niedziela, 10 stycznia 2016

Dominacja Anioła

Był piękny, słoneczny lipiec 1995. Szedłem po lesie targając na ramieniu ogromny pień drzewa – czułem się jak Arnold Schwarzenegger w pierwszej scenie „Komando”. Jakbym zielone berety jadał na śniadanie

Na uszach miałem słuchawki, a w walkmanie zakupioną dzień wcześniej kasetę „Domination”. Wyjechałem tego lata na obóz przetrwania i właśnie robiliśmy ziemiankę – wykopaliśmy wielką dziurę, a teraz wykładaliśmy ściany drewnianymi balami i pracowaliśmy nad zadaszeniem. Ponad trzydzieści stopni w słońcu, strużki spływającego potu łaskoczą plecy, w zębach zgrzyta piasek.
Jesteśmy zmęczeni i szczęśliwi. 

Ja najszczęśliwszy, bo właśnie słucham muzyki, która wydawała mi się sięgać absolutu. Albumu, który nie jest ani szybki, ani brutalny, ani agresywny. Mam wrażenie, że bije z niego majestatyczne poczucie siły, duma i wyniosłość. David Vincent nie krzyczy, nie bulgocze, nie growluje, nie śpiewa – on przemawia jak natchniony prorok. Cedzi słowa w sposób radykalny i dobitny – słychać każdy wyraz, każdą sylabę, każdą głoskę.

Idę przez ten las i niosę drzewo na plecach niczym drewniany krzyż. Nie upadam jednak i nie potykam się, bo przecież leci „Where the Slime Live” i budzi we mnie siłę, nie tyle zwierzęcą, co boską. Słońca przedziera się przez rozłożyste korony drzew i pali koszulkę, którą obwiązałem sobie głowę. Gdy wspinając się stromą ścieżką przedramieniem obcieram czoło, prawie jestem pewien, że to nie pot, a krew.


I gdy już jestem na szczycie tej górki, widzę przed sobą wijącą się w dół ścieżkę, która zakręca tuż przy pobliskim strumyku. Biorę w płuca głęboki haust powietrza, przesyconego zapachem żywicy i sokiem świeżo ściętego drzewa i wtedy nagle czuję na twarzy chłodny orzeźwiający wiaterek, a w słuchawkach słyszę „tę solówkę”. Zrzucam pień drzewa na ziemię, ciężko opieram się o niego i spieczonymi ustami wyszeptuję do przechodzącego obok kumpla: „Zaprawdę, powiadam ci, jeszcze dziś będę musiał kupić zapasowe baterie do walkmana, bo Morbid Angel nagrał płytę doskonałą”.
Kolega marszczy czoło, patrzy na mnie zdziwiony i wzrusza ramionami. Nie ma pojęcia o czym ja mówię i kim u licha jest Morbid Angel. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz