poniedziałek, 29 lutego 2016

NEUROSIS: Plaża, dryfowanie i Sarah Connor

„The Eye of Every Storm” to jedna z najbardziej dołujących, najbardziej przejmujących i najpiękniejszych płyt, spośród tych, które miałem w życiu okazję słyszeć

Po raz pierwszy włączyłem ją latem, leżąc na plaży nad Bałtykiem. Patrzyłem na spienione fale morskie atakujące piaszczysty brzeg, na białe mewy krążące na tle błękitnego nieba. Patrzyłem na ludzi stłoczonych wokół na kocach i ręcznikach. Na ich spocone ciała, połyskujące od oliwek i kremów do opalania. Patrzyłem na roześmiane dzieci biegające z piłką, budujące zamki z piasku, bawiące się wodzie. Do moich uszu nie docierał jednak żaden dźwięk poza muzyką.

Na strunach lęków

A nad tymi dźwiękami unosiła się jakaś dziwna i trudna do zdefiniowana aura – w tych spokojniejszych partiach, smutek, gorzka refleksja i mądrość. W tych bardziej gwałtownych szaleństwo i przerażenie – mroczna wędrówka do własnego wnętrza, trącająca strunę ukrytych lęków i fobii. „The Eye of Every Storm” to płyta pełna gorzkiej zadumy, bólu i cierpienia, ale jednocześnie niosąca pozytywne przesłanie – nikłe światło majaczące w bezkresnej ciemności, obietnicę zmartwychwstania wyszeptaną w uszy konającego. 
Ta płyta jest ciężka, monumentalna i bezkresna, unosi nas bezwładnie i porywa w wędrówkę do krainy nicości, w której czujemy się jak drobinka kurzu zawieszona w powietrzu i widziana tylko w świetle wschodzącego słońca.
Początkowo dysonans pomiędzy tym co widzę, a tym co słyszę przeraził mnie do tego stopnia, że miałem ochotę albo wyjąć słuchawki z uszu, albo uciec z tej plaży. Jednak w miarę słuchania niespodziewanie dostrzegłem, że to wszystko do siebie doskonale pasuje, choć ci wszyscy ludzie okupujący plażę zaczęli przypominać mi zielone, połyskujące muchy przechadzające się leniwie po gnijącym ścierwie padłego kilka dni temu zwierzęcia.

Chwila przed końcem

Później przypomniałem sobie scenę z Terminatora II. Sarah Connor podchodzi do ogrodzonego siatką placu zabaw. Bawią się na nim dzieci, a w tle widać miasto ze strzelistymi wieżowcami i wysokimi budynkami biurowymi. Dzieci grają w klasy, bujają się na huśtawkach i kręcą na karuzelach, ale bohaterka ze strachem w oczach lekko się pochyla i zaplata palce rąk na ogrodzeniu. Wczepia dłonie w siatkę i zaczyna głośno krzyczeć. Po chwili zrezygnowana opuszcza ręce i robi kilka kroków do tyłu.
I wtedy niebo zamienia się w ścianę ognia, potworna siła eksplozji niszczy wszystko na swojej drodze. Ciała dzieci pękają jak skorupki jajek, którym wcześniej zawartość wydmuchano przez małą dziurkę. Fala nuklearnego wybuchu w ciągu kilku sekund obraca miasto w popiół.

Sarah Connor budzi się ze snu. Jest przerażona. Mi kończy się płyta. Uśmiecham się i ponownie naciskam „play”.

niedziela, 28 lutego 2016

TESTAMENT: Wskrzeszenie thrash metalowego Łazarza

W roku 1999 wydawało się, że thrash metal to już muzyka przeszłości, zamknięte drzwi, których nigdy już nikt nie otworzy. Metallica na swoich „Load” i „Reload” z tym gatunkiem miała już bardzo niewiele wspólnego. Megadeth mocno pozazdrościł im sukcesu i też mocno spuścił z tonu, czego zwieńczeniem była płyta „Risk”. Anthrax trudno było nazwać zespołem thrashowym, a Kreator na „Endorama” doprowadził do rozstroju nerwowego swoich najwierniejszych fanów. I wtedy TESTAMENT wydał nową płytę - roznosząc w pył całą konkurencję, wbijając w rozkładające się thrash metalowe truchło ostre drzewce z dumnie powiewającym sztandarem „The Gathering”


Nie byłem wielkim fanem „Low” . Wydawało mi się, że na tej płycie Testament się miota jakby wstydził się grać thrash a nie bardzo miał pomysł na coś innego. Jeszcze gorszą płytą była dla mnie  „Demonic” - mocna, siłowa, bez finezji i polotu, a do tego Chuck Billy próbujący growlować. Może nawet i z powodzeniem, ale to nie było to czego spodziewałem się po tym – bądź co bądź – jednym z największych zespołów w dziejach gatunku.

Nowa płyta w mocnym składzie

„The Gathering” zapowiadała się obiecująco zanim jeszcze się ukazała. Wyczytałem gdzieś, że skład Testamentu zasilił James Murphy, który nagrał już z nimi wcześniej „Low”, bassowy buldożer Steve DiGiorgio oraz siedmioramienny bóg perkusji Dave „Wielki Nieobecny w Slayer” Lombardo.
Pamiętam ten piękny lipcowy dzień, w którym kilka dni po premierze krążka udałem się do Warszawy i podejmując ryzyko nabyłem ten album na CD. Dziś trochę emocje opadły i mimo że wciąż ten album lubię to nie uważam go najlepszy w dyskografii Testament i nie zaliczam do szczytowych osiągnięć muzyki thrash metalowej. To dobry album, nawet bardzo dobry, ale nie przesadzajmy. Jednak w chwili premiery tego krążka byłem nim absolutnie pozamiatany. Klęczałem i biłem czołem w podłogę. Wydawało mi się, że „The Gathering” to nie tylko najlepsza płyta Testament, ale album, który przyćmiewa największe dokonania klasyków gatunku. Pokazuje to jak bardzo byłem wyposzczony i jak bardzo w owym czasie brakowało mi dobrego thrash metalu.

Utwór po utworze

„D.N.R. (Do Not Resuscitate)” zaczyna się ostrożnie, mistycznie, ale za chwile wchodzi perkusja Lombardo, następuje energetyczne przyśpieszenie, wchodzą wspaniałe riffy i absolutnie genialne wokalizy Chucka – czyste, mocne, charyzmatyczne, agresywne, ale nie popadające w bezbarwny growling. Doskonałe rozpoczęcie albumu, aż trudno oddech złapać. Jeden z najlepszych utworów na płycie.
Jednak gdy tylko milknie wchodzi następny killer – absolutnie doskonały „Down for Life” z tak pięknym thrashowym riffowaniem, jakiego scena nie słyszała od wielu, wielu lat. Wokale znów pierwsza klasa, Lombardo gra jak szalony, bas DiGiorgio tłusty, mięsisty potężny. Brzmienie tego krążka zwalało z nóg – ciężkie, selektywne, kąsające, ale jednocześnie na wskroś thrash metalowe bez żadnych udziwnień bez sterydów, którymi się wspomagali za czasów „Demonic”.
Początek „Eyes of Wrath” jest spokojny i niepokojący, a ostra gitara, która wchodzi wraz z partią wokalną jest niczym trąba powietrzna, która zbliżyła się szybko, przybyła z oddali i w jednej chwili zmienia miasto w stertę gruzu. Później znów wyciszenie i znów ten porywający riff, Chuck przechodzi od agresywnego krzyku do głębokiego śpiewu mrożącego krew w żyłach. Fajny utwór, o nowoczesnej wymowie i urozmaiconej strukturze łączącej eksplozje gniewu z chwilami wyciszenia. Pod koniec minuty długa partia solowa wybrzmiewająca na tle łupanego prostego riffu i atomowej perkusji Lombardo. 

Piła spalinowa, obłęd w oczach i popisy Lombardo 

No i „True Beliver” z początkiem spokojnej gitary i pięknym zaśpiewem Chucka. To jest klasyczny Testament z czasów swej najlpszej formy. Motyw gitarowy wrzyna się w głowę jak piła spalinowa w pień spróchniałego drzewa, a sekcja rytmiczna okłada po plecach jak bokser gruszkę. Ten utwór pięknie przechodzi od czystych i selektywnych fraz do brutalnych i szybkich momentów, w których jednak ani przez moment nie ociera się o death metalową stylistykę.
„3 Days in Darkness” porywa świetnym riffem i imponującą dyspozycją wokalną Chucka. Pięknie się rozwija, a gdy w punkcie kulminacyjnym słuchać przeciągłe „OOO! OOO!” to nawet dzisiaj mam ochotę zerwać się z krzesła, rozpuścić włosy i zacząć biegać po pokoju z obłędem w oczach. Piękny, jeden z najlepszych utworów na płycie.
A później o połowę krótszy „Legions of the Dead”. Szybki, gwałtowny strzał,  w którym Lombardo udowadnia, że jest jednym z najlepszych perkusistów na świecie. Tu nie ma głębokiego śpiewania, jest gniew i złość, szybkość i bezwzględność.
„Careful What You Wish For” zaczyna się bujającym riffem, a Chuck przeciąga melodyjnie frazy. Utwór galopuje jak sprinter, który chce się rozpędzić, ale ślizgają mu się nogi i z trudem brnie do przodu. Kiedyś nie miałem cienia zastrzeżeń, dziś to dla mnie jeden z mniej ekscytujących momentów na tej płycie. 

Napięcie spada, wiatr z trąbkami, industrialna motoryka

Akustyczna gitara to wstęp do „Riding the Snake”, który po chwili nabiera siły i szybkości, a świetny riff pod koniec pierwszej minuty nadaje mu drapieżności i polotu. Po chwili znów – właściwy dla tej płyty zabieg zwolnienia i rozładowania napięcia i znów ostrzejszy riff. Pod koniec drugiej minuty fajnie słychać gitarę basową, a na zakończenie znów przyśpieszamy, zwalniamy i przyśpieszamy, a ja czuję jak dramaturgia tego krążka nieco słabnie.
Na szczęście nie na długo bo „Allegiance” zaczyna się dynamicznie i żywiołowo, riff brzmi nowocześnie, a gdy wchodzą partie wokalne gitary w tle wybrzmiewają niczym przeszywający dźwięk trąbek niesiony przez gwałtowne podmuchy wiatru.
„Sewn Shut Eyes” atakuje galopującymi partiami gitar i niskim, agresywnym i trochę jednowymiarowym śpiewem Chucka Billy'ego. W połowie drugiej minuty wchodzi partia solowa, po której następuje wyciszenie, pulsacyjna zagrywka gitarowa, suche brzmienie perkusji – tworzy się dziwny, przestrzenny klimat.
„Fall of Sipledome” atakuje mantryczną frazą gitarową, która zostaje przygnieciona niezwykle energetyczną partią perkusji i agresywnymi, choć nieco monotonnymi wokalizami. Ten utwór ma transową motoryką i niemal industrialny klimat. Pod koniec drugiej minuty, wokalnie robi się trochę ciekawiej, a gitary nawiązuję dialog, któremu towarzyszy mocny i ciężki riff. Na koniec znów pełna prędkość, rifowa chłosta... i koniec ścieżki zdrowia.

Thrash metal powrócił

„The Gathering” namieszał w chwili premiery – Testament tą płytą udowodnił, że w muzyce thrash metalowej nie powiedziano ostatniego słowa. Pokazał, że można zagrać ją nowocześnie, ale wciąż thrasowo, brutalnie, ale w oderwaniu death metalowych inklinacji. Po latach wraca się do tego krążka z przyjemnością, choć nie jest tak równy jak mi się kiedyś zdawało. Nie emanuje monolityczną siłą, lecz kąsa kilkoma świetnymi utworami, które zdecydowanie wybijają się ponad pozostałe. Tak czy inaczej – moim zdaniem to jedna z lepszych i ważniejszych płyt w ich dyskografii. I chyba ostatnia naprawdę dobra spośród tych, które nagrali.

sobota, 27 lutego 2016

MORTAL STRIKE: Głowa macha się sama!


Znacie austriacki MORTAL STRIKE? Ja nie miałem o nich zielonego pojęcia dopóki ich debiutanckiej płyty „For The Loud And The Aggressive” nie przysłał mi Vlad Nowajczyk – człowiek, który scenę thrashową penetruje z większym oddaniem niż Rocco Siffredi swoje koleżanki z planu filmowego. Jednemu i drugiemu można i współczuć i jednocześnie zazdrościć – współczuć bo większość penetrowanych to przecież kaszaloty, pustaki i pokraki. Zazdrościć, bo od czasu do czasu pojawi się obiekt pełen zmysłowego wdzięku i naturalnego uroku. MORTAL STRIKE z pewnością należy do tych zespołów, dla których warto penetrować najgłębsze zakamarki thrash metalowej sceny. Ale po kolei...


Pierwsze co zwraca uwagę to nietuzinkowa okładka – nawet nie ze względu na jej treść, ale formę. Ta zieleń z szarościami tworzy bardzo estetyczną całość, która od razu przykuwa wzrok i nie przez przypadek spośród kilkunastu płyt, które przyszły dziś do mnie do odsłuchu właśnie ją wybrałem na pierwszy ogień. Stare przysłowie mówi – nie oceniaj książki po okładce. Po czym jednak mam ją ocenić zanim przewrócę pierwsze stronę i zatopię się w jej treści?
W środku wkładki teksty i zdjęcie muzyków – młode chłopaki, wszyscy z brodami, dżinsowymi katanami poobszywanymi naszywkami, bojówki, ponure wyrazy twarzy, których krągłości zdradzają, że nie spędzają wolnego czasu na zajęciach aerobiku i poznawania tajników kuchni bezglutenowej. Wyglądają na typowych metaluchów, żywiących się fast foodami popijanymi litrami spienionego piwa i jak się okazuje, muzyka, którą grają jest dokładnie taka, jak ich twórcy.

Siła drzemie w riffach!

Debiut MORTAL STRIKE to archetypiczny, klasyczny thrash metal, który stylistycznie nawet cieniem rzucanym przez klucz wiolinowy nie wychodzi poza ramy gatunku. Nie jest to jednak żaden zarzut, bo poletko, które uprawiają okazało się bardzo żyzne i wydało obfite plony. Potężne, selektywne brzmienie, rasowe wokalizy i niezwykle nośne riffy, które chłoszczą nam uszy niczym bat plecy robotników plantacji bawełny przed wojną secesyjną.
MORTAL STRIKE porusza się w estetyce brutalnego, niemieckiego grania w którym pobrzmiewają echa klasyków gatunku. Zresztą cover Tankard zapewne nie znalazł się tu przez przypadek. Wokalista wywołuje u mnie lekkie skojarzenia z Petrozą – ale tym późniejszym, gniewnym i bardziej czytelnym z okresu „Renewal”.
„For The Lound...” nie czaruje techniką , wirtuozerią i kunsztowną melodyką – siłą tej płyty jest rytmika riffów – bezpośrednich, porywających, zagranych z niesamowitym wyczuciem, a miejscami wręcz brawurą. Prawdę mówiąc trudno o tej muzyce pisać gdy się jej jednocześnie słucha, bo co chwilę człowiek bezwiednie przebiera nogami, a kark sam się zgina wykonując kompulsywne ruchy w płaszczyźnie pionowej. Co kolejne zdanie muszę się cofać i usuwać niepotrzebne spacje, które porobiłem machając głową i uderzając w klawiaturę nosem.

Czysta ekspresja i radość grania

Nieraz sobie myślę, że płyty większości współczesnych thrash metalowych zespołów sprawiają wrażenie jakby pochodziły z jakiegoś „kreatora thrashu”, w którym mamy trzy główne suwaki: brzmienie: surowe- wypieszczone, wokal: śpiewany-krzyczany, solówki: jęczące-melodyjne oraz kilka pokręteł dodających muzyce w zależności od potrzeby: kreatowości, slayerowości, metaliccowści, exodusowości, crossoverowości. Gdy już wszystko ustawimy, zostały do wciśnięcia trzy przyciski: „wykreować nazwę zespołu” „wykreować album” i „wykreować okładkę z tytułem”. Bzzzzzz! Klapka się otwiera i wychodzi gotowy produkt.
Nawet jeśli MORTAL STRIKE w jakiś sposób się w to wszystko wpisuje to przyznać trzeba, że tymi suwakami i pokrętłami nie kręcił byle kto i byle jak. Nie robił tego z wyrachowaniem i chłodną kalkulacją, ale niezwykłą wręcz ekspresją i instynktem ocierającym się, jeśli nie o geniusz, to na pewno o ogromny talent.
Tej płyty po prostu znakomicie się słucha, jej pęd, intensywność i riffowa chłosta sprawiają większą przyjemność niż niejeden nowy album twórców gatunku, nawet jeśli bardziej wyrafinowany i z mocniej zarysowaną tożsamością.
Nie mam pojęcia jak ci młodzi ludzie z brodami tego dokonali, ale oni chyba ten thrash mają we krwi bo dźwięki, które tworzą po prostu płyną, bez żadnej kalkulacji i wydumania. „For The Loud...” to wybitnie koncertowy, energetyczny album – przypuszczam, że przy dobrze nagłośnionym koncercie pod sceną mogliby być nie tylko ranni, ale i zabici. Jedna z najlepszych thrash metalowych płyt jakie słyszałem w ostatnim roku! Czysta ekspresja i radość grania! Głowa sama się macha!

piątek, 26 lutego 2016

OBITUARY: Pierwsze spotkanie z bestią

OBITUARY. Ta nazwa, złowieszcze logo i zdjęcie grupki muzyków łypiących wzrokiem psychopatów spod burzy długich włosów, podsyciło moją wyobraźnię nastolatka jak wiadro ropy naftowej wylane do ogniska. Przeczytałem jeszcze w jakimś BRAVO czy POPCORNIE, że ten zespół nie ma żadnych tekstów, a wokalista wydaje z siebie nieludzkie dźwięki. Tak. Nieludzkie dźwięki. To musiała być muzyka dla mnie.


Wsiadłem na swoją zieloną kolarzówkę ORKAN i pojechałem do miasta na bazar w poszukiwaniu kasety OBITUARY. Wówczas sprzedawano mnóstwo pirackich kaset, które prezentowało na stolikach ogrodowych i rozkładanych łóżkach polowych. Rzadko kto miał to wszystko jakoś posegregowane na gatunki, poszukiwanie kaset z metalem było więc zajęciem żmudnym, czasochłonnym i pełnym poświęcenia. Obmacałem tego dnia więcej łóżek niż pokojówka w Sheratonie i gdy już traciłem nadzieję na znalezienie OBITUARY natrafiłem na stoisko pewnego jegomościa.

Facet w słomianym kapeluszu

Ubrany był w spodnie moro, na stopach nosił klapki Kubota, a na głowie słomiany kapelusz. Pozbawiony koszulki wywalał na słońce brzuch tej wielkości, że gdym podtrzymał pod nim zapalniczkę to pewnie uniósłby się w powietrze i poszybował nad miastem. Na głowie nosił słomiany kapelusz z szerokim rondem.
- Mam kasetę Obituary – odparł niespodziewania skrzekliwym głosem. Odwrócił się do mnie pokazując białe plecy wielkości stoku narciarskiego, pogrzebał chwilę w jednym z kartonów i po chwili wyciągnął z niego kasetę.
- Obituary! - powtórzył pod nosem i wyciągnął do mnie wielką spoconą łapę.
Ostrożnie wziąłem kasetę w rękę. Wyglądała świetnie – obrazek na całości, a nie w małym okienku jak to zwykle bywało. Na froncie ponury krajobraz przedstawiający skały i piękne logo – OBITUARY.
- Poproszę – wyszeptałem spieczonymi ustami.
- Czterdzieści sześć tysięcy złotych – odparł facet w słomianym kapeluszu.
- Dostał pan udaru słonecznego? - zapytałem patrząc na niego z niepokojem. Ceny kaset wahały się wówczas od dziesięciu do piętnastu tysięcy złotych.
- To jest kaseta oryginalna – odpowiedział grubas.
- Ale za czterdzieści sześć tysięcy złotych? To co ona jeszcze robi oprócz tego, że gra? - zacząłem obracać kasetę w ręku. Chciałem zajrzeć do środka, ale była zafoliowana. Otworzyłem usta ze zdziwienia. Kaseta w folii. Tego jeszcze nie było.
- Niedługo wejdzie ustawa i w sprzedaży będą tylko kasety oryginalne w takich cenach – poinformował mnie facet w słomianym kapeluszu i odebrał mi Obituary.
Przeliczyłem trzy razy pieniądze, ale za każdym razem wychodziła mi o połowie mniejsza kwota. Pokręciłem się więc jeszcze chwilę koło tego stoiska jak pies pod bramą podwórka, na którym przechadza się suka z cieczką. O mały włos nie zacząłem wyć i robić podkop. Ostatecznie jednak dałem sobie spokój, wsiadłem na rower i pojechałem do Warszawy, wkurzony na tego grubasa w słomianym kapeluszu, bo nie miałem wątpliwości, że kłamał i chciał mnie naciągnąć.

Przeczesany zakrwawioną ręką

Na rogu ulic Puławskiej i Wałbrzyskiej był bazarek, a na nim kilka stoisk z kasetami i jedna buda.
Uwielbiałem tę budę – mieli tam głównie metal i muzykę okołometalową. W progu witała przybyłych gumowa plastikowa ręka, która zamocowana pod sufitem, swoimi zakrwawionymi palcami przeczesywała włosy wszystkim, którzy je mieli oraz mierzyli ponad 170 cm.
Pogrzebałem chwilę w kasetach i znalazłem. Wydanie z TAKT-u – cudowna okładka, chyba jeszcze fajniejsza niż ta u faceta w słomianym kapeluszu. Bo czy może coś bardziej ożywić kasetę niż trup na jej froncie? A to był fajny trup bo wyglądał jakby leżał już kilka tygodni.
„Slowy we rot” - cóż za piękny tytuł. Gdy przy kasie płaciłem 15 tys. złotych dostrzegłem na ścianie wyeksponowanych kilkanaście kaset, a wśród nich „The End Complete”. Zapytałem o cenę. – 45 tys. złotych. To kasety oryginalne – poinformował sprzedawca i potwierdził hiobowe wieści grubasa o wejściu ustawy.
Pognałem z kasetą do domu z prędkością peletonu kolarskiego. Wpadłem do pokoju moich rodziców by po raz pierwszy odpalić na sprzęcie mojego ojca. Ja dysponowałem lichym magnetofonem, a on miał decka podłączanego do radia i dwie potężne kolumny, które stały na regale.


Brutalność chroniąca przed brutalnością

Jakieś tajemnicze odgłosy, jakby ktoś otwierał wrota nawiedzonego zamczyska, perkusja, złowrogi pomruk, świetny riff...i... o kurwa! Jaki wokal!!! Mało nie zsikałem się w majtki.
Ta niesamowita, brudna, brutalna, porywająca muzyka nie płynęła z głośników. Kolumny mojego ojca te dźwięki wyrzygiwały, a ja stałem na środku pokoju i czułem się jak wątła Azjatka podczas bukkake z drużyną rosłych koszykarzy. W tej muzyce było coś niewymownie obrzydliwego i nieludzko brutalnego, ale paradoksalnie ta lawina dźwięków przerabiająca mój mózg na tatara sprawiała mi jakąś perwersyjną przyjemność.
Wokalista był jak dzikie zwierze schwytane we wnyki, które w przypływie wściekłości odgryzło sobie pochwyconą łapę i właśnie gna za kłusownikiem by jednym kłapnięciem paszczy wyrwać mu z pleców kręgosłup. W tym głosie była nie tylko agresja, ale też jakaś skarga i wściekła rozpacz. W niektórych wersach te wokale przypominały mi spazmatyczny szloch.
Niewiarygodna siła biła z tych rozpędzonych riffów, monstrualny ciężar emanował z tych masywnych zwolnień. A im bardziej w tę płytę odpływałem, tym bardziej dostrzegałem jak pięknie ona jest zaaranżowana i ile smaczków przede mną skrywa.
Riffy Obituary szarpały jak głodny wilk dupsko uciekającej sarny, były tak gwałtowne i nieokiełznane, że chyba nigdy nie odważyłem się przy nich na headbanging z obawy przed urwaniem sobie głowy. To był dla mnie wyższy poziom muzycznej agresji, apogeum szaleństwa i muzycznego barbarzyństwa.
Słuchałem tej kasety jak opętany, a któregoś razu zbudziłem się w środku nocy ze ściśniętym gardłem i z przerażeniem zacząłem wpatrywać się w okno.
Na zewnątrz było ciemno i pewnie szumiały drzewa, bo ich cienie złowrogo przesuwały się po zaparowanych szybach. Nie wiedziałem co mnie tak przestraszyło i dlaczego nie słyszę tych drzew. I wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że w uszach wciąż mam słuchawki, które sączą do mojego mózgu śmiercionośny jad tej przerażająco pięknej muzyki. I wówczas się uspokoiłem, bo nabrałem pewności, że na zewnątrz wśród tych drzew, który kołyszą się przed nadciągającą burzą nie ma niczego złego i niebezpiecznego. Bo całe zło tego świata i wszystko to, co mogłoby przerazić mnie najbardziej, jest w moim magnetofonie i właśnie wypływa ze słuchawek.
- Młodzi ludzie słuchają brutalnej muzyki, bo ona chroni ich przed brutalnością tego świata – powiedział w wywiadzie ktoś z Obituary. I właśnie chyba tak ze mną było. Miałem 14 lat i nie bałem się niczego.

czwartek, 25 lutego 2016

Metal w sutannie

Nie, to nie tekst o Nergalu i jego słynnej spódnicy, ani nawet nie o Hate, którym wydaje się, że są drugim Behemoth. Poznaliście kiedyś księdza, który okazał się miłośnikiem muzyki metalowej? Ja jednego poznałem - facet zdejmuje wieczorem koloratkę, zakłada skórzaną kurtkę, czarne bojówki, potężne buciory i pomyka na koncerty metalowe. Nie jest to dokładnie taki ksiądz jak w "Kociej Mordzie", ale pewnie z księdzem Markiem Michalskim ma coś wspólnego


"Był to jeden z ostatnich pogodnych jesiennych dni. Bystre słońce przenikliwie przedzierało się przez złote liście drzew, Andrzej Kalicki wygrzebał z samochodu okulary przeciwsłoneczne swojej żony
i wcisnął je na nos. Las tętnił kolorami jesieni, liście na drzewach pulsowały promieniami słońca, tworząc widok tak piękny, że aż nierzeczywisty. Gdyby Kalicki zrobił zdjęcie tej zalesińskiej drogi i oddał w przyszłym roku grafikom do wykorzystania w redakcyjnym kalendarzu, to pewnie by go nie przyjęli, twierdząc, że wygląda sztucznie i zostało zbyt przerysowane w Photoshopie. Jechał powoli wzdłuż cmentarza. O tej porze droga była zupełnie pusta, ale już za miesiąc zmieni się w rwącą rzekę błota, samochody szczelnie zapełnią pobocza, cmentarz zapłonie jak znicz olimpijski, a groby zostaną przykryte setkami kilogramów kwiatów.
Kalicki zatrzymał się za zakrętem, tuż przy chodniku prowadzącym do małego, drewnianego kościółka. Wśród drzew wyglądał malowniczo i urokliwie, ale gdyby go przenieść z Zalesinka do centrum Piaseczna, to pewnie bardziej przypominałby stodołę niż Dom Boży. Miał dwuspadowy dach — z lewej strony dłuższy, z prawej krótszy i nachylony pod większym kątem. Obok głównego wejścia dobudowano mały ganeczek, przez który również można było wejść do kościoła. Elewację świątyni zrobiono z desek, które pomalowano na kolor jasnożółty, żeby nie powiedzieć: sraczkowaty. Na dachu zachowano ciemniejszą tonację, lub jak kto woli, ciemniejszy sraczkowaty.

Kalicki wszedł do kościoła głównymi drzwiami, które lekko skrzypnęły, wpuszczając na podłogę snop światła postrzępiony przez sylwetkę redaktora. Wnętrze kościoła, zarówno ściany, jak i sufit, było obłożone jasną boazerią. Kalicki spojrzał na skromny ołtarz składający się z trzech obrazów — jeden umieszczony centralnie, a dwa po bokach. Nie ruszył jednak ku niemu po czerwonym wzorzystym chodniku, który zapewne pamiętał jeszcze czasy, gdy wykładziny i dywany zdobywano w długich kolejkach, a oglądano dopiero w domu, po zakupieniu. Skierował natomiast swoje kroki
w prawo, ku konfesjonałowi, w którym dostrzegł księdza.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — powiedział, klękając przy okratowanym okienku. Ksiądz w odpowiedzi coś wymamrotał, jakby właśnie się przebudził. — Ostatni raz u spowiedzi świętej byłem trzydzieści jeden lat temu. Ojcze, przebacz, bo bardzo zgrzeszyłem — mówił Kalicki z żarliwością w głosie. — Brałem udział w orgii i współżyłem z owcą. Nie mogłem się oprzeć, była taka pachnąca, mięciutka, ciepła... miała milutką i przytulną wełenkę.
Ksiądz odparł wzburzonym głosem:
— Dlaczego, jak w tym Piasecznie robicie najlepsze imprezy, to nigdy nie zaprosicie księdza?!
Obaj się roześmiali. Ksiądz przestał się śmiać pierwszy, wyjrzał z konfesjonału i mrugnął do Kalickiego.
— Koniec bluźnierstw w Domu Bożym. To nie uchodzi i nie wiadomo, czy Pan Bóg ma takie samo poczucie humoru jak my — powiedział głośnym szeptem i wyszedł z konfesjonału.
— Z tego, co pamiętam, to z nami nie studiował, więc całkiem możliwe, że nie znalazłby uznania dla naszych żartów.
Proboszcza parafii w Zalesinku, Marka Michalskiego, Kalicki poznał jeszcze w czasach liceum, w latach osiemdziesiątych. Długie włosy, skórzana kurka, naszywka Kata na plecach, poprzecierane dżinsy. Kto mógł wtedy przypuszczać, że Marek zostanie księdzem? Pierwsze wina wypite w parku, pierwsze dziewczyny, pierwsze biwaki, pierwsze miłosne rozczarowania, wyjazdy na festiwale do Jarocina i na Metalmanie — to połączyło ich już jako nastolatków. Później przez chwilę razem studiowali na wydziale dziennikarstwa, ale po pierwszym roku Michalski zrezygnował i... trafił do seminarium.
— Co tam? Napijesz się czegoś? — zapytał Marek, gdy przekroczyli próg zakrystii.
— Nie, prowadzę.
— Pytam się, czy się napijesz, a nie czy prowadzisz. — Michalski uśmiechnął się szelmowsko i nalał sobie do szklanki soku pomarańczowego. — Chyba nie sądzisz, że w tym uświęconym miejscu proponowałbym ci alkohol. Opowiadaj... co tam u ciebie? Chyba z miesiąc się nie widzieliśmy.
— W sumie nic ciekawego, wiesz... robota, żona, dzieciaki. W ubiegły weekend wyrwałem się do Krakowa na koncert Enthroned. Wypadli średnio, ale Arkona przed nimi zagrała niesamowicie.
— Eeee, do Krakowa nie chciałoby mi się tłuc. — Ksiądz Marek się skrzywił. — Lubię tylko ich dwie pierwsze płyty. Za to na Marduk w grudniu do Warszawy na pewno się wybiorę.
— Nie zapomnij założyć koloratki. — Kalicki się roześmiał. — Wiesz, pokpiłem sprawę... — dodał, w jednej chwili poważniejąc.

Michalski spojrzał pytająco."*



środa, 24 lutego 2016

Sklepy z płytami CD i winylami

O dziwo w dobie mp3 i Youtube sporo osób pyta gdzie zaopatruję się w płyty. Z początku myślałem, że to jakaś prowokacja Urzędu Skarbowego, ale gdy z podobnym pytaniem zaczęło się zgłaszać do mnie coraz więcej osób, zacząłem powoli wierzyć, że nie tylko ja w tym kraju wydaję kasę na fizyczne nośniki. Okazało się też, że źródła płytowe dla mnie oczywiste – dla wszystkich tak oczywiste nie są. Dziś więc mały przewodnik o tym gdzie, co i za ile


Internet dla sklepów stacjonarnych okazał się jeszcze mniej przyjazny niż epidemia Czarnej Śmierci, która przeszła przez XIV wieczną Europę. Padły bezduszne płytowe molochy, padły małe klimatyczne sklepiki z moją ukochaną „Dziuplą” przy ulicy Ząbkowskiej, w której bywałem częściej niż moja babcia w kościele.

Sklepy prawie tradycyjne
W Warszawie z tych stacjonarnych sklepów, które pozostały kojarzę dwa – Mega Disc i Wielkę Płytę. W pierwszym nie byłem odkąd zmienił lokalizację i zamieszkał przy ulicy Długiej 44/50. Jeśli w nim kupuję to tylko wysyłkowo. W drugim bywam dość regularnie – choć pewnie nie tak często jakby sobie życzył jego właściciel.

Mega Disc

W Mega Discu jest drogo, na dziesięć płyt, które tam zakupiłem w przypadku dziewięciu przepłaciłem. Ale tylko teoretycznie – bo często okazywało się, że tylko tam mogłem dorwać długo poszukiwane tytuły. Co dla mnie ciekawego w ofercie Jacka Leśniewskiego? Głównie szeroko rozumiany rock psychodeliczny, krautrock, NWOBHM. W ofercie zarówno winyle jak i CD.
O atmosferze w samym sklepie się nie wypowiem, bo w nowej lokalizacji nie byłem – w starej przy Nowym Świecie było magicznie. Przedłużające dysputy o muzyce, wybieranie płyt przy herbatce, a później wyjazd z nimi niemal za pomocą wózka widłowego.

Kontakt:

Wielka Płyta

Największą atrakcją Wielkiej Płyty jest Bogdan – mega kontaktowy facet, którego część z was może pamiętać jeszcze ze sklepu Ryyyk (nie pamiętam przez ile „y”), który w latach dziewięćdziesiątych funkcjonował w podziemiach przy Dworcu Centralnym. W ofercie mydło i powidło – winyle i CD, wybór olbrzymi, praktycznie ze wszystkich wytwórni. Jest możliwość również sprowadzania płyt na zamówienie. On te płyty rzeczywiście wszystkie ma na stanie, można sobie obejrzeć, pomacać, wybrać.
Ceny – tu bywa różnie, ale raczej do szczególnie okazyjnych nie należą, choć zdarzają się promocje więc trzeba zachować czujność. Sklep znajduje się w mieszkaniu w bloku, na najwyższej kondygnacji. Przy zakupie kilkunastu CD i kilkudziesięciu winyli można się na klatce schodowej nieźle zmachać. Lubię tam chodzić, bo w Wielkiej Płycie czuję się prawie jak w domu (prawie, bo aż tyle płyt nie mają), a Bogdan to facet, od którego można nie tylko muzykę kupić, ale i o niej pogadać. Na miejscu sprzęt grający więc nie ma problemu z odsłucham. Przed przyjściem warto się telefonicznie zapowiedzieć, bo Bogdan sprzedaje też przez internet więc w ciągu dnia czasami zamyka, żeby na pocztę wyskoczyć.

Kontakt:
Wielka Płyta
Pasaż Ursynowski 1/60A


Sklepy tylko internetowe

Najwygodniejsze i najpraktyczniejsze, dostępne w zasięgu kilku kliknięć. W sieci jest ich tysiące, ale nie wszystkie warte uwagi. W wielu z nich płyty dostępne są tylko wirtualnie – dopiero gdy zamawiający przeleje należność sklep składa zamówienie w hurtowni, albo w ogóle zaczyna się zastanawiać skąd tu skołować sprzedaną płytę. Skoncentruję się na tych najlepszych.

Selfmadegod

Moim zdaniem to pod każdym względem najlepsze distro w kraju. Nowe płyty pojawiają się tam praktycznie codziennie – głównie death, grind, thrash, hardcore. Trochę mniej black metalu i doom metalu, heavy raczej sporadycznie. Sporo różnych ciekawych reedycji, dużo wydawnictw, których na próżno szukać u innych polskich dystrybutorów. Płyty z mniejszych i większych wytwórni. Ceny bardzo rozsądne, w ofercie głównie CD, ale LP również.
W Selfmadegod się praktycznie nigdy nie przepłaca. Jeśli do tego dodamy błyskawiczną przesyłkę, solidne opakowanie i doskonały, indywidualny kontakt z Karolem to mamy taką jakość obsługi, o której inni mogą tylko pomarzyć. Nic dziwnego, że zakupów z Selfmadegod praktycznie nigdy nie kończę – zamykam ewentualnie ich etapy. Powiem tak – gdyby wszyscy w tym kraju pracowali tak jak Karol z Selfmadegod to byśmy byli obecnie największą potęgą gospodarczą w Europie. Jedyny minus jest taki, że na stanie nie ma 8764764 kopi danego tytułu. Trzeba być czujnym i szybko reagować, bo niektóre tytuły rozchodzą się jak tyfus po slumsach i nigdy już nie powracają. Sam sklep jest wzorem przejrzystości, intuicyjności i przyjazności.

Kontakt:

Mystic Production


Jeśli chodzi o częstotliwość uzupełniania oferty są niemal na równie z Selfmadegod, a ramy stylistyczne dużo szersze. W ofercie głównie płyty wydawane przez większe wytwórnie – ceny dość wysokie, w ofercie zarówno CD jak i LP. Zamawiają trochę więcej sztuk i zwykle większość tytułów jest dostępna w ofercie przez dłuższy czas. Na rarytasy i smakołyki z małych wytwórni nie ma co liczyć. Transakcje sprawne – czas realizacji szybki, praktycznie się nie zdarza by nie mieli płyt, które oferują. Uwaga na literówki! Jak nie możecie znaleźć płyty danego zespołu, spróbujcie wpisać jej tytuł. W nazwach zespołów zdarzają się błędy, które uniemożliwiają namierzenie danego albumu przez sklepową wyszukiwarkę. O kontakcie indywidualnym, indywidualnych rabatach czy negocjacjach można zapomnieć. Oni sobie takimi sprawami nie zawracają głowy. W efekcie najczęściej kupuję płyty z Mystica przez pośrednika, od których dostają rabat w stosunku cen źródłowych.

Kontakt:

Witching Hour

Kolejny przyjazny sklep – trochę mniej funkcjonalny i przejrzysty niż powyższa konkurencja. Zaglądając do nowości zawsze trzeba przewinąć produkty wydane przez nich, które domyślnie są na górze. Oferta spora – w większym stopniu zorientowana na black/death metal w porównaniu z Selfmadegod. Ceny umiarkowane – często atrakcyjne promocje więc warto być czujnym. Częstotliwość uzupełniania o nowe tytuły nie jest oszałamiająca, ale na zadowalającym poziomie. Siłą Witching Hour są ich własne wydawnictwa – celują w ciekawe reedycje i starannie wydane CD oraz LP. Czas realizacji szybki, kontakt bardzo dobry.

Kontakt:

Pagan Records

Pod względem obsługi i funkcjonalności sklepu poziom porównywalny do Witching Hour. Minusem są dość rzadko pojawiające się nowe pozycje. Katalog wydawniczy Pagana również nie puchnie w tak szybkich tempie. Znaleźć możemy tam płyty głównie podziemnych zespołów z kręgu black/death/thrash. Ceny bardzo rozsądne – nie ma obawy przez przepłaceniem. Warto zaglądać, bo w ofercie zdarzają się płyty, których trudno szukać u innych dystrybutorów.

Kontakt:

Hellthrasher

Nowości nie pojawiają się zbyt często, ale w przypadku tego sklepu śmiało możemy mówić, że broni się nie ilością oferowanych płyt, ale ich jakością. Oczywiście wszystko zależy od indywidualnych preferencji, ale ja osobiście jestem zainteresowany ok. 99 proc. oferty tego sklepu. Minusem są ceny, które nie należą do najniższych. Jeśli chce się mieć – już – natychmiast (a tak przecież bywa często) to kupować i nie marudzić. Gdy ciśnienia nie ma, lepiej poczekać aż pojawi się u wyżej wspomnianej konkurencji. No może poza Mystic, wszyscy zaoferują taniej. Nie zapominajcie jednak, że niektóre tytuły w ogóle mogę się nie pojawić i wtedy będzie płacz i zgrzytanie zębami, albo licytowanie na allegro gdzie czeka na Was AdrianSmith gotów zapłacić każą cenę za każdą płytę :)
W Hellthrasher kontakt bardzo dobry, podejście indywidualne, wysyłka błyskawiczna. Praktycznie wszystko co widnieje w katalogu jest dostępne od ręki.

Kontakt:


Melissa69

Sklep bardzo rzadko uzupełniany o nowości, ceny niezbyt okazyjne. Ich siłą jest dystrybucja katalogów wytwórni pomijanych przez konkurencję. W wydawnictwa z Southern Lord Records oraz inne okołometalowe płyty zaopatruję się przeważnie u nich.
Jakość obsługi bardzo dobra, przesyłki szybkie, opakowania solidne. Sam sklep średnio intuicyjny – najnowsze rzeczy znajdziecie pod hasłem „premiery”, co czasami może być mylące. Inaczej niż w innych sklepach – na górze jest tytuł płyty grubszym fontem, a na dole cieńszym i mniejszym nazwa zespołu. Szybka wysyłka, sprawne transakcje - przez ostatnie dziesięć lat chyba raz mi się zdarzyło, że kupiłem coś czego nie mili i raz zanotowali jakieś opóźnienie w realizacji.

Kontakt:

Under the Sign of Garazel

Mnóstwo podziemnego black i death metalu po najniższych cenach. Warto zaglądać zarówno ze względu na ceny jak i unikatowość poszczególnych wydawnictw, których na próżno wypatrywać w wyżej wspomnianych dystrybucjach. Kontakt dobry, choć nie błyskawiczny. Po złożeniu zamówienie dostaje się informację z podsumowaniem i kosztami wysyłki. Nie dzieje się to automatycznie jak w innych sklepach. Ale to dobrze – bo jest szansa na wymianę myśli czy zadanie dodatkowych pytań. Termin realizacji bardzo szybki.


Kontakt:


Agonia Records

To przykład sklepu, który zszedł na psy. Kiedyś oferowali dużo, w przystępnych cenach, z szybkim terminem realizacji i indywidualnym podejściem do klienta. Teraz jest dokładnie odwrotnie. Nowe produkty przychodzą z regularnością ukazywania się 7 Gates, ich ceny są często wyższe nawet od tych, które oferuje Mystic, a z wysyłaniem paczek nikt zanadto się nie śpieszy. W efekcie częstotliwość moich zakupów w ostatnich latach spadła z regularnych do epizodycznych. Agonia to raczej ostateczność – gdy z dostępem do określonego tytułu zawodzi konkurencja i na allegro nie można wypatrzeć. Nawet ich wydawnictwa wolę brać od pośredników. I jeszcze jedno – jak chcecie zobaczyć jakie nowe płyty mają na stanie to patrzcie w „ostatnio dodanych”, a nie w „nowościach” . Pod tą drugą zakładką są tylko ich wydawnictwa.

Kontakt:

Nine Records

Tu znajdziemy głównie płyty z kręgu doom, stoner oraz archaicznym heavy metalem, sporo ciekawych reedycji oraz płyt mniej znanych zespołów. Często są to tytuły niedostępne w innych polskich dystrybucjach. Sztuk jest raczej mało więc lepiej nie przekładać decyzji o zakupie na później.
Ceny nie należą do najmniejszych, ale trafiają się atrakcyjne promocje. Transakcje sprawne, wysyłka szybka, opakowanie porządne.



Allegro

Na Allegro przede wszystkim uważajcie na te wszystkie molochy typu: doriandvd, dvdmax, kabarety... to jedna i ta sama firma kryjąca się pod różnymi nazwami. W ofercie ma 789347327 płyt. W rzeczywistości po zakupie najczęściej okazuje się, ze kupionej płyty nie ma i albo trzeba czekać, albo po nierównej walce dostajecie zwrot pieniędzy. Ceny z kosmosu. Niektóre dla jaj wpisywane – zdarzają się tam takie kwiatki jak albumy powszechnie dostępne za ok 30 zł powystawiane za 600-800 złotych. Co polecam i u kogo kupuję? O tym poniżej.


Malignant Voices

Głównie black i death metal, ale nie tylko. Wybór nie jest zbyt duży i częstotliwość uzupełniania nowości niezbyt intensywna. Warto jednak zaglądać ze względu na dość rozsądne ceny. W ofercie zdarzają się wydawnictwa, o które trudno w innych miejscach a także takie, które właśnie w Malignant Voices są dostępne najwcześniej. Czas realizacji błyskawiczny, sposób pakowania płyt – absolutna czołówka. Można śmiało zamawiać nie tylko CD, ale i winyle. Na poczcie musieliby chyba czołgiem po paczce jeździć by uszkodzić. W razie potrzeby bardzo dobry kontakt ze sprzedającym.



PsychoRecords

Oferta cenowa rewelacyjna. Chyba mi się jeszcze nie zdarzyło znaleźć płytę w lepszej cenie niż ta, którą oferuje PsychoRecords. Asortyment specyficzny – to nawet już nie jest podziemie, ale coś co znajduje się pod podziemiem. Zespoły z małych wytwórenek, thrash metalowe wynalazki, death metalowe przysmaki. Często podpowiedzi nazw bardziej znanych zespołów mają nas naprowadzić na stylistykę kapeli, której płyta znajduje się w sprzedaży. Umówmy się – te skojarzenia najczęściej są tak odległe jak ludowy zespół Mazowsze od niemieckiej sceny techno. Ale warto zaglądać, drążyć i poszukiwać bo pod tymi tajemniczymi nazwami czasami kryją się muzyczne perełki. Niestety ostatnimi czasami oferta nie jest zbyt zróżnicowana.



BlackComp

Darek jakiś czas temu bardzo mocno ograniczył działalność i zrezygnował ze strony internetowej koncentrując się tylko na Allegro. Oferuje głównie nowości i sprawdzał się w czasach gdy Mystica nie było jeszcze na Allegro. Zanim do nich dotarło zamówienie to Darek już je wysyłał, zanim z Mystica dostaliście informację o wysyłce towaru to płyty z BlackComp już kręciły się w Waszym odtwarzaczu. Teraz to taki miniMystic Bis, tyle że ma nieraz płyty z wytwórni, których firma ze Skały nie dystrybuuje (np. Century Media). Jeśli więc szukacie możliwości szybkiego zakupu nowego albumu, albo kupienia go w preorderze to śmiało można do niego walić. Gość chyba mieszka na poczcie po wysyła błyskawicznie.

Kontakt:


Oczywiście tematu nie wyczerpałem, przychodzą mi do głowy jeszcze inne miejsca płytowych zakupów, ale kupuje w nich na tyle sporadycznie, że trudno mi coś sensownego o nich napisać. Jeśli macie jakieś swoje typy to wpisujcie w komentarzach. Można też przestrzegać, gdy na jakimś sklepie się zawiedliście.

DEATHINITION nie gęsi...

Bydgoski DEATHINITION swoją debiutancką MCD nagrał trzy lata temu. Materiał zatytułowany „Art Of Manipulation” to nieco ponad kwadrans thrash metalu odkrywczego jak dialogi w niemieckich filmach pornograficznych z połowy lat osiemdziesiątych. No ale chyba właśnie tak jest, że pornosów nie ocenia się na podstawie dialogów, a współczesnego thrash metalu na podstawie oryginalności.


Ale zaraz, zaraz... ten DEATHINITION wcale tak oczywisty nie jest, mimo że środki wyrazu, które tu zastosowano to klasyczny budulec thrash metalowej muzy, nie mamy wrażenie deja vu i co chwilę nie krzyczymy: o Slayer! o Kreator! O Metallica!
„Art Of Manipulation” słucha się całkiem dobrze, choć same riffy nie należą do specjalnie odkrywczych czy zapadających w pamięć, to aranżacje wydają się całkiem zgrabne, a utwory sprawnie zagrane i profesjonalnie zarejestrowane.
Średnio podobają mi się wokale, ich mocną stroną jest pewna doza oryginalności, ale ta maniera specjalnie mnie nie porywa i nie dodaje tym utworom siły. Z jednym wyjątkiem – na sam koniec płytki mamy utwór polskojęzyczny „Kłamstwa dla mas” i przyznam, że tu wszystko gra i trąbi, a charyzma i siła krzykacza wreszcie objawia się w pełnej krasie.
Chętnie posłucham pełnej płyty DEATHINITION i wcale bym się nie obraził gdyby zdecydowali się w całości nagrać ją z polskimi tekstami. Doprawdy nie rozumiem dlaczego tak bardzo zespoły wstydzą się swojego rodzimego języka i bardzo żałuję, że choćby taki SODOM czy KREATOR nie nagrywał po niemiecku. Z wielką przyjemnością słucham pierwszej płyty ROOT, wczesnych nagrań rosyjskiego MASTER, węgierskiego POKOLGEP, francuskiego KILLERS czy choćby naszego KATA. Nie bali się śpiewać w ojczystych językach i to dodatkowo przesądziło o ich nietuzinkowości i unikalnych charakterze.

wtorek, 23 lutego 2016

Gdy Slayer grał nu metal

Rok 1998 nie należał do najłaskawszych do thrash metalu. Dopiero gdy rok później Testament wydał „The Gathering” to coś drgnęło, a ruszyło pełną parą w nowym tysiącleciu gdy zadebiutowało masę młodych zespołów nawiązujących do klasyków, a Exodus powrócił z rewelacyjną „Tempo of the Damned”. Rok 1998 to czasy triumfy nu metalu i mówicie co chcecie, ale wielki SLAYER się w ten nu metal wpisał. Oczywiście po swojemu...


To nie tak, że SLAYER to musi być „SLAYER kurwa!” i na każdej płycie to samo, bo przecież ich muzyka zawsze ewoluowała, poczynając do ociekającego heavy metalem debiutu, poprzez furiacką intensywność „Reign in Blood” czy bardziej klimatyczne i złowrogie „South Od Heaven”. Slayer potrafił zaskakiwać kooperacjami z Ice-T czy Atari Teenage Riot. Nagrali też znakomitą płytę z coverami „Undisputed Attitude”, wskazując na swoje punkowe inspiracje i fascynacje. „Diabolus In Musica” to płyta na miarę swoich czasów – czasów, w których triumfy święcił nu metal, a zespoły takie jak Korn czy Slipknot swoimi logówkami zaczęły wypierać logówki Slayer z plecaków nastolatków.
No i giganci thrashu się w ten nu metal wpisali – oczywiście po swojemu i na swoich zasadach. Oczywiście wpisując „Diabolus In Musica” w nu metal posługuję się dużym uproszczeniem, by nie powiedzieć nadużyciem. No, ale gdybym nie dał tego prowokującego tytułu to większość z Was by tego tekstu nie czytała :)

Złego dobre początki

Płyta zaczyna się posuwistym, kroczącym riffem a la Flapjack, który jednak buduje napięcie i dramaturgię. Po półtorej minuty wchodzi klasyczny Slayer z intensywnymi partiami wokalnymi na pograniczu histerii i sekcją rytmiczną gnającą na złamanie karku. Do tego zamaszyście wygrana partia solowa i slayerowskie riffowanie najwyższej próby. Jest dobrze! Znakomicie. Przy pierwszej konfrontacji z „Bitter Peace” popuściłem w pampersa.
W „Death's Head” również niewiele spuścili z tonu, choć lekko skandowane partie wokalne i łamana struktura gitar przy pierwszej konfrontacji nie zrobiły na mnie najlepszego wrażenia. Nie o takiego diabła walczyłem...

Nowoczesny czy nu metalowy?

„Stain of Mind” był pierwszym utworem, który usłyszałem z tej płyty i przyznam, że byłem nim załamany. Skakana rytmika gitar i niemal rapowane frazy wokalne sprawiły, że po raz pierwszy w życiu w kontekście Slayer nasunęły mi się skojarzenia z nu metalem. No dobrze, jest brutalnie i słychać kto gra, ale gdy po raz pierwszy usłyszałem ten utwór to aż się we mnie zagotowało. Dziś mam większy dystans, ale i tak „Stain Of Mind” zaliczam do najmniej chlubnych punktów ich repertuarze.
„Overt Enemy” też nie powala – zaczyna się powoli z dobitnymi frazami wokalnymi, zwiastuje jakieś gwałtowne rozwinięcie, ale zamiast tego mamy trochę więcej melodii i takie wyluzowane kroczenie w luźnych ciuchach w stronę skateparku. Oczywiście, że przesadzam – bo ten slayerowy riff na chwilę się pojawia, ale gdzieś w tle, przygnieciony partią perkusji – jakby to wcale nie był Slayer, ale jakaś ówczesna wariacja na jego temat – próbująca połączyć ich charakterystyczny styl z nowomodnym metalem okupującym listy przebojów i katalog wydawniczy Roadrunner Records.

Bardziej do skakania niż machania głową

W „Perversions of Pain” niby się trochę rozpędzają, ale zawodzący refren znów wprowadza jakiś bujany rytm nieco burzący na wskroś slayerowską stylistykę.
Wokale i rytmika początku „Love to Hate” znów sprawiała, że gdy przymykałem oczy to nie widziałem Slayer na scenie z gitarami, ale w bluzach z kapturami, złotymi łańcuchami na szyjach, w szerokich spodniach kończących się w połowie łydki.
Na początku „Desire” Araya mruczy jak Ciasteczkowy Potwór z Ulicy Sezamkowej, a później zaczyna śpiewać – niby po swojemu, ale z jakąś taką denerwującą płaczliwą i niemęską manierą. Utwór sprawia wrażenie, jakby miał się za chwilę rozpędzić, ale się nie rozpędza a ja znów mam wrażenie, że bardziej nadaje się do skakania niż do machania głową.

Światełka w tunelu

No i „In the Name of God” - riff pełen groove i skandujący (lub jak kto woli rapujący Araya). Zakładamy tenisówki, luźne ciuchy i skaczemy wszyscy razem. Hops! Hops! Znów widzę chłopaków w modnych czapkach z daszkami jak gestykulują rękami zamiast szarpać struny i wydobywać z nich soniczne piekło.
„Scrum” niby grzeje szybko i do przodu, ale wokal jakby zdarty, bez siły i emocji, a gdy utwór nabiera tempa to zaczyna wydawać się pusty i pozbawiony polotu.
Fajnym riffem natomiast rozpoczyna się „Screaming from the Sky”. W tym utworze jest coś mrocznego i rytualnego – ma siłę i charyzmę i choć gdzieś tam w połowie niepotrzebnie urozmaicają go jakieś dziwne pogłosy to jednak zaliczyć go należy do jaśniejszych punktów tego krążka. Kolejnym niezłym kawałkiem jest „Point” - początek szybki, intensywny bezlitosny, później niestety znów nabiera tego skandowanego charakteru i dredowo-afroamerykańskiej zadziorności. I koniec ścieżki zdrowia.
Na winylu jeszcze „Wicked”m w który wprowadza nas skoczny riff i znów mamy groove i tą numetalową agresję w nieco przetworzonym głosie i szarpanej rytmice gitarowej wspomaganej prostym bitem perkusji.

Po latach nabrałem dystansu i nie jestem w stosunku do „Diabolus In Musica” aż tak krytyczny jak w chwili jej premiery. Jednak do dziś to chyba jedyna płyta Slayer, po wysłuchaniu której nie tylko nie mam odruchu by ponownie wcisnąć PLAY, ale już pod koniec jej trwania zerkam ukradkiem na zegarek by zobaczyć czy długo jeszcze...  Ale nie poddaję się, bo wciąż spotykam się z pozytywnymi opiniami o tym krążku i przynajmniej raz w roku robię kolejne podejścia. Kto wie? Może za kolejne 18 lat wreszcie ją polubię? Bez względu na to, „Diabolus In Musica” na zawsze pozostanie pierwszą płytą SLAYER, która mnie rozczarowała.


poniedziałek, 22 lutego 2016

DEATH: Humanitarny death metal

W czasach przeinternetowych źródła muzycznego poznania czasami bywały zaskakujące. O Napalm Death dowiedziałem się z „kostki” dziewczyny, która wsiadła do tramwaju, którym akurat jechałem. O płycie „Human” z koszulki jakiegoś chłopaka, którego spotkałem na ulicy. Ta okładka była o wiele bardziej intrygująca niż obrazki gore zdobiące albumy z brutalną muzyką. Wydawało mi się, że to już jakaś wyższa szkoła jazdy i to zapewne nie tylko w odniesieniu do oprawy graficznej krążka


Kasetę DEATH „Human” jako pierwszy zakupił kolega. Szarpnął się okrutnie bo wówczas nie mogliśmy jej dostać w żadnej pirackiej wersji i trzeba było zapłacić za wydanie z Metal Mind Production. Trzydzieści osiem tysięcy złotych ta przyjemność kosztowała – tyle co dwie, trzy kasety pirackie. Kolega był jednak ze swojego zakupu cholernie dumny – nie dość, że miał ostatnią płytę DEATH to jeszcze w tak wypasionej formie. Aż ręce nam się trzęsły jak przed sklepem po raz pierwszy oglądaliśmy wkładkę z tekstami.
- O kurde, jaka długa!
- Teksty wszystkich utworów!
Podniecenie było chyba większe niż gdy kilka lat wcześniej w krzakach pod domem parafialnym oglądaliśmy niemieckie czasopisma pornograficzne, które jeden z kolegów z klasy znalazł u ojca w garażu.
Dystans pomiędzy przystankiem autobusowym a domem mojego kumpla pokonaliśmy w takim tempie jakbyśmy mieli rozwolnienie i śpieszyli się do toalety. Całkiem prawdopodobne, że mieliśmy też takie wyrazy twarzy. Poczerwienieli, usta zaciśnięte, wzrok rozbiegany. Wpadliśmy do jego pokoju jak strażacy do płonącego mieszkania i zaatakowaliśmy magnetofon jak alkoholicy flaszkę wódki. Dźwięk na cały regulator, kumpel naciska przycisk „play”, siadamy na podłodze, zaciskamy ręce w piąstki, wstrzymujemy oddechy.

Pierwsze refleksje

Perkusja dobiega jakby z oddali, ale z każdą sekundą zbliża się do nas aż czujemy na twarzy powiew od pałeczek przecinających powietrze. Gitara czysta, sterylna, precyzyjna. Wokale – charakterystyczne dla Chucka, ale jakby bardziej wyważone, choć wciąż pełne jadu. Solówki zagrane z rozmachem i finezją. Brzmienie krystalicznie czyste, potężne, selektywne, krystaliczne „Flattening of Emotion” urywa się jakby w niedopowiedzeniu. Ufff! Wypuszczamy powietrze.
- Kurwa! - ocenia kolega.
- Ja pierdolę! - dodaję skwapliwie.

Zaczyna się drugi kawałek – wspaniały riff przecina powietrze w pokoju, bass bulgocze, wchodzą wokale. Z trudem przełykam ślinę, czując suchość w gardle. I w czterdziestej piątej sekundzie ten przetworzony wokal, jakby odgłos jakiejś obcej cywilizacji. Ocieram spocone dłonie o dywan. ”Will be there”... chcę coś powiedzieć, patrzę na kolegę. Ten kładzie palec na ustach.
Słuchamy. „Suicide Machine” - ekspresja i pasja bije z tych wokali, bass pobrzmiewa cudownie i znów ten kosmiczny przegłos, a później krystalicznie czyste precyzyjne gitarowe riffy jak skalpel chirurga.
- Ja pierdolę – wyrzuca z siebie kolega w przerwie pomiędzy utworami.
- Kurwa! - przedstawiam swój punkt widzenia.
„Living hell” - słyszę frazę w kolejnym utworze. Powtarzam w myślach bezgłośnie poruszając ustami. Boję się wydać z siebie choćby sylabę by nie uronić żadnego dźwięku, żadnego trącenia struny czy uderzenia w werbel. Kumpel otwiera książeczkę. Wpatrujemy się w tekst jak ksiądz w Biblię podczas niedzielnego kazania.
- Kurwa! - kwituje kolega kolejny utwór.
- Ja pierdolę! - daję popis swojej erudycji.

Drugie refleksje!

Na zbudowanie zdania nie ma czasu bo zaczyna się kolejny utwór. „Secret Face” znów powtarzam bezdźwięcznie poruszają ustami. Partia solowa Schuldinera obłędna, piękna, kojąca, wyrafinowana. Gdy wchodzi riff kolega zaczyna potrząsać głową, ale powoli i nieśmiało. Bojąc się by szelest włosów przesuwający się mu po uszach nie zakłócił dźwięku. Ta muzyka jest niewiarygodnie czysta, wypieszczona, pulsuje ogromną mocą, zdającą mieć swoje źródło gdzieś w innym wymiarze i w innej rzeczywistości.
- Kurwa!
- Ja pierdolę.
„Lack of Comprehehension” zaczyna się jak ballada, ale ta gitara znów ma jakiś kosmiczny klimat, a bas brzmi jako oddech obcego, który właśnie przybył z innej planety i niewidzialny dla naszych oczu usiadł z nami przed magnetofonem. I gdy wchodzi riff czuję jak robi mi się zimno, a skóra na głowie mi cierpnie.
- O kurwa! - nie wytrzymuję.
Kolega znów kładzie palec na ustach i patrzy na mnie jakbym był księdzem i właśnie podczas kazania założyłbym na ołtarz ubłocone buty i zapalił papierosa. Gdy przemyka partia solowa sam jednak nie wytrzymuje i rzuca:
- Ja pierdolę!

Deathmetalowy majstersztyk

Kolejny utwór, znów kosmos, wyrafinowanie i precyzja – wydaje się jakby każdy instrument brzmiał oddzielnie, ale jakimś cudem razem tworzą misterną całość, przemyślaną, wirtuozerską, łamiącą wszelkie stereotypy. To jest muzyka jakiej wcześniej nigdy nie słyszeliśmy – jakiś nowy gatunek death metalu. Muzyka, która wspięła się na wyżyny kunsztu kompozytorskiego, realizatorskiego i wykonawczego. Wydaje nam się, że DEATH tą płytą przeniósł nas do całkiem innego świata i wyprzedził całą konkurencję o kilka długości. Inne zespoły z epoki kamienia łupanego zaczęły przechodzić do epoki kamienia gładzonego, podczas gdy Death stworzył zastawę z chińskiej porcelany, zachwycającą kobaltową dekoracją podszkliwną.
Instrumentalny „Cosmic Sea” sprawia, że otwieramy usta tak szeroko jak te dziewczyny na zdjęciach z magazynu oglądanego w krzakach pod domem parafialnym. Zaczynam się zastanawiać czy DEATH wciąż gra death metal – przyglądam się okładce i dostrzegam, że krzyż w logo nie jest już odwrócony a pajączek zniknął. Nie krzyczę jednak „zdrada!”. Odbieram to jako krok naprzód, ku dojrzalszej formie przekazu – mam wrażenie, że dzięki tej płycie death metal właśnie wyszedł z piwnicy i wkroczył na salony. Warstwa instrumentalna tej płyty jest dla mnie tak olśniewająca, że mam wrażenie, że stworzyli ją muzycy z najwyższej półki – tacy, którzy równie dobrze mogliby nagrywać muzykę filmową, jazz, rocka progresywnego czy muzykę klasyczną. Grają jednak death metal ze względu na swój kaprys i ekscentryczne usposobienie.
Gdy płyta dobiega końca patrzymy na siebie oszołomieni. Czas na refleksję, podsumowanie i podzielenie się swoimi przemyśleniami.
- Kurwa, ja pierdolę – mówi kolega.
- Zajebiste – uzupełniam jego wypowiedź.
- To najlepsza płyta jaką w życiu słyszałem – nie ma wątpliwości kumpel.
- Z dobry rok trzeba będzie jej posłuchać, żeby ją dobrze poznać – diagnozuję.
Włączamy kasetę ponownie. Tym razem do drugiej kieszeni wsadzamy pustą kasetę BASF, na którą dokonujemy kopii dla mnie. Nie ma mowy bym mógł wrócić do domu i zasnąć bez tych dźwięków. Nie mam wątpliwości, że to płyta, której będę słuchał do końca życia.

W różnych formatach, w różnych wydaniach

Wkrótce zakupiłem sobie kasetę – udało mi się znaleźć tańszego pirata. Po jakimś czasie zakupiłem wersję z Metal Mindu, a następnie kupiłem sobie na CD pirackie wydanie. Później wpadła mi ręce wschodnia licencja. Po latach nabyłem pierwsze wydania oraz zakupiłem wersję japońską.
Kilka lat temu kupiłem reedycję wzbogaconą o bonusową płytę z wersją instrumentalną. Któregoś dnia gdy nikogo nie było w domu włączyłem i urządziłem sobie karaoke. Następnego dnia sąsiadka powiedziała mi, że cieszy się, że zdecydowaliśmy się na psa, ale nie powinniśmy zostawiać go samego w domu bo strasznie wyje.
Po latach trochę inaczej patrzę na ten album – cenię go i pozostał mi do niego straszny sentyment. Jednak z z perspektywy czasu uważam, że to nie tylko nie jest najlepsza płyta jaką w życiu słyszałem, ale to nawet nie mój ulubiony krążek Death. Na kolejnym poszli jeszcze dalej i zagrali muzykę jeszcze ciekawszą, natomiast na poprzednich jest więcej feelingu, ekspresji i dzikości. Gdybym miał wskazać swój ulubiony Death to byłoby mi trudno – pewnie dlatego, że tak różne płyty nagrali i każda z nich imponuje trochę inną ekspresją i innymi środkami wyrazu. 

Pożyteczny szkodnik

Apogeum techniki i kompozycyjnego wyrafinowania to dla mnie „Individual Thought Patterns”, „Spiritual Healing” kocham za połączenie muzycznej erudycji z dzikością i pierwotnym gniewem, debiut kocham za ekspresję, toporność, siłę, szaleństwo, nieokiełznanie i agresję.
Każda z płyt Death jest wyjątkowa, każda zasługuje na uwagę.
„Symbolic” to album szkodnik – nie dlatego, że coś w niej nie gra, ale ze względu na to, że pociągnęła za sobą rzeszę naśladowców, którzy całkowicie wypaczyli ideę śmierć metalu. Powstała cała masa technicznych, bezdusznych, plastikowych, wymuskanych płyt, które zatraciły to co w tej muzyce najważniejsze – ekstremalność i szczerość. A „Human” w chwili premiery posiadał obie te cechy i jeszcze o wiele więcej.
Nawet jeśli się nie lubi tego typu granie absolutnie nie powinno się go deprecjonować, a tym bardziej nie powinni tego robić ci, którzy nie doświadczyli tej muzyki w chwili gdy ona powstała i oceniają ją w oderwaniu od kontekstu tamtych wspaniałych, cudownych lat gdy death metal był muzyką świeżą, oryginalną, ekscytującą i skrzącą się tysiącami barw i odcieni, milionami smaków i zapachów.


niedziela, 21 lutego 2016

CLAWFINGER: Gdy rap spotyka metal

Połączenie rapu z metalem w pierwszej chwili wydawało się czymś niedorzecznym – szybko jednak się okazało, że ta muzyka może mieć nie tylko swój urok, ale i moc. Zaczynali w latach osiemdziesiątych Beastie Boys, zaczynał Aerosmith w kooperacji z Run DMC, w odświeżonym „Walk This Way”, a później dołączały inne zespoły


Rap z metalem na początku lat dziewięćdziesiątym wciąż był czymś świeżym i ekscytującym. Dla ortodoksyjnych metalowców to pewnie była profanacja i szarganie świętości – ja jednak za ortodoksa nigdy się nie uważałem i przyjąłem ten trend z otwartymi rękami. A raczej te wszystkie rapowo-metalowe rzeczy, które do mnie dotarły zanim ta muzyka stała się trendem, a takie granie emanowało świeżością. Chyba pierwszą rzeczą z jaką spotkałem się w tej stylistyce był utwór ANTHRAX z PUBLIC ENEMY – zobaczyłem u kumpla na kasecie VHS teledysk i byłem wstrząśnięty. W tej muzyce był niesamowity czas i szalona ekspresja. Mniej więcej w tym samym czasie kolega pożyczył mi kasetę z debiutem BODY COUNT. Płytę tę przyjąłem z umiarkowanym entuzjazmem – za dużo rapu i za mało rasowego gitarowego grania jak dla mnie. Lepiej podeszło mi RAGE AGAINT THE MACHINE, ale do nich od razu też się nie przekonałem. A później było prawdziwe trzęsienie ziemi – debiut PRO-PAIN. Tak, przy pierwszej konfrontacji odebrałem te wokalizy jako wściekłe rapowanie, później jednak nieco zweryfikowałem swój pogląd i uznałem, że PRO-PAIN gra we własnej lidze.

Gniewne wokale, agresywne gitary

Drugie trzęsienie ziemi nastąpiło gdy pożyczyłem od kolegi kasetę z legendarną ścieżką dźwiękową do filmu „Judgment Night”. O niej napiszę kiedyś szerzej – nadmienię więc tylko krótko, że zamiotła mną podłogę i na zawsze zajęła miejsce wśród ulubionych soundtracków.
Na początku liceum często chodziłem na imprezy, zarówno do klubów jak i na rozmaite domówki, organizowane najczęściej przez znajomych, pod nieobecność rodziców. Oprócz muzyki metalowej i okołometalowej, leciało tam trochę hip-hopu i właśnie rap-metalu, który poniekąd łączył różne upodobania muzyczne. Pewnym przełomem, a dla mnie równocześnie schyłkiem tej estetyki muzycznej był debiutancki album CLAWFINGER – Deaf Dumb Blind, który jak większość rzeczy, dotarł do mnie z opóźnieniem.
Ta płyta była dla mnie idealna – gitary miały swój ciężar, riffy agresję i moc, a rapowane wokale były pełne gniewu i ekspresji. Płyta trafiła do mnie w postaci kasety, na którą kolega przegrał nagrania z CD. Pamiętam, że przeżyłem mocny szok gdy dowiedziałem się, że wokalista jest biały, a zespół, o dziwo, jest ze Szwecji. Poznając CLAWFINGER byłem pewien, że to jacyś czarni gangsterzy z Harlemu, którzy tylko na chwilę odłożyli spluwy by mieć wolne ręce na gitary.
„Nigger” zaczynał płytę dobitnie, bezkompromisowo – piękne były i gitary i sampel i wokale, a riff rozpoczynający „The Truth” to już było mistrzostwo świata – prujący, selektywny, z połamaną prostą rytmiką. „Tell me the truth, Tell me the truth Tell me the truth you sucker!” - to była naprawdę mocna rzecz. Dla mnie wówczas nieporównywalnie lepsza niż BODY COUNT, RATM, czy inne dotąd słyszane rapowo-metalowe płyty. Choćby taki początek „Don't Get Me Wrong” - to nie mogło nie porywać! 

Muzyka na imprezy 

CLAWFINGER zachwycał swoją prostotą, dosadnością i bezpośredniością, ciężkimi, rwanymi riffami, czytelnymi, pełnymi gniewu wokalami i tymi wszystkimi samplami, które świstały, szumiały, zgrzytały i bzyczały w tle.
Wyrazistość, selektywność i niesamowity ładunek energetyczny tej muzyki predestynowały ją do miana pewniaków niemal każdej imprezy, na której byłem w tamtym czasie. Oczywiście po chwilach zachwytu i ekstazy emocje osłabły i szybko okazało się, że w domu czy na słuchawkach wolę sobie posłuchać jakiejś „ambitniejszej muzyki metalowej” - tym bardziej, że w tym czasie wychodziło naprawdę sporo klasowych i mniej oczywistych albumów z kręgu death czy black metalu.
Po absolutnie porywającym debiucie CLAWFINGER w roku 1995 wydał drugą płytę - „Use Your Brain”. Wówczas jednak swoją wielką fascynację rap-metalem miałem już za sobą, kasety nie kupiłem i ograniczyłem znajomość tego albumu „Do What I Say”, który leciał na większości imprez i wywoływał histeryczne reakcje moich kolegów. Kupiłem tę płytę jakiś czas później i ostatecznie stwierdziłem, że wcale ona nie ustępuje debiutowi. A jeśli już to największym jej grzechem jest brak już tej świeżości, które cechowała poprzedniczkę z racji wcześniejszej premiery. W 1995 roku rap metal był już trendem – Body Count miał drugą płytę, pojawiły się takie zespoły jak Urban Dance Squad (z wielkim imprezowym hitem „Demagogue”), popularność zyskiwał Stuck Mojo, a wkrótce także coraz częściej napotykałem Korn, Limp Bizkit czy P.O.D. Jednak tych trzech ostatnich zespołów w ogóle już nie potrafiłem zaakceptować, a imprez, na których bawiono się przy ich kawałkach powoli zaczynałem unikać. Gdy usłyszałem rapowanki w OBITUARY skrzywiłem się z niesmakiem i nawet na kilka lata obraziłem się na ten zespół. 

Ślepa uliczka

Dziś rap z metalem zupełnie mnie nie interesuje – mam wrażenie, że to był ślepy zaułek, którego po krótkim czasie nikt już nie potrafił rozwinąć. Kupiłem kiedyś także późniejsze płyty CLAWFINGER, ale dziś już nic z nich nie pamiętam – poza tym, że próbowali swoją muzykę urozmaicić i dodać do niej więcej melodii, co odbiło się ze szkodą, bo pozbawiło ich pierwotnej mocy i prostoty. Do KORN podchodziłem kilkakrotnie, ale w ich muzyce odnajdowałem się z równym wdziękiem co Arnold Schwarzenegger w filmach komediowych. Limp Bizkit i pochodne to dla mnie straszny koszmar, który wpisuję gdzieś pomiędzy nu-metalowe wynalazki z beczącymi refrenami śpiewanymi przez facetów, którzy wyglądają jak brzydkie kobiety (lub kobiety wyglądające jak ładni faceci – pewności nigdy nie ma).
Nawet nie raz na rok, ale raz na kilka lat wracam jednak do debiutu CLAWINGER. Gdy dowiedziałem się, że przyjeżdża BODY COUNT chętnie wybrałem się na ich koncert. Częściej wracam do RATM i Beastie Boys – ale wpisywanie tych zespołów nurt rap-metalu jest dużym uproszczeniem i krzywdzącą definicją. Najchętniej powracam do ścieżki dźwiękowej „Judgment Night” - siła sentymentu do tych nagrań jest dla mnie obezwładniająca.

sobota, 20 lutego 2016

Dzień, w którym chciałem zabić!

Czy poczuliście kiedyś pragnienie krwi? Mieliście ochotę kogoś zabić? Wyrwać mu głowę potężnym podbródkowym, złamać mu kręgosłup na kolanie, albo urwać mu ręku i wepchnąć do gardła tak głęboko by się nią udławił? O tak! Mało kiedy w życiu czułem taką złość jak owego deszczowego jesiennego przedpołudnia roku 1999! Zapnijcie pasy i przygotujcie się na mrożącą krew w żyłach historię pełną przemocy i estetycznych uniesień


To był paskudny dzień – szary, bury i smutny. Niebo koloru podbitego oka, deszcz siąpił jak krew z rozbitego nosa alegrika. Jeden z takich dni, w które najchętniej zostałoby się w łóżku i nawet nie odsłaniało zasłon.
Ale ja wystroiłem się jak kornik na otwarcie lasu bo miałem spotkanie biznesowe i perspektywę podpisania intratnej umowy. Niestety w ostatniej chwili coś wypadło i mój kontrahent poprosił o przełożenie spotkania z rana na popołudnie.

Płytowa radość i ekstaza!

Chcąc wykorzystać mnóstwo wolnego czasu, wybrałem się na uczelnię załatwić jakieś papierkowe sprawy w dziekanacie. Po drodze jednak wstąpiłem do Empiku.
I wtedy niebo się rozstąpiło, wiatr przegnał deszczowe chmury odsłaniając słońce, ptaki się rozćwierkotały, a wszystkie kobiety na ulicy zrzuciły z siebie płaszcze i obnażając skąpe bikini zaczęły tańczyć brazylijską sambę.
Tak mi się przynajmniej przez moment zdawało, bo na półce zobaczyłem nową płytę CANNIBAL CORPSE - „Bloodthirst”! Rzuciłem się na nią jak Trynkiewicz na 12-letniego chłopca i pognałem z nią do kasy.
Zapłaciłem, rozprułem folię jak Kuba Rozpruwacz prostytutkę z ubogiej dzielnicy i wrzuciłem płytę do discmana. Wyszedłem na chodnik przy skrzyżowaniu Al. Niepodległości z Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem, przeszedłem przez ulicę i zanim gitarowe dźwięki kanibali na dobre zaczęły pieścić bębenki moich uszu, stała się rzecz straszna...

Kąpiel w deszczówce, okłady z błota

Czarne bmw wyjechało zza zakrętu i wpadło prosto w ogromną dziurę w jezdni, pełną deszczówki i błota. Milion litrów brudnej, śmierdzącej brei wystrzeliło w górę jak lawa z krateru przebudzonego wulkanu. Mój instynkt pająka nie zadziałał – pogrążony w muzycznej ekstazie nie zdawałem sobie sprawy, że za chwilę to wszystko na mnie spadnie.

Chlap! Plusk! Chlup!

Powiedzieć, że mnie ochlapało to mało. Ochlapałem to ja dziś kobietę w Pruszkowie, która podbiegła do mojego samochodu czyniąc mi wyrzuty, po czym wyjęła chusteczkę do nosa, otarła sobie pantofel i poszła dalej. Mnie owego pamiętnego dnia nie ochlapano – na mnie narzygano deszczówką i wypróżniono się błotem. Wyglądałem jakbym przez tydzień mieszkał w kanale ściekowym i żywił się szczurami. Mokry od czubka głowy do stóp. Twarz w błocie, kurtka w błocie, spodnie w kant przykleiły mi się do nóg. Zdjąłem okulary, otarłem rękawem oczy i widząc odjeżdżające czarne bwm wiedziałem, że oto nadszedł dzień, w którym zabiję pierwszego człowieka. Nie zastanawiając się pół sekundy ruszyłem sprintem za samochodem tak wkurzony, że nawet przez głowę mi nie przeszło, że mogę go nie dogonić. Gdy zobaczyłem, że włącza prawy kierunkowskaz i zjeżdża na parking prawie krzyknąłem z radości.

W pogoni za morderstwem!

- Nie okażę litości! Rozniosę tego debila! - obiecywałem sobie w duchu i modliłem się by w samochodzie nie siedział chuderlawy księgowy z klatką piersiową wielkości suszonej figi, ale ze czterech łysych karków, których torturowanie przed śmiercią zajmie mi trochę czasu i w pełni ukoi mój gniew.
Otwieram drzwi od strony kierowcy i walę kolanem prosto w twarz, wyciągam za nogi z samochodu, skaczę po brzuchu, a później kantem płytki wyrwanej z chodnika odcinam kierowcy głowę. Wtedy wysiadają z samochodu jego trzej kumple. Dobrze jakby byli uzbrojeni – kije baseballowe, łańcuchy, kastety, noże. Ruszę na nich jak byk na czerwoną płachtę torreadora. Będę brutalny jak dowcipy Karola Stasburgera opowiadane w „Familiadzie”.
Rozgrzewany zbrodniczymi myślami, będącymi połączeniem brutalności filmów gore, ekspresji gry „Mortal Kombat” z dynamikę kreskówek „Struś Pędziwiatr”, zbliżyłem się do samochodu. I wreszcie go dopadłem, dokładnie w chwili gdy zaparkował i wyłączył silnik. Szarpnąłem drzwi z werwą akwizytora handlującego rajstopami w szpitalu położniczym, gotów złapać kierowcę za szyję tak mocno, że jego głowa wystrzeli do góry jak korek od szampana w sylwestrową noc.

Podkówka kucyka Pony


I wtedy widzę szpilkę. Czerwoną szpilkę na kształtnej stopie wystawioną na chodnik. Podążam wzrokiem za tą stopą i widzę, że jej przedłużeniem jest smukła łydka przechodząca w kolano, skrywane pod czarnym materiałem sukienki, która kilka centymetrów wyżej była przykryta płaszczem. Płaszcz ciągnął się aż do białej smukłej szyi, na której osadzona była mała, zmartwiona główka z parą wielkich zielonych oczu przedzielonych lekko zadartym noskiem. Pod tym noskiem mieszkały małe czerwone usteczka wydęte w podkówkę, którą można by podkuć kucyka Pony. Ta pełna wdzięku twarzyczka wyrażała taką rozpacz i smutek, że w pierwszym odruchu chciałem jej oddać swoją świeżą zakupioną płytę Cannibali, by znalazła w niej pocieszenie.
Odrzuciłem jednak tą niedorzeczną myśl, uświadamiając sobie, że stoję jak kretyn nad tą biedną kobietą nie wykrztusiwszy jeszcze z siebie nawet jednego słowa. Na domiar złego uświadomiłem sobie, że sapię. Zieję jak pies pozostawiony w upalny dzień w zamkniętym samochodzie. Prawdopodobnie usta miałem otwarte, a na brodzie wisiał mi język.

Chlap mnie  jeszcze! 

- Bardzo pana przepraszam – wypowiedziała kobieta aksamitnym głosem, będącym skrzyżowaniem namiętnego szeptu z westchnieniem rozkoszy.
- Ależ nie ma za co. Cała przyjemność po mojej stronie – chciałem odrzec w pierwszym odruchu, ale zamiast tego schowałem język i przełknąłem ślinę, która wydała mi się mieć wielkość i konsystencję piłki koszykowej, a gardło średnicę kciuka.
- Strasznie pana ochlapałam – stwierdziła kobieta i wyjęła z kieszeni chusteczkę. Nie jakąś papierową „velvet coś tam”, zakupioną w kiosku z gazetami, wyjętą spomiędzy paczek papierosów i kostek szarego mydła. Ona miała prawdziwą chusteczkę z materiału – białą, miękką i delikatnie pachnącą perfumami. 
Bałem się, że jak mnie dotknie tą chusteczką to stanie się coś strasznego: zamienię się żabę, ziemia zacznie kręcić się w drugą stronę, albo okaże się, że Cannibale z mojej nowej płyty zaczną grać country. Odsunąłem się o pół kroku i wybełkotałem coś w stylu: „Nic takiego się nie stało”. W końcu od wody z kałuży nikt przecież jeszcze nie umarł. Błoto to chyba ma nawet jakieś zdrowotne właściwości, bo moja babcia opowiadała, że w sanatorium ją w nim kąpali.

Na świecie są większe nieszczęścia

Mała podkówka konika Pony wygięła się w drugą stronę obnażając białe równe ząbki, w zielonych oczach pojawiły się iskierki radości a ja poczułem się pokrzepiony, bo smutek tej kobiety ranił mnie bardziej niż przemoczone ubranie i błoto na głowie.
Ostatecznie spotkanie miałem przecież dopiero za kilka godzin. Jak się pośpieszę to bez trudu wrócę do domu, przebiorę się i przyjadę z powrotem do Warszawy. Naprawdę nie ma czym się przejmować. To tylko woda i błoto. Ludzie umierają na raka, tracą w wypadkach najbliższych, zmagają się z niepełnosprawnością, słuchają gotyckiego metalu z growlingiem przeplatanym żeńskim sopranem... na świecie
jest tyle nieszczęść, zła i cierpienia. Nie róbmy tragedii z 50 litrów wody i 30 kilogramów błota na moim ubraniu!
I tak po kilku minutach udało mi się tą biedną kobietę pocieszyć i gdy odeszła już od samochodu, a jej parasolka zniknęła w tłumie przechodniów podążających Krakowskim Przedmieściem, odetchnąłem z ulgą w poczuciu spełnienia dobrego uczynku. 

Hop do domu, w czyste ciuchy!

A później pokonałem kilometr drogi do metra, w pół godziny dojechałem na przystanek swojego autobusu, którym podróżowałem kolejne 45 minut, a następnie przeszedłem 1,5 kilometra do domu. Wykąpałem się, uprasowałem sobie ubranie, przebrałem się, przeszedłem 1,5 kilometra, spędziłem 45 minut w autobusie, pół godziny w metrze, 15 minut spaceru...i już byłem na spotkaniu.
A gdy z niego wracałem i przechodziłem przez ulicę to robiłem to wolno i ociężale, patrząc tęsknym wzrokiem czy przypadkiem zza zakrętu nie wyjedzie kobieta o zielonych oczach i nie zechce mnie ponownie ochlapać orzeźwiającą deszczówką i aromatycznym zdrowym błotem, które lekarze gromadzą w sanatoriach i za grubą kasę z NFZ kąpią w nim emerytów. 
I przez cały ten dzień towarzyszył mi CANNIBAL CORPSE - „Bloodthirst” - nowiutki, świeżo wydany, pachnący nowością i pieszczący moje uszy przepysznym bukietem dźwięków.
A moje przekładane spotkanie zakończyło się bardzo owocnym zleceniem, za które kilka tygodni później nakupiłem sobie tyle płyt, że dwa razy musiałem zatrzymywać się na chodniku, żeby odpocząć i donieść je do samochodu.