czwartek, 11 lutego 2016

Bratobójcze walki i szukanie pozerów

„Kochane metale”, „metalowa brać”, „poczucie wspólnoty i przynależności subkulturowej” - to pojęcia, które bardzo szybko wyparowały mi z głowy. Gdy zapuściłem długie włosy i zacząłem ubierać się „po metalowemu” początkowo wydawało mi się, że z ludźmi, którzy podobnie wyglądają łączy mnie jakaś więź. Z czasem przekonałem się, że to iluzja. Mój młodzieńczy podział na metali (ludzi wartościowych) i niemetali (podludzi), życie zweryfikowało w szybki i brutalny sposób

Oczywiście, będąc długowłosym nastolatkiem rozglądałem się naokoło i gdy tylko wypatrzyłem kogoś kto wyglądał podobnie czułem z nim naturalną więź. Skoro słucha tej samej muzyki co ja, to musi podobnie myśleć, podobnie patrzeć na świat i mieć podobną wrażliwość. To jednak złudzenie.
- Metal metalowi wilkiem – i to nie tylko dlatego, że poza muzyką może dzielić wszystko inne, ale także z tego powodu, że i sam sposób postrzegania tego metalu może być tak różny jak tylko różni mogą być ludzie.


Tylko ja jestem prawdziwy

Poza tym w „metalach” jest coś więcej – często towarzyszy im aroganckie poczucie, że „to ja wiem najlepiej”, „ to ja tak naprawdę tę muzykę rozumiem”, a „inni to pozerzy”. Przyznam, że kiedyś sam wpadłem w tę pułapkę i choć w życiu nie przyszło mi do głowy, żeby nie tyle kogoś uderzyć, ale nawet powiedzieć mu coś przykrego – patrzyłem na innych metali z wyższością, a logo mojego ulubionego zespołu na czyimś plecaku wywoływało uśmieszek pogardy (bo nie pasowało do sąsiedniego loga innego zespołu). No bo jak do cholery można mieć na plecaku NIRVANĘ i DARKHRONE, albo BURZUM i IRON MAIDEN? To był swoisty paradoks, bo przecież lubiłem i słuchałem wszystkich czterech wyżej wymienionych zespołów, ale jednocześnie z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu uważałem, że zestawianie ich razem na jednej kostce świadczy o „pozerstwie” jej właściciela. Może więc mając te 16 czy 17 lat sam byłem pozerem i niejako przejąłem myślenie tych, którymi wcześniej gardziłem?

Samael i zielone buty

- Jak ty, wyglądasz? Co ty sobą reprezentujesz? - wykrzyknął mi kiedyś w twarz jeden z metalowców z mojego miasta. Poszło o to, że był dzień wiosny i miałem na sobie jakąś koszulkę w kwiatki, która mi wystawała spod bezrękawnika „DEATH”.
Strasznie mnie denerwowała ta metalowa uniformizacja. Lubiłem ubierać się na czarno, nosić ramonę i glany, ale niemiłosiernie mnie irytowało jak ktoś z zewnątrz wcielał się w rolę stróża czystości mojego metalowego wizerunku. Powiedziałem więc temu metalowi, w sposób dość dobitny żeby pilnował swojego nosa. Wtedy zaczął mnie straszyć swoim starszym i większym kolegą (również metalowcem). Konflikt rozstrzygnął się bezkrwawo, bo mieliśmy wspólnych znajomych i nie doszło do eskalacji negatywnych emocji. Zresztą, oni obaj z pół roku później ścięli włosy, ufarbowali na jasny blond, wskoczyli w Lenary i zaczęli jeździć na deskorolkach.
Innego razu czekając na autobus usłyszałem od przechodzących kilku black metalowców, że jestem pozerem bo mam koszulkę SAMAEL i...  zielone buty. Rzeczywiście miałem krótkie buciki a la Martensy, na których czubkach widniały mazaje w kolorze ciemnozielonym. Później przez kilka tygodni słyszałem plotkę o tym, że mają mnie bić. Niestety się nie potwierdziła. Gdy byli w grupie łypali groźnie w moim kierunku, gdy byli pojedynczo spuszczali głowy jak zmęczone konie po całym dniu pracy na roli i przechodzili na drugą stronę ulicy. Jednak ani w grupie, ani pojedynczo nigdy nie zdecydowali się na konfrontację, czego wówczas szczerze żałowałem, a głupio mi było ich lać z powodu jakiś plotek.


Nokaut w tramwaju

Kiedyś w tramwaju usłyszałem, że jestem pozer i na następnym przystanku wylecą na kopach. W ślad za słowami poleciała w moim kierunku puszka z niedopitym piwem. Z tyłu wagonika stało kilku metalowców, trochę starsi ode mnie – jeden wysoki i potężny, dwóch mojego wzrostu i jeden kurdupel. Były to czasy gdy moje zdolności negocjacyjne dopiero się kształtowały, a zdrowy dystans i umiejętności unikania kłopotów nie należały do moich silnych stron. Pamiętam ironiczne uśmieszki gdy się odwróciłem i zacząłem iść w ich kierunku. Ręce splecione na piersi, uniesiona broda i pogarda w oczach. „Co nam zrobisz pozerze, jesteś sam a nas czterech”.
Myśleli pewnie, że podejmę rozmowę, będę próbował polemizować, pyskować, może straszyć kolegami... Nie. Nic takiego się nie stało. Trafiłem najwyższego butem w podbródek tak celnie, że już nie trzeba było poprawiać. Wpadł na kurdupla i obaj przewrócili się na tramwajowych schodach. I to wszystko. Ich kumple nie drgnęli, nie mrugnęli, nie pisnęli słówka . A przecież pozer był tylko jeden. Powiedziałem, że usiądę z przodu i jak mają mi coś do powiedzenia, to żeby przyszli. Usiadłem w drugim końcu wagonu. Nie przyszli. Na następnym przystanku wyprowadzili swojego dużego kolegę i nawet na mnie nie spojrzeli.

Skini i punki to fajne chłopaki

I jak sobie zrobię rachunek sumienia i przypomnę wszystkie konfrontacje z lat szczenięcych, to chyba, z żadną inną subkulturą nie miałem tak na pieńku jak ze swoją własną.
Z punkami żyłem dobrze, bo sam trochę tego punka słuchałem i dodatkowo uważałem, że najlepszy metal to właśnie ten z punkiem, nawet jeśli nie w stylistyce to choćby w duchu. I tego punka wiele słyszałem i w thrash i w death i w black metalu. Zresztą u mnie w mieście punki i metale żyli w zgodzie i większych konfliktów nie było.
Ze skinami też nie było większych problemów, choć raz stanęło na ostrzu noża, a drugi raz zostałem zmuszony do gwałtownej i dość brutalnej pacyfikacji, która zakończyła się w dziwny sposób.
Kiedyś grupka skinów pomyliła nas z punkami (to przez te kaptury). Szliśmy akurat na próbę naszego zespołu i łysi popędzili za nami w liczbie 50 czy 60. Pamiętam jak przyśpieszamy kroku, szarpiemy za furtkę naszej sali prób i okazuje się, że zamknięta. Odwracamy się, a przed nami banda rosłych i wygolonych chłopaków w zielonych flekach z baseballami. Niektórzy w czarnych kominiarkach, inni z twarzami obwiązanymi szalikami. Myślałem, że nas zabiją pod tą salą prób, ale obiecałem sobie, że i ja przynajmniej kilku na tamten świat wyprawie. I gdy już prawie pierwsze kije przecięły powietrze, a zęby posypały się po chodniku... kumpel odnalazł w tym tłumie znajomą twarz. Nie wiem jak on to zrobił, bo wszyscy wyglądali tak samo. Suma sumarum skończyło się przybiciem pięćdziesięciu piątek i wyrzuceniem nadmiaru adrenaliny w sali prób.
Innym razem na warszawskiej Pradze otoczony przez tłum łysych planowałem już pobyt w szpitalu, sanatorium lub na cmentarzu, ale stało się coś strasznie dziwnego. Wybiegł spośród nich jakiś karakan karateka i zaczął atakować mnie efektownymi kopniakami z wyskoku. Wyglądało to niezwykle widowiskowo, ale nie miałem aparatu fotograficznego żeby mu zrobić zdjęcia i docenić walory artystyczne jego nienagannej techniki. Sądząc, że to preludium to ataku pozostałych skasowałem go szybko, stanowczo i brutalnie.
Nikt mnie już nie uderzył, znokautowany karateka został nagrodzony przez kompanów chóralnym śmiechem, a ja poklepany po plecach i uznany za równego gościa. A jak się jeszcze okazało, że słucham GRAVELAND, który nagrał split z HONOR to przez moment myślałem, że zrobią mi postrzyżyny, dadzą zielonego flaka i poproszę bym do nich dołączył.

Prawdziwi i najprawdziwsi

I to tyle konfliktów pomiędzy subkulturami – nie licząc zadym z dresiarzami (to chyba nie subkultura), pijanymi robotnikami z Ukrainy i murarzami pracującymi na pobliskich budowach – wszystkie inne stoczone bitwy były bitwami „bratobójczymi” - a więc metala z innymi metalami. W imię jakiś wyimaginowanych zasad, przez brak przestrzegania dress code, z chęci wzbogacenia się o bilet czy paru złotych na piwo, a najczęściej z powodu pijaństwa i zupełnie nieuzasadnionej agresji, która napastnikowi podpowiadała, że jest „prawdziwszy”, „twardszy”, a „metal ma bardziej we krwi” niż ja.
Dodam jeszcze, że znakomita większość tych wszystkich napastliwych metalowców to straszni leszcze byli – zbyt mocno wierzący w siłę grupy, albo własne gabaryty. Gdy jedno i drugie okazało się bolesnym złudzeniem pojawiała się rozpacz na twarzy i łzy w oczach. A co charakterystyczne, wszyscy ci najbardziej zatwardziali, najbardziej maniakalni, prawdziwi i wypatrujący u innych oznak pozerstwa, najszybciej się z tej muzyki wykruszyli. Znaleźli sobie jakąś inną niszę, w której mogę czuć się bezpieczni, lepsi od innych i „prawdziwsi”. Nawet jeśli ta „prawdziwość” polega na odśnieżaniu chodnika, wyciąganiu zawartości szamba, czy siedzeniu przed telewizorem z Mocnym Fulem i oglądanie kolejnych odcinków „Kiepskich” na Polsacie.

Iron Against Graveland Machine

Cholernie się cieszę z tej homogenizacji metalowej sceny, która dokonała się w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Dziś na koncercie spotykają się ludzie w koszulkach z IRON MAIDEN z ludźmi w koszulkach BURZUM. Nikogo nie dziwi, że można jednocześnie być fanem GRAVELAND i RAGE AGAINT THE MACHINE. Każdy słucha czego chce, ubiera się jak chce i nikt nie robi z tego problemu. A przetestowałem ostatnio kilkakrotnie zakładając koszulki ALEXANDRA MARCUSA na koncerty metalowe. Przecież w latach dziewięćdziesiątych gość z taką koszulką byłby równie mile widziany na koncercie metalowym, co murzyn na spotkaniu Ku-Klux -Klanu. A dziś wszyscy mają to gdzieś. Ocenianie ludzi na podstawie tego czego słuchają jest dla mnie równie sensowne co ocenianie atrakcyjności kobiet na podstawie śladów ich butów pozostawionych na śniegu. I chyba coraz więcej osób podchodzi do tej sprawy z podobnym dystansem.

7 komentarzy:

  1. Chyba zapomniałeś o "elitarnosci",albo to tylko moja przypadłość była . Lubiłem być ten pierwszy co odkrył kapelę . Byłem lepszy bo ja ich znam a Ty nie. Tylko jak kapela zaczęła zyskiwać rozgłos,automatycznie traciła w moich oczach. A nadal grali dobrze nawet czasami zdarzało się że lepiej. Ale dla mnie to już nie było true :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. hehehe pamiętam jak mój idealizm temacie metalowego braterstwa został brutalnie zweryfikowany w wakacje pomiędzy 7 i 8 klasą podstawówki gdy dostałem w pysk od dwa razy większego ode mnie kolesia z długimi włosami za to, że mając koszulkę Slayer, w rękach trzymałem kasety z dopiero co wydanynami "Nie Wierzę Elektrykom" Big Cyca i ... "Innuendo" Queen. Coś tam bełkotał po pijaku, że nienawidzi pseudo-metali :).

    pozdr
    Łukasz
    gloriametalus.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam "Innuendo" i choćby dlatego oddałbym mu nie patrząc ile razy jest większy ode mnie :) Za Big Cyca liść się należał ;)

      Usuń
  4. To samo miasto, prawie ta sama historia, choć kilka lat później...

    Z długowłosą czarno ubierająca bracią faktycznie zatargów najwięcej, choć powodem nie były rzeczy tak przyziemne jak naszywki czy koszulki. Za moich czasów, te kilka lat później, zazwyczaj chodziło o kobiety :) Choć i tak to zazwyczaj była partanina, wyzwiska i gromadzenie kolegów i na tym się kończyło. A panna odchodziła z tym trzecim, co to zawsze korzysta, gdy dwóch się prawie bije...

    Z punkami nie było problemu, za moich czasów byli już skutecznie wyeliminowani przez łysych :D Pościnali włosy, przestali chodzić po naszym pięknym mieście, cholera ich wie... Z łysymi też było spoko, bo kuzyn sąsiada był tam ważną szychą i mimo długich kudłów (podobnie jak wspomniany sąsiad), z łysymi mieliśmy może nawet coś na kształt sztamy. Byli za to jeszcze łysi przyjezdni i grunge, którzy lubili przesiadywać na cmentarzu i tam oddawać się spożywaniu ambrozji czy też oddawaniu jej na cmentarne mury i drzewa. No i dla tych nie było litości, co udowadniała zazwyczaj grupa łysych i dwóch kudłatych...

    Dresiarnia, wywoływana zazwyczaj hasłem "naszych biją", zwykle ulatniała się pod naporem kilkudziesięciu młodych, napompowanych adrenaliną i procentami miłośników ciężkiej muzy wszelakiej. Jeden pamiętam wyjątek, kilkudziesięciu szalikowców Lecha bodajże... Kije, łańcuchy, szaliki, kominiarki... Silnych na nich nie było, radiolka przejechała gdzieś w oddali a ośrodek się zabarykadował :P

    OdpowiedzUsuń
  5. ciesze sie ze jestem mlodszy od Ciebie - moze to tylko chyba 5 lat, ale jak widac cala wiecznosc, bo 90% z tego co piszesz nie mialo juz miejsca i chore ocenianie czlowieka po pogladach zostalo juz tylko na scenie hc/punk. nawet przepytywanie o dyskografie/sklady juz sie wtedy konczylo

    OdpowiedzUsuń
  6. ELitarność i wypytywanie o dyskę zespołów ponoć nadal można spotkać na koncertach thrashowych zespołów, ale tylko tak słyszałem. Najczęściej w internecie można spotkać takich napinaczy, zwłaszcza na ask.fm na profilach dziewczyn słuchających muzyki metalowej.
    Sam też na początku uważałem, że wszyscy metale to jedna wielka rodzina, ale gdy się zaczęło poważne zagłębianie się w thrash czy black metal, into internety, doświadczało się tego, jakim bagnem jest subkultura metali. Zaczęło się najeżdżanie na innych słuchających podobnego podgatunku lub zupełnie innych, śmieszkowanie z Nirvany, Korna, Slipknota i podobnych. Po pewnym czasie uznałem, że szkoda na to czasu i nerwów, a najlepiej mieć to gdzieś kto czego słucha. Na koncertach można całkiem ogarniętych ludzi poznać, zwłaszcza w klimatach death i black metalu. A jak się komuś coś nie podoba - olać ciepłym moczem.

    OdpowiedzUsuń