piątek, 2 września 2005

LIFE OF AGONY: “Broken Valley”

Mamy rok 2005, nastała IV Rzeczpospolita, w kraju panuje kaczyzm, urosły mi włosy na klacie, kupiłem 14 stojaków na płyty... reaktywowany Life Of Agony nagrał nową płytę.


“Broken Valley” zaczyna się najbardziej lifeofagonowym kawałkiem - “Love To Let You Down”. Ciężka, melodyjna muzyka, a nad nią unosi się doskonały, czysty głos Caputo, który śpiewa prawie tak, jak przed laty, z właściwym sobie przejmującym smutkiem i niesamowitą wręcz lekkością. Śpiewanie dla Caputo jest tym, czym dla Cher przejście operacji plastycznej, a dla Gołoty ucieczka z ringu. Keith Caputo urodził się wokalistą i kurewsko musi się starać, żeby swój talent rozmienić na drobne. Stara się jednak i przez kolejne jedenaście kawałków robi wszystko, żeby wyzbyć się swojej oryginalności, zgubić niepowtarzalną barwę i sposób intonacji – śpiewa jak ptaszek na uwięzi, czasami rozpościera skrzydła jakby już miał wzlecieć wysoko ponad obłoki, ale za każdym razem podskakuje tylko niezdarnie i zaraz upada na ziemię. Nieraz nawet lekko podfruwuje, jak w “Strung Out” czy przejmującej miniaturze “No One Survives”. Ale gdzie jest ten Keith Caputo, dla którego nie istniało przyciąganie ziemskie?
Oczywiście samemu wokaliście pewnie nie udałoby się za wiele zdziałać gdyby nie pomoc kolegów, którzy począwszy od drugiego kawałka “Last Cigarette”starają się poruszać w rejonach muzycznych, możliwe jak najbardziej oderwanych od charakterystycznego stylu, który wypracowali sobie przed laty. 
Nie zrozumcie mnie źle - “Broken Valley” to bardzo dobra hard rockowa, nowoczesna i przebojowa płyta – miejscami kojarząca się z dokonaniami Velvet Revolver. Słucha się jej dość przyjemnie, a niektóre fragmenty na dłużej zapadają w pamięci. W czym więc problem? Ano w tym, że Life Of Agony nagrało płytę, jakich wiele – z muzyką przeznaczoną dla szerszego grona, mniej wymagających słuchaczy. 
Wszystkim starym fanom Life Of Agony dedykuję tytuł jednego z kawałków - “No One Survives”. Pozostałym, spragnionym dobrego, energetycznego, amerykańskiego hard rocka – gorąco polecam !

8/10

PS. Powyższą recenzję napisałem we wrześniu 2005 roku - gdy Caputo był kobietą, a ja wciąż kupowałem jeszcze stojaki na płyty. Za cholerę nie chce mi blogger zmienić daty publikacji więc musi zostać tutaj :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz