wtorek, 19 stycznia 2016

SECRETS OF THE MOON: Połyskując srebrzystym światłem

Słucham nowej płyty SECRETS OF THE MOON i mam mieszane uczucia. Gdyby nie ich wcześniejsze płyty, które bardzo lubię to pewnie już po pierwszym odsłuchu cisnąłbym „Sun” na półkę i już nigdy jej nie włączył

Niemcy właściwie już od chwili debiutu proponowali w swojej muzyce coś własnego, unikalnego i oryginalnego. O ile pierwsze dwie płyty w ich dyskografii bardzo mi się podobały, tak trzecia – „Antithesis” wprost mnie zachwyciła. Zimne, przestrzenne i selektywne brzmienie, potężne riffy, charyzmatyczne wokalizy, mogące kojarzyć się z manierą Satyra zdecydowanie przypadły mi do gustu.

Siedmiomilowe buty 

Na kolejnym krążku - „Privilegivm” SOTM ugruntowali i rozwinęli swój styl. Ta płyta utwierdziła mnie w przekonaniu, że zespół wypracował własne, łatwo rozpoznawalne brzmienie i jeszcze nie raz będzie potrafił zaskoczyć jakością swojej muzyki. Nie zawiódł mnie ich kolejny krążek „Seven Bells”, choć z perspektywy czasu muszę przyznać, że słuchałem go nieco mniej i nie był dla mnie aż takim wydarzeniem jak wcześniejsze albumy z dyskografii Niemców.
Wieść o nowej płycie Secrets Of The Moon mocno mnie zelektryzowała. Czy będą starali się poszukiwać nowych obszarów muzycznej eksploracji, czy też mocniej osiądą w już wypracowanym stylu? Jak się okazuje Niemcy nie zamierzają się zatrzymywać i robią kolejny krok w swych muzycznych poszukiwaniach. Rzekłbym – krok siedmiomilowy. 

Klimat i chłód

„Sun” stylistycznie już nie ma nic wspólnego z black metalem, właściwie to nawet z jakimkolwiek metalem bardzo niewiele. Ostatni album wypełniają spokojnie snujące się piosenki, mające coś wspólnego z mrocznym klimatem The Cure czy zimnym, nowofalowych chłodem New Model Army. Obiektywnie muszę przyznać, że ta muzyka ma swój urok, ale zdecydowanie wymaga odpowiedniego nastroju i potrzeby chwili, w którą mogłaby się wpisać i na dłużej zagnieździć w umyśle. 
Pozornie jest to album najłagodniejszy, co często oznacza, że również najbardziej przystępny. Nie w tym przypadku – słuchając „Sun” mam wrażenie, że z każdą minutą coraz więcej dostrzegam w tych piosenkach, a moja wrażliwość na atrybuty tego krążka jest wprost proporcjonalna do liczby przesłuchań. I nie chodzi tu nawet o jakieś stricte muzyczne smaczki, unikalne harmonie i misterne zagrywki poutykane w głębi zawiłej konstrukcji utworów. Nie. Te piosenki są dość proste, ale ich klimat wcale nie tak oczywisty i jeśli wciągają to nie formą, ale treścią właśnie. Tą mantryczną manierą wokalną, hipnotyzującą, oniryczną atmosferą, która marzenia senne majaczące pod rozleniwionymi powiekami, w czasie gdy przechodzimy z fazy snu do przebudzenia, zmienia w przerażający koszmar, budzący gorzki lęk przed czymś nieokreślonym i nienamacalnym.

Płynąc lecieć

„Sun” jest jak toń jeziora w pogodną letnią noc. Początkowo czujemy tylko zimną wodę unoszącą nasze ciało, widzimy gwiazdy rozsiane po niebie i milczącą tarczę srebrnego księżyca. Widok choć urokliwy, to przecież już dobrze znany - tchnie banalnością i nie daje nadziei na przeżycie czegoś niezwykłego. 
I teraz tylko od nas zależy czy wyjdziemy z tej wody i wrócimy do domu z mokrymi gaciami narzekając na stracony czas, czy zostaniemy w niej dłużej, rozluźnimy wszystkie mięśnie, przymkniemy oczy i damy ponieść się temu spokojnemu nurtowi trochę dalej od bezpiecznego brzegu.
A gdy już będziemy na samym środku jeziora i pozwolimy by zatarły się granice pomiędzy wodą a niebem, by blask gwiazd i świtało księżyca odbiły się w niezmąconej wodzie, może się okazać, że wcale już nie płyniemy lecz unosimy się wśród gwiazd i tak naprawdę to księżyc płynie, a my patrzymy na niego z góry połyskując srebrzystym światłem.

2 komentarze:

  1. Nowy album kapitalny, ma coś z "Revolution DNA" SEPTIC FLESH.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozdrawiam serdecznie! Wiele lat temu przeszło mi przez myśl, że byłoby fajnie, gdyby ten szaleniec z masterfula, specjalista od sporej dawki entuzjazmu w postach, zaczął pisać bloga. Na masterfulu nie byłem od 5 lat minimum, a Maria Konopnicka niespodziewanie dopadła mnie na fejsie.

    Dobra robota :)

    OdpowiedzUsuń