poniedziałek, 25 stycznia 2016

CRADLE OF FILTH: Gdy królowe kiczu byli na tronie

Gdybym dziś po raz pierwszy zobaczył okładkę „Vempire”, lub jak kto woli „V Empire” to uśmiechnąłbym się ironicznie i ominął ten krążek szerokim łukiem. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej tandetnego i kiczowatego


W 1996 roku moje poczucie estetyki było nieco inne – pamiętam, że jak zobaczyłem "Vempire" na stoisku pod Domami Towarowymi Centrum, wydane na kasecie przez Mystic Production, to o mało nie przeżyłem gwałtownej ejakulacji. Oczywiście nie chodziło o te skąpo odziane wampirzyce, ale o muzykę, która wówczas ekscytowała mnie na pograniczu histerii. Wciąż byłem pod wrażeniem debiutu Angoli - „The Principle of Evil Made Flesh”. Wówczas zaliczałem ten krążek do grona najlepszych, najbardziej chorych i niesamowitych płyt jakie w swym nastoletnim życiu słyszałem.

Upiorny klimat królestwa perwersji

Epka miała ponad 30 minut muzyki, więc można ją było traktować jako regularny album. Zakochałem się w tych dźwiękach od pierwszego przesłuchania, ale z każdym kolejnym odkrywałem w nich coraz więcej i coraz mocniej ulegałem ich urokowi. Choć dziś już mam do nich nieporównywalnie większy dystans to wciąż uważam, że to bez wątpienia najwybitniejsze działo małego brzydala. Z tej muzyki zionie szaleństwo, zepsucie i perwersja. Jest rozmyty, pływający klimat budowany przez klawisze, są żeńskie deklamacje i lubieżne jęki, tajemnicze szepty, histeryczne krzyki, wzniosłe, patetyczne fragmenty, zawodzenia w tle. Nie brakuje też zdecydowanych, mocnych i brutalnych riffów. Utwory długie, rozbudowane, o zróżnicowanych tempach wciągały i uzależniały. 

Błędy młodości czy urok ponadczasowy?

Obiektywnie mogę przyznać, że po latach ta muzyka się trochę zdezaktualizowała, a to co kiedyś emocjonowało teraz może śmieszyć. Szczególnie w kontekście dzisiejszego black metalu, który posługuje się nieco inną estetyką i odmiennymi środkami wyrazu.
Z upływem czasu Cradle Of Filth zmienili się w trupę cyrkową, w wędrownych kuglarzy podpalających bąki i walczących na kije zakończone poduszkami, ku uciesze tłuszczy rzucającej w nich popcornem i niedojedzoną pańską skórką. Być może zawsze tacy byli – ale właśnie do „Vempire” kupowałem ich bez popity.
Można by rzecz, że błędy młodości – bo przecież był w moim życiu czas, że i „Reksia” oglądałem z wypiekami na twarzy, a Buka z Muminków napawał mnie głębokim niepokojem. Ale nie, gdy od wielkiego dzwonu po latach włączę sobie tę płytę to wciąż rozumiem co mi się w niej podobało i wciąż przyswajam ją z dużą przyjemnością, nie tylko przez pryzmat sentymentu. 

Smutny upadek 

Późniejsze płyty Cradle Of Filth już mnie nie przekonały - „Dusk and Her Embrace” zniechęcała pseudogotycką atmosferą, „Cruelty and the Beast” choć mocniejsza i bardziej zwarta na dłuższą metę nudziła. „Midian” była chyba ostatnią, którą jeszcze dało się słuchać bez grymasy bólu na twarzy.
„Damnation and a Day” była cienka jak sik węża, a kolejne zlały mi się w bryłę pudru, brokatu, kulek na mole, sztucznej krwi i białych koronek dzierganych na szydełku.
Ich ubiegłoroczny album „Hammer of the Witches” miał być wielkim powrotem. I tak jak poprzedni chyba odpuściłem (lub go zupełnie nie zapamiętałem) tak ten zakupiłem i kilka razy przesłuchałem. Cóż – w swojej klasie to może rzeczywiście nie najgorsza płyta, ale przyjemność z jej słuchania była dla mnie porównywalna do oglądania wyścigu w workach albo konkursu w przeciąganiu liny, podczas parafialnego odpustu we wsi pod Radomiem. Można chwilę popatrzeć, ale jednak nie zastąpi mi to dobrej walki bokserskiej czy finałów mistrzostw świata w piłce nożnej. Może gdyby „Hammer...” ukazała się po „Vempire” to weszłaby jakoś siłą rozpędu tak jak piwo Żywiec wchodzi mi tylko wtedy gdy popijam nim czystą wódkę... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz