czwartek, 21 stycznia 2016

ANGELCORPSE: nadejście Antychrysta!

Angelcorpse powstał w połowie lat dziewięćdziesiątych i swoim debiutanckim albumem wpuścił nieco światła w dogorywającą scenę death metalową. Nie była to jednak światłość podobna do tej, którą Matka Boska ujrzała w chwili zwiastowania. Ten blask pochodził z głębi piekła i został wskrzeszony przez płomienie, zadające niewyobrażalny ból swoim wyklętym mieszkańcom


W roku 1996 z na scenie metalowej z pewnością nie dominował death metal. Opanowali ją panowie z plakatówkami na twarzy, coraz śmielej wplatając w swoją muzykę instrumenty klawiszowe, które wkrótce doprowadziły do przykrych mutacji i wynaturzeń – nazywanych dumnie symfonicznym black metalem. I wtedy, ni stąd, ni zowąd zza kamienia wypełzł trójkątny łeb jadowitego węża z rozdwojonym jęzorem. Nosił imię Angelcorpse i właśnie z jego plugawego jaja wykluło się pierwsze potomstwo - „Hammer Of Gods”.

Spuścizna Order From Chaos

No dobrze – nie tak zupełnie sroce spod ogona wypadł Angelcorpse. Panowie Gene Palubicki (gitarzysta) oraz Pete Helmkamp (wokalista, basista) mieli już za sobą pewne muzyczne doświadczenia. Palubicki zaliczył epizod w Impiety, a Helmkamp niszczył struny głosowe w Order From Chaos, który choć nigdy nie podbił list przebojów amerykańskiego Billboardu to wśród fanów muzyki ekstremalnej wyrobił sobie opinię zespołu kultowego. Nie przez przypadek, zresztą – wystarczy posłuchać debiutanckiej „Stillbirth Machine” z roku 1992 by przekonać się, że był to zespół nieprzeciętny, a jego wokalista z powodzeniem mógłby zastąpić Freediego Mercurego gdyby tylko Queen chcieli eksterminować swoich fanów.

Młot Bogów

Debiutancki „Hammer Of Gods” był przepotężnym strzałem w potylicę. Angelcorpse zaprezentowali muzykę intensywną, agresywną i bezkompromisową. Gdy usłyszałem ten krążek po raz pierwszy – zakupiony na kasecie wydanej przez Morbid Noizz moje skojarzenie pobiegło w stronę wczesnego Morbid Angel. Ten trop nie jest jednak nazbyt wyraźny, od początku bowiem Angelcorpse mieli swój własny, bardzo mocno zarysowany styl.
Ta muzyka ma w sobie coś barbarzyńskiego, perwersyjnego i wulgarnego. Zachwyca swoją dosadnością, agresją, ale i specyficznym, diabelskim klimatem. Riffy prują wnętrzności i posypują je solą przemysłową, partie solowe wwiercają się w głowę jak wiertło udarowe solidnej wiertarki, a wokale rzygają taką agresją, że prawie czujemy ciepło płomieni wydobywających się z gardła Helmkampa.

Diabelska eksterminacja

Jak się po dwóch latach okazało debiut był tylko preludium do prawdziwej eksterminacji, która nastąpiła za sprawą drugiego krążka Angelcorpse, zatytułowanego nomen omen - „Exterminate”. Ich muzyka nabrała rozmachu, stała się bardziej zwarta, jadowita i szalona. Echa Morbid Angel nie tak oczywiste jak na debiucie, a siła rażenie jeszcze większa.
Angelcorpse w pełni określił swoją tożsamość - bezlitosnymi kanonadami artyleryjskiej perkusji, ciętymi, mistrzowskim riffami, natchnionymi partiami solowymi i obłąkańczo brutalnymi wokalizami, niczym lej po bombie w wyniszczonym przez wojnę mieście, znalazł dla siebie przestrzeń w ekstraklasie muzyki ekstremalnej.
Utwory na „Exterminate” zachwycają nie tylko swoją brutalnością, ale i niebanalnym aranżacjom i mistrzowskim wykonaniem. Cudowne jest brzmienie tego krążka – gdy słyszymy jednocześnie perkusję, przypominającą nalot dywanowy nad Tokio w 1945 roku, gitary, chłoszczące po plecach jak bat na polu bawełny w Karolinie Południowej dwieście lat wcześniej, partie solowe, przywodzące na myśl świst uszkodzonej turbiny spadającego samolotu oraz wokal, który brzmi jakby sam diabeł miał właśnie niestrawności i wsadzając sobie w gardło dwa palce wyrzygiwał się nam na twarz, zwracając całe zło, zepsucie i okrucieństwo zalegające w treści żołądka.
I to wszystko słyszymy jednocześnie, nic się nie gubi, nie zmienia w chaos, ani nie przybiera formy bezkształtnej ściany dźwiękowego piekła. Słyszymy każdą cegłę rozpadających się budynków, każdą tłukącą się szybę, każdy raz bata, pękającą skórę, krzyk bólu i te diable wymiociny, które gwałtownie przedarły się przez zwężenie gardła i eksplodowały po opuszczeniu przełyku.

Panowanie bestii

W roku 1999 Angelcorpse nagrał trzecią płytę „The Inexorable”. Nie wywołała ona u mnie aż takiego szoku jak poprzedniczka, ale poziom bluźnierstwa został utrzymany. Intensywność sekcji rytmicznej, inteligentnie dawkowana agresja, barbarzyństwo, chamstwo i dosadność tej muzyki zamieszkało w moim sercu już na zawsze.
I gdy już zacząłem miewać mokre sny, w których wizualizowałem ich dalszą twórczość Angelcorpse zamilkł jak Hiroszima po wybuchu bomby atomowej. 
Ludzie umierali od chorób popromiennych, dzieci rodziły się z trzema rękami i jednym okiem na środku czoła. Wydawało się, że piekło już nie wróci i bramy królestwa potępionych zostały zatrzaśnięte na wieki. Aż tu nagle w 2007 roku, bez deszczu żab, fałszywych proroków i przemiany wód Nilu w krew – nadeszła czwarta płyta Angelcorpse - „Of Lucifer and Lightning”.
Pierwsze czym zaskakuje to brzmienie – nie tak skomasowane i intensywne, bardziej suche z niemal thrash metalową motoryką, gitary warczą jak silniki diesla o przebiegu miliona kilometrów, perkusja brzmi jakby werble zostały owinięte prześcieradłami. W tej muzyce jest nieco więcej przestrzeni, ale nie powietrza. Atmosfera wciąż duszna i ciężka, jakby ktoś do windy przewożącej ośmiu pasażerów wstawił beczkę z gotującą się smołą. Być może ostatnie dzieło Amerykanów nie spełnia oczekiwań i nieco rozczarowuje w kontekście ich wcześniejszy twórczości. Ja jednak bardzo lubię tę płytę, a odmienność brzmieniową poczytuję bardziej jako przejaw oryginalności tego krążka, a nie jego słabości.

Inne grzechy

Jak na prawdziwych samców przystało, panowie choć niezbyt płodni w swej macierzy, mają jeszcze coś na boku. Gene Palubicki gra w bardziej thrashowo zorientowanym Blasphemic Cruelty. W 2008 roku rzygnęli całkiem sympatycznym debiutanckim albumem, a w ubiegłym - MCD, które w przyszłym tygodniu pewnie przyniesie mi listonosz. Drugi odprysk Angelcorpse to Perdition Temple, w którym również szaleje Palubicki. Mocna rzecz na pograniczu death i black metalowego grania z wyraźnymi angelcorpsowymi inklinacjami – nie ma wątpliwości kto tam gra. Pete Helmkamp poza tym, że miał swój współudział w kilku zacnych kapelach (Revenge, Terror Organ) to aktualnie udziela się w sympatycznym black metalowym Kerasphorus. Przewija się też gościnnie na różnych płytach – na pewno najbardziej utkwił mi w pamięci na albumie „Redesekration” naszego rodzimego INFERNAL WAR. Wraz z Herr Warcrimerem stworzył najlepszy duet wokalny od czasów gdy Julio Iglesias zaśpiewał z Dianą Ross.


1 komentarz:

  1. Dźwiękowe tornado - rzadko kiedy takie określenie pasuje idealnie do muzyki. Tu samo ciśnie się na usta.
    Na pierwszej płycie surowo, na drugiej morderczo precyzyjnie, na trzeciej kunsztownie, niemalże z wirtuozerią, zawsze jednak z równie wielką mocą. Czwarty album - mimo, że kupiony już kilka lat temu - wciąż czeka na wiwisekcję.
    Najlepsza rzecz w jakiej maczał palce Helmkamp.

    OdpowiedzUsuń