poniedziałek, 18 stycznia 2016

MORBID ANGEL: zespół trzech kontrowersji

MORBID ANGEL to chyba najwybitniejszy zespół w historii muzyki death metalowej. Autorzy genialnych, dziś już klasycznych płyt, zawsze o krok przed innymi, perfekcyjni, oryginalni, doskonali. Jednak jak to przystało na największych i najwybitniejszych potrafią wzbudzać kontrowersje – dzielić fanów i prowokować negatywne opinie


Zanim przejdę do rzeczy przytoczę fragment biografii Maxa Cavalera:

"Pamiętam, że było wtedy cholernie gorąco, ponad 40 stopni, i jak to w środku lata, na próbach graliśmy w szortach i bez koszulek. Ale nie Morbid Angel. Przychodzili na próby w pełnym rynsztunku, tak jak grali koncerty - skórzane katany, skórzane spodnie i wojskowe buty. Jak to zobaczyłem to myślałem, że żartują. Zapytałem ich czy na serio zamierzają grać tak ubrani, na co odpowiedzieli: "Jasne. Jesteśmy Morbid Angel, skurwielu!"

KONTROWERSJA NR 1

Odejście Davida Vincenta. To był szok dla wszystkich fanów, część wietrzyła koniec tego zespołu bo wyobrażenie sobie jego dalszego funkcjonowania bez charyzmatycznego wokalisty było niezwykle trudne. Morbid Angel bez Vincenta byli jak Judas Priest bez Halforda, jak Iron Maiden bez Dickinsona. To się nie mogło udać.
W sensie komercyjnym chyba rzeczywiście się nie udało, bo suma sumarum powrócili do oryginalnego składu. W sensie artystycznym udało się aż nadto. Podczas gdy Judas i Maiden bez swoich oryginalnych wokalistów po prostu przetrwali,  tak Morbid Angel dokonał czegoś więcej. Nagrał najlepszą płytę w swojej dyskografii. Przepotężną, genialną „Formulas Fatal to the Flesh”, która w 1998 roku rozstawiła konkurencję po kątach i pozwoliła z optymizmem spojrzeć w przyszłość całego gatunku.




KONTROWERSJA NR 2

Brzmienie albumu „Heretic” wywołało niemałą konsternację – suche, organiczne, chropowate, w uszach niektórych jawiło się jak materiał demo, a nie pełnokrwisty regularny album najlepszego zespołu death metalowego na świecie.

Ten album trzeba okiełznać, do brzmienia przywyknąć i dać mu trochę czasu by w pełni objawił swoje największe atuty. Moje stanowisko, właściwie nie zmieniło się od czasu premiery  - „Heretic” to bardzo dobra płyta. Osobiście cenię ją jeszcze bardziej niż poprzedniczkę. Brzmienie, rzeczywiście przy pierwszej konfrontacji zaskakujące – z czasem stało się wizytówką tej płyty, przesądzającą o jej tożsamości i unikalnych charakterze. W ostatnich latach coraz częściej spotykam się z pozytywnymi opiniami o tej "Heretic" – fani powoli do niej dorastają i zaczynają ją doceniać.




KONTROWERSJA NR 3

„Illud Divinum Insanus” – kto wie czy nie największa? Ortodoksyjni fani chyba nigdy nie wybaczą tych elektronicznych bitów, a nawet jeśli, to już na pewno ich nie zaakceptują. Mi się ta płyta bardzo podoba – te klasyczne utwory lokowałbym mniej więcej na poziomie „Domination”. Te „dyskotekowe” po prostu mają kopa i bardzo dobrze mi się ich słucha. Paradoksalnie uważam, że to jedna z najbardziej skostniałych i mało odkrywczych pozycji w ich dyskografii – taka elektronika mogła robić wrażenie w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. W chwili premiery „Illud Divinum Insanus „ brzmiała już dość oldskolowo. Podoba mi się jednak intensywność i siła tych utworów i mimo wszystko, odwaga ich twórców – a tytuł utworu „Too Extreme!” jeden z najbardziej trafnych w historii tej muzyki. Bo ekstrema przybiera różne twarze, a jej cechą jest właśnie pewna doza nieprzewidywalności i umiejętność zaskoczenia odbiorców. To ostatnie udało się Morbidom doskonale. Jestem przekonany, że za parę lat ten album zacznie być doceniany.

10 komentarzy:

  1. Myślałem że jestem jedynym człowiekiem na tej planecie ,który uważa że ten album nie jest taki zły . Powiem wiecej,jest dobry :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, prawdopodobnie jest nas dwóch :)

      Usuń
  2. Też lubię tego przeklętego przez "wszystkich" Morbida. Sieka straszna. A, że gawiedź się nie poznała. Co począć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O proszę! A jak zobaczyłem komentarze to byłem pewien, że znajdę same inwektywy pod adresem tej płyty ;)

      Usuń
  3. No proszę... w końcu odnalazłem kogoś, kto podziela zdanie, że "Formulas Fatal to the Flesh" to najlepsza płyta Morbidów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pocieszające, że nie jestem odosobniony w dobrym guście muzycznym :)

      Usuń
    2. I ja takoż uważam również :)

      Usuń
  4. Co do odejścia Vincenta zgodzę się z tym, że Morbidzi na tym nie ucierpieli, wydali równie doskonałe płyty o nowym i wyrazistym klimacie, Co do "Formulars..." bym polemizował, ale płyta w swej świetności w niczym nie odbiega od poprzedniczek, "Gateways of Annihilation" to jest po prostu miazga na umyśle człowieka, o "Heretic" niewspominając, również mój faworyt ;) A co do dzieła z 2011, również nie odczuwam frustracji do aniołków, jakoś bez większych emocji przeszedł mi ten album. Świetny Artykuł

    OdpowiedzUsuń
  5. W oczekiwaniu na nową płytę Morbid Angel, powracam teraz do starszych wydawnictw. Przyznaję, że wtedy gdy "Heretic" ujrzał światło dziennie, trochę przedwcześnie i nieasertywnie pod wpływem różnych opinii skreśliłem ten album. Teraz, po latach, słucha mi się go o wiele lepiej. Po prawdzie uważam, że jest to naprawdę bardzo dobre wydawnictwo, pomimo pewnych problemów z produkcją i brzmieniem, które jednak z perspektywy czasu wydają mi się problemem ciut wyolbrzymionym. Najważniejsze jest bowiem to, że mamy tutaj typowe Morbid Angel, czyli świetne riffy, solówki, liczne zmiany tempa i fantastyczną pracę bębnów. Można się trochę przyczepić do przerywników, których jest trochę za dużo, na pewno nie jest to album na takim poziomie jak chociażby "Covenant", ale to i tak poziom nieosiągalny dla wielu.

    I szukając opinii na temat Heretyka natknąłem się ten wpis, który jest miłą odmianą od dziesiątek postów i komentarzy odsądzających płytę od czci i wiary.

    Napisałeś, że do Heretyka trzeba dojrzeć i dorosnąć i moim zdaniem to oddaje stan rzeczy idealnie. Ja dorosłem i dojrzałem, myślę że za 10-20 lat jeszcze więcej fanów doceni Heretyka.

    OdpowiedzUsuń