środa, 2 grudnia 2015

JUDAS PRIEST: Pruję motocyklem po niebie i pożeram gwiazdy

Początek lat 90-tych. Przeglądam u kolegi kasety i natrafiam na "Painkiller" wydany przez TAKT.
- Fajne? - pytam, obracając w łapskach kasetę i oglądając okładkę.
- Słabe. Taki heavy, dostałem od kogoś w prezencie - odpowiada kumpel. - Gość wyje jakby mu jajka w imadle ściskali.


Już mam odłożyć, ale coś mnie tknęło.
- Pożycz? Chętnie posłucham.
- A bierz i nie oddawaj jeśli ci się spodoba.


Gdy wróciłem do domu okazało się, że mam gorączkę, bo był to czas gdy jeszcze kilka razy w roku zdarzały mi się przeziębienia i z lubością poddawałem się chorobie, mając w perspektywie kilka dni czytania komiksów i słuchania muzyki, zamiast siedzenia na nudnych lekcjach w szkole.

Późnym wieczorem, łyknąwszy polopirynę popitą mlekiem z miodem, ze zbolałą miną ległem w łóżku. Ale gdy tylko matka zgasiła światło i wyszła, po omacku sięgnąłem po kasetę i odpaliłem ją wciskając do uszu chińskie słuchawki zakupione na targu od Ruskich. Jak ta muza ruszyła to myślałem, że pierza wyskoczą mi z poduszki i zaczną uprawiać headbanding. Pot kapał mi po twarzy, a z zamkniętymi oczami wyobrażałem sobie, że sunę po niebie na tym motocyklu z okładki i pożeram gwiazdy, które wysypują się z chmur rozcinanych przez moje przednie koło.

Słuchałem tak długo aż zasnąłem, a gdy rano się obudziłem to przez chwilę czułem strach. Bałem się, że ta płyta mi się przyśniła. Zerwałem się z łóżka i z ulgą ujrzałem kasetę leżącą koło magnetofonu. Gdy chwilę później myłem zęby, okazało się mam między nimi pogryzione, ale wciąż połyskujące kawałki gwiazd.

Nie licząc płyt King Diamond i Mercyful Fate, które są zupełnie inną bajką, "Painkiller" do dziś pozostał dla mnie najlepszą heavymetalową płytą wszech czasów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz