czwartek, 14 stycznia 2016

Hardcorowo-thrash metalowe tornado przetoczyło się przez Warszawę

Jestem cholernym szczęściarzem. W moim mieście przez dziesięć lat odbywała się impreza Hardcore Festival, na którą zjeżdżały się zespoły z całego świata. 


Byłem oczywiście na wszystkich edycjach, zrobiłem tysiące zdjęć, napisałem kilka artykułów, skakałem ze sceny, kupiłem kilkadziesiąt CD. Ilekroć jestem na koncercie hardcorowym wspominam tamte cudowne czasy i utwierdzam się w przekonaniu, że fani tej muzyki potrafią się lepiej bawić niż metaluchy



Hadcorowy świat Walta Disneya

Mój pierwszy koncert z hardcorowym klimatem to Biohazard w 1994 roku w Stodole. Doskonały, jeden z tych, które pamięta się do końca życia. Wcześniej oczywiście chodziłem na koncerty punkowe, ale tam było nieco inaczej – brutalne pogo, ale bez skakania ze sceny.

Zanim trafiłem na pierwszą edycję Hardcore Festival zdążyłem już objeździć dziesiątki koncertów metalowych i sądziłem, że nic nie jest mnie w stanie zdziwić. Myliłem się! Jak na koncert hardcorowy przystało nie było „my na scenie” i „wy pod sceną”. Wszyscy bawili się razem – były momenty, że na scenie skakało trzydzieści osób, a muzycy z zespołu pląsali w tłumie. Bywały chwile, że w ogóle się gubiłem i już nie miałem pojęcia, którzy to muzycy, a która publiczność (nie jestem pewien czy oni wiedzieli). Bywały też sytuacje tak ekspresyjne i widowiskowe, że byłem pewien strat w ludziach i spodziewałem się, że po zakończeniu imprezy do parku miejskiego przyjadą nie tyle karetki co karawany.

Nie wiem jak ci ludzie to robią, ale nigdy nic poważnego się nie stało. Skakali sobie na głowy, przewracali się tworząc żywą kilkumetrową piramidę z ciał, z której wystawały drgające w konwulsjach ręce i nogi. Hardkorowcy są jak postaci z kreskówek, wychodzą ze wszystkiego cało – a do tego w większości są trzeźwi, więc nie mam pojęcia jak to możliwe.

Wczoraj udałem się na koncert do Progresji – wystąpiło kilku konkretnych załóg hardcorowych i dwie grające stylistycznie pomiędzy corem a thrash metalem – nie ukrywam, że to właśnie one mnie zwabiły. Ale po kolei. 

Wisdom in Chains 

i Twitching Tongues

Ludzi sporo, duża scena, kolejka pod wejściem. Gdy wszedłem do klubu grał Wisdom in Chains – wypadli dość przyzwoicie, ale nie jest to ten rodzaj hardcora, który lubię najbardziej.
Więcej metalu było w muzyce ich następców – Twitching Tongues. Brzmienie nie powalało, ale miejscami przypominali mi nieodżałowany Sacred Reich. Fragmenty tego koncerty porywały i czuć było w ich występie ogromny potencjał – niestety całość się rozmywała i rozklejała, a słabe wokalizy pogłębiały to złe wrażenie.

Iron Reagan

Później przyszedł czas na – jak dla mnie – gwiazdę wieczoru. Iron Reagan. Moim zdaniem to jedna z najciekawszych thrash metalowych kapel młodego pokolenia. Grają po amerykańsku, wyrastając z harcorowego pnia – hałaśliwe, histerycznie, z absolutnie powalającymi riffami i drivem, który cechował Nuclear Assault. Chyba właśnie w Nuklearnym Ataku najbardziej doszukiwałbym się rodowodu Żelaznego Regana. Na scenie nie zawiedli – zagrali set z takim kopem i dynamiką, że mało z niej nie pospadali. Oni do grania nie używają rąk, ale całego ciała – energia i radość grania ich wprost rozsadza.

H2O
Później na scenę wyszli H2O i zaserwowali – jak ja to na swój użytek nazywam – deskorolkowy hardcore. Niby nic co trafia w moje preferencje, ale czapki z głów – na żywo oglądało i słuchało się ich z ogromną przyjemności. Na dobre rozpoczęły się skoki ze sceny – ludzie widowiskowo szybowali w powietrzu machali nagami i nurkowali w tłumie jak delfiny w wodzie oceanu. Należy dodać, że to chyba pierwszy koncert w Progresji, podczas którego w ogóle zrezygnowano z barierek. Scena była otwarta dla wszystkich.

Terror
Kolejnym zespołem był Terror – oni również nie zawiedli miażdżąc publikę ultra ciężkim i agresywnym hardcorem naszpikowanym thrash metalowymi riffami. To był naprawdę dobry koncert – aż wstyd się przyznać, że widziałem ich po raz pierwszy, mimo że pozornie okazji ku temu było sporo.

Ignite wygonił do domu...

Na zakończenie na scenę wyszedł Ignite. Ich muzyka zupełnie nie trafia w mój gust – za dużo w tym melodii i śpiewanych wokaliz, niebezpiecznie kojarzących mi się ze znienawidzoną green dayowską manierą. No przesadziłem, może aż tak źle nie było, ale na pewno nie na tyle dobrze by chciało mi się zostać do końca. Po dwóch utworach dałem drapaka i wróciłem do domu uzupełniać blog o szwedzkim death metalu.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz