środa, 16 grudnia 2015

MORBID SAINT: Pierwsze spotkanie

- Znasz MORBID SAINT? - zagadnął do mnie kumpel w pierwszej połowie lat 90-tych. - Zajebisty thrash grają. Jak SLAYER, tylko szybciej!
- Szybciej niż SLAYER? Przecież to niemożliwe - odparłem z powątpiewaniem. - To tak jakby być bardziej okrągłym niż kółko, albo bardziej mokrym niż woda. Pewne rzeczy po prostu nie mieściły się w głowie. 

Na szczęście, szybko okazało się, że już nie muszę sobie zaprzątać myśli rzeczami, które się w głowie nie mieszczą bo już pierwszy utwór z płyty "Spectrum Of Death" mi tę głowę urwał. Pac! Spadła na ziemię i potoczyła się po podłodze. 
- O kude! Urwało mi łeb ! - wykrzyknąłem przestraszony, a raczej wykrzyknęła moja głowa leżąca po drugiej stronie pokoju pod kaloryferem.
Wtedy jednak zaczął się drugi utwór, a MORBID SAINT zagrali jeszcze szybciej i jeszcze bardziej bezlitośnie. Plask! Urwało mi dupę. Poślady mocno klapnęły o drewnianą podłogę mojego pokoju. 
- O kurde! Urwało mi dupę! - chciałem krzyknąć, ale pozbawiony głowy nie mogłem wydobyć z siebie dźwięku. Przysłoniłem więc dłonią otwór na szyi, do którego wcześniej przymocowana była moja głowa i zagwizdałem z podziwem.
Gdy zaczął się trzeci utwór to przestraszyłem się, że popuszczę w gacie. Szybko się jednak uspokoiłem - wszak nie miałem przecież już czym popuścić. Moja dupsko wciąż leżała na podłodze potrząsając rytmicznie pośladami w rytm muzyki. 
I tak się zaczęła moja przygoda z MORBID SAINT. Krótka przygoda, bo panowie nagrali tylko jedną płytę, w ślad za nią demo, które udało mi się zdobyć dopiero po latach. A teraz zespół jest znów aktywny. Ponoć koncertuje i chyba pracuje nad nową płytą. Nie wierzę by to mógł być album na miarę "Spectrum Of Death", ale jeśli by doszło do jego nagrania to na wszelki wypadek głowę i dupsko będę trzymał mocno w czasie premierowego odsłuchu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz