sobota, 23 stycznia 2016

AMON: Banicja braci Hoffman

AMON to zespół legenda. Należy przypisać mu autorstwo dwóch demówek „Feasting the Beast” oraz „Sacrificial”, wydanych w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Nie byle jakich demówek – myślę, że nie tylko dla mnie, to jedne z lepszych materiałów demo jakie powstały w historii muzyki death metalowej


Kocham debiut Deicide, ale kto wie czy tych demówkowych wersji nie kocham jeszcze bardziej. Przed rokiem 2007 mógłbym napisać, że AMON to właściwie DEICIDE, tylko, że pod starą nazwą. Tak jednak do końca nie jest – gdyż bracia Hoffman postanowili wskrzesić nazwę AMON dla potrzeb własnej kapeli, którą założyli po tym jak ich drogi rozeszły się z Glenem Bentonem i Stevem Asheimem po nagraniu „Scars of the Crucifix”, siódmej płyty DEICIDE, zwiastującej zwyżkę formy po dwóch poprzednich, słabszych krążkach.

Niestety zamiast lepszej kondycji Deicide doczekaliśmy się hucznego rozstania muzyków, przy okazji którego padło sporo cierpkich słów z obu stron. Do Deicide doszedł Santola i swoimi power metalowymi solówkami rozłożył dwie kolejne płyty, a bracia Hoffaman wskrzesili z mroków historii pierwotną nazwę Deicide i nagrali debiutancką płytę pod szyldem AMON.

Czekałem na ten album z zainteresowaniem i prawie dałem złapać się na magię starej nazwy. Oczywiście nie było mowy by bez obłąkańczych wokaliz Bentona mogli zbliżyć się do poziomu demówek nagranych trzydzieści lat wcześniej. Jednak jakieś ziarno w mym sercu zasiali i na ich  „debiut” czekałem podobnie jak i na walki Gołoty, który po raz enty stawał przed szansą zdobycia mistrzostwa świata i przedłużał nadzieję polskich fanów ślęczących do rana przed telewizorem, a następnego dnia oglądających powtórkę całej walki w Teleexpressie.

Na szczęście z Amon nie skończyło się tak tragicznie jak z Gołotą. Ale by się o tym przekonać potrzebowałem trochę czasu. Niestety gdy płyta tylko się ukazała dystrybucję miała tak kulawą, że jak pojawiała się na Allegro to w chorych cenach. Ostatecznie udało mi się ją nabyć na LP (w cenie trzykrotnie niższej niż chciano na Allegro za CD), a całkiem niedawno dopiero na CD (za połowę kwoty wydanej na LP).
„Lair In Wait” oczywiście przepadła z kretesem, spotkała się chłodnymi opiniami i powszechnym rozczarowaniem. Kurz opadł, o kapeli ucichło, a ja sobie spokojnie słucham i dochodzę do wniosku, że największe przekleństwo tej płyty to zbyt wygórowane oczekiwania, które mogły się pojawić w związku z nazwą zespołu.
W istocie mamy do czynienia z dobrym albumem – nie wybitnym, nie olśniewającym, ale po prostu dobrym, o pół paznokcia więcej niż przeciętnym. Brzmienie suche, zwarte klarowne, erudycja gitar na bardzo przyzwoitym poziomie, wokale solidne i starające się trochę naśladować dawną manierę wokalną Bentona.
Przyjemność ze słuchania „Liar In Wait” mam podobną do przyjemności ze słuchania ostatnich dwóch albumów Deicide, którzy po pozbyciu się nieszczęsnego Santoli dźwignęli nieco formę i nagrali dobre krążki. Oczywiście mogące rozczarowywać w kontekście największych dokonań tej grupy – ale spójrzmy na to realnie – czy ktokolwiek na świecie jeszcze wierzy, że Glen jest w stanie nagrać muzykę na poziomie debiutu czy „Legion”? Zdecydowanie to leży poza jego zasięgiem. Trudno się dziwić, że i braciom Hoffman ta sztuka się nie udała. Nie zmienia to jednak faktu, że jako AMON nagrali dość udaną płytę, do której pewnie nie będę wracał szczególnie często, ale nie sądzę też by miała już na zawsze powędrować na półkę.
Nie jest to pozycja obowiązkowa, ale dość przyjemna ciekawostka dla maniaków gatunku i sympatyków Deicide.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz