wtorek, 12 stycznia 2016

Dzień, w którym zostałem metalowcem

8 czerwca 1990 .Wychowywaliśmy się na ulicy. Nie było świetlic, pływalni i sal zabaw dla dzieci. Rodzice nie wozili nas do szkoły samochodami i nie zawiązywali butów w szatni. Rozbity nos podczas bójki z kolegą, głowa rozcięta kamieniem, czy noga pogryziona przez psa sąsiadów były dla nas chlebem powszednim, takim samym jak dziś dla dzieciaków gra na Playstation, nowy serial w Cartoon Network czy zestaw klocków Lego

Najczęściej graliśmy w „warszawiaka”. Gra zaczynała się podbijaniem piłki nogą – tak, żeby nie spadła na ziemię. Ten kto „wyżonglował ” najmniej stawał na bramce.

Uroki ulicznych zabaw

Za bramkę służyła nam zardzewiała brama sąsiada. Każdy mógł dotknąć piłkę raz – więcej, tylko w powietrzu. Za strzelenie gola głową lub piętą były dwa punkty, z przewrotki pięć punktów. Piłka podbijana głową, kolanami i nogami krążyła głównie w powietrzu. Gdy bramkarz stracił pięć punktów zaczynały się karne. Tych trzeba było bronić za wszelką cenę, bo każdy kto wbił ci gola miał prawo sprzedać ci kopa. A nie był to symboliczny szturchaniec tylko zamaszysty kopniak w dupę wykonany z największą siłą na jaką było stać kopiącego. Karniaki strzelano z bliska – bramkarza i strzelca dzieliła tylko szerokość ulicy (jakieś 3-4 metry). Trzeba było bronić, ale i uważać na siebie. Kiedyś zabrakło mi refleksu dostałem piłką w twarz i tyłem głowy uderzyłem w bramę. Ta się otworzyła, a ja wywaliłem się na plecy jak długi, nabijając się na metalowy pręt, który wystawał z betonu pośrodku wjazdu. Siniak na plecach goił się chyba z miesiąc, nos rozbity, usta rozcięte, guz na głowie. A tu jeszcze trzeba było kopniaka w zadek przyjąć od starszego od cztery lata kolegi. Wracałem do domu pochlipując, ale to mnie nigdy nie powstrzymało by wciąż na tę ulicę wracać i inkasować kolejne kopy, tak długo, aż to ja zacząłem kopać innych. Pod koniec lat 80. już na bramce nie stawałem. Mogłem podbijać piłkę tak długo, że prędzej umarłbym z głodu niż pozwolił jej spaść na ziemię.

Reklamówka „zdobycznych” kaset

I właśnie gdy tego dnia tak sobie graliśmy w „warszawiaka” przyszedł niejaki Dąber. Kumpel z podwórka – jeden z największych twardzieli i chuliganów w naszej okolicy. Przyniósł ze sobą białą reklamówkę zdobycznych kaset i usiadł z nią w przydrożnym rowie. Przerwaliśmy grę i zainteresowaniem zaczęliśmy przeglądać taśmy. Były to typowe w tamtych czasach piraty, którymi handlowano głównie na bazarach oraz na giełdzie samochodowej.
Piraci radzili sobie dobrze, na rynku były setki kaset Metallica
 Mc Hammer, Madonna, Pet Shop Boys... nic specjalnie ekscytującego. Zresztą w tamtym czasie muzyka nie interesowała mnie aż tak bardzo, żebym kupował kasety.
- Wybierzcie sobie co chcecie – zakomunikował Dąber. - Ja tego słuchał nie będę.
Dąber jeździł wtedy do Jarocina i był punkiem. W kolejnych latach również tam jeździł, ale już jako skin. Później wypisał się z młodzieżowych subkultur i nosił białe adidasy, które sobie pompował ściskając ich języki palcem wskazującym i kciukiem.
Chłopaki okrążyli torbę z kasetami jak hieny ciało padłej antylopy. Chęć dokonania paserstwa była wyjątkowo silna. Ja miałem to gdzieś, podbijałem piłkę nogą i raz po raz celowałem w zardzewiałą bramę. Kumpel wrócił z kasetą.

Goła baba z wężem w kroczu

- Zobacz – pokazał ucieszony kumpel. W rękach trzymał kasetę. Okładka przedstawiała kobietę z wielkimi cycami. Spomiędzy jej nagich ud wypełzł wąż. Miał przekrwione oczy, rozwartą paszczę i rozdwojony jęzor, z którego kapał jad.
- A matko! Co to za horror? - zapytałem zdegustowany, choć obfity biust kobiety zrobił na mnie spore wrażenie.
- Metalica – kumpel rozczytał napis na górze okładki.
- Hehehe! Metalu będziesz słuchał? - roześmiałem się serdecznie. Widziałem kiedyś metal w telewizji. Na scenie stali długowłosi faceci, szarpali struny gitar z takim wdziękiem jak moja babcia pieliła grządki z kapustą i darli się przy tym przeraźliwie, jakby im ktoś lewatywę wrzątkiem robił. Pod sceną piętrzył się tłum długowłosych psychopatów, którzy szarpali się za skórzane kurtki i potrząsali głowami jakby ich napadł rój pszczół. Metal był jedną z najbardziej niedorzecznych i przerażających rzeczy jakie w życiu widziałem. A teraz mój dobry kolega miał kasetą z tą całą metalicą i zapowiadał, że będzie jej słuchał.
- Metal jest fajny – odparł kolega. - Mam w domu kasetę Guns n' Roses i AC/DC, bardzo mi się podobają. Zawsze chciałem posłuchać Metalica. To wyższa szkoła jazdy! Mówię ci, powinieneś tej muzyki posłuchać!
Wzruszyłem pogardliwie ramionami i zacząłem zbierać chętnych do gry na boisku.

Jak sprzedałem duszą diabłu

Kilometr dalej była szkoła i jak się udawało zebrać co najmniej 8-10 osób to chodziliśmy tam grywać prawdziwe mecze. Słupki bramek robiliśmy z patyków, a w przerwie między połowami właziliśmy na drzewa i objadaliśmy się jabłkami. Gdy późnym popołudniem brudny i zmęczony wracałem z boiska, żeby obejrzeć mecz inaugurujący Italię 90, kumpel prawie siłą wcisnął mi kasetę AC/DC.

Tak wyglądał mój pierwszy magnetofon
- Prędzej Kamerun wygra dziś z Argentyną niż mi się spodoba ta muzyka – rzekłem na pożegnanie, wsiadłem na rower i ruszyłem do domu.
Tego dnia mistrzowie świata z Diego Maradoną w składzie ulegli egzotycznej drużynie z Kamerunu 0:1, a ja przez pół nocy siedziałem przy jednogłośnikowym magnetofonie Grundig i słuchałem AC/DC. Ten wysoki piszczący głos wydawał mi się głosem samego diabła, a gitarowe riffy smagały mnie z taką bezwzględnością i siłą, że czułem się jakbym słuchał najbrutalniejszej i najbardziej złej muzyki na świecie. Gdy następnego dnia rano się obudziłem obiecałem sobie, że pożyczę od kolegi kasetę z „gołą babą i wężem” i posłucham czegoś jeszcze mocniejszego. Aż mi się ręce pociły gdy próbowałem sobie wyobrazić jeszcze mocniejszą muzykę niż AC/DC.
Ale stało się! Postanowiłem nie ścinać już nigdy włosów, zostać metalowcem, a duszę sprzedać diabłu.


1 komentarz:

  1. Gra w warszawiaka i kopniaki w dupę za jedenastki... tak, pamiętam, w bydgoskim też się w to grało haha

    OdpowiedzUsuń