poniedziałek, 11 stycznia 2016

MACABRE OMEN: Piękny hołd dla pradawnej Grecji

Dziesięć lat czekałem na drugi album MACABRE OMEN. Grecy stanęli jednak na wysokości zadania i odwdzięczyli się jedną z najlepszych płyt ubiegłego roku



Do zespołów black metalowych z przedrostkiem "pagan" podchodzę zwykle nieufnie - bo często wiąże się on z wesołkowatymi akustycznymi plumkaniami, brzmiącymi jak soundtrack do tańców przy ognisku i zabawy w rycerzy. Często trąci kiczowatym patosem i zbyt nachalną melodyką. A idąc krok dalej - bywa, że nabiera jakiejś baśniowej aury fantasy i z pradawnych borów zaczynają wychodzić jednorożce i latające wróżki w przezroczystych kolorowych sukienkach.
Wolę black metal zimny i surowy, wolę gdy zionie on bluźnierczą patologią i opętanym szaleństwem. Na "God Of War" jest patos i mnóstwo melodii, las i bitewna atmosfera, są deklamacje i akustyki, melodyjne zaśpiewy i chóry. Wszystkie te elementy zostały jednak zaaranżowane z niezwykłym smakiem i wyczuciem - we właściwych proporcjach oraz z naturalnym wdziękiem - gdzie po pewne środki wyrazu sięga się by coś przekazać, a nie tylko dlatego że są dostępne i warto je wykorzystać, by udowodnić jacy to jesteśmy wszechstronni i różnorodni.

Na "God Of War" jest też black metal - jego atmosfera nie gubi się pośród tych lasów, płonących ognisk i pogańskich obrzędów. Ta wściekłość, agresja, mrok i przytłaczający ból są w tej muzyce wciąż obecne - nawet jeśli przyczajone gdzieś w drugim planie, ukryte w cieniu starych rozłożystych drzew, ginące w szumie ich liści i tysiącu niepokojących odgłosów, które wydaje nocą las.
W tej żegludze do pradawnych czasów jest patos i duma, jest męstwo i odwaga - ale nie wykute plastikowym mieczem kupionym na kościelnym odpuście, ale czymś prawdziwym - twardym jak stal i ciemnym jak krew, zakrzepnięta na poszczerbionym ostrzu ciężkiego miecza. Poczuciem braku lęku przed śmiercią i ostatecznym końcem. Nie przypadkowo już w pierwszym utworze padają słowa: "Mortal, I do not fear death. It is of no concern to me."


Wspaniałe są te wysokie, histeryczne krzyki - czasem bliskie i przerażające, czasem jakby z oddali, niesione przez echo i wiatr. Kojarzą mi się w wokalami na pierwszej płycie In The Woods...
Piękny hołd dla pradawnej Grecji, wspaniała podróż w czasy, gdy 300 Spartan pod wodzą Leonidasa odpierało 100-tysięczną armię, nie bojąc się kryzysu, syryjskich uchodźców i wahań kursu euro. Bardzo ciekawa, zróżnicowana, bogata i interesująca płyta, po którą warto sięgnąć, choć pewnie nie będzie on rozpoczynać listy rocznego podsumowania Metal Hammera czy Terrorizera.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz