niedziela, 31 stycznia 2016

ABBATH: Krokiem kraba

Gdy słyszę opinie, że Abbath ma być następcą Lemmego podchodzę do tego ze sporym dystansem. To trochę tak jakby powiedzieć, że Justin Bieber to John Lennon współczesnych czasów. A może jestem w błędzie? Może jakie czasy, taki Lemmy...


Uwielbiam Immortal – szczególnie ten wczesny, demoniczny, intensywny, zimny i złowrogi. Później, gdy ich styl nieco okrzepł, a puszczanie oczka do słuchacza zmieniło się w nachalny tik nerwowy nie dostarczali mi aż tyle emocji. Ich muzyka przestała mnie zachwycać, ale zaczęła bawić – co też miało swoje plusy, bo wiadomo, że w prozie codziennego życia chwila rozrywki może mieć moc wręcz uzdrawiającą.

Immortalowa shizma

Gdy Abbath zaczął się szarpać z resztą składu, na skutek czego nastąpiła schizma w szeregach Norwegów przyjąłem to wręcz z entuzjazmem. Dlaczego? Pomyślałem sobie, że teraz Abbath zabierze rozrywkę ze sobą, a Immortal wróci do muzyki, która mnie zachwyci. Czy tak będzie? Po przesłuchaniu debiutanckiego krążka Abbath już wiem, że chociaż w połowie moje przewidywania okazały się słuszne. 
Płyta zaczyna się całkiem niezłym i chyba najoryginalniejszym utworem „To War” - później Abbath jedzie już tym swoim rubasznym... no właśnie, czym?
Black metalem na pewno bym tej muzyki nie nazwał, bo black metal to dla mnie muzyka negatywnych emocji, a przekaz Abbatha jest optymistyczny – powiedziałbym, że taki heavy metalowo rockowy w swej wymowie. Przez barwę wokalu i sposób konstrukcji riffów skojarzenia mogą biec ku Immortal (temu późniejszemu), ale mam wrażenie, że Abbath proponuje muzykę jeszcze bardziej przystępną i przyjazną niż jego macierzysty zespół. Nawet wokalizy sprawiają wrażenie nieco łagodniejszych. 

Kontemplować rozrywkę

Jest na tej płycie kilka fajnych riffów, kilka miłych harmonii i przyjemnych melodyjek – to jednak zdecydowanie za mało, by mogła ona na dłużej mnie przyciągnąć i skłonić do jakiejś dłuższej kontemplacji. Może właśnie dlatego, że to nie jest muzyka, przy której się doznaje duchowych uniesień, Abbath gra dla rozrywki i dla zabawy. Ale nie do końca – choćby taki „Ocean Of Wound” ma w sobie jakiś smutek, tęsknotę i bathorowy patos, ale już „Count The Dead”, choć zaczyna się drapieżnymi frazami wokalnymi to napędzany jest pogodnym, niemal heavy metalowym riffem, który prowadzi nas do przyśpieszenia a la Immortal.
I taka jest tak płyta – mniej rubaszno-rockowa niż „I”, ale jednocześnie nie ma tej siły, która cechowała Immortal w szczytowej formie. No chyba, że dla kogoś ta szczytowa forma to „All Shall Fall” - wówczas, mimo nie ma aż tak nachalnych nawiązań do Bathory – można by uznać, że Abbath niejako kontynuuje rozwój zespołu, z którego zdezerterował (lub go wyrzucili – nie wnikam). 

Szału nie ma

Mnie debiutancka płyta Abbatha za bardzo nie przekonuje – to co na niej ekscytujące słyszałem już w lepszym wykonaniu Immortal, a to co ma tchnąć feelingiem i rock and rollowym duchem lepiej wyszło na I. Tu mamy stylistykę stojącą okrakiem pomiędzy tym dwoma konwencjami. Abbath krokiem kraba podąża ścieżką na pograniczu tych dwóch światów – co paradoksalnie nadaje mu większej wiarygodności niż niejednemu black metalowemu wojownikowi. Wolę patrzeć na błazna, który świadomie błaznuje – niż na błazna, który udaje, że błaznem nie jest. 
Muzycznie, trzeba przyznać Abbathowi, że wypracował coś swojego – łatwo rozpoznawalnego i charakterystycznego. Nie jestem jednak pewien czy w przyszłości jadąc na tych samych patentach, potrafi zachować świeżość i ogień podgrzewający serce słuchaczy. To dopiero debiut, a mam wrażenie, że drwa już się kończą i palenisko, choć jeszcze zupełnie nie dogasa, to raczej nie buchnie już większym płomieniem. 

Czekam na odpowiedź Immortal

I teraz z ogromnym zainteresowaniem czekam na odpowiedź Immortal. Scenariusze są dwa. Pierwszy - nagrają płytę będącą kontynuację ich stylu (lub stylu Abbatha – bo trudno określić gdzie się jedno kończy, a drugie zaczyna) i wyjdzie taki przekłuty pomarszczony balon. Drugi – przestaną mrugać okiem i ścigać się w krabowym biegu, odzyskają ducha prawdziwego Immortal i nagrają powalającą płytę black metalową na miarę „Pure Holocaust” - jeśli nie pod względem stylu, to treści – czarnej jak bezgwiezdne niebo i zimnej jak porywisty wiatr, w mroźną grudniową noc.


sobota, 30 stycznia 2016

Zdarzyło Wam się kiedyś iść ulicą i znaleźć pięć milionów złotych?

Zdarzyło Wam się kiedyś iść ulicą i znaleźć pięć milionów złotych? Mi się to zdarzyło - byłem jeszcze w podstawówce, po lekcjach często zostawaliśmy na boisku i grywaliśmy w piłkę. 


Po meczu chadzaliśmy do pobliskiego sklepu, w którym kupowaliśmy sobie z kumplem po oranżadzie i po połówce chleba. Siadaliśmy na trawie pod kładką i gadaliśmy jeszcze z godzinę o muzyce, przeżuwając gliniasty chleb i zapijając go gazowanym, słodkim napitkiem nieokreślonego koloru. Kumpel się kiedyś po tym strasznie posrał...ale to już na zupełnie inną opowieść. 
Któregoś dnia idziemy z boiska do sklepu, patrzę a tu na środku drogi leży portfel. Czarna, mocno wypchana damska portmonetka. Podniosłem, zaglądam do środka - gruby plik banknotów. Liczymy z kumplem rozgorączkowani - pięć milionów złotych!!! 
Jedna kaseta kosztowała wówczas 15 tys. złotych, ale w sklepie, w którym kupowałem był rabat i za 10 zakupionych kaset liczyli 100 tysięcy złotych. Szybka kalkulacja - 500 kaset sobie kupię !!!!!! Zapowiadał się jeden z najszczęśliwszych dni mojego życia. Ale przeglądam ten portfel, przeglądam i natrafiam na czyjeś zdjęcie. Fotografia dziewczynki - kilka lat młodszej ode mnie. 
- Cholera - jest czyjeś zdjęcie - mówię do kumpla. - Nie mogę wziąć tej kasy, jak jest zdjęcie to i da się znaleźć właściciela tego portfela.
- No daj spokój, nie ma adresu, po samym zdjęciu nie znajdziesz - odparł kumpel, przekonując mnie bym wywalił do rowu ten portfel ze zdjęciem, a kasę wydał na kasety. Cholernie kusząca to była perspektywa, ale ostatecznie podjąłem decyzję, że zaniosę ten portfel do szkoły i oddam go w sekretariacie. Jak ktoś w pobliżu szkoły zgubił to może tam trafi...
I wracając do szkoły tuż przy boisku spotkałem kobietę, która szukała czegoś na drodze. Obok niej szła dziewczynka. Ta ze zdjęcia, które znalazłem w portfelu. Podszedłem do nich i oddałem ten portfel. Chyba nigdy wcześniej ani nigdy później nie widziałem kogoś, kto by się aż tak cieszył. Kobieta wyściskała mnie i jakbym był trochę mniejszy to pewnie złapałaby mnie na ręce i zaczęła mną podrzucać. W tym portfelu miała całą wypłatę - córkę wychowywała sama i była absolutnie załamana swoją stratą. 
Cóż, 500 kaset poszło się jebać - ale jak się później okazało dobry Bóg wynagrodził moją uczciwość i w przyszłości pozwolił mi stworzyć kolekcję płyt, której liczba 500 zupełnie nie zawstydza. I jeszcze jeden pozytyw - ta kobieta poszła ze mną do sklepu i koniecznie chciała mi coś kupić.
Zaproponowałem pół chleba i oranżadę. Nie zgodziła się i odpaliła mi 50 tys. złotych. Oczywiście natychmiast pojechałem do miasta i kupiłem sobie trzy kasety - kto wie czy nie warte więcej niż 500 przypadkowych tytułów. 
MEGADETH - Rust in Peace
IRON MAIDEN - No Prayer for the Dying
KREATOR - Pleasure to Kill

piątek, 29 stycznia 2016

Z muzyki metalowej się wyrasta

- Ja was chłopaki doskonale rozumiem bo kiedyś byłem taki jak wy – powiedział do nas kilka lat starszy dresiarz, tuż po tym jak wyrzucili nas z imprezy. - Też kiedyś byłem metalowcem. Słuchałem Samaela, Kata i Metaliki. Ale na miłość boską, nie odpierdalałem takich akcji!

Popatrzyłem na niego smutno i rzekłem:

- Nigdy nie byłeś żadnym metalem. Z tej muzyki się nie wyrasta! - po czym odwróciłem się na pięcie i poszedłem do domu. 15 kilometrów na piechotę. W środku nocy, w środku zimy, przy mrozie -15. W glanach, ramonce, koszulce mokrej od piwa i z plecakiem wypełnionym szkłem.

To było chyba w drugiej klasie liceum. Kolega z podwórka, z którym chodziłem do podstawówki – nazwijmy go Pyś – odnowił znajomość z pewną Basią z naszej podstawówkowej klasy. Jej koleżanka miała wolną chatę gdzieś w bloku na Ursynowie i postanowiła zrobić imprezę. Basia zaprosiła Pysia, Pyś zaprosił mnie, a ja Zbysia, a Zbyś Misia. Krótko mówiąc we czterech mieliśmy na ten Ursynów jechać. Czterech jurnych metalowców spragnionych piwa, głośnej muzyki i wyuzdanych nastolatek. Tak się jednak złożyło, że Pyś i Miś zgadali się jakoś wcześniej, a ja ze Zbysiem mieliśmy do nich dołączyć.

Łazienkowy cover

Dostaliśmy adres i zaczęliśmy się tłuc autobusami na ten Ursynów. Sam środek zimy, mróz, śnieg po pachy, ale w sercu radość bo wreszcie coś się dzieje. Po drodze nakupiliśmy piwa i załadowaliśmy do swoich kostek. Oczywiście uzbroiliśmy się w kasety, z doświadczenia wiedząc, że na takich prywatkach króluje licha muzyka. Po blisko dwugodzinnej tułaczce dotarliśmy pod wskazany adres. Blok, piąte piętro, numer na drzwiach się zgadza. Zza nich dobiegają krzyki, śmiechy i licha muzyka, co potwierdzało, że na pewno jesteśmy na miejscu.
Dzyn! Dzyn!
Drzwi się otwierają i w progu widzimy dwie dyskomułki, mniej więcej w naszym wieku.
- O! Kurwa!Metale przyszli! - ucieszyła się jedna.
- Kurwa! Super! Przyszliście po kolegów! - skwitowała druga.
- No niezupełnie – sprostowałem. - Przyszliśmy na imprezę.
Przestały się uśmiechać i popatrzyły po sobie zaniepokojone. Wpuściły nas do środka i nic nie mówiąc pokazały na drzwi od łazienki. Wzruszyliśmy ramionami i nie zdejmując butów, przepychając się między ludźmi ruszyliśmy we wskazanym kierunku. Otwieramy drzwi, zaglądamy, a tam Pyś i Miś. Miś siedzi na sedesie i minę ma nietęgą. Pyś pochyla się nad wanną i coveruje utwór Carnivore – "Jack Danniel's and Pizza". Choć jak się bardziej wsłuchałem to raczej było - "Piwo EB i obiad na szkolnej stołówce".
- To co kurwa? Zabierzecie ich? - słyszymy za plecami.
- Nie, zostajemy – odpowiedzieliśmy zgodnie. Dyskomułki nie były zbyt szczęśliwe, ale przyjęły to do wiadomości.

Między futrem z szynszyli a granatową garsonką

Po dwudziestu minutach udało się reanimować Pysia i opuścić łazienkę. Tłok w mieszkaniu jak w autobusie w godzinach szczytu. Wszędzie ludzie. W każdym pokoju, w kuchni, w przedpokoju. Gdy zwolniliśmy łazienkę weszli także do niej, zajęli sedes i podłogę, a dwie osoby weszły do wanny (czego im szczerze współczułem).

Po kilkunastu minutach udało nam się przecisnąć do pokoju, w którym grała muzyka. Po drodze spożyliśmy jakiś alkohol z ludźmi poznanymi w kuchni, w przedpokoju i w pokoju obok, w którym jak się okazało nie było magnetofonu.
- Możemy sobie włączyć jakiś kawałek? - zapytałem grzecznie
- Kurwa, macie ze sobą jakąś Metalikę? - zapytał jeden ze stłoczonych w pokoju dresiarzy
- Jasne, że mamy – odpowiedziałem, wyjąłem kasetę SATYRICON - „Shadowthrone” i włączyłem, podkręcając głośność do oporu.
No i zaczęło się, bo jakiś diabeł w nas wstąpił. Zaczęliśmy szaleć i skakać po całym pokoju i deptać po dyskomułach siedzących na podłodze. A, że był tłok i ścisk to wybuchła panika. Spadł jakiś wazon, przewróciła się lampa, a w pewnym momencie, kumpel z którym kręciliśmy kołowrotka trzymając się za ręce niespodziewania mnie puścił. Wystrzeliłem jak z procy i poleciałem do tyłu. Usłyszałem głośny trzask i znalazłem się w szafie między futrem z szynszyli a granatową garsonką. Drzwi od szafy połamały się jakby zostały wykonane z wedlowskiego torcika waflowego. Na domiar złego potłukło mi się piwo, które wciąż miałem przy sobie w plecaku.
Ktoś wyłączył muzykę, zapalił światło, w pokoju demolka. Przecisnęliśmy się do kuchni gdzie udało mi się wylać piwo z plecaka i pozbyć części potłuczonego szkła.

Nokautuję Andrzeja Gołotę

Potem zachciało nam się sikać więc poszliśmy w stronę łazienki, z której się nie dało skorzystać bo siedziało w niej już chyba ze 30 osób.
Ostatecznie z Misiem udaliśmy się na dół oddać mocz pod blokiem. Na parterze również była jakaś dyskomulska impreza. I gdy tak sobie radośnie sikałem przy koszu na śmieci usłyszałem za plecami.
- Jaka łada dziewczynka.
Akurat skończyłem, więc odwracając się odrzekłem filozoficznie:
- Spierdalaj!
...i zobaczyłem wielkiego dresiarza łudząco podobnego do Andrzeja Gołoty, który z łapami rozcapierzonymi jak szpony orła przystąpił do ataku. Z prawej strony kosz na śmieci, z lewej siatka a naprzeciwko dresiarz wielki jak szafa, do której chwilę wcześniej wpadłem. Niewiele myśląc wyskoczyłem w górę i chwytając go za głowę idealnie trafiłem w twarz kolanem. Plask! Siły się nałożyły, idealny timing i precyzja. Głowa odskoczyła do tyłu i dresiarz runął jak ścięty baobab. Nawet nie zdążył jęknąć. Jego kumpel się zatrzymał, po czym przerażony dał drapaka i zacząć coś krzyczeć do kolegów imprezujących na parterze.
- Spadamy! - krzyknąłem do Miśka, który zdążył się odlać kilka metrów dalej. I biegiem ruszyliśmy ku klatce schodowej. Nie czekając na windę po dwa schodki naraz wbiegliśmy na piąte piętro chcąc schronić się na imprezie.

Rozmowa wychowawcza z dresiarzami

Niestety tam pod drzwiami spotkaliśmy Pyśka i Zbyszka, a wraz z nimi kilkuosobową delegację dresiarzy, którzy spośród innych uczestników imprezy wyróżniali się wyjątkowo rozwiniętą zdolnością technik negocjacyjnych oraz nienaganną posturą.
- Wypierdalacie z imprezy – zakomunikował małpolud w bluzie od dresu.
- Nie umiecie się bawić – dodał piskliwym głosem jego kolega w białym golfie.
- Jak to nie umiemy? Bawimy się znakomicie – próbowałem ratować sytuację, ale bez przekonania. Na domiar złego poczułem, że zaczyna boleć mnie kolano od dresiarskiego łba wielkości piłki lekarskiej, którą kazano nam rzucać na lekcji w-f.
- Kurwa! Połamaliście drzwi do szafy, zarzygaliście łazienkę i rozsypaliście szkło w kuchni, którym pokaleczyła się nasza koleżanka – wypiszczał biały golf.
- Ja was chłopaki doskonale rozumiem bo kiedyś byłem taki jak wy – powiedział do nas niespodziewanie małpolud w dresie. - Też kiedyś byłem metalowcem. Słuchałem Samaela, Kata i Metaliki. Ale na miłość boską, nie odpierdalałem takich akcji!
Popatrzyłem na niego smutno i rzekłem:
- Nigdy nie byłeś żadnym metalem! Z tej muzyki się nie wyrasta! - po czym odwróciłem się na pięcie i ruszyłem z powrotem na klatę schodową. Kumple za mną. 

Wyrosłem z głupot i niemądrej muzyki

Z duszą na ramieniu wychodziliśmy z bloku spodziewając się, że na dole może na nas czekać grupka dresiarzy z kijami. Ale nie. Ciała znokautowanego przy koszu na śmieci nie było, a na parterze gdzie chwilę wcześniej odbywała się huczna impreza panowała cisza i pogaszono światła.
I ruszyliśmy piechotą 15 kilometrów do domu, bo autobusy o tej porze już nie kursowały. Szliśmy kilka godzin, a ja przez całą drogą wypominałem Pysiowi tę zarzyganą wannę.
- Gdybyś nie obrzygał tej wanny to by nas nie wyrzucili! Ostatni raz z tobą na imprezę poszedłem! - tak mu trułem przez całą drogę, choć sam miałem kaca moralnego, że takie bydło zrobiliśmy na tej kulturalnej młodzieżowej prywatce.
Małpolud miał trochę racji. Kilka tygodni później ściąłem włosy, przestałem słuchać metalu i już nigdy w życiu nie zrobiłem żadnej krzywej akcji. Zmądrzałem, wydoroślałem, spoważniałem i nauczyłem się wiązać krawat. A w domu wieczorem, gdy wszyscy już idą spać a ja mam ochotę pokręcić się przy Whitney Houston, to zawsze otwieram drzwi szafy i upewniam się czy oby na pewno zdjąłem z pleców plecak z piwem.

środa, 27 stycznia 2016

Gdy umiera ukochana...

Byłem w ósmej klasie. Pewnego dnia zamiast dwóch ostatnich lekcji, jak krowy na pastwisko, zapędzili nas całą szkołą na salę gimnastyczną, gdzie miał się odbyć występ wędrownej trupy teatralnej. Nikt nie przypuszczał, że finał tego spektaklu spowoduje, że wszyscy opuścimy salę z łzami w oczach. Wszyscy – nie tylko uczniowie, ale także nauczyciele i sami aktorzy. Nikt nie przypuszczał, że ręce od oklasków będą nas piekły jeszcze wiele dni


To była jesień 1993 roku, w moim walkmanie obracałem właśnie "As The Flower Withers" świeżo kupioną przez mojego kumpla i przegraną na kasetę BASF. Dostojne mroczny dźwięki, majestatyczna wyniosłość i smutek muzyki My Dying Bride wprowadziły mnie w specyficzny nastrój. Za oknem dołujący pejzaż , jesień dogorywa, łyse konary drzew, wszechobecna szarzyzna i drobny zimny deszczyk odbijający się głucho od szyb. Na sali usadzili nas klasami. My staliśmy na końcu, tuż pod koszem do koszykówki, pierwszoklasiści po turecku na podłodze przy samej scenie, a reszta w środku na ławeczkach.


 

Walkman stracony, oglądam przedstawienie

Wędrowna trupa teatralna jeździła po szkołach i odgrywała sceny z różnych lektur: od Plastusiowego Pamiętnika do Robinsona Crusoe. Pełen przekrój, dla każdego coś dobrego. Scenek nie zapowiadano, a naszym zadaniem było wyłowić jak najwięcej nawiązań do przerabianej literatury i sporządzić jej spis, uwzględniając tytuły książek i autorów.
Zaczęło się właśnie od tego nieszczęsnego Plastusiowego Pamiętnika – ujrzawszy piórnik wielkości trumny i dwumetrowy długopis zapisałem sobie „Plastusiowy pamiętnik” Maria Konop... tfu! Kownacka i włączyłem muzykę. Niestety na sali było dość cicho, a moje ruskie słuchawki słabo tłumiły, co nie uszło uwadze mojej wychowawczyni. Ledwo wybrzmiał pierwszy numer i już była przy mnie robiąc dłonią gest jak Bruce Lee do swoich przeciwników w "Wejściu smoka". A patrzyła na mnie przy tym jak na psiaka, który znów wysikał się na środku dywanu. Aż mi się głupio zrobiło. A co gorsze musiałem oddać walkmana i zostałem skazany na oglądanie przedstawienia. Stałem wkurzony ze splecionymi rękami odliczając kolejne minuty i z rezygnacją wpatrując się w starania aktorów. Po jakimś czasie stwierdziłem, że jak na taką wędrowną trupę są całkiem nieźli i grają z dużym przekonaniem i zaangażowaniem. Pod koniec wciągnęło mnie na tyle, że prawie zapomniałem o walkmanie.


Z łzami w oczach

Na sam koniec przygotowano taką oto scenę z „Krzyżaków”:
- Co ci jest? - zapytał Zbyszko pochylając się nad Danusią.
- Ciemno! - odpowiedziała głosem pełnym przestrachu, podobnym do takiego płochliwego przestrachu, jaki okazują schwytane ptaki.
- Ciemno? Słonko świeci, a tobie ciemno? — zapytał zdyszanym głosem. — Dopiero co mówiłaś przytomnie! Na imię Boskie, rzeknij choć słowo!
Poruszyła jeszcze ustami, ale nie mogła już nawet szeptać. Zbyszko odgadł tylko, że wymawia jego imię. Wnet potem wychudzone jej dłonie jęły drgać i trzepotać jak skrzydła ćmy próbującej na próżno przebić szybę i wzlecieć ku światłu naftowej lampy. Trwało to chwilę. Nie było już się co łudzić – konała...
A on w przerażeniu i rozpaczy począł ją błagać i łkać, jakby prośba mogła coś wskórać:
— Danuśka! O Jezu miłosierny!… Poczekaj choć do Spychowa! poczekaj! poczekaj! O Jezu! Jezu! Jezu!
Powiew ustał, przestały szemrać liście i tylko słowa modlitwy rozlegały się na scenie. Nawet deszcz przestał padać za oknem. Danusia przed samym końcem otworzyła jeszcze oczy, jakby chcąc spojrzeć po raz ostatni na Zbyszka i na świat słoneczny, po czym zaraz zasnęła snem wiekuistym.
Na sali gimnastycznej zapanowała cisza, serce łomotało mi jak szalone. Wszyscy wzruszeni zaciskają usta i mrugają oczami patrząc jak ten Zbyszko pochyla się nad ciałem swojej ukochanej. I wtedy słyszymy głos. Cienki głos, jakiegoś pierwszoklasisty, który w sali gimnastycznej wypełnionej absolutną ciszą zabrzmiał donośnie jak kościelny dzwon o poranku:
- Ruchaj! Ruchaj póki ciepła!
I cisza. Ale teraz już drżąca, pełna napięcia i bliska eksplozji. Nie da się opisać tego co się wówczas wydarzyło. Zbyszko pochylił się jeszcze bardziej, mocno zaciskając kciuk i palec wskazujący na nosie, żeby tylko nie parsknąć ze śmiechu. Danuśka zaczęła podskakiwać jakby ją ktoś do akumulatora podłączył. Nauczyciele poczerwienieli na twarzach nie wiadomo czy to ze wstydu czy ze śmiechu, a my pod tym koszem do koszykówki zaczęliśmy klaskać tak głośno i szybko, żeby tylko zagłuszyć spazmatyczny śmiech, który wydzierał nam się z gardeł, a w owej sytuacji mógłby okazać się nie na miejscu. I popłakać wszyscy mogli bez żadnej ujmy na honorze, wyrzucić wszystkie emocje i wyjść z sali szczęśliwi.
Nie robiono dochodzenia i nie szukano autora tekstu, który zakończył przedstawienie. Wszyscy udawali, że nic nie słyszeli, że ten występ skończył się na śmierci biednej dziewczyny.

Prawie 23 lata minęły od tego dnia, ale za każdym razem jak włączę "As The Flower Withers" to przypomina mi się ta konająca Danuśka i zamiast wydumanego smutku, jakaś radość i otucha wstępuje w me serce.

wtorek, 26 stycznia 2016

ULVER: Tajemnice horoskopu

Droga ewolucji jaką przeszedł ULVER w swej muzycznej podróży jest z pewnością dłuższa i bardziej kręta niż droga człowieka od małpy. Słucham właśnie kosmicznych podróży zawartych na tegorocznym albumie o dźwięcznym i łatwo wpadającym w ucho tytule „ Atgclvlsscap” i z uśmiechem wspominam czasy, w których album  "Themes from William Blake's The Marriage of Heaven and Hell" wydawał mi się odważnym przełamywaniem granic muzyki metalowej

ULVER z metalem od lat nie ma już nic wspólnego, ale mam wrażenie, że wciąż spośród metalowej gawiedzi rekrutuje znakomitą część słuchaczy. Potwierdziła to zresztą publiczność, z którą zetknąłem się kilka lat temu na ich koncercie w Warszawie. Jak się łatwo domyślić tytuł płyty pochodzi od pierwszych liter nazw zodiaku. Na krążku zapewne nie przypadkowo znalazło się dwanaście utworów.  Płyta jest kolosem, który zabiera nas w muzyczną podróż na blisko godzinę i dwadzieścia minut. Oprócz materiału premierowego mamy tu kilka znanych już utworów, ale na tyle zmienionych, przearanżowanych i odświeżonych, że nie burzą spójności i charakteru albumu.

Echa przeszłości

„Glammer Hammer” to bliski kuzyn „Glamour box (ostinati)” z poprzedniej płyty - ta wersja jest mocniejsza, cięższa, wyrazista, z plemiennymi partiami perkusji. Przekonuje mnie bardziej niż pierwowzór.
„Moody stix” to w istocie „Doom Sticks” z MCD „A Quick Fix Of Melancholy” z 2003 roku. Tu również zmieniono aranżację i przeniesiono punkty ciężkości i akcenty, w efekcie czego powstał świeży utwór o nieco lżejszej, bardziej przestrzennej strukturze i mniej totalitarnym wydźwięku.
„Nowhere (sweet sixteen)” to próba wskrzeszenia „Nowhere/catastrophe” kończącego pierwszy naprawdę eksperymentalny album ULVER „Perdion City”. I w tym przypadku nowa wersja broni się znakomicie, jest mniej żarliwa, mniej gwałtowna, za to bardziej melancholijna, o nieco stonowanym, intymnym i kameralnym charakterze.
I to tyle jeśli chodzi o piosenki, które wszyscy lubią bo je dobrze znają – choć w tym przypadku można by zaryzykować tezę, że to piosenki, które nie wszyscy polubią właśnie dlatego, że je znają, A raczej znali je przed reinkarnacją i zmianą ich wcielenia.
Ostatnie płyty ULVER nie emocjonowały mnie zbyt mocno, choć nie jestem do końca pewien czy to wynika z ich winy czy mojej. Po „Messe I.X-VI.X" prześlizgnąłem się jak glut po policzku rozpędzonego motocyklisty, a „Wars of the Roses" w chwili premiery wydała mi się bodaj najsłabszą pozycją w ich dyskografii. O „Childhood's End" nie wspomnę, bo akurat te covery wyszły im bardzo zgrabnie i pławiąc się w ich psychodelioczno-kwaśniej atmosferze przez moment zacząłem żałować, że zlikwidowano sklepy z dopalaczami.

Tańczące emocje

„ATGCLVLSSCAP” jest pierwszym albumem ULVER od czasów "Shadows of The Sun", który mnie uwiódł od pierwszego przesłuchania. I o ile tamta płyta miała kolor zwiędłych liści, które odsłonił rozpuszczający się śnieg, tak ta – tętni wszystkimi kolorami jesieni, od szlachetnych mahonii, poprzez złocistą żółć, aż ku szkarłatnej czerwieni. Wówczas te liście gniły przybite do ziemi, teraz odlatują w kierunku przestworzy. Mienią się w słońcu i skrzą różnymi odcieniami, a niebo w tle co chwila zmienia kolor, od niewinnego błękitu po srogi granat, zwiastujący ochłodzenie i pierwsze przymrozki.
Nie brakuje w tej muzyce zróżnicowanych emocji, jest miejsce na gęsty mrok i głęboki smutek, jest przestrzeń na radosną improwizację, żonglowanie dźwiękiem i kosmiczne podróże kpiące z praw grawitacji. Choćby taki „Cromagnosis” - płynie, porywa, zadziwia swą lekkością i zwiewnością. Jednocześnie ma w sobie coś mantrycznego, rytualnego i hipnotyzującego. Jest jak delikatny biały welon, który porwany z głowy panny młodej zaczyna tańczyć wśród grobów na cmentarzu. Nie sposób go okiełznać i określić trajektorii jego lotu, wydaje się w swoim szalonym tańcu lekki i wolny, ale jednocześnie wysokie mury cmentarza go ograniczają, a rząd identycznych grobów, z równymi kamiennymi krzyżami wzbudza niepokojące poczucie powtarzalności. Wspaniały utwór – przy pierwszej konfrontacji, jeden z najlepszych na tej płycie.
Albo "Desert/Dawn", który tak wspaniale stymuluje napięcie, od wyciszenia i odgłosów budzącego się lasu w chwili gdy słońce skrywa się jeszcze za horyzontem, aż po monumentalną pełnię gdy księżyc bije blaskiem tak mocnym, że potrzeba obu dłoni by zakryć przed nim oczy.
Albo ten rzewny smutek "D-day Drone", który targa nami jak zimne fale morskie niedopałkiem papierosa, wyrzuconego z przepływającego statku.
Mamy na tej płycie masę mrocznych i tajemniczych dźwięków, lekkie odjazdy w rejony pozaziemskie, niosące ze sobą dalekie echa Coil, dźwiękowe plamy nurzające nas w ambientowej przestrzeni, elektroniczne pogłosy wciągające jak wir zimnej rzeki. Nie jest to płyta łatwa i oczywista, ale już po pierwszym przesłuchaniu zdradza spory potencjał i pozostawia z obietnicą wspaniałej muzycznej przygody.











NAILGUN MASSACRE: Pyszny horror z kraju tulipanów

Holenderski NAILGUN MASSACRE nie jest kapelą kultową, ani specjalnie popularną. Powstali w roku 2010 i mają na koncie dwa albumy. Żadnych demówek, koncertówek, splitów, epek, boxów i innych kultotwórczych wydawnictw. Na dodatek mają wyjątkowo paskudne okładki...

Na domiar złego w szeregach NAILGUN MASSACRE nie ma żadnego muzyka, który byłby znany z jakiejś popularnej kapeli. (No dobra, jest ukryty pod pseudonimem Remco Kreft, ale czy jego kapele są popularne?) Ba, nikt nawet gościnnie nie wystąpił – żaden w wielkich metalowej sceny nie trącił struny gitary, ani nie splunął do mikrofonu. Pewnym jest, że bez wsparcia wielkiej wytwórni, wywiadów w magazynach muzycznych i trasy koncertowej u boku Behemoth lub Amon Amarth ten zespół przepadnie w mrokach dziejów. Dlaczego w ogóle o nim piszę?

Brzydki death metal

Ano dlatego, że NAILGUN MASSACRE pomimo wszystkich niedostatków, o których wspomniałem wyżej ma jedną rzecz – taką, na którą mało kto dziś zwraca uwagę, zupełnie nieistotną w kontekście popularności. Jest nią świetna muzyka wypełniająca obydwa krążki Holendrów.
Ich debiut sprzed kilku lat zrobił na mnie naprawdę spore wrażenie, ubiegłoroczny album uznałem za ciut gorszy, ale gdy teraz właśnie do niego powróciłem dochodzę do wniosku, że jest co najmniej równie dobry. NAILGUN MASSACRE grają death metal – plugawy, brzydki i odrażający – przesycony estetyką zepsucia, szaleństwa i rozkładu, która cechuje choćby amerykański AUTOPSY.
Nie możemy jednak mówić o ślepym naśladownictwie, czy powodującej znużenie wtórności. NAILGUN MASSACRE jest świeży, soczysty, ale jednocześnie pachnie pleśnią i roztacza słodkawą woń gnijącego mięsa. Oni nawet jeśli wykorzystują znane już patenty to robią to ze smakiem i właściwym dla siebie wdziękiem.

Miłość do starych horrorów

Struktura utworów jest niebanalna, nie brakuje tu rytmicznym porywających riffów, budujących nastrój grozy zwolnień, krzyków w tle, ponurych deklamacji i atmosfery horroru przywodzącej na myśl dalekie skojarzenia z NECROPHAGIA. Bo oczywiście jest to stary, dobry horror klasy „B”, który nie tylko przeraża, ale i czasem trochę śmieszy swą dosadnością, dosłownością, przerysowaną estetyką i sposobem wykonania. A gdy miejscami NAILGUN MASSACRE lekko odrywają się od poważnego death metalowego grania, pozwalając sobie na odrobinę humoru i puszczenie oczka słuchaczowi to gdzieś z tyłu głowy pojawia mi się wspomnienie MACABRE. W niektórych momentach gdy chłopaki nieco zwalniają, a wokalista wykrzykuje słowa głosem pełnym odrazy, głosem, w którym słychać nutę udręczenia i skargi moje myśli biegną ku ich krajanom z ASPHYX.

Od Autopsy do Chopina

Nie przywiązujcie się jednak do wymienionych przeze mnie nazw – NAILGUN MASSCRE z powodzeniem kreuje swój własny klimat, nawet jeśli głęboko osadzony w klasycznym death metalowym graniu, sięgającym korzeniami wczesnych lat dziewięćdziesiątych.
Ta płyta roztacza przed słuchaczem przebogaty świat pełen przemocy i okrucieństwa, ale nie za pomocą chaosu, bezmyślnej młócki czy sztampowych riffów. Ona jest bardzo uporządkowana i pieczołowicie poukładana, pełna smaczków i nie zawsze oczywistych nawiązań. Bo obok wspomnianych AUTOPSY, ASPHYX, NECROPHAGIA czy MACABRE możemy tu także usłyszeć CHOPINA. Dla mniej zorientowanych - to taka polska jednoosobowa horda (coś jak Burzum), działająca w latach 1810-1849.


poniedziałek, 25 stycznia 2016

IMPALED NAZARENE: Nuklearny black metal

Miałem w czasach podstawówki i liceum takie hobby, że nie raz po lekcjach wybierałem się pooglądać kasety i płyty. Tak, pooglądać, bo kasy zwykle nie było, a oglądanie różnych muzycznych wynalazków było dla mnie jak wycieczka do muzeum, w którym mogłem liznąć nieco wiedzy i poszerzyć swoje horyzonty


Pewnego słotnego jesiennego dnia wybrałem się na bazarek przy ul. Wałbrzyskiej "pomacać kasety". Na końcu tego bazarku stolik z kasetami miał chudy, wysoki facet. Lubiłem do niego wpadać bo miał sporo metalu i w miarę orientował się w tej muzyce.

Za garść drobniaków, bilet i żetony

Macam, smyram te kasety, oglądam okładki, gadamy... a gość do mnie nagle, że może bym coś kupił.
Odpowiadam, że nie dam rady bo z kasą krucho. Facet podsuwa mi pod nos karton z przecenionymi kasetami i mówi, że te to za grosze mi może puścić. Oglądam, przebieram - nazwy zespołów nic mi nie mówią i nagle natrafiam na IMPALED NAZARENE z jakąś dziwną boginią na okładce. Przypomina mi się, że w którymś z magazynów muzycznych czytałem raport o scenie fińskiej i właśnie po raz pierwszy zetknąłem się z tą nazwą. 
Gość gdy tylko zobaczył cień zainteresowania na mojej twarzy prawie siłą wepchnął mi tę kasetę. Oddałem mu wszystkie drobniaki, które odnalazłem w kieszeni, nieskasowany bilet na autobus i dwa żetony, zakupione w salonie gier zręcznościowych. 


Nuklearny black metal

Nie spodziewałem się wiele po świeżo zakupionej kasecie - za tak marne pieniądze nie można przecież oczekiwać rewelacji. Wrzuciłem w domu do swojej wieżyczki i nacisnąłem PLAY. To co wydobyło się z głośników dosłownie wbiło mnie w dywan. 
Początek utworu otwierającego tę płytę sprawił, że miałem ochotę wyskoczyć przez okno razem z szybą wbić się głową pół metra w ziemię i zagryźć kreta
Nie potrafiłem zupełnie określić tego stylu - to był jakich hiper punk nuclear black metal, tak bezkompromisowej, dzikiej i oryginalnej muzyki chyba wcześniej nie słyszałem. 

Atomówki wśród pocisków

Oczywiście moim priorytetem stał się zakup wcześniejszej płyty tego zespołu - i choć "Tol Cormpt Norz Norz Norz..." na pewno mnie nie rozczarowała, to jednak w kontekście "Ugra Karma" pozostawiła pewien niedosyt. 
Od tamtej pory śledzę poczynania Impaled Nazarene, mam ich wszystkie płyty - są lepsze i gorsze, poniżej poziomu, który jest dla mnie akceptowalny na razie nie zeszli. 
Jednak „Ugra Karma” to monument - to jeden z najważniejszych, najoryginalniejszych, najbardziej dzikich i odważnych płyt pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych. Zresztą na żywo w pełni to potwierdzili – na koncercie strzelali tymi swoimi utworami jak z karabinu maszynowego, ale gdy tylko sięgali po repertuar z „Ugra-Karma” to miałem wrażenie, że prawdziwe bomby atomowe sypią się na publikę.

CRADLE OF FILTH: Gdy królowe kiczu byli na tronie

Gdybym dziś po raz pierwszy zobaczył okładkę „Vempire”, lub jak kto woli „V Empire” to uśmiechnąłbym się ironicznie i ominął ten krążek szerokim łukiem. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej tandetnego i kiczowatego


W 1996 roku moje poczucie estetyki było nieco inne – pamiętam, że jak zobaczyłem "Vempire" na stoisku pod Domami Towarowymi Centrum, wydane na kasecie przez Mystic Production, to o mało nie przeżyłem gwałtownej ejakulacji. Oczywiście nie chodziło o te skąpo odziane wampirzyce, ale o muzykę, która wówczas ekscytowała mnie na pograniczu histerii. Wciąż byłem pod wrażeniem debiutu Angoli - „The Principle of Evil Made Flesh”. Wówczas zaliczałem ten krążek do grona najlepszych, najbardziej chorych i niesamowitych płyt jakie w swym nastoletnim życiu słyszałem.

Upiorny klimat królestwa perwersji

Epka miała ponad 30 minut muzyki, więc można ją było traktować jako regularny album. Zakochałem się w tych dźwiękach od pierwszego przesłuchania, ale z każdym kolejnym odkrywałem w nich coraz więcej i coraz mocniej ulegałem ich urokowi. Choć dziś już mam do nich nieporównywalnie większy dystans to wciąż uważam, że to bez wątpienia najwybitniejsze działo małego brzydala. Z tej muzyki zionie szaleństwo, zepsucie i perwersja. Jest rozmyty, pływający klimat budowany przez klawisze, są żeńskie deklamacje i lubieżne jęki, tajemnicze szepty, histeryczne krzyki, wzniosłe, patetyczne fragmenty, zawodzenia w tle. Nie brakuje też zdecydowanych, mocnych i brutalnych riffów. Utwory długie, rozbudowane, o zróżnicowanych tempach wciągały i uzależniały. 

Błędy młodości czy urok ponadczasowy?

Obiektywnie mogę przyznać, że po latach ta muzyka się trochę zdezaktualizowała, a to co kiedyś emocjonowało teraz może śmieszyć. Szczególnie w kontekście dzisiejszego black metalu, który posługuje się nieco inną estetyką i odmiennymi środkami wyrazu.
Z upływem czasu Cradle Of Filth zmienili się w trupę cyrkową, w wędrownych kuglarzy podpalających bąki i walczących na kije zakończone poduszkami, ku uciesze tłuszczy rzucającej w nich popcornem i niedojedzoną pańską skórką. Być może zawsze tacy byli – ale właśnie do „Vempire” kupowałem ich bez popity.
Można by rzecz, że błędy młodości – bo przecież był w moim życiu czas, że i „Reksia” oglądałem z wypiekami na twarzy, a Buka z Muminków napawał mnie głębokim niepokojem. Ale nie, gdy od wielkiego dzwonu po latach włączę sobie tę płytę to wciąż rozumiem co mi się w niej podobało i wciąż przyswajam ją z dużą przyjemnością, nie tylko przez pryzmat sentymentu. 

Smutny upadek 

Późniejsze płyty Cradle Of Filth już mnie nie przekonały - „Dusk and Her Embrace” zniechęcała pseudogotycką atmosferą, „Cruelty and the Beast” choć mocniejsza i bardziej zwarta na dłuższą metę nudziła. „Midian” była chyba ostatnią, którą jeszcze dało się słuchać bez grymasy bólu na twarzy.
„Damnation and a Day” była cienka jak sik węża, a kolejne zlały mi się w bryłę pudru, brokatu, kulek na mole, sztucznej krwi i białych koronek dzierganych na szydełku.
Ich ubiegłoroczny album „Hammer of the Witches” miał być wielkim powrotem. I tak jak poprzedni chyba odpuściłem (lub go zupełnie nie zapamiętałem) tak ten zakupiłem i kilka razy przesłuchałem. Cóż – w swojej klasie to może rzeczywiście nie najgorsza płyta, ale przyjemność z jej słuchania była dla mnie porównywalna do oglądania wyścigu w workach albo konkursu w przeciąganiu liny, podczas parafialnego odpustu we wsi pod Radomiem. Można chwilę popatrzeć, ale jednak nie zastąpi mi to dobrej walki bokserskiej czy finałów mistrzostw świata w piłce nożnej. Może gdyby „Hammer...” ukazała się po „Vempire” to weszłaby jakoś siłą rozpędu tak jak piwo Żywiec wchodzi mi tylko wtedy gdy popijam nim czystą wódkę... 

RAINBOW: Trzy dwa dla śmierci

Z upływem czasu coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że największym dziełem z udziałem Dio jest druga płyta RAINBOW z roku 1976. „Rising”


Uwielbiałem Dio w Black Sabbath, uważam, że doskonale dopasował się do największego zespołu metalowego na świecie, jednocześnie potrafiąc ten zespół dopasować do siebie. „Heaven In Hell” i „Dehumanizer” to dwa najlepsze albumy spośród tych, które nagrano bez Osbourne'a. Do solowej twórczości Dio też czułem sympatię, choć dużo bardziej umiarkowaną. 

Hard rockowy monument

Jednak z upływem czasu coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że największym dziełem z udziałem Dio jest druga płyta RAINBOW z roku 1976. „Rising” to sześć wspaniałych utworów, nieco ponad 33 minuty z Dio w najlepszej formie. Dio imponuje tu głosem nie tylko mocnym, wyrazistym i potężnym – w sposobie w jaki śpiewa na „Rising” jest mniej patosu, a więcej dramaturgi, rockowej witalności i piękna – czystego, obezwładniającego piękna, które powoduje szybsze bicie serca i i drżenie rąk.
Doskonałą robotę robi tu także niesamowita gitara Blackmore'a, energetyczne, mocno wybrzmiewające partie perkusji Coziego Powella, tłusty bass Jimmiego Baina oraz nienachalne i zagrane ze smakiem keyboardy Toniego Careya. Na stronie A winyla cztery rasowe, szlachetne utwory hardrockowe, na stronie B dwa monumentalne dzieła z czego olśniewające „Stargazer”, zagrane z monachijską orkiestrą symfoniczną, a „A Light in the Black” porażający cudownymi riffami, niepowtarzalnym klimatem i niesamowitymi partiami solowymi.

Odchodzi pokolenie wielkich muzyków

Słucham sobie właśnie „Rising” - patrzę na skład zespołu i czuję się jakbym czytał rubrykę z nekrologami w codziennej gazecie. Z pięciu twórców tej płyty trzech już nie żyje – Cozy Powell zmarł w 1998 roku, Dio dołączył do niego dwanaście lat później, a wczoraj, 24 stycznia 2016 odszedł także Jimmy Bain.
Na moich oczach odchodzi pokolenie wielkich muzyków, odchodzą twórcy ponadczasowych płyt, które co prawda powstawały jeszcze przed moim urodzeniem, ale przemawiają uniwersalnym językiem, nigdy nie tracącym aktualności i pewnie równie mocno będą przemawiać do kolejnych pokoleń.
Jeśli gdzieś po śmierci istnieje jakiś inny świat to mam nadzieję, że w nim też jest muzyka.


sobota, 23 stycznia 2016

AMON: Banicja braci Hoffman

AMON to zespół legenda. Należy przypisać mu autorstwo dwóch demówek „Feasting the Beast” oraz „Sacrificial”, wydanych w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Nie byle jakich demówek – myślę, że nie tylko dla mnie, to jedne z lepszych materiałów demo jakie powstały w historii muzyki death metalowej


Kocham debiut Deicide, ale kto wie czy tych demówkowych wersji nie kocham jeszcze bardziej. Przed rokiem 2007 mógłbym napisać, że AMON to właściwie DEICIDE, tylko, że pod starą nazwą. Tak jednak do końca nie jest – gdyż bracia Hoffman postanowili wskrzesić nazwę AMON dla potrzeb własnej kapeli, którą założyli po tym jak ich drogi rozeszły się z Glenem Bentonem i Stevem Asheimem po nagraniu „Scars of the Crucifix”, siódmej płyty DEICIDE, zwiastującej zwyżkę formy po dwóch poprzednich, słabszych krążkach.

Niestety zamiast lepszej kondycji Deicide doczekaliśmy się hucznego rozstania muzyków, przy okazji którego padło sporo cierpkich słów z obu stron. Do Deicide doszedł Santola i swoimi power metalowymi solówkami rozłożył dwie kolejne płyty, a bracia Hoffaman wskrzesili z mroków historii pierwotną nazwę Deicide i nagrali debiutancką płytę pod szyldem AMON.

Czekałem na ten album z zainteresowaniem i prawie dałem złapać się na magię starej nazwy. Oczywiście nie było mowy by bez obłąkańczych wokaliz Bentona mogli zbliżyć się do poziomu demówek nagranych trzydzieści lat wcześniej. Jednak jakieś ziarno w mym sercu zasiali i na ich  „debiut” czekałem podobnie jak i na walki Gołoty, który po raz enty stawał przed szansą zdobycia mistrzostwa świata i przedłużał nadzieję polskich fanów ślęczących do rana przed telewizorem, a następnego dnia oglądających powtórkę całej walki w Teleexpressie.

Na szczęście z Amon nie skończyło się tak tragicznie jak z Gołotą. Ale by się o tym przekonać potrzebowałem trochę czasu. Niestety gdy płyta tylko się ukazała dystrybucję miała tak kulawą, że jak pojawiała się na Allegro to w chorych cenach. Ostatecznie udało mi się ją nabyć na LP (w cenie trzykrotnie niższej niż chciano na Allegro za CD), a całkiem niedawno dopiero na CD (za połowę kwoty wydanej na LP).
„Lair In Wait” oczywiście przepadła z kretesem, spotkała się chłodnymi opiniami i powszechnym rozczarowaniem. Kurz opadł, o kapeli ucichło, a ja sobie spokojnie słucham i dochodzę do wniosku, że największe przekleństwo tej płyty to zbyt wygórowane oczekiwania, które mogły się pojawić w związku z nazwą zespołu.
W istocie mamy do czynienia z dobrym albumem – nie wybitnym, nie olśniewającym, ale po prostu dobrym, o pół paznokcia więcej niż przeciętnym. Brzmienie suche, zwarte klarowne, erudycja gitar na bardzo przyzwoitym poziomie, wokale solidne i starające się trochę naśladować dawną manierę wokalną Bentona.
Przyjemność ze słuchania „Liar In Wait” mam podobną do przyjemności ze słuchania ostatnich dwóch albumów Deicide, którzy po pozbyciu się nieszczęsnego Santoli dźwignęli nieco formę i nagrali dobre krążki. Oczywiście mogące rozczarowywać w kontekście największych dokonań tej grupy – ale spójrzmy na to realnie – czy ktokolwiek na świecie jeszcze wierzy, że Glen jest w stanie nagrać muzykę na poziomie debiutu czy „Legion”? Zdecydowanie to leży poza jego zasięgiem. Trudno się dziwić, że i braciom Hoffman ta sztuka się nie udała. Nie zmienia to jednak faktu, że jako AMON nagrali dość udaną płytę, do której pewnie nie będę wracał szczególnie często, ale nie sądzę też by miała już na zawsze powędrować na półkę.
Nie jest to pozycja obowiązkowa, ale dość przyjemna ciekawostka dla maniaków gatunku i sympatyków Deicide.

SINISTER: Jak Cannibal Corpse, tylko zupełnie inaczej

- Nie uwierzysz jaką świetną kasetę sobie kupiłem. Goście grają identycznie jak Cannibal Corpse - powiedziałem do kumpla w 1993 roku po zakupieniu "Diabolical Summoning"na kasecie wydanej przez Loud Out Records


Odpaliłem. Bas zabulgotał jak smoła w kociołku, wokalista zaryczał płosząc szpaki przesiadujące na czereśni pod moim oknem. Kumpel pokiwał z niedowierzaniem głową.
- Cholera, jakby nie widział to bym myślał, że to nowa płyta Cannibal Corpse - zawyrokował z powagą mędrca.
Za cholerę nie wiem gdzie my w tej muzyce Cannibali słyszeliśmy. Słucham tej płyty od lat i jedyny zespół z jakim kojarzy mi się "Diabolical Summoning" to SINISTER. Ta płyta brzmi dokładnie tak jakby została nagrana po "Cross the Styx" a przed "Hate". Ona musi tak brzmieć - bo tak w istocie jest.
Debiut jest genialny, trójka doskonała (przez wiele lat wydawało mi się, że to właśnie jest najlepszy ich album), niemniej jednak dziś nie mam żadnej wątpliwości - "Diabolical Summoning" to płyta obłędna, powalająca, fenomenalna. Jedna z najlepszych płyt w historii europejskiego death metalu i mój ulubiony album w dyskografii Holendrów.
Brzmienie idealne - przejrzyste, czytelne i skomasowane jednocześnie, żadnych zbędnych dźwięków - czysta zwierzęca moc! I te mocarne, obezwładniające riffy, które sprawiają, że głowa sama kręci młynek z taką szybkością, że nogi unoszą się człowiekowi pół metra nad podłogą. Gdyby bracia Wright nie skonstruowali samolotu, to dziś spokojnie można by ""Diabolical Summoning" i kilku długowłosych metalowców wykorzystać w walce z grawitacją.

AUTOPSY: Bogowie rozkładających się wnętrzności

Trudno byłoby wybrać najlepszy zespół death metalowy wszech czasów. Ten, zdawałoby się hermetyczny, podgatunek metalu jest tak różnorodny, że zestawianie jego przedstawicieli w wielu przypadkach byłoby zabiegiem dość karkołomnym. I właśnie dlatego nie napiszę, że AUTOPSY jest najlepszych zespołem death metalowym wszech czasów. Nie mam jednak wątpliwości, że ten zespół nie nagrał żadnej słabej płyt. Ba, oni nie nagrali nawet żadnej dobrej. Nie wiem czy choć jedną bardzo dobrą znalazłbym w ich dyskografii. AUTOPSY to zespół wybitny. Genialny! Na kolana!



Zadebiutowali w 1989 roku płytą „Severed Survival” zdobywając sobie spore grono fanów, ale pozostając w cieniu bardziej popularnych zespołów death metalowych. AUTOPSY nie przykładali się zbytnio do promocji – nie nagrywali teledysków, nie spędzali trzysta dni w roku na trasach koncertowych. Wizerunkowo nie byli też tak wyraziści jak choćby DEICIDE czy CANNIBAL CORPSE. Tekstowo mniej komiksowi, bardziej ekstremalni, odpychający, niesmaczni.

Wstrząsający debiut

Jakościowo ich debiut powala. Płyta brzmi przepysznie – mrocznie, brudno, selektywnie. Cudownie wyeksponowane są partie basu, który tętni jak krew w tętnicy udowej maratończyka, nadając tej płycie lekko odrealniony klimat. Wspaniałe są partie solowe – rozbiegane i rozpędzone niczym wartki nurt meandrującej rzeki, która w swej szkarłatnej wodzie niesie rozkładające się ciała zabitych ludzi. Ta muzyka jest nie tylko brutalna, ale i szalona – melodyka AUTOPSY jest absolutnie unikalna i nieporównywalna. Ten zespół już na debiucie odkrył nowy, unikalny i charakterystyczny tylko dla siebie pierwiastek, którego nie da się wpisać w death metalową tablicę Mendelejewa.

W krainie zmarłych 

Druga płyta Autopsy wyszła trzy lata po debiucie - „Mental Funeral” cechuje inne, mniej zbasowane i nieco twardsze brzmienie. Od pierwszych sekund słychać jednak, że to AUTOPSY – kręgosłup stylistyczny został zachowany, zmieniła się tylko żywa tkanka mięśniowa, która go obudowuje. Ten styl nieco okrzepł, muzyka stała się bardziej wyrafinowana, a rozwinięta struktura utworów nieprzewidywalna, a czasami wręcz zaskakująca. Wspaniałe zwolnienia, walcowate brutalne gitarowe riffy wydobywają się jak spod ziemi, a partie solowe są jak świszczący wicher, który przez szczelinę wyżłobioną czarcimi kopytami wdarł się do krainy zmarłych. Do świata, który oddziela śmiertelników od piekielnych czeluści.
Z „Metal Funeral” emanuje mrok i chłód – ta płyta jest jak grobowiec wypełniony zapachem rozkładającego się ciała i rozpuszczonym woskiem topniejącej świecy. Nie ma chyba drugiego zespołu, który odcisnąłby tak ogromne piętno na skandynawskim death metalu, zresztą nie tylko death metalu bo przecież dużo tego AUTOPSY słychać choćby w drugiej – na wskroś black metalowej płycie DARKTHRONE.

„Metal Funeral” w jakiś sposób wpisał się w klasykę death metalu lat dziewięćdziesiątych – nawet jeśli ich autorzy nigdy nie byli na świeczniku, to ci bardziej świadomi fani wymieniali tytuł tego krążka jednym tchem, wraz z największymi dokonaniami gigantów gatunku.

Danse macabre z prawdziwymi trupami

Mam wrażenie, że trzecia płyta Amerykanów „Acts of the Unspeakable” zyskała nieco mniej uznania, co dla mnie jest zupełnie niezrozumiałe i nieuzasadnione – przynajmniej z powodów stricte muzycznych. Dla mnie ten krążek niczym nie ustępuje dwóm poprzednim, a kto wie czy nawet ich nie przewyższa?
Atmosfera kreowana przez Autopsy wprost zapiera dech w piersiach, ta muzyka wciąga w najmroczniejsze zakamarki duszy – pozornie jest nieco groteskowa i trąci atmosferą horrorów klasy B, ale przy bliższej konfrontacji szybko okazuje się, że trupy są prawdziwe, a ich danse macabre został wskrzeszony przez jakieś niedorzeczne szaleństwo i opętanie zmieniające pustą rozrywkę w duszny koszmar. Death metal w ich wykonaniu nie jest tani i efekciarski, siłą tych brutalnych i mrocznych dźwięków jest nie tylko kreowana atmosfera, ale ich muzyczne wyrafinowanie. Świat Autopsy, żyje i pulsuje jak niezliczone gatunki robactwa, które wiją się w rozkładających zwłokach.

Z kupą w ustach

W połowie lat dziewięćdziesiątych wyszła czwarta płyta Amerykanów zatytułowana „Shitfun”. Nie był to czas sprzyjający muzyce death metalowej – najwięksi sobie jeszcze radzili, ale większość fanów metalu zwracała się albo ku muzyce black metalowej, albo już ścięła włosy, jeździła na deskorolkach i podskakiwała w rytm hardcorowo-groove'owych skoczków.
„Shitfun” przepadła z kretesem – leżała w koszach z wyprzedażami w cenie papieru toaletowego i to raczej tego zużytego, niż nowych rolek o zapachu rumianku. Nie pomogła niesmaczna okładka – płyta z klockiem w ustach nie zyskała sympatii i Autopsy na wiele lat odeszło w niebyt.
Gdybym miał wskazać najbardziej niedocenianą płytę w historii death metalu to nie wiem, czy mój wybór nie padłby właśnie na ten krążek. Moim zdaniem „Shitfun” to płyta doskonała – obok „Domination” chyba najlepszy death metalowy album roku 1995. Cieszę się, że dziś pojawiają się pojedyncze głosy osób, które cenią ten krążek – wiem jednak, że wciąż wywołuje on kontrowersje. Ale od kontrowersji zawsze jest bliżej do zachwytu niż od obojętności.



Żeby już nie przedłużać i Was nie zanudzić o płytach po reaktywacji innym razem :)

Słuchacie płyt czy utworów?

Byłem w szoku gdy kilka lat temu na Metal Feście rozmawiałem z dwiema młodymi metalówkami, które nie potrafiąc wymienić tytułu ani jednej płyty zespołów, których logami były poobwieszane, skwitowały: „Ale my nie słuchamy płyt! My słuchamy piosenek!” Okazuje się, że to jednak coś ze mną nie tak – rozmawiałem ostatnio na ten temat z kilkoma znajomymi, którzy zgodnie uznali, że słuchanie pojedynczych utworów jest rzeczą jak najbardziej normalną...


A ja po rozmowie z tymi nieszczęsnymi „metalówkami” sądziłem, że słuchanie pojedynczych utworów jest przypadłością dzieci neostrady, efektem ubocznym mutantów z Youtube, facebookowych klikaczy... Tymczasem nie, słuchanie utworów – jak się okazuje – jest rzeczą normalną i kultywowaną od lat, nie tylko przez fanów muzyki disco.

W łóżku z kolanem

Dla mnie płyta tworzy jedną całość – utwory, które się na niej znajdują są jak części ciała kobiety. Gdy idę do łóżka z kobietą to idę z nią całą, a nie z jej ręką, głową, czy kolanem. Oczywiście może się zdarzyć, że pewnymi częściami ciała będę zainteresowany bardziej niż innymi – ale to naturalne i podobnie jest z płytami, których niektóre momenty ekscytują mnie bardziej, a inne nieco mniej. Płyt zawsze słucham w całości – podobnie jak w całości czytam książki i oglądam filmy. Nigdy w życiu nie przyszło mi do głowy by włączyć sobie po kolei pięć utworów z pięciu różnych płyt. Czułbym się dokładnie tak samo jakbym obejrzał pięć scen z różnych filmów, albo przeczytał po pięć stron z pięciu różnych książek.

Bez ćwiartowania 

Dla mnie płyta ma swój początek, rozwinięcie i zakończenie. Tworzy jedną nierozerwalną całość – najczęściej muzyczno-tekstowo-wizualną. Pewnie stąd moje przywiązanie do materialnego nośnika muzyki i zarzucanie mieszkania kilkoma tonami plastiku. Zawsze wydawało mi się, że słuchanie pojedynczych utworów jest domeną fanów disco – pojmowania muzyki w sposób płytki, powierzchowny i niezobowiązujący. Muzyka rockowa, jazzowa, metalowa to coś więcej – w ramach tych gatunków powstają płyty emanujące określonym klimatem, tworzące jakąś spójną całość, przenoszące słuchacza do świata wykreowanego przez dźwięki.

Grzechy, których nie popełniłem

Rozmawiałem ostatnio na ten temat z kilkoma osobami i okazuje się, że jestem odszczepieńcem, a mój sposób słuchania muzyki tylko dla mnie samego wydaje się normalny.
- Dziś jest Youtube, a kiedyś poznawało się sporo utworów dzięki MTV i później słuchało się ich dziesiątki, albo setki razy – stwierdził jeden z moich kolegów.
Mnie to ominęło, za szczyla nie miałem w domu ani magetowidu, ani anteny satelitarnej. Oglądałem u kumpla z VHS jakieś pozgrywane fragmenty Headbangers Ball, ale posłużyło mi to tylko tyle, że zaraz wsiadałem na rower i gnałem na najbliższy bazar kupić płyty danych zespołów (wówczas na kasetach). Tak. Płyty. Nie „The best off”, kompilacje czy koncertówki – ale regularne albumy, bo one interesowały mnie w pierwszej kolejności.
- Nie zgrywałeś pojedynczych kawałków z radia?
Zgrywałem, ale jeśli mi się któryś utwór spodobał to od razu zaczynałem poszukiwania jego kontekstu - a więc płyty, z której pochodził. 
- Nie robiłeś nigdy składanek na kasecie? - zapytał zdziwiony kolega. - Nagrywało się na jednej najlepsze utwory z iluś kaset i katowało ją tygodniami. 
Cholera, nie. Nigdy w życiu czegoś takiego nie robiłem. No może prócz składanek na imprezy w czasach ogólniaka – ale przecież robiłem je nie dla siebie, ale dla innych bo wiedziałem, że nie wytrzymają osiem godzin z Napalm Death i Obituary. No i "Metal Ballads" kupowało się na dyskoteki w ostatnich latach podstawówki, żeby pod pretekstem tańca pomiętosić przy nich dziewczyny.
- Jak miałeś wieżę na kilka kompaktów to nie programowałeś sobie kolejności wybranych, ulubionych utworów z kilku płyt?
Nie cholera, nigdy tego nie robiłem. Ba, gdy kupowałem na CD płytę, którą znałem z kasety i okazywało się, że miała inną kolejność utworów to czułem się przy niej jak w obecności kobiety, która ma pośladki w miejscu głowy.
- Na większości płyt jest kilka bardzo dobrych utworów i kilka wypełniaczy – zauważył jeden z moich znajomych. - Po co tracić czas na słuchanie wypełniaczy? Trzeba brać to co najlepsze.
Mnie to zupełnie nie przekonuje – nie raz bywało, że utwory, które na początku wydawały mi się słabsze z czasem zyskiwały właśnie dzięki ponownym odsłuchom, a nawet jeśli płyta posiada mocniejsze fragmenty to brnięcie ku nim przez te mniej ekscytujące jest wspaniałe, bo ta świadomość, że się zbliżają dostarcza dramaturgii i buduje napięcie słuchanego albumu.

Fikcja wrośnięta w świadomość

A może nie? Może płyty powstawały tylko dlatego, że ich istnienie determinował fizyczny nośnik, jednocześnie określający czas ich trwania, a w erze winyli również długość poszczególnych utworów? Może więc album jako całość jest tworem sztucznym i w erze cyfryzacji należałoby go odrzucić i pozwolić muzykom na dowolność muzycznej ekspresji oraz formy jej wyrażania. Być może w przyszłości albumy znikną i będzie słuchało się tylko piosenek?

Ciekaw jestem jak Wy słuchacie muzyki. Zjadacie ciasto w całości czy wyłuskujecie z niego bakalie? Czy bakalie w ogóle mogę smakować w oderwaniu od tego ciasta? Dla mnie to jakieś szaleństwo – idąc dalej w tą logiką można by zacząć słuchać nie tylko pojedynczych utworów, ale poszczególnych riffów, albo refrenów.  

czwartek, 21 stycznia 2016

ANGELCORPSE: nadejście Antychrysta!

Angelcorpse powstał w połowie lat dziewięćdziesiątych i swoim debiutanckim albumem wpuścił nieco światła w dogorywającą scenę death metalową. Nie była to jednak światłość podobna do tej, którą Matka Boska ujrzała w chwili zwiastowania. Ten blask pochodził z głębi piekła i został wskrzeszony przez płomienie, zadające niewyobrażalny ból swoim wyklętym mieszkańcom


W roku 1996 z na scenie metalowej z pewnością nie dominował death metal. Opanowali ją panowie z plakatówkami na twarzy, coraz śmielej wplatając w swoją muzykę instrumenty klawiszowe, które wkrótce doprowadziły do przykrych mutacji i wynaturzeń – nazywanych dumnie symfonicznym black metalem. I wtedy, ni stąd, ni zowąd zza kamienia wypełzł trójkątny łeb jadowitego węża z rozdwojonym jęzorem. Nosił imię Angelcorpse i właśnie z jego plugawego jaja wykluło się pierwsze potomstwo - „Hammer Of Gods”.

Spuścizna Order From Chaos

No dobrze – nie tak zupełnie sroce spod ogona wypadł Angelcorpse. Panowie Gene Palubicki (gitarzysta) oraz Pete Helmkamp (wokalista, basista) mieli już za sobą pewne muzyczne doświadczenia. Palubicki zaliczył epizod w Impiety, a Helmkamp niszczył struny głosowe w Order From Chaos, który choć nigdy nie podbił list przebojów amerykańskiego Billboardu to wśród fanów muzyki ekstremalnej wyrobił sobie opinię zespołu kultowego. Nie przez przypadek, zresztą – wystarczy posłuchać debiutanckiej „Stillbirth Machine” z roku 1992 by przekonać się, że był to zespół nieprzeciętny, a jego wokalista z powodzeniem mógłby zastąpić Freediego Mercurego gdyby tylko Queen chcieli eksterminować swoich fanów.

Młot Bogów

Debiutancki „Hammer Of Gods” był przepotężnym strzałem w potylicę. Angelcorpse zaprezentowali muzykę intensywną, agresywną i bezkompromisową. Gdy usłyszałem ten krążek po raz pierwszy – zakupiony na kasecie wydanej przez Morbid Noizz moje skojarzenie pobiegło w stronę wczesnego Morbid Angel. Ten trop nie jest jednak nazbyt wyraźny, od początku bowiem Angelcorpse mieli swój własny, bardzo mocno zarysowany styl.
Ta muzyka ma w sobie coś barbarzyńskiego, perwersyjnego i wulgarnego. Zachwyca swoją dosadnością, agresją, ale i specyficznym, diabelskim klimatem. Riffy prują wnętrzności i posypują je solą przemysłową, partie solowe wwiercają się w głowę jak wiertło udarowe solidnej wiertarki, a wokale rzygają taką agresją, że prawie czujemy ciepło płomieni wydobywających się z gardła Helmkampa.

Diabelska eksterminacja

Jak się po dwóch latach okazało debiut był tylko preludium do prawdziwej eksterminacji, która nastąpiła za sprawą drugiego krążka Angelcorpse, zatytułowanego nomen omen - „Exterminate”. Ich muzyka nabrała rozmachu, stała się bardziej zwarta, jadowita i szalona. Echa Morbid Angel nie tak oczywiste jak na debiucie, a siła rażenie jeszcze większa.
Angelcorpse w pełni określił swoją tożsamość - bezlitosnymi kanonadami artyleryjskiej perkusji, ciętymi, mistrzowskim riffami, natchnionymi partiami solowymi i obłąkańczo brutalnymi wokalizami, niczym lej po bombie w wyniszczonym przez wojnę mieście, znalazł dla siebie przestrzeń w ekstraklasie muzyki ekstremalnej.
Utwory na „Exterminate” zachwycają nie tylko swoją brutalnością, ale i niebanalnym aranżacjom i mistrzowskim wykonaniem. Cudowne jest brzmienie tego krążka – gdy słyszymy jednocześnie perkusję, przypominającą nalot dywanowy nad Tokio w 1945 roku, gitary, chłoszczące po plecach jak bat na polu bawełny w Karolinie Południowej dwieście lat wcześniej, partie solowe, przywodzące na myśl świst uszkodzonej turbiny spadającego samolotu oraz wokal, który brzmi jakby sam diabeł miał właśnie niestrawności i wsadzając sobie w gardło dwa palce wyrzygiwał się nam na twarz, zwracając całe zło, zepsucie i okrucieństwo zalegające w treści żołądka.
I to wszystko słyszymy jednocześnie, nic się nie gubi, nie zmienia w chaos, ani nie przybiera formy bezkształtnej ściany dźwiękowego piekła. Słyszymy każdą cegłę rozpadających się budynków, każdą tłukącą się szybę, każdy raz bata, pękającą skórę, krzyk bólu i te diable wymiociny, które gwałtownie przedarły się przez zwężenie gardła i eksplodowały po opuszczeniu przełyku.

Panowanie bestii

W roku 1999 Angelcorpse nagrał trzecią płytę „The Inexorable”. Nie wywołała ona u mnie aż takiego szoku jak poprzedniczka, ale poziom bluźnierstwa został utrzymany. Intensywność sekcji rytmicznej, inteligentnie dawkowana agresja, barbarzyństwo, chamstwo i dosadność tej muzyki zamieszkało w moim sercu już na zawsze.
I gdy już zacząłem miewać mokre sny, w których wizualizowałem ich dalszą twórczość Angelcorpse zamilkł jak Hiroszima po wybuchu bomby atomowej. 
Ludzie umierali od chorób popromiennych, dzieci rodziły się z trzema rękami i jednym okiem na środku czoła. Wydawało się, że piekło już nie wróci i bramy królestwa potępionych zostały zatrzaśnięte na wieki. Aż tu nagle w 2007 roku, bez deszczu żab, fałszywych proroków i przemiany wód Nilu w krew – nadeszła czwarta płyta Angelcorpse - „Of Lucifer and Lightning”.
Pierwsze czym zaskakuje to brzmienie – nie tak skomasowane i intensywne, bardziej suche z niemal thrash metalową motoryką, gitary warczą jak silniki diesla o przebiegu miliona kilometrów, perkusja brzmi jakby werble zostały owinięte prześcieradłami. W tej muzyce jest nieco więcej przestrzeni, ale nie powietrza. Atmosfera wciąż duszna i ciężka, jakby ktoś do windy przewożącej ośmiu pasażerów wstawił beczkę z gotującą się smołą. Być może ostatnie dzieło Amerykanów nie spełnia oczekiwań i nieco rozczarowuje w kontekście ich wcześniejszy twórczości. Ja jednak bardzo lubię tę płytę, a odmienność brzmieniową poczytuję bardziej jako przejaw oryginalności tego krążka, a nie jego słabości.

Inne grzechy

Jak na prawdziwych samców przystało, panowie choć niezbyt płodni w swej macierzy, mają jeszcze coś na boku. Gene Palubicki gra w bardziej thrashowo zorientowanym Blasphemic Cruelty. W 2008 roku rzygnęli całkiem sympatycznym debiutanckim albumem, a w ubiegłym - MCD, które w przyszłym tygodniu pewnie przyniesie mi listonosz. Drugi odprysk Angelcorpse to Perdition Temple, w którym również szaleje Palubicki. Mocna rzecz na pograniczu death i black metalowego grania z wyraźnymi angelcorpsowymi inklinacjami – nie ma wątpliwości kto tam gra. Pete Helmkamp poza tym, że miał swój współudział w kilku zacnych kapelach (Revenge, Terror Organ) to aktualnie udziela się w sympatycznym black metalowym Kerasphorus. Przewija się też gościnnie na różnych płytach – na pewno najbardziej utkwił mi w pamięci na albumie „Redesekration” naszego rodzimego INFERNAL WAR. Wraz z Herr Warcrimerem stworzył najlepszy duet wokalny od czasów gdy Julio Iglesias zaśpiewał z Dianą Ross.


środa, 20 stycznia 2016

DANGER: Obóz śmierci

Chojnicki DANGER na swoim debiucie "Camp Of Death" gra thrash z krwi i kości – archetypiczny, klasyczny, podręcznikowy. Ma jednak zalążki własnego stylu


Gdy nastała era nowej fali thrash metalu to byłem nią zachwycony. Po chudych latach, młode pokolenie muzyków powróciło do klasycznego grania, które było modne w drugiej połowie lat osiemdziesiątych.

- Super! Oni brzmią jak Exodus!
- O! Identyczny riff jak w Kreator!
- Rewelacja, są jak Dark Angel z wokalistą Overkill.
- Wow! Repka im zrobił okładkę – kupuję w ciemno!
- i tak się ekscytowałem tymi nowymi thrashami.

Po jakimś czasie jednak się zreflektowałem i emocje opadły – te wszystkie nowe zespoły zaczęły mnie nudzić. Jednak wciąż jeszcze kupuję ich płyty, szukam wśród nich perełek i czasami znajduję, ale jednak do 99 proc. z nich nie wracam już po jednym czy dwóch przesłuchaniach. Nie rzucam się więc z takim zapałem na katalog thrash metalowych wydawnictw włoskiej Punishment 18, bo w istocie większość tych płyt to odgrzewane kotlety – mniej lub bardziej sprawne powielanie klasycznych wzorców, bez własnej tożsamości, bez własnego charakteru.

Czy można drugi raz wynaleźć koło?

Bo może z thrash metalem jest trochę jak z filmami porno – nie da się już sfilmować pozycji, której jeszcze nikt nie sfilmował? Może cała zabawa polega tylko na powielaniu sprawdzonych schematów i karmieniu nimi ludzi, którzy albo klasyki nie znają, albo mają na tyle duży apetyt, że chcą wciąż więcej i więcej...
Od czasu do czasu, w tym zalewie thrash metalowej muzy trafia się jednak jakaś perełka, jakiś diament – nawet jeśli jeszcze nieoszlifowany, to jednak już od pierwszego odsłuchu czuć jego szlachetność.
- Sprawdź DANGER – thrash metal z Chojnic – polecił mi mój facebookowy znajomy. Ziewnąłem, przeciągnąłem się i z czystej kurtuazji kliknąłem w link.
Słucham, słucham i czuję, że to nie jest kolejny bezmyślny epigon składający hołd bożkom swojej młodości. Słucham i czuję, że to zespół z rodzącym się potencjałem.
Nie. Danger nie odkrył nowych pozycji – gdyby ich debiutancka płyta była filmem pornograficznym to nie zobaczylibyśmy zbliżeń pozycji kamasutry, w wykonaniu karła albionosa z kobietą z brodą i trzema piersiami, w czasie skoku spadochronowego dokonanego podczas burzy śnieżnej nad kotliną Kongo. W tej muzyce nie ma żadnych innowacji stylistycznych, żadnej ekwilibrystyki instrumentalnej ani eksperymentów spod znaku rapowych wstawek po gruzińsku, czy wiedeńskiego chóru eunuchów.


Thrash z krwi i kości

DANGER gra thrash z krwi i kości – archetypiczny, klasyczny, podręcznikowy. Ma jednak zalążki swojego stylu. Łączy dwie szkoły grania – amerykańską, techniczną (METALLICA), oraz niemiecką, bardziej toporną i ponurą (SODOM). Pobrzmiewa tu także SLAYER – wiadomo, współczesny thrash metal bez wpływu Slayera to jak film pornograficzny bez kobiet – ten pomysł zwykle jest odrzucany przez zbyt duże ryzyko powstania gejowskiego klimatu.
Ani oładka, ani intro pewnie nie staną się trampoliną promocyjną zespoły za zachodnią granicą. Za DANGER przemawia jednak sama muzyka – selektywna, dobrze brzmiąca, najeżona fajnymi riffami przywodzącymi na myśl Metallicę z najlepszych czasów oraz naprawdę dobrymi partiami solowymi, zagranymi z wyobraźnią i rozmachem. Podoba mi się też wokal – ani to czyste śpiewania a la Bay Area, ani wściekłe krzyki niemieckich thrash metalowców. Jeśli już na siłę szukać jakiś analogii to przywołałbym Kreator, ale ten z czasów „Renewal” - wyraźny, intensywny, gniewny. Taką zresztą wymowę ma cała płyta - „Camp Of Death”.
W utworze „Thriller” przebrzmiewa Sodom, ale jeszcze bardziej Slayer – w partiach wokalnych, nawet nie ze względu na barwę głosu czy sposób intonacji, ale to rosnące napięcie grozy, budowane z każdą minutą tego utworu. Jest też jeden kawałek po polsku „Towarzystwo wzajemnej adoracji” i jeden utwór instrumentalny „Amnesia”. 
Mimo wszystkich skojarzeń i analogii do klasyków gatunku, słuchając DANGER nie mam poczucia deja vu, nie mam wrażenia obcowania z klonem czy jaką nieporadną kopią. Ta płyta zdecydowanie ma swój klimat i jak zaznaczyłem wcześniej, zalążki własnego stylu. Co ważniejsze – bez względu na porównania - „Camp Of Death” to krążek, którego po prostu dobrze się słucha i wpisuje się do tej niewielkiej grupy płyt, nagranych przez młodą kapelę thrash metalową, po które chce się sięgnąć więcej niż raz. I w istocie chyba o to dziś w tym gatunku chodzi.

Mam nadzieję, że chłopaki z DANGER jeszcze nie raz wejdą do studia. A i na koncercie chętnie bym ich zobaczył...


HELLOWEEN: heavy metal bez obciachu

Mógł być rok 1995 – miałem kolegę, który był bardziej black metalowy niż sam black metal. Zawsze czarne spodnie, czarne bluzy – koszulki Graveland, Burzum, Darkthrone. Człowiek urodzony dla black metalu. Któregoś dnia zaprosił mnie do siebie do domu, szukam w jego pokoju kaset ale nic nie widzę. 


– Gdzie masz kasety? - zapytałem zdziwiony.
A on na to, że właściwie to nie ma – no ma Burzum ale pożyczył dziewczynie, no i jeszcze kilka przegrywanych. Wtedy rzeczywiście dostrzegłem, że na biurku w stojaczku nie dłuższym niż moje przyrodzenie znajduje się kilka kaset. Jakaś 90. BASF na której jednej strony było nagrane „Panzerfaust” a z drugiej „Dark Medieval Time”, kilka nieopisanych i ….
- Co to? – biorę kasetę do ręki. – Helloween! Toż to ten pedalski heavy metal.
- Kiedyś słuchałem jak byłem jeszcze dzieciakiem – kolega zarumienił się jakbym właśnie znalazł u niego poradnik pod tytułem „Jak odbyć seks z kozą”.
Właściwie nie wiadomo co gorsze. Heavy metal był wtedy dla nas czymś odrażającym, wstrętnym, miękkim, niemęskim – słuchanie heavy metalu było jak noszenie różowych, lateksowych pończoch pod czarnymi bojówkami. My byliśmy twardzi i ekstremalni. Kolega miał przerażenie w oczach, bał się, że zostanie zdemaskowany, wyśmiany i wyzwany od pozerów.
- „Walls of jericho”. Tyle słyszałem o tym zespole ale nie wiem jak grają – skomentowałem.
- Straszne gówno, weź sobie tę kasetę, ciągle zapominam ją wyrzucić – kolega musiał czuć się jak Stirlitz, radziecki szpieg, który pod niemieckim mundurem nosił koszulkę z sierpem i młotem.
Wziąłem więc kasetę, a w nocy gdy miałem pewność, że nikt mnie nie widzi i nie słyszy drżącymi rękami włożyłem ją do swojego magnetofonu. Czułem się trochę jakbym miał zamiar oglądać pornosa dla gejów – pewnie będzie ohydny i zaraz go wyłączę, ale trochę z ciekawości a trochę dla śmiechu zobaczę czy oni naprawdę się w dupala popychają.
Jakieś patetyczne, tandetne intro… już się boję i… i… usłyszałem te gitary. Poczułem ciarki na plecach – brzmienie jadowite, świdrujące, ostre, wokal wysoki piskliwy, ale twardy, rasowy, potężny. Zacisnąłem pięć i ryknąłem na cały pokój: Ride the sky! Ride the sky! Zajebisty ten Helloween! Doskonały!
Oczywiście nikomu się nie przyznałem, że ich słucham, ale zaczęła kiełkować we mnie niedorzeczna myśl, że może by jeszcze raz przymierzyć się do tych pedałów z Mercyful Fate. Otworzyłem wieko czarnej trumny, w której spędziłem kilka lat i zacząłem wędrówkę wstecz zapoznając się z klasyką heavy metalu, penetrując zapomniane, zatęchłe piwnice z NWOBHM, dokopując się do VI – VII ligi heavy metalu z lat 80-tych, odkrywając takie zespoły, że nawet ich członkowie pewnie już nie pamiętają, że w nich grali.
I kocham ten stary heavy metal do dziś – ten twardy, niemiecki akcent, te kwadratowe, toporne riffy, te wszystkie płyty, które brzmiały tak dobrze dlatego, że brzmiały tak źle. Te tandetne, ale nieskażone Photoshopem okładki z rycerzami i smokami. Na współczesnej scenie heavy metalowej nie odnajduję dla siebie wiele ciekawych rzeczy – dziś ta muzyka jest dla mnie za miękka, za bardzo wymuskana, brzmi plastikowo i bezdusznie.

GRAVELAND: Celtycka zima

 Wtedy black metal był czymś niebezpiecznym i złym - to nie był kolejny odłam muzyki metalowej. Ta muzyka żyła swoim własnym życiem, pełna pogardy i wyniosłości, arogancka, brutalna, łamiąca konwenanse i plująca na wszystkie świętości


Była jesień 1994 roku - zamierzchłe już czasy, gdy okolice w których mieszkam nie były szczelnie zabudowane blokami i można było iść do szkoły przez pola. Nieraz wychodziłem rankiem, godzinę wcześniej i brnąłem miedzami, patrząc jak iglica Pałacu Kultury wyłania się z mgły i strzępi linię horyzontu. I jedna z takich pieszych wędrówek zawsze będzie mi się kojarzyć z tą płytą - pamiętam ten zimny mglisty poranek, zaoraną ziemię przyklejającą się do moich butów i ten upojny zapach dymu, który unosił się nad polami. Nie widziałem nigdzie ognia, nie wiedziałem płonących ognisk, ale ten dym był tak mocno wyczuwalny, że chyba jeszcze z tydzień czułem go we włosach, a i dziś go czuję gdy rozpoczyna się ta płyta.

Bez mrugnięcia okiem, bez dystansu

Intro rozpoczynające "The Celtic Winter" jest czymś absolutnie genialnym i porażającym - tworzy atmosferę tak brutalną, mroczną i przerażającą, że od dwudziestu lat za każdym razem gdy włączam ten krążek wciąż ściska mnie w gardle. Słychać ten wiejący wiatr, tętent końskich kopyt, szczęk oręża, dzikie jęki konających i trzask płomieni trawiących ich dobytek. Jednocześnie jest w tym coś tajemniczego, pięknego i wzniosłego - jakby ta śmierć, która właśnie zbiera swoje żniwo emanowała jakimś natchnionym, poetyckim blaskiem.

A gdy kończy się owe intro zderzamy się z czymś zupełnie nieprawdopodobnym - czystym złem, zwierzęcą pasją i prostotą, black metalem jakiego nie gra się już od lat - black metalem, który miał sporo wspólnego z punkową rebelią, muzyką, która zanim została pożarta, strawiona i wydalona przez popkulturę, zanim stała się karykaturą samej siebie - miała zmieniać świat, a jeśli tego się nie da, miała go podpalić i zmienić w garść popiołu.


Tu nie było mrugnięcia okiem, dystansu i tolerancji. Albo byłeś z nami, albo przeciwko nam. Zabijaj z nami albo giń z naszej ręki! - chyba coś takiego po angielsku miałem wypisane na kostce, w której nosiłem podręczniki w ogólniaku

Prawdziwy black metal

Wtedy black metal był czymś niebezpiecznym i złym - to nie był kolejny odłam muzyki metalowej. Ta muzyka żyła swoim własnym życiem, pełna pogardy i wyniosłości, arogancka, brutalna, łamiąca konwenanse i plująca na wszystkie świętości. Podobała mi się ta pewność siebie, ta niepoprawność polityczna, to wyniosłe poczucie przynależności do czegoś elitarnego, niedostępnego dla zwykłego Janusza i Grażyny - którzy mówili, że Metallica to nawet całkiem fajna jest, a szczególnie te spokojniejsze kawałki. "The Celtic Winter" to właśnie świadectwo tamtych czasów, cząstka tej duchowej rebelii, ostatni zryw muzyki metalowej dążącej do prawdziwej ekstremy. To była muzyka, której zwykli ludzie się bali, muzyka, której fani byli wyznawcami.

wtorek, 19 stycznia 2016

Dzień, w którym prawie zostałem gwiazdą!

Czy zdarzyło Wam się kiedyś znaleźć po tej drugiej stronie? Stać na środku sceny, skupiając uwagę publiczności, biegać z gitarą i krzyczeć do mikrofonu. Czy czuliście kiedyś adrenalinę, która sprawia, że na scenicznych deskach jesteście w stanie dać z siebie wszystko, albo jeszcze więcej? Wiem o czym piszę, bo sam to przeżyłem!!! 


 Działo się to jeszcze w szkole podstawowej. Podczas Dnia Wiosny nauczyciele chcieli odciągnąć nas od wagarów i wpadli na pomysł, że zorganizują konkurs na najlepszego artystę scenicznego. Każda klasa miała kogoś zgłosić, by na scenie „śpiewał” z playbacku i udawał jakąś muzyczną gwiazdę
Dziewczyny ode mnie z klasy chciały udawać Guns n' Roses.
 - Ale Guns n' Roses to gówno – przekonywałem je dyplomatycznie.
- To co proponujesz?
- Panterę – odparłem dziarsko.
- A co to jest? - zapytały zdegustowane.
- Świetny zespół – zacząłem ich przekonywać. -Wypadniemy dużo lepiej niż naśladując jakieś głupie Guns n' Roses.
Moje miałkie argumenty nikogo nie przekonały, uznano, że udawanie zespołu, którego nikt nie zna jest głupotą i stanęło na Gunsach. Ja jednak nie dawałem za wygraną, namówiłem trzech kolegów i zgłosiłem do konkursu dodatkowy zespół – PANTERĘ.


Na garnkach z tekturowymi gitarami

Następnego dnia po lekcjach zostaliśmy, żeby omówić nasz występ. Rozemocjonowany wybrałem utwór do odegrania. Mój wybór padł na „Hollow”.
- Zaczyna się bardzo spokojnie – relacjonuję kolegom bo nie mamy magnetofonu i nie ma możliwości by posłuchać. - Zaczniemy powoli i łagodnie. Wszyscy będą myśleli, że to jakaś ballada. Wokale na początku są bardzo spokojne. Ja będę śpiewał do mikrofonu, wy – tu wskazałem na dwóch kumpli - „zagracie” na gitarach, a ty (tu mój palec powędrował w kierunku trzeciego) będziesz perkusistą. W połowie utworu jest solówka, a później wchodzi taka niepokojąca gitara i potężny riff wyrywający publikę z butów i ściągający wszystkim skalpy. Wokal staje się agresywny. Wtedy zaczynamy szaleć i robimy na scenie totalną rozpierduchę!!! - rozgorączkowany wyjawiłem sekrety swojego misternego planu.
- Skąd weźmiemy instrumenty? - zapytał rzeczowo jeden z gitarzystów.
- Cholera – podrapałem się po głowie. - O tym nie pomyślałem. Może z tektury zrobimy? – zaproponowałem.
- Będziemy wyglądać idiotycznie – skwitował kumpel.
- Nie, fajnie je narysuję, a później wytnę, pomaluję, narysuję struny. Z daleka powinny wyglądać jak prawdziwe - przekonywałem.
- Perkusję też narysujesz? - dopytał perkusista.
- Kurwa! Czepiacie się! Z takim podejście to żadna kapela nigdy by nie zaczęła grać – poczułem rosnącą irytację. - Przynieś z domu jakieś garnki!
- Garnki? - zdziwił się kumpel.
- Tak, takie do gotowania, rożnych rozmiarów. Poustawiamy na krzesłach i będziemy mieli perkusję.
- Jak oni wyglądają? - zapytał drugi z gitarzystów.
- Kto?
- No ta Puma!
- Kurwa! Jaka Puma? Pantera, nie Puma – odrzekłem coraz bardziej wkurzony. - Wylecisz ze składu jak nie będziesz wiedział w jakiej kapeli grasz – zagroziłem.
- No to jak wyglądają?
- Cholera, trudno powiedzieć – znów podrapałem się po głowie. - Jest zdjęcie na kasecie, ale niewyraźne – przyznałem strapiony i wyjąłem z kieszeni kasetę „Vulgar Display Of Power” wydaną przez Euro Star.


Problemy z włosami

- Wokalista jest łysy – zauważył perkusista.
- No przecież się nie ogolę na łyso! - żachnąłem się, bo właśnie w tym czasie zapuszczałem już włosy i miałem fryzurę na pazia królowej Bony.
- Możesz założyć czepek – zaproponował jeden z gitarzystów.
- Jaki czepek?
- No taki kąpielowy, co na pływalni się zakłada. Moja mama ma taki, mniej więcej w kolorze ciała.
- No stary, nie wyjdę przecież przed całą szkołę w czepku twojej mamy! - zaoponowałem. - Wystąpię normalnie, z takimi włosami jakie mam! - dodałem stanowczo.
- Wokalista jest łysy – powtórzył perkusista.
-Znaliście wcześniej Panterę? - zapytałem.
We trzech jak na komendę pokiwali przecząco głowami.
- No widzicie! Z całej szkoły nikt ich nie zna i nikt nie wie, że wokalista jest łysy. Jak wyjdę z włosami to absolutnie nikt się nie kapnie, że coś jest nie tak.
Żelazna logika moich argumentów przekonała skład całego zespołu.

Problemy z erekcją gryfów

Przez całe popołudnie i wieczór robiłem te cholerne gitary. Znalazłem jakieś na zdjęciach w Metal Hammerze, przerysowałem je w powiększeniu na karton, narysowałem struny i wyciąłem. Nie miałem jednak tektury tylko zwykły brystol. Gdy pomalowałem je plakatówkami papier zmiękł, gryfy zaczęły się marszczyć i giąć.
- Wygląda jak gówno! - skwitował moje wysiłki perkusista, który następnego dnia przytachał z domu cały zestaw garnków, rondli i nawet patelnię.
- No nie, ja nie wyjdę z czymś takim – dodał gitarzysta. -Ten gryf wygląda jak kutas, który ma problem z erekcją.
- Sam jesteś kutas – zacisnąłem pięści i kto wie jakby się potoczyła nasza wymiana zdań gdyby w szatni nie pojawili się... Guns n' Roses.

Gansi nas supportują

Aż nam dech w piersiach odjęło. Dziewczyny wyglądały szałowo – Axl miał chustkę na głowie, rude proste włosy, obcisłe spodenki i adidasy z mięsistymi jęzorami i napisami „AXL”. Na twarzy piegi, cholera, nawet te spodenki koleżanka wypchała sobie w kroku i miała jaja większe niż my czterej członkowie PANTERY razem wzięci. Slash z burzą czarnych włosów zrobionych z jakiegoś ufarbowanego mopa, prawdziwy, wysoki kapelusz i nawet fajek w ustach! No i gitary! One nie dość, że wyglądały jak Guns n' Roses to miały jeszcze prawdziwe, elektryczne gitary!!!
- No nie, nie możemy wyjść na scenę. Jak my przy nich wypadniemy? Skompromitujemy się! – nasz gitarzysta był bliski płaczu.
- Poczekajcie, mam pomysł! - wyszeptałem przez zaciśnięte gardło i ruszyłem biegiem za Guns n' Roses.
- Ej! Dziewczyny! - krzyknąłem.
- Chcesz autograf? - zapytał Slash i wszystkie roześmiały się jak czternastoletnie dziewczęta.
- Ha! Głupie cipy. Mam was, nie jesteście prawdziwym Guns n' Roses! - pomyślałem z triumfem i puściłem zniewagę mimo uszu. - Wy gracie przed nami prawda? Pożyczycie nam gitar? - zapytałem, oglądając się nerwowo czy kumple na pewno schowali nasze „opadające papierowe gryfy”.
- Spoko! Nie ma sprawy – odpowiedział Duff McKagan.
- Perkusję też chcecie? - zapytał Matt Sorum. 
- Macie perkusję?!!! - krzyknąłem w myślach, ale zrobiłem obojętną minę i powiedziałem spokojnie: - Mamy swoją perkusję, ale żeby nie robić zamieszania z rozstawianiem to może rzeczywiście będzie lepiej jak zagramy na waszej.


Twoja stara puma!

Pobiegłem do kumpli uradowany. Niestety okazało się, że nam się skład posypał. Odszedł jeden z gitarzystów.
- Musimy na szybko kogoś znaleźć – perkusista zaczynał się denerwować.
- Walić to! Zagramy we trzech! - byłem zdeterminowany.
- Ale ich jest czterech – wtrącił gitarzysta, który pozostał w składzie.
- Kogo jest czterech? - zaczynałem się denerwować, bo już wszystkie klasy zaczęły schodzić się na salę gimnastyczną i nasz występ zbliżał się wielkimi krokami.
- No tej Pumy!
- Pantery! - krzyknąłem wkurzony. - Przecież nikt ich nie zna! Nikt nie będzie wiedział czy ich jest czterech czy trzech!
Kumple wzruszyli ramionami i ruszyliśmy do sali gimnastycznej, na której rozbrzmiewały pierwsze takty „November Rain”. Dziewczyny były rewelacyjne. Naoglądały się teledysków i odegrały swoje role perfekcyjnie, a AXL wykuł na pamięć cały tekst utworu tak, że w niektórych momentach nie byłem pewien czy to wciąż jeszcze playback. Zostały nagrodzone burzą oklasków. Po nich wyszła pani dyrektor i zapowiedziała drugi zespół.
- A teraz Puma z siódmej „B”! Prosimy o oklaski.
- Twoja stara Puma - chciałem wykrzyknąć, ale w porę się opamiętałem.


Nieoczekiwana zmiana składu


I już wychodzimy na scenę gdy słyszę za plecami mojego perkusistę.
- O kurwa! Moje garnki!
Odwracam się przez ramię i dyskretnie szepczę:
- Na chuj ci garnki, masz prawdziwą perkusję!
- Stara mnie zabiję jak pogubię te garnki – odpowiada perkusista, odwraca się i … wybiega z sali gimnastycznej szukać tych swoich cholernych garnków. 
- Puma jakaś nieśmiała – słyszymy ze sceny głos pani dyrektor. - Dodajmy jej odwagi brawami.
Wszyscy klaszczą, mój gitarzysta ma minę jakby miał rozwolnienie i zastał nieczynną toaletę. Patrzy na mnie pytająco. Ja w akcie desperacji łapię za rękę stojącego obok kumpla – to drugoroczny Tomek, który właśnie doszedł do nas do klasy.
- Chodź, będziesz naszym perkusistą!
- Spierdalaj! Ja nie znam tego zespołu – odpowiada i się wyrywa.
- Nikt go nie zna. Chodź! Tylko będziesz siedział za perkusją, nic nie musisz robić. Podwyższą ci stopień ze sprawowania – i jakimś cudem ten argument do niego trafia.
Wychodzimy na scenę, oklaski milkną.
Tylko ja mam jako taki image – spodnie moro i koszulkę Metallica. Gitarzysta wygląda jakby właśnie miał iść z ojcem do sklepu mięsnego, a nowo nabyty perkusista nosi dresy i biały golf. Chłopaki ze starszych klas patrzą na nas ze złośliwymi uśmieszkami, ale nikt nic nie mówi – bo Tomek potrafi w michę przylać każdemu w szkole. Choć odrobinę szacunku zyskaliśmy tym nowym składem.


Robimy rozpierduchę, okradają nas z nagrody

Stoję na scenie z gitarą, kumpel obok – wciąż ma wyraz twarzy jakby miał za chwilę wybuchnąć płaczem. Ręce mu się trzęsą, pot kapie po skroniach. Włączają nam playback i zaczyna się „Hollow”. Cała szkoła patrzy na mnie a ja chodzę z gitarą i udaję, że śpiewam, a ten spokojny wstęp, który słuchany z taśmy wydawał się taki krótki trwa i trwa...
Wydaje mi się, że już siódma zwrotka leci i odciski mi się na stopach robią od dreptania w tę i z powrotem po tej cholernej scenie. Zerkam na perkusistę. Nawet pałeczek nie wziął do rąk, siedzi i ogląda sobie paznokcie. Co za idiota!
I wreszcie jest ten długo oczekiwany, niepokojący motyw i za chwilę wejdzie ten riff. Wyskakuję wysoko w powietrze i spadam na kolana. Publika się ożywia, słuchać oklaski i śmiech. Ktoś płacze w pierwszym rzędzie. Jestem jak w amoku, miotam się po scenie jak ranne zwierzę w klatce, biegnę w stronę perkusisty i z kopa wywracam jeden z bębnów. Ten przestaje oglądać swoje paznokcie i patrzy na mnie z rozdziawionymi ustami.
Gitarzysta przestaje udawać, że gra. Stoi jak słup soli i gapi się na mnie oniemiały. Podbiegam do niego i pcham go z całej siły, żeby zmusić go do scenicznego ruchu. Ten jednak traci równowagę i leci plecami na jakąś sceniczną dekorację, która przewraca się na dzieciaki z pierwszego rzędu. Wrzask, pisk, płacz, śmiech.
- Wyłączcie to! - ktoś krzyczy i wyłączają nam utwór w połowie.
- To jeszcze nie koniec! - podbiegam do pana od muzyki, który jest operatorem magnetofonu. Ten macha lekceważąco ręką i pokazuje na leżącą dekorację, spod której próbują się wydostać roześmiani uczniowie z młodszych klas.
- Chyba nie było tak źle – rzucam do mojego gitarzysty, który ma minę jakby mu przed chwilą zrobiono lewatywę z wrzątku i papryki chilli.
- Zajebałeś dzieciakowi gryfem – wskazuje palcem na płaczącego pierwszaka.
- Cholera, kto dzieciaki wpuścił pod samą scenę... - wyszeptuję czując jak schodzi ze mnie adrenalina. Czuję, że zostaliśmy pokonani. Nie mylę się. Nagrodę zgarnia Guns n' Roses. Dziewczyny bisują, a my siedzimy i oglądamy je rozgoryczeni i nieco upokorzeni przegraną.
- To wszystko przez to, że kawałek wyłączyli nam w połowie – mówię pod nosem, ale chyba sam do końca w to nie wierzę.


Czas weryfikuje prawdziwy talent

Ta historia ma jednak swój epilog, który potwierdza tezę, że prawdziwych artystów weryfikuje upływ czasu. Dwadzieścia lat później znów byłem w swojej podstawówce, na jej jubileuszowym święcie. Nie, spokojnie, tym razem nie udawałem Anselmo. Pełniłem rolę poważnego absolwenta szkoły i dziennikarza. Po zakończeniu oficjalnych uroczystości uciąłem sobie pogawędkę z jedną ze starszych nauczycielek, która pamiętała mnie jako ucznia.
- A pamiętasz jak kiedyś w dzień wiosny udawaliście jakiś punkowy zespół? - zapytała niespodziewanie. Zmarszczyłem czoło i dopiero po chwili doznałem olśnienia.
- A tak! Panterę. Nie wyszło to najlepiej...
- Nie, byliście świetni i bardzo żywiołowi. Przewróciliście dekorację i wpadłeś na perkusję jak tańczyłeś pogo – nauczycielka roześmiała się serdecznie.
- No i dziewczyny Guns n' Roses świetnie udawały – dodałem podsycając wspomnienia.
- Dziewczyny? A to ich zupełnie nie pamiętam. Tylko ten wasz występ zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Tego nigdy nie zapomnę. Jak ten zespół się nazywał? - zapytała pani nauczycielka unosząc nieco brwi i patrząc na mnie badawczo zza filiżanki kawy.
- Puma! - odpowiedziałem ze śmiechem i zatopiłem zęby w kawałku tortu.