poniedziałek, 25 stycznia 2016

RAINBOW: Trzy dwa dla śmierci

Z upływem czasu coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że największym dziełem z udziałem Dio jest druga płyta RAINBOW z roku 1976. „Rising”


Uwielbiałem Dio w Black Sabbath, uważam, że doskonale dopasował się do największego zespołu metalowego na świecie, jednocześnie potrafiąc ten zespół dopasować do siebie. „Heaven In Hell” i „Dehumanizer” to dwa najlepsze albumy spośród tych, które nagrano bez Osbourne'a. Do solowej twórczości Dio też czułem sympatię, choć dużo bardziej umiarkowaną. 

Hard rockowy monument

Jednak z upływem czasu coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że największym dziełem z udziałem Dio jest druga płyta RAINBOW z roku 1976. „Rising” to sześć wspaniałych utworów, nieco ponad 33 minuty z Dio w najlepszej formie. Dio imponuje tu głosem nie tylko mocnym, wyrazistym i potężnym – w sposobie w jaki śpiewa na „Rising” jest mniej patosu, a więcej dramaturgi, rockowej witalności i piękna – czystego, obezwładniającego piękna, które powoduje szybsze bicie serca i i drżenie rąk.
Doskonałą robotę robi tu także niesamowita gitara Blackmore'a, energetyczne, mocno wybrzmiewające partie perkusji Coziego Powella, tłusty bass Jimmiego Baina oraz nienachalne i zagrane ze smakiem keyboardy Toniego Careya. Na stronie A winyla cztery rasowe, szlachetne utwory hardrockowe, na stronie B dwa monumentalne dzieła z czego olśniewające „Stargazer”, zagrane z monachijską orkiestrą symfoniczną, a „A Light in the Black” porażający cudownymi riffami, niepowtarzalnym klimatem i niesamowitymi partiami solowymi.

Odchodzi pokolenie wielkich muzyków

Słucham sobie właśnie „Rising” - patrzę na skład zespołu i czuję się jakbym czytał rubrykę z nekrologami w codziennej gazecie. Z pięciu twórców tej płyty trzech już nie żyje – Cozy Powell zmarł w 1998 roku, Dio dołączył do niego dwanaście lat później, a wczoraj, 24 stycznia 2016 odszedł także Jimmy Bain.
Na moich oczach odchodzi pokolenie wielkich muzyków, odchodzą twórcy ponadczasowych płyt, które co prawda powstawały jeszcze przed moim urodzeniem, ale przemawiają uniwersalnym językiem, nigdy nie tracącym aktualności i pewnie równie mocno będą przemawiać do kolejnych pokoleń.
Jeśli gdzieś po śmierci istnieje jakiś inny świat to mam nadzieję, że w nim też jest muzyka.


2 komentarze:

  1. Powell zmarł jeszcze 10 lat wstecz - w 1998.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurde, rzeczywiście od 1998 roku do 18 a nie 8 :( ja wciąż chyba zapominam który już rok mamy ;) zaraz poprawię bo namieszałem :)

      Usuń