wtorek, 2 lutego 2016

BRUTALITY: Różnobarwne motyle nad polem kwitnących maków

Brutality to amerykański drugoligowy zespół death metalowy. Spokojnie. Drugoligowy ze względu na popularność, ale na pewno nie jakość. Po trzech płytach nagranych w latach 90. dość długo zbierali się ze swoją albumową reaktywacją. Wreszcie jest! Pełna płyta BRUTALITY! Zachwyca, ale jednocześnie pozostawia delikatny niedosyt...



Z powrotami po latach jest różnie – najczęściej ich odbiór uzależniony jest od indywidualnych preferencji i upodobań. Wiadomo, jak to z muzyką. Tak prawdopodobnie będzie dopóki nikt nie wymyśli sufmiarki do mierzenia wartości płyt, w oparciu o gust obiektywny i prawdy objawione. A jak już to ktoś wymyśli to nazwiemy go wariatem i zaprzeczymy wszystkim jego twierdzeniom. Nie spalimy go na stosie tylko dlatego, że nie pozwalają na to przepisy prawa i dogmaty religijne, kształtujące poczucie moralności współczesnego cywilizowanego człowieka.

Powroty udane i te mniej udane

Niektóre z powrotów sprawiają wrażenie wykalkulowanych i choć są zgrabnie skrojone na potrzeby fanów to jednak na dłuższą metę niezbyt emocjonujące (CARCASS). Są też takie, które nawiązują do stylu sprzed latyt, ale jednocześnie tchną świeżością (AT THE GATES). Są powroty, o których złego słowa powiedzieć nie można, ale też niewiele więcej ponad „przyzwoite” i „poprawne” (BROKEN HOPE, MORGOTH). Zdarzają się też powroty doskonałe, płyty, które nagrywane po latach nie tylko śmiało nawiązują do czasów świetności, ale w niczym nie ustępują klasycznym albumom nagranym przed laty (ASPHYX, AUTOPSY).
Jak jest z nowym albumem BRUTALITY? Jest świetnie. Amerykanie po latach niebytu nagrali płytę, która niebezpiecznie zbliża się do ostatniej z wymienionych przeze mnie kategorii. Świetnie brzmiącą, niebanalną, przemyślaną, inteligentną i fascynującą. Jest tylko jedno małe „ale”, ale o tym za chwilę...

Druga liga death metalu

Brutality to amerykański drugoligowy zespół death metalowy. Spokojnie. Drugoligowy ze względu na popularność, ale na pewno nie jakość. Swój debiut wydali dość późno (zważywszy na to, że zaczęli swoją aktywność w 1987 roku). Płyta „Screams of Anguish” z 1993 roku imponowała nie tylko brutalnością, ale także technicznym wyrafinowaniem, oryginalnością i precyzją wykonania. Ogniste riffy, zmiany tempa, niebanalne melodie i aranżacje, chwytliwość i swoista przebojowość tej płyty, śmiało wpisują ją do grona najciekawszych albumów tamtych czasów. A pamiętajmy, że były to jeszcze czasy death metalowej potęgi (nawet jeśli powoli chylącej się ku upadkowi).
Kolejne albumy BRUTALITY ukazywały się w warunkach coraz mniej sprzyjających gatunkowi.
O ile niewiele ustępująca debiutowi  „When the Sky Turns Black” spotkała się z niezłym przyjęciem, tak „In Mourning” w 1996 roku przepadła z kretesem, pozostając jedynie w kręgu zainteresowań nielicznych i najbardziej zagorzałych fanów gatunku. A szkoda, bo zarówno drugi jak i trzeci album Amerykanów zasługują na uwagę i jedynym ich grzechem jest, że nie powstały chociaż 3-4 lata wcześniej.

Nieśpieszna reaktywacja

Już chyba w roku 2002 pojawiały się plotki o reaktywacji BRUTALITY. Słyszałem nawet, że poreaktywacyjny album miała wydać nasza rodzima Still Dead Productions, dla której Amerykanie nagrali jakieś promo. Nie pamiętam już co pierwsze zdechło – wytwórnia czy owe pogłoski.
Panowie jednak ostatecznie powrócili – poza perkusistą, w oryginalnym składzie z czasów debiutu. Pierwszym namacalnym sygnałem tego powrotu była świetna MCD „Ruins Of Humans” sprzed dwóch lat.
Tylko dwa utwory i niespełna kwadrans muzyki, ale to wystarczyło by w pełni potwierdzić, że ta reaktywacja miała sens. 
Nazwa Brutality od samego początku jest dla zespołu trochę krzywdząca, bo przecież oprócz brutalności ta muzyka ma jeszcze bardzo wiele do zaoferowania. Wystarczy posłuchać długiej, wyrafinowanej i pięknej partii solowej w utworze „Irreversibly Broken” ze wspomnianego MCD. A takich momentów w Brutality jest przecież sporo. Również na tegorocznej pełnej płycie, zatytułowanej „Sea Of Ignorance” brutalność przeplata się z melodią, ciężkie potężne riffy mieszają się z pulsem partii basowych i absolutnie zniewalającą gitarą solową, która rzeźbi piękne frazy na długo zapadające w pamięci. Struktura utworów niebanalna, nieprzewidywalna, erudycja gitar niepohamowana. Z każdym przesłuchaniem jestem tym krążkiem coraz bardziej zachwycony i coraz wyraźniej dostrzegam jego kunszt i wielowymiarowość. 

Kreacja bez masturbacji

Cudowne rzeczy dzieją się już w otwierającym utworze tytułowym – i ciężar i tłusty bas i perliście wybrzmiewające partie solowe – kunszt, piękno i dopracowanie.
„48 to 52” zaczyna się walcowatym wstępem, przechodząc w akustyczną gitarę wybrzmiewającą na tle masywnej sekcji rytmicznej, no i te wokalizy: potężne, silne i niezwykle emocjonalne. Pięknie ten utwór buduje swoją dramaturgię, jest jak monumentalna opowieść wysłuchana na okręcie roztrącającym fale morskie i zmierzającym ku nieznanym lądom, skrywanym za niewyraźną linią horyzontu. Ten progresywny sznyt Brutality uwodzi każdym dźwiękiem, bo ani przez moment nie popada w pretensjonalność, a kunszt instrumentalny muzyków zawsze jest narzędziem służącym do kreacji działa, a nie działem samym w sobie.
Brutality mimo całego swojego wyrafinowania nie zapomina o emocjach – jest jak pisarz, który ani przez moment nie daje ponieść się masturbacji słowem, ale cały czas trzyma się swojej fabuły i każde napisane zdanie ma fundamentalne znaczenie dla odbioru całości. Bo trzeba przyznać, że w tych utworach zachowana jest ogromna spójność, nie tylko brzmieniowa, ale i klimatyczna. Przez pierwsze sześć utworów przechodzimy jak przez kolejne rozdziały fascynującej powieści, która z każdą minutą coraz bardziej wciąga i coraz sugestywniej maluje w naszej wyobraźni kreowany świat i jego bohaterów. 

Wielobarwne motyle nad postapokaliptyczną łąką

Jak pięknie łkają te solowe gitary w „Tribute”, jak cudownie odradza się moc w „Perpetual Resolution”, jak wspaniale bulgocze tam gitara basowa, a później ta solowa – przestrzenna, lekka, zwiewna i pełna uroku. Jak różnobarwny motyl wypuszczony z klatki, który nad polem kwitnących maków kreśli w powietrzu niewidzialne i skomplikowane pętle. Gdyby przywiązać mu do nóżki nitkę jedwabiu to kto wie czy nie uwiłby pięknej sukni lub zwiewnego szala, chroniącego od chłodów poranka kończącego się lata. Ale zaraz! Co ja tu o motylach, jak to Brutality leci, a nie Batterflylity. I o tym przypominają te potężne partie gitar, te cudownie młócące riffy, które wchodzą dokładnie w chwili gdy nasz kolorowy łuskoskrzydły owad znika z zasięgu wzroku. Ale ta brutalność nie ginie w ścianie chaosu, ona w niczym nie przypomina odgłosów szalejącej burzy – bliżej jej do jakiejś ogromnej i precyzyjnej maszyny, która została zaprogramowana by siać zniszczenie w sposób metodyczny, skuteczny i pieczołowicie zaplanowany. 

Hołd dla zmarłego Wikinga

Więc jakie „ale” pojawia się w przypadku tej płyty? To "ale" zaczyna się wraz z siódmym utworem, gdy szumiące fale zaczynają wydawać się znajome, a gitarowy wstęp przenosi nas do mroźnej Skandynawii, z której najodważniejsi wyruszali w dalekie morskie podróże, by zdobyć pożywienie, podbijać inne ludy i chwalić imię Odyna. „Shores in Flames” to znany wszystkim utwór, rozpoczynający płytę „Hammerheart” BATHORY (lub jak ktoś woli BATHORD – bo i z taką pisownią spotkałem się kiedyś na Allegro). 
To nie jest kwestia tego, że BRUTALITY ten cover położyli. Nie. Zagrali go po swojemu, ale jednocześnie w duchu oryginału – jest patetycznie, pięknie, wzniośle i z polotem.
Ale, na młot Thora!
Na mury obronne Asgardu!
Ten hołd (nawet jeśli znakomity) dla świętej pamięci Quorthona, zabiera nam aż 11 minut i czternaście sekund z krążka, który trwa niespełna 40 minut. To ponad ćwierć płyty. 
Zważywszy na to, że większość autorskich utworów zamyka się w czterech minutach, to gdyby nie ten (sorry) nieszczęsny cover, mielibyśmy 2-3 utwory więcej. A przecież jakość pozostałych siedmiu kompozycji wypełniających „Sea Of Ignorance” bezsprzecznie potwierdza, że przyjęlibyśmy je, jeśli nie z twarzą w ziemi, to chociaż na kolanach. 

I to jest właściwie dla mnie jedyny mankament tej płyty i jedyne źródło mojej (umiarkowanej) frustracji. 
Ale cóż – nic nie zmienimy, trzeba się cieszyć z tego co jest, a na pewno jest czym. O albumie roku w lutym jeszcze mówić nie będę, ale gdybym miał wskazać ALBUM STYCZNIA 2016 to mój wybór padłbym właśnie na „Sea Of Ignorance”. Doskonały powrót i świetna płyta. 
Teraz chcę koncertu!

1 komentarz:

  1. Sea of Ignorance super płyta. Mnie najbardziej denerwuje End of Days i jego szybkie a zarazem powolne wyciszenie :/. Nie wiem kto wpadł na tak głupawy pomysł , aby zacząć wyciszać 40 sek. przed końcem, gdy leci zajebista solówa!!! :(

    Irreversably Broken jest genialne! (Ruins of Humans też doskonałe)

    OdpowiedzUsuń