wtorek, 19 stycznia 2016

RAGE AGAINST THE MACHINE: Trudne dobrego początki

 Debiut RATM to płyta doskonała w każdym calu, emanująca nieokiełznaną energią, którą można by obdzielić z 10 płyt metalowych. Wspaniała sekcja rytmiczna, cudowna, wirtuozerska gitara i te wokale, które w sposób perfekcyjny budują napięcie i eksplodują gniewem na pograniczu histerii.


Rok 1991 - czasy podstawówki, obóz harcerski. Tłukę w walkmanie Metallica, Slayer, Testament. Kumpel słucha czegoś na swoim walkmanie.
- Czego słuchasz? - dopytuję.
- Demo Rage Against The Machine - odpowiada.- Coś niesamowitego, nikt tak nie gra jak oni. W przyszłym roku mają wydać pierwszy album. Zobaczysz, to będzie najważniejsza płyta lat dziewięćdziesiątych.
- Daj posłuchać. - Biorę od kumpla słuchawki i zakładam na uszy.
- Przecież to jakiś chujowy rap - kwituję z miną znawcy. - Daj spokój... - dodaję i wracam do słuchania najlepszej muzyki na świecie. Metalu. 


Rok 1993. Po dwóch latach spotykam się z tym samym kumplem na kolejnym obozie harcerskim. Tym razem jesteśmy w tym samym namiocie
- A nie mówiłem. Wyszedł debiut i rozjebali! - zagaduje do mnie kumpel rozwalony na swojej kanadyjce. Zdejmuję słuchawki, z których wylewa się Cannibal Corpse. Jestem niezadowolony. Nienawidzę jak ktoś do mnie coś mówi gdy słucham muzyki.
- No o RATM mówię, brat mi z Holandii przysłał. Jesienią ubiegłego roku wydali płytę. Puszczałem ci kiedyś - mówi kolega.
- A, ten chujowy rap z gitarami i z tym krzyczącym dzieckiem za mikrofonem. Stary, daj spokój - posłuchaj Cannibal Corpse to jest dopiero muza! - polecam szczerze, a kumpel pogardliwie wydyma usta i zakłada z powrotem słuchawki. Robię to samo i już tego dnia nie gadamy.


Rok 1994. Czerwiec. Stoją przed Torwarem czekając na jedno z najważniejszych koncertowych wydarzeń mojego życia. Ma grać RATM. Zespół, który nagrał jedną z najważniejszych płyt lat dziewięćdziesiątych. Płytę, na którą potrzebowałem czasu i którą wreszcie zrozumiałem i doceniłem, mimo że nijak się miała do słuchanej przeze mnie muzyki.


Rok 2014. Siedzę w domu, w swoim płytowym raju. Mogę słuchać wszystkiego o czym kiedyś mogłem tylko marzyć, a nawet gdyby się okazało, że czegoś nie mam (lub nie mogę znaleźć - co bardziej prawdopodobne), to kilkoma kliknięciami ściągam z sieci. Nieprzesłuchanych płyt mam chyba więcej niż tych, które zakupiłem w ciągu całych lat dziewięćdziesiątych. Ale słucham albumu, który znam w każdej sekundzie, albumu, który mógłbym odśpiewać, odpukać palcem na pustej butelce po piwie, a może nawet zagrać na grzebieniu z jednym zębem.

Debiut RATM to płyta doskonała w każdym calu, emanująca nieokiełznaną energią, którą można by obdzielić z 10 płyt metalowych. Wspaniała sekcja rytmiczna, cudowna, wirtuozerska gitara i te wokale, które w sposób perfekcyjny budują napięcie i eksplodują gniewem na pograniczu histerii.
Dla mnie bez wątpienia jedna z najważniejszych płyt lat dziewięćdziesiątych. Nic się nie postarzała - wciąż doskonała, wciąż oryginalna, wciąż niepowtarzalna.

3 komentarze:

  1. Też byłem na tym koncercie:)
    pozdr Łukasz

    gloriametalus.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. z Kazikiem na rozgrzewkę :) Prawie 22 lata temu!!! Wówczas nie przypuszczałem, że będę żył aż tak długo ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Płyta przezajebista. Zabieram się do przesłuchania jej z VINYLa, bo to powinno brzmieć jeszcze przezajebiściej.

    OdpowiedzUsuń