sobota, 23 stycznia 2016

AUTOPSY: Bogowie rozkładających się wnętrzności

Trudno byłoby wybrać najlepszy zespół death metalowy wszech czasów. Ten, zdawałoby się hermetyczny, podgatunek metalu jest tak różnorodny, że zestawianie jego przedstawicieli w wielu przypadkach byłoby zabiegiem dość karkołomnym. I właśnie dlatego nie napiszę, że AUTOPSY jest najlepszych zespołem death metalowym wszech czasów. Nie mam jednak wątpliwości, że ten zespół nie nagrał żadnej słabej płyt. Ba, oni nie nagrali nawet żadnej dobrej. Nie wiem czy choć jedną bardzo dobrą znalazłbym w ich dyskografii. AUTOPSY to zespół wybitny. Genialny! Na kolana!



Zadebiutowali w 1989 roku płytą „Severed Survival” zdobywając sobie spore grono fanów, ale pozostając w cieniu bardziej popularnych zespołów death metalowych. AUTOPSY nie przykładali się zbytnio do promocji – nie nagrywali teledysków, nie spędzali trzysta dni w roku na trasach koncertowych. Wizerunkowo nie byli też tak wyraziści jak choćby DEICIDE czy CANNIBAL CORPSE. Tekstowo mniej komiksowi, bardziej ekstremalni, odpychający, niesmaczni.

Wstrząsający debiut

Jakościowo ich debiut powala. Płyta brzmi przepysznie – mrocznie, brudno, selektywnie. Cudownie wyeksponowane są partie basu, który tętni jak krew w tętnicy udowej maratończyka, nadając tej płycie lekko odrealniony klimat. Wspaniałe są partie solowe – rozbiegane i rozpędzone niczym wartki nurt meandrującej rzeki, która w swej szkarłatnej wodzie niesie rozkładające się ciała zabitych ludzi. Ta muzyka jest nie tylko brutalna, ale i szalona – melodyka AUTOPSY jest absolutnie unikalna i nieporównywalna. Ten zespół już na debiucie odkrył nowy, unikalny i charakterystyczny tylko dla siebie pierwiastek, którego nie da się wpisać w death metalową tablicę Mendelejewa.

W krainie zmarłych 

Druga płyta Autopsy wyszła trzy lata po debiucie - „Mental Funeral” cechuje inne, mniej zbasowane i nieco twardsze brzmienie. Od pierwszych sekund słychać jednak, że to AUTOPSY – kręgosłup stylistyczny został zachowany, zmieniła się tylko żywa tkanka mięśniowa, która go obudowuje. Ten styl nieco okrzepł, muzyka stała się bardziej wyrafinowana, a rozwinięta struktura utworów nieprzewidywalna, a czasami wręcz zaskakująca. Wspaniałe zwolnienia, walcowate brutalne gitarowe riffy wydobywają się jak spod ziemi, a partie solowe są jak świszczący wicher, który przez szczelinę wyżłobioną czarcimi kopytami wdarł się do krainy zmarłych. Do świata, który oddziela śmiertelników od piekielnych czeluści.
Z „Metal Funeral” emanuje mrok i chłód – ta płyta jest jak grobowiec wypełniony zapachem rozkładającego się ciała i rozpuszczonym woskiem topniejącej świecy. Nie ma chyba drugiego zespołu, który odcisnąłby tak ogromne piętno na skandynawskim death metalu, zresztą nie tylko death metalu bo przecież dużo tego AUTOPSY słychać choćby w drugiej – na wskroś black metalowej płycie DARKTHRONE.

„Metal Funeral” w jakiś sposób wpisał się w klasykę death metalu lat dziewięćdziesiątych – nawet jeśli ich autorzy nigdy nie byli na świeczniku, to ci bardziej świadomi fani wymieniali tytuł tego krążka jednym tchem, wraz z największymi dokonaniami gigantów gatunku.

Danse macabre z prawdziwymi trupami

Mam wrażenie, że trzecia płyta Amerykanów „Acts of the Unspeakable” zyskała nieco mniej uznania, co dla mnie jest zupełnie niezrozumiałe i nieuzasadnione – przynajmniej z powodów stricte muzycznych. Dla mnie ten krążek niczym nie ustępuje dwóm poprzednim, a kto wie czy nawet ich nie przewyższa?
Atmosfera kreowana przez Autopsy wprost zapiera dech w piersiach, ta muzyka wciąga w najmroczniejsze zakamarki duszy – pozornie jest nieco groteskowa i trąci atmosferą horrorów klasy B, ale przy bliższej konfrontacji szybko okazuje się, że trupy są prawdziwe, a ich danse macabre został wskrzeszony przez jakieś niedorzeczne szaleństwo i opętanie zmieniające pustą rozrywkę w duszny koszmar. Death metal w ich wykonaniu nie jest tani i efekciarski, siłą tych brutalnych i mrocznych dźwięków jest nie tylko kreowana atmosfera, ale ich muzyczne wyrafinowanie. Świat Autopsy, żyje i pulsuje jak niezliczone gatunki robactwa, które wiją się w rozkładających zwłokach.

Z kupą w ustach

W połowie lat dziewięćdziesiątych wyszła czwarta płyta Amerykanów zatytułowana „Shitfun”. Nie był to czas sprzyjający muzyce death metalowej – najwięksi sobie jeszcze radzili, ale większość fanów metalu zwracała się albo ku muzyce black metalowej, albo już ścięła włosy, jeździła na deskorolkach i podskakiwała w rytm hardcorowo-groove'owych skoczków.
„Shitfun” przepadła z kretesem – leżała w koszach z wyprzedażami w cenie papieru toaletowego i to raczej tego zużytego, niż nowych rolek o zapachu rumianku. Nie pomogła niesmaczna okładka – płyta z klockiem w ustach nie zyskała sympatii i Autopsy na wiele lat odeszło w niebyt.
Gdybym miał wskazać najbardziej niedocenianą płytę w historii death metalu to nie wiem, czy mój wybór nie padłby właśnie na ten krążek. Moim zdaniem „Shitfun” to płyta doskonała – obok „Domination” chyba najlepszy death metalowy album roku 1995. Cieszę się, że dziś pojawiają się pojedyncze głosy osób, które cenią ten krążek – wiem jednak, że wciąż wywołuje on kontrowersje. Ale od kontrowersji zawsze jest bliżej do zachwytu niż od obojętności.



Żeby już nie przedłużać i Was nie zanudzić o płytach po reaktywacji innym razem :)

7 komentarzy:

  1. Kiedy będzie o Abscess, MK? ;)
    Co do "Shitfun" - nie wiem, czy i jak bardzo jest niedoceniana ta płyta, ale to choroba, jakich mało. Nawet w zestawieniu z "Acts..." - obcując z trójką, słuchacz może mieć jeszcze jakąś nadzieję, że to tylko "zabawa", "Shitfun" rozwiewa jednak wszelkie wątpliwości. Żeby była jasność - AotU stawiam jednak (minimalnie) wyżej, choć wybrać najlepszą płytę Autopy jest zadaniem chyba niemożliwym do wykonania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pod każdym tekstem masz "Etykiety" - klikając w którą pojawiają się wszystkie teksty, zawierające dane "słowo klucz" :) Jak klikniesz Abscess to powinno się pojawić kilka słów na ich temat :)

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Shitfun" z pewnością należy do bardzo wąskiego, liczącego według mnie mniej więcej kilkanaście pozycji, grona najbardziej niedocenionych albumów w historii Death Metalu. Niezwykle trudno wskazać drugi równie lekceważony przez ogół tytuł charakteryzujący się taką jakością. Być może współwinne jest tu absolutnie niekomercyjne podejście zespołu, o którym wspomniałeś? Jego szczytem jest wybrana przez grupę okładka...
    Absolutnie WYBITNE dzieło wykraczające poza ramy gatunku, a przy tym całkowicie spójne, konsekwentne i zabójczo logiczne. Całkowicie naturalne i niewymuszone. Myślę, że gdybym miał swoją kolekcję płytową ograniczyć do kilkudziesięciu srebrnych dysków bez odrobiny kału by się nie obeszło. ;)

    Pozostałe trzy płyty również fenomenalne, ale potrzeba wynoszenia "Shitfun" na piedestał zawsze i wszędzie tkwi zakodowana głęboko w moim DNA. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobry wieczór. Jak ostatnio wskazywałem w innym miejscu, dzisiejszy stan wiedzy upoważnia do nakreślenia poniższej nierówności:

    3 > 1 = 2 = 4

    OdpowiedzUsuń