi żeby na dłużej słuchać czegokolwiek i trudno mieć do nich o to pretensję - bo jak można należycie docenić muzykę gdy tych muzycznych bodźców w ciągu dnia dochodzi do nas więcej niż kiedyś w ciągu roku? Jak rozsmakować się w płycie, obcując z nią przez 45 sekund za pośrednictwem Youtube? Jak wynieść zespół do miana gwiazdy, skoro za dwa dni on już jest stary i liczniki oglądalności i klikalności podbijają kolejni "wielcy na 5 minut".
Wiele lat temu Andy Warhol powiedział, że w przyszłości, dzięki mediom elektronicznym coraz więcej ludzi będzie coraz szybciej zyskiwało sławę, na coraz krótszy czas. I właśnie w takich czasach żyjemy. W świecie gwałtownych i krótkotrwałych zrywów popularności. W świecie, w którym często brakuje czasu na to by się chwilę zatrzymać - pomyśleć, zastanowić się i zrozumieć.
Jesteśmy jak małpy na karuzeli w wesołym miasteczku. Ten kolorowy różnobarwny świat dobrobytu i sytości zaczyna się zlewać w różnobarwną ścianę, w której nie potrafimy już dostrzec kształtów i szczegółów. A przecież właśnie piękno tkwi w szczegółach, zaklęte jest w przemijających chwilach i w ich ulotności.
Ale to też nie będzie trwało wiecznie - albo łańcuchy tej karuzeli się pozrywają i porozbijamy sobie łby, albo wkrótce zrobi się nam niedobrze i rzygniemy tą tęczą tak potężnie, że wyleci z nas nie tylko ustami, ale i nosem.

Gdy umiera idol

Był kwiecień 1994 roku – koleżanka z liceum robiła imprezę. Mieszkała na totalnym zadupiu, gdzie strach było pociągiem jechać bo wyobrażaliśmy sobie, że w tamtych stronach muszą wciąż na pociągi napadać i skalpy ściągać. Okazało się, że u niej są jednak jakieś drogi i moi rodzice obiecali, że mnie zawiozą samochodem. Po drodze mieliśmy zabrać mojego kumpla

Zatrzymujemy się na jego przystanku, wsiada do samochodu, mówi „dzień dobry” i siedzi jak figura woskowa z muzeum pod Paryżem.
- Co jest? - pytam próbując zajrzeć mu w oczy przez ciemne okulary.
- Kurt Cobain nie żyje. Popełnił samobójstwo – odparł kumpel.
- Cóż. Koniec płyt NIRVANA. Na żywo też ich nigdy nie zobaczę – przemknęło mi przez głowę. - No i? - dopytuję czekając na jakąś puentę.
- Jestem załamany – odparł kumpel. - Płakałem całą noc i myślałem, że w ogóle na tę imprezę nie pójdę.
Popatrzyłem na niego z troską i poczułem się trochę tak jakbym się dowiedział, że mój dobry kolega podkrada bieliznę mojej matce i lubi się w niej przechadzać nocą po lesie.
- Pojebało cię? - spytałem dyplomatycznie.
- Kurwa, stary... kochałem Kurta. Wiesz, że NIRVANA to był mój ulubiony zespół... - odparł kolega zbolałym głosem i pociągnął soczyście nosem.
- No przestań. Przecież gościa nie znałeś. Zachowujesz się jak dziewczyny ode mnie z podstawówki, które wieszały sobie plakaty z New Kids On The Block i kochały się w tych umalowanych i przylizanych gogusiach z wybielonymi zębami i fryzurami na żel. Jebać Kurta Cobaina! Szkoda, że nie żyje bo nagrał sporo doskonałej muzy, ale nie płacz po jakimś gościu, którego na oczy nigdy nie widziałeś - pouczyłem kolegę. - Nie bądź cipą! - dodałem pojednawczo i szturchnąłem go boleśnie w ramię.

Ponad 21 lat minęło od tamtego dnia. Zmądrzałem, wydoroślałem, nabrałem dystansu. Od lat nie wieszam żadnym plakatów na ścianie... ale słuchałam właśnie Motorhead i płaczę jak cipa.
Po raz pierwszy w życiu poczułem łzy w oczach na myśl o śmierci osoby, której nigdy osobiście nie poznałem. Nie wiem jaki będzie świat po śmierci Lemmego, bo odkąd ja tu jestem to on zawsze był.
Pamiętam jak kupowałem w czasach podstawówki „1916” przed kinem LUNA z łóżka polowego na kasecie wydanej przez TAKT i jak po raz pierwszy ją odpaliłem z magnetofonu mojego ojca. Pamiętam „March Or Die” kupione na Placu Unii Lubelskiej koło Supersamu i mój absolutny zachwyt tą płytą, mimo że starsi koledzy pouczali, że „to już nie to...”.
Lemmy towarzyszył mi od zawsze, kochałem wszystkie płyty MOTOHEAD i wkurzałem się jak słyszałem od kogoś, że „wszystkie są takie same”. Bo nie były. Bo dla mnie każda była inna. Zupełnie inna. I tak pozostało do dziś...
A tu macie pierwszą piosenkę MOTORHEAD, którą usłyszałem. Kolega z klasy mi przyniósł – bo chłopak jego starszej siostry u niego zostawił, więc kumpel pomyślał, że mi się spodoba bo przecież lubię metal.
Tak naprawdę byłem wtedy dzieckiem i o metalu nie miałem większego pojęcia poza AC/DC i Metallica. Włączyłem tę kasetę na magnetofonie mojego ojca (swojego jeszcze nie miałem). Nie przewijałem taśmy, ot wepchnąłem ją do kieszeni magnetofonu i nacisnąłem „START” bo przycisków „PLAY” wtedy jeszcze w domu nie było.
I usłyszałem...
... i rozwaliło mnie już na zawsze i niezależnie od tego czy przeżywałem akurat fascynację thrash, death, black metalem, niezależnie od tego co w życiu robiłem i co wokół mnie się działo - czy przeżywałem upadki czy wzloty - to zawsze gdzieś w tym wszystkim był MOTORHEAD.
Aż do teraz.
Bo właśnie dziś, kilka godzin temu ten zespół przestał istnieć. Dla mnie świat już nigdy nie będzie taki sam - jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało.

niedziela, 20 grudnia 2015

Obfite plony na spalonej ziemi

Nie wiem jak wcześniej, ale na początku lat 90-tych VENOM był strasznie chłostany. Szczególnie na łamach brytyjskiego prasy, z której soki spijaliśmy dzięki kalkom pierwszych numerów Metal Hammera, gdzie swoim kunsztem dziennikarskim, erudycją i znawstwem tematu popisywały się takie tuzy dziennikarstwa jak Pipa Lang. 


Venom to prostackie, kwadratowe gówno, które najpierw starało się płonącym krzyżem odwrócić uwagę od swej muzycznej indolencji, a później grało kwadratowy, przewidywalny heavy metal z paralitycznymi partiami gitar, koślawymi solówkami i sekcją rytmiczną, którą z powodzeniem można by zastąpić odgłosem zamykanej klapy od sedesu.
Oczywiście dobry Bóg nie obdarzył brytyjskich dziennikarzy takim talentem jak mnie, więc nie ujmowali powyższych kwestii w tak wyszukany i obrazowy sposób - niemniej merytorycznie właśnie do tego można by ich recenzje sprowadzić.

A ja ten VENOM zawsze kochałem - i to nie tylko te pierwsze płyty, za które dałbym sobie wyciąć na moim młodzieńczym pośladu pentagram i posypać go solą, ale i także te późniejsze - gdy za mikrofonem stanął Demolition Man (bardziej obeznanym z NWOBHM znany z doskonałego Atomkraft).
Choćby taki "The Waste Lands" pokochałem od pierwszych obrotów taśmy w moim walkmanie. Pokochałem mimo, że w owym czasie skłaniałem się ku brutalniejszym dźwiękom i karmiłem duszę wszelakim mięsiwem, najchętniej tłustym i surowym, podlewanym gorącą czerniną z peryglacjalnych kaczek skubiących zieleninę porastającą skandynawskie fiordy.
A tu czysty heavy metal, surowy NWOBHM z wysmakowanymi partiami gitar i klimatem, który mojemu niewprawionemu uchu przywodził na myśl wczesne Iron Maiden. Ale przecież nie do końca bo w tym Venomie wciąż był Venom, przecież partie gitar cięższe, a Demolition Man nie śpiewał i nie zawodził - on przemawiał jak gorejący krzew do Mojżesza. Z taką pasją i przekonaniem, że już po pierwszym odsłuchu gotów byłem zdjąć buty i uwierzyć, że rozstąpi się przede mną morze.
Mijają lata, dekady całe, od tamtej pory zdążyły mi już nie tylko urosnąć włosy na klacie, ale nawet posiwieć i za każdym razem gdy włączam "The Waste Lands" to buty same mi się rozwiązują i tęsknym wzrokiem patrzę w kierunku morza.
Absolutnie wyjątkowa płyta, która w dyskografii Venom pełni pewnie podobną rolę jak Tomasz Hajto w panteonie największych obrońców w historii piłki nożnej, ale ja kocham i czczę ("The Waste..", nie Pana Tomka) i wracam do tej płyty nie rzadziej niż do tych absolutnie klasycznych i uwielbianych albumów Anglików.

środa, 16 grudnia 2015

MORBID SAINT: Pierwsze spotkanie

- Znasz MORBID SAINT? - zagadnął do mnie kumpel w pierwszej połowie lat 90-tych. - Zajebisty thrash grają. Jak SLAYER, tylko szybciej!
- Szybciej niż SLAYER? Przecież to niemożliwe - odparłem z powątpiewaniem. - To tak jakby być bardziej okrągłym niż kółko, albo bardziej mokrym niż woda. Pewne rzeczy po prostu nie mieściły się w głowie. 

Na szczęście, szybko okazało się, że już nie muszę sobie zaprzątać myśli rzeczami, które się w głowie nie mieszczą bo już pierwszy utwór z płyty "Spectrum Of Death" mi tę głowę urwał. Pac! Spadła na ziemię i potoczyła się po podłodze. 
- O kude! Urwało mi łeb ! - wykrzyknąłem przestraszony, a raczej wykrzyknęła moja głowa leżąca po drugiej stronie pokoju pod kaloryferem.
Wtedy jednak zaczął się drugi utwór, a MORBID SAINT zagrali jeszcze szybciej i jeszcze bardziej bezlitośnie. Plask! Urwało mi dupę. Poślady mocno klapnęły o drewnianą podłogę mojego pokoju. 
- O kurde! Urwało mi dupę! - chciałem krzyknąć, ale pozbawiony głowy nie mogłem wydobyć z siebie dźwięku. Przysłoniłem więc dłonią otwór na szyi, do którego wcześniej przymocowana była moja głowa i zagwizdałem z podziwem.
Gdy zaczął się trzeci utwór to przestraszyłem się, że popuszczę w gacie. Szybko się jednak uspokoiłem - wszak nie miałem przecież już czym popuścić. Moja dupsko wciąż leżała na podłodze potrząsając rytmicznie pośladami w rytm muzyki. 
I tak się zaczęła moja przygoda z MORBID SAINT. Krótka przygoda, bo panowie nagrali tylko jedną płytę, w ślad za nią demo, które udało mi się zdobyć dopiero po latach. A teraz zespół jest znów aktywny. Ponoć koncertuje i chyba pracuje nad nową płytą. Nie wierzę by to mógł być album na miarę "Spectrum Of Death", ale jeśli by doszło do jego nagrania to na wszelki wypadek głowę i dupsko będę trzymał mocno w czasie premierowego odsłuchu.

niedziela, 13 grudnia 2015

OLD FUNERAL: w cieniu norweskich fiordów

Jan Atle Aserod znany bardziej jako Pade to niezwykle sympatyczny i skromny facet. Przynajmniej tak wynika z wywiadu z nim, który kilka lat temu czytałem na łamach, któregoś z naszych polskich periodyków (7Gates, MegaSin?). Zdaje się, że gość bardziej czuje się fanem niż muzykiem i nigdy nie miał nawet cienia aspiracji by zostać gwiazdą rocka. Jego zespół Old Funeral powstał w Bergen w 1988 roku i działając tylko przez cztery lata wydał dwie demówki i jedną EP. Materiały te dość łatwo dostać na kompilacyjnych CD, które ukazały się po latach. 

 

Przez Old Funeral przewinęła się plejada przyszłych gwiazd muzyki black metalowej: Vikernes z Burzum, Demonaz i Abbath z Immortal czy Jorn z Hades (później Hades Almighty).
Pade we wspominanym wywiadzie nie mitologizował tych czasów, o początkach swego zespołu mówił ze skromnością, jako o czymś naturalnym i niczym niezwykłym. Ot, tak jakby ktoś wspominał jak w dzieciństwie robił sobie z kolegami z podwórka karabiny z patyków i bawili się w wojnę. Sentyment do tych czasów musiał jednak być ogromny, skoro Pade w tym roku zdecydował się na reaktywację zespołu (co ciekawe z Abbathem w składzie). Nie sądzę jednak, żeby doszło do wzmożonej aktywności OLD FUNERAL. Pewnie skończy się na tym jednym występie festiwalowym, może jeszcze dadzą kilka koncertów w pubie i pograją covery ukochanego Morothead...

Zero wyrachowania i kalkulacji

Ale przejdźmy do muzyki, do materiałów demo, które nagrali na przełomie lat 80-tych i 90-tych. To niby surowo odegrany death metal, ale nie o końca. OLD FUNERAL w pewien sposób zapowiada black metalową stylistykę, zarówno konstrukcją niektórych riffów, ponurą i charakterystyczną dla black metalu melodyką, jak i partiami wokalnymi (bliższymi opętanemu krzykowi niż growlingowi). Słychać też jak ich muzyka coraz bardziej ewoluowała ze stylistyki death metalowej do black metalu. Ostatnie cztery utwory z kompilacji „The Older Ones”, nagrane już w 1992 roku plują black metalowym bez opamiętania.
OLD FUNERAL to unikalny podziemny ekstremalny metal rodzącej się sceny skandynawskiej – jeśli ktoś przegapił to na pewno warto sobie posłuchać – nawet gdy miejscami bije z tej muzyki pewna nieporadność i młodzieńcza naiwność. A może właśnie dlatego.
Zero wyrachowania i kalkulacji – po prostu kilku chłopaków spotkało się i nagrało muzykę, której sami by chcieli słuchać. Nie wyszło im epokowe działo, ale kawał solidnego death metalu z kilkoma frapującymi riffami, które na dłużej zostają w głowie. Subiektywnie – uwielbiam!

piątek, 11 grudnia 2015

BURZUM: Det som engang var

BURZUM sięga początków lat 90-tych. Długo by można rozprawiać o całej otoczce związanej z tą muzyką, o wszystkich wydarzeniach, które sprawiły, że świat usłyszał o tym jednoosobowym projekcie. Ale zostawmy to na boku, skupmy się na muzyce. Ona jest bardziej przerażająca i mniej pospolita niż zabójstwo. 

Zaczną od – chyba swojej ulubionej płyty Varga Vikernesa - „Det som engang var”. Napisałem „chyba” bo z jego płytami mam tak, że zwykle najlepsza jest ta, której aktualnie słucham. A dziś padło na drugi album w jego dyskografii.
Jedną z najwspanialszych rzeczy w fali norweskiego black metalu (podobnie zresztą było z innymi gatunkami muzycznymi, które w chwili powstawania były świeże i kreatywne) jest to, że każdy z tych najważniejszych zespołów brzmiał zupełnie inaczej. Burzum zachwycił mnie zupełnie czymś innym niż Mayhem, Darkthrone czy Immortal.

Na „Det som engang var” Varg nie stworzył dźwięków do machania głową – na tej płycie nie brak wściekłości i agresji, ale są to emocje w większym stopniu destrukcyjne niż budujące. Ta muzyka nie rzyga diabłem i płomieniami, a riffy nie chłoszczą słuchacza w sposób dosadny i bezpośredni. Burzum budzi odrazę i lęk, które tylko na początku są czymś zewnętrznym. Gdy jednak podlegają interioryzacji to doznajemy zupełnie innego stanu świadomości, w którym strach i jego źródło stapiają się w jeden organizm.
Na „Det som...” jest coś refleksyjnego. Z tego albumu płynie smutek i jakaś taka pogańska, mistyczna mądrość, której szept dobiega z szumu rozłożystych konarów starych drzew, dźwigających zielone i drobne listki podatne na powiew wiosennego wiatru. Burzum oznacza ciemność. Ale ta ciemność nie sprowadza się do braku światła – to coś więcej. Ona nie tylko otacza ze wszystkich stron, ale wypełnia nas od środka – szarpie naszą duszę jak nagły atak spazmatycznego płaczu, w następstwie wyjątkowo traumatycznych przeżyć. Ta ciemność wylewa nam się z oczu, kapie po policzkach i odbija się głucho od pustej podłogi. Bo ogarnia nas bezkresna emocjonalna pustka, w której jesteśmy zawieszeni jak drobinka kurzu w kosmicznej nieskończoności. I właśnie z tej absolutnej pustki wyłania się skrajna wściekłość i nienawiść. Z tej depresyjnej samotności bije efemeryczne piękno i sadomasochistyczna przyjemność autodestrukcji.
„Det som engang var” to jedna z najsmutniejszych, najbardziej przerażających i najpiękniejszych płyt spośród tych, które słyszałem w życiu.

środa, 9 grudnia 2015

Najlepsze płyty to składanki?

Kiedyś Roman Rogowiecki w reklamie zachwalał, że najlepsze płyty to składanki. Nigdy mnie nie przekonał, bo zawsze albumy odpierałem całościowo i słuchanie płyt kompilacyjnych miało dla mnie równy sens co oglądanie najlepszych scen z filmów. Może i fajne gdy zna się te filmy w całości, ale bez kontekstu traci to całkowicie sens. Oczywiście od każdej reguły są wyjątki


Jeden z nich - kompilacja "The Neat Records Singles collection". Z tego co pamiętam wyszły trzy dwupłytowe albumy z tej serii. Najlepszy jest chyba ten pierwszy (podobnie jak Rambo czy Rocky).
Szczególnie polecam te składanki osobom, które dotąd żyły w przeświadczeniu, że NWOBHM to Iron Maiden i Saxon. Otóż nie moim mili - ten gatunek metalu wydał na świat wiele naprawdę dobrych zespołów i ekscytujących płyt. Posłuchajcie chociażby pierwszej części rzeczonej składanki - poznacie masę dobrej muzyki, rasowych metalowych zespołów z gitarami, które brzmieniem kruszą kości, z riffami, które wprawiają głowę w kompulsywne ruchy w płaszczyźnie poziomej.
Zaczyna się od dość znanego TYGER OF PANG TANG, później mamy FIST (klasa!) i WHITE SPIRIT z wyrazistym, metalicznym riffem i zuchwałymi wokalami. RAVEN to już powinno kojarzyć więcej osób - doskonały galopujący świdrujący rifff z rock and rollowym drivem. Po nim nieco już zapomniany ARAGORN ze świetnym, nieco demonicznym "Black Ice". Cudowny ciężki riff i niemal black metalowy klimat, a później wokale jakby zupełnie z innej bajki - wyraziste, selektywne, wyśpiewane z niemal punkową werwą i bezczelnością. Kolejny utwór to "In League With Satan" - tak to klasyk VENOM, zespołu, który bez wątpienia wpisywał się w nurt NWOBHM dając jednocześnie początki muzyce black metalowej.
Później mamy BITCHES SIN - singiel poprzedzający ich debiutancką płytę "Predator" z 1982 i absolutnego klasyka "Invaders" z 1986 roku na okładce którego nawiązano do obrazu "Krzyk" namalowanego przez norweskiego ekspresjonistę Edvarda Muncha.
Powalającym riffem i wspaniałym ciężarem imponuje BLITZKRIEG - kolejny zespół z tej składanki, któremu udało się szerzej zaistnieć. Rasowy hardrock z demonicznym posmakiem proponuje RAVEN - zespół, któremu również udało się wpisać jeśli nie złotymi to choć srebrnymi zgłoskami w historię NWOBHM.


Bez echa natomiast przepadł RAW DEAL, który na tym wydawnictwie proponuje energetyczne, rockowe granie z jajami jak melony dojrzewające w tropikalnym słońcu.
Po nich kolejny utwór VENOM - Blood Lust, ze świdrującą gitarą, wulgarnymi partiami wokalnymi i gitarami smagającymi uszy jak bat plecy nieposłusznego niewolnika, na polu bawełny w południowej części Ameryki przed wojną secesyjną.
Gitary STEEL są selektywne i wysmakowane, a wokal poraża rock and rollowym fellingiem, później znów dwa utwory RAVEN, który był wówczas w doskonałej formie, JAGUAR, którego chyba specjalnie przedstawiać nie trzeba i kolejna trochę mniej znana perełka HEAVY PETTIN' - w utworze "Roll The Dice" mogącym delikatnie kojarzyć się z klimatem pierwszej płyty IRON MAIDEN. Nagrali zresztą w latach 80-tych trzy całkiem niezłe albumy, a w 2006 roku ciekawe limitowane wydawnictwo Pettology, na które składają się dwa pierwsze albumy i dwie koncertówka w wersji audio i dvd (mam je oczywiście w swojej kolekcji).
Po nich mamy DEDRINGER - kolejnych przedstawicieli solidnego, energetycznego NWOBHM, którzy nigdy nie zaistnieli w szerszej świadomości (przynajmniej u nas).
19 utwór na pierwszej płycie tej składanki nagrał CRUCIFIXION. Nie dorobili się nigdy pełnej płyty, ale singiel "Take It Or Leave It" to kawał ognistego grania, z naprawdę dobrym riffem, który w tamtych czasach musiał rzucać na kolana.
Po nich mamy utwór WARRIOR ze wspaniałymi dialogami gitar i galopującą sekcją rytmiczną. Nie to jeszcze nie koniec. Przed nami kolejny utwór FIST - cudowne, chropowate brzmienie gitar połączone z rock and rollowym feelingiem. Uwielbiam! Tak by grał Elvis gdyby urodził się nieco później na Wyspach. Pierwszą płytę składanki zamyka VALHALLA utworem "Coming Home" - energetyzujące hard rockowe granie z czasów gdy ta muzyka była tworzona przez młodych dla młodych, a nie przez wąsatych Januszów dla brodatych Grażyn.
A to tylko pierwszy z dwóch krążków pierwszej części trzyczęściowej składanki poświęconej NWOBHM. Zdecydowanie polecam jako początek przygody z gatunkiem muzycznym, który został zawłaszczony przez IRON MAIDEN

środa, 2 grudnia 2015

JUDAS PRIEST: Pruję motocyklem po niebie i pożeram gwiazdy

Początek lat 90-tych. Przeglądam u kolegi kasety i natrafiam na "Painkiller" wydany przez TAKT.
- Fajne? - pytam, obracając w łapskach kasetę i oglądając okładkę.
- Słabe. Taki heavy, dostałem od kogoś w prezencie - odpowiada kumpel. - Gość wyje jakby mu jajka w imadle ściskali.


Już mam odłożyć, ale coś mnie tknęło.
- Pożycz? Chętnie posłucham.
- A bierz i nie oddawaj jeśli ci się spodoba.


Gdy wróciłem do domu okazało się, że mam gorączkę, bo był to czas gdy jeszcze kilka razy w roku zdarzały mi się przeziębienia i z lubością poddawałem się chorobie, mając w perspektywie kilka dni czytania komiksów i słuchania muzyki, zamiast siedzenia na nudnych lekcjach w szkole.

Późnym wieczorem, łyknąwszy polopirynę popitą mlekiem z miodem, ze zbolałą miną ległem w łóżku. Ale gdy tylko matka zgasiła światło i wyszła, po omacku sięgnąłem po kasetę i odpaliłem ją wciskając do uszu chińskie słuchawki zakupione na targu od Ruskich. Jak ta muza ruszyła to myślałem, że pierza wyskoczą mi z poduszki i zaczną uprawiać headbanding. Pot kapał mi po twarzy, a z zamkniętymi oczami wyobrażałem sobie, że sunę po niebie na tym motocyklu z okładki i pożeram gwiazdy, które wysypują się z chmur rozcinanych przez moje przednie koło.

Słuchałem tak długo aż zasnąłem, a gdy rano się obudziłem to przez chwilę czułem strach. Bałem się, że ta płyta mi się przyśniła. Zerwałem się z łóżka i z ulgą ujrzałem kasetę leżącą koło magnetofonu. Gdy chwilę później myłem zęby, okazało się mam między nimi pogryzione, ale wciąż połyskujące kawałki gwiazd.

Nie licząc płyt King Diamond i Mercyful Fate, które są zupełnie inną bajką, "Painkiller" do dziś pozostał dla mnie najlepszą heavymetalową płytą wszech czasów.