niedziela, 17 stycznia 2016

BLACK SABBATH: Bogowie powiedzą ostatnie słowo

Już trzeci rok mija od premiery „13”, a ja wciąż nie mogę ochłonąć i nie przestaję sobie zadawać pytania: W jaki sposób oni dokonali czegoś tak nieprawdopodobnego? Wyobrażacie sobie, że Adam Małysz po latach wraca na ring i pokonując Kliczkę odzyskuje tytuł mistrza świata w boksie? No nie, chyba coś pomyliłem... w każdym razie Black Sabbath dokonali rzeczy niebywałej.


Black Sabbath zacząłem słuchać późno, bo dopiero w roku 1992 – gdy koledze zakupiłem na szkolne mikołajki „Dehumanizer” i mu się nie spodobała. Może bym zaczął wcześniej, ale starszy kumpel przestrzegał: „To stetryczałe dziady, grają skostniałego hard rocka”. Młody, głupi, uwierzyłem, ale gdy już w ten Black Sabbath się wczułem to do szaleństwa.

Ozzy wróci, czy nie wróci?

Co charakterystyczne – odkąd zacząłem ich słuchać, to wciąż powracał temat reaktywacji w oryginalnym składzie. Podpuszczano fanów, robiono nadzieję pojedynczymi koncertami, koncertowymi wydawnictwami, ale o nowej płycie nie mogło być mowy. I przyznam, że przestałem już zupełnie wierzyć – zarówno w Black Sabbath, jak i tym bardziej w album z Osbournem. A myśl, że taka płyta mogłaby być dobra – była dla mnie równie niedorzeczna jak ten powrót Adama Małysza do zawodowego boksu, o którym wspomniałem na wstępie.
Bo przecież gdy przyjrzymy się dyskografii Black Sabbath nagranej po rozdziewiczającym mój umysł „Dehumanizer”, to nie znajdziemy już tam pozycji wybitnych. „Cross Purposes” to bardzo dobra płyta, ale na pewno nie wybitna. „Forbidden” to album ledwo przyzwoity – i kto wie czy tylko magia tego zespołu nie powstrzymuje mnie przed powiedzeniem, że słaby.

Powrót z Dio

W 2009 wydarzyła się rzecz niesamowita – pod szyldem HEAVEN & HELL doszło do wskrzeszenia Black Sabbath z Dio. Ok. To nie Ozzy, ale kto by narzekał?
Gdy po raz pierwszy włączyłem „The Devil You Know” byłem jak Abraham, któremu Bóg kazał zabić syna. Chwyciłem nóż, potężnie się zamachnąłem, ale w porę przyszło pytanie: "Czy Bóg przypadkiem nie oszalał?"
Słuchałem tej płyty od przodu i od tyłu, leżąc w wannie i wisząc na trzepaku głową w dół. Słuchałem jej w dzień i nocy, w dni pracujące i wolne od pracy, w wodzie, powietrzu i chodząc po rozżarzonych węglach. Próbowałem jej słuchać latem, podczas robienia zamku z piaski i zimą, gdy lepiłem bałwana. Wszystko na nic - „The Devil You Know” okazała się płytą przeciętną, przyzwoitą, może nawet dość dobrą, w jakimś nagłym porywie serca, ale nigdy wybitną, nawet nie na miarę Black Sabbath, ale i w zawężeniu do Black Sabbath z Dio.

Przed pianiem koguta

Gdy dowiedziałem, że Ozzy jednak wrócił i nagrywają nową płytę to zacząłem zapuszczać wąsy, by po jej premierze móc się kpiąco pod wąsem uśmiechać. Ozzy – gwiazda reality show, stary komediant, celebryta? Toż to ordynarny zamach na portfele fanów! Nic sensownego na pewno nie stworzą.
I tak nie dowierzałem, aż do momentu gdy usłyszałem zapowiadający album „God Is Dead?”. Usłyszałem i padłem na kolana jak święty Piotr przed zmartwychwstałym Jezusem, po tym jak trzy razy się go wyparł przed pianiem koguta.
W dniu premiery stawiłem się karnie pod sklepem, boso  i w worku pokutniczym, jak Jurand ze Spychowa pod krzyżackim zamkiem. Słucham „13” od chwili premiery dość regularnie i nie mam wątpliwości, że na stare lata Black Sabbath nagrali jedną z najlepszych płyt w swojej dyskografii. Album, który mimo że nie poszerza ram stylistycznych i nie proponuje żadnych innowacji, tętni własnym życiem i nie blednie w porównaniu z ich klasycznymi dokonaniami.

Godne pożegnanie

„13” to płyta przejmująca, zagrana z polotem i sercem – mroczna, ciężka i fascynująca. Budulec niby wciąż jest ten sam – potężne riffy Iommiego, zawodzący głos Ozziego, bulgoczący bass Butlera, tempa nieśpieszne, przyśpieszenia rytmiczne.
Niezwykłość tego albumu stanowi jednak jego niepowtarzalność i oryginalność, indywidualny charakter i aktualność. „13” to Black Sabbath klasyczny i do szpiku kości prawdziwy - tu nie ma żadnych sentymentów i odgrzewania kotletów. To nie klon, ani żaden naśladowca. „13” to zdrowe dziecko, w niczym nie ustępujące swojemu dużo starszemu rodzeństwu. Dziś ma już prawie 3 latka i chodzi do przedszkola – jestem pewien, że po latach gdy już się wykształci i zostanie profesorem, dołączy do grona noblistów z początków twórczości tego zespołu.
Podczas nadchodzącej koncertowej trasy, będzie sprzedawane czteroutworowe wydawnictwo „The End”, zawierające premierowe nagrania. Dziś już nie wątpię. Wierzę, że to będzie wielkie pożegnanie tego wielkiego zespołu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz