czwartek, 14 stycznia 2016

Calling from the underground!

Pamiętam jak dziś – zima 1993 roku. Spotkany na korytarzu szkolnym kolega powiedział mi, że w lutym przyszłego roku, w Stodole, koncert zagra Pro-pain. Bardzo się ucieszyłem, ale on dodał jeszcze, że mają być dwa supporty – Spudmonsters, który ponoć jest fajną ciekawostką oraz Life Of Agony - Stary, słyszałem, że ten zespół miażdży. Rewelacja! Jeszcze lepsze niż Pro-pain – zachwalał kumpel.

Jakiś czas później byliśmy z klasą w kinie. Korzystając w okazji zakupiłem gdzieś po drodze bilet na koncert oraz dwie kasety. Prong – Cleansing (pirata) oraz Life Of Agony (oryginał z Metal Mind Records). Pierwsze wrażenie było dziwne – o ile Prong już znałem wcześniej i mnie nie zawiódł , tak Life Of Agony wydawało mi się mieć potencjał, ale nie do końca mi pasowały wokale. Gość zamiast krzyczeć i drzeć się, po prostu śpiewał.

Jednak po kilku przesłuchaniach dostrzegłem, że to jest śpiew niezwykły – czysty i pełen ekspresji, a w połączeniu z potężnym i ciężkim brzmieniem zaczął robić na mnie wrażenie wręcz porażające. Chłonąłem tę płytę bez opamiętania, nosiłem ją w walkmanie miesiącami, tekstów nauczyłem się na pamięć i nie było żadnej imprezy w ogólniaku, na której by nie poleciał choć jeden kawałek Life Of Agony. Ta kapela na debiucie grała jak żadna inna – ciężko, melodyjnie, przytłaczająco, zachwycając miażdżącymi zwolnieniami i pięknymi, klimatycznymi, wstrząsającymi partiami wokalnymi Caputo, który wtedy jeszcze był facetem i nic nie wskazywało na to, że zacznie sikać na siedząco.

Cholernie podobał mi się też koncept tej płyty – historia młodego człowieka, który zmagający się z typowymi problemami nastolatka postanawia popełnić samobójstwo. Dziś wydaje mi się to trochę naiwne, a jego kłopoty dość trywialne, ale gdy miałem 16 lat przemawiało mocno i dodatkowo stanowiło o sile tego krążka. I co ważne – ten koncept pasował do samej muzyki – ciężkiej przytłaczającej, smutnej, dołującej, ale jednocześnie pełnej hardcorowego buntu  i gniewu. Trzy niemuzyczne przerywniki: Monday, Thyrsday, Friday opowiadały historię zarejestrowaną głównie na telefonicznej sekretarce. I to przejmujące zakończenia, te krople krwi upadające na podłogę.


Life Of Agony był zespołem z ogromnym potencjałem. Niestety rozpadli się po nagraniu trzech płyt, a po reaktywacji wrócili z hardrockowym, letnim krążkiem. W tym roku mają znów wydać płytę – elektryzująca wiadomość, ale nie robię sobie wielkich nadziei. 

Do "River Runs Red" wracam regularnie od 22 lat i wciąż wydaje mi się świeża, aktualna i absolutnie jedyna w swoim rodzaju. Choć chyba popadła już nieco w zapomnienie?


1 komentarz:

  1. Tę płytę również uwielbiam. Klimatycznie jest niesamowita. Bardzo dobry koncept. Zacząłem jej słuchać już będąc nieco starszym, ale... pomimo tylu lat, podobnie jak RATM - miodność.

    OdpowiedzUsuń