niedziela, 21 lutego 2016

CLAWFINGER: Gdy rap spotyka metal

Połączenie rapu z metalem w pierwszej chwili wydawało się czymś niedorzecznym – szybko jednak się okazało, że ta muzyka może mieć nie tylko swój urok, ale i moc. Zaczynali w latach osiemdziesiątych Beastie Boys, zaczynał Aerosmith w kooperacji z Run DMC, w odświeżonym „Walk This Way”, a później dołączały inne zespoły


Rap z metalem na początku lat dziewięćdziesiątym wciąż był czymś świeżym i ekscytującym. Dla ortodoksyjnych metalowców to pewnie była profanacja i szarganie świętości – ja jednak za ortodoksa nigdy się nie uważałem i przyjąłem ten trend z otwartymi rękami. A raczej te wszystkie rapowo-metalowe rzeczy, które do mnie dotarły zanim ta muzyka stała się trendem, a takie granie emanowało świeżością. Chyba pierwszą rzeczą z jaką spotkałem się w tej stylistyce był utwór ANTHRAX z PUBLIC ENEMY – zobaczyłem u kumpla na kasecie VHS teledysk i byłem wstrząśnięty. W tej muzyce był niesamowity czas i szalona ekspresja. Mniej więcej w tym samym czasie kolega pożyczył mi kasetę z debiutem BODY COUNT. Płytę tę przyjąłem z umiarkowanym entuzjazmem – za dużo rapu i za mało rasowego gitarowego grania jak dla mnie. Lepiej podeszło mi RAGE AGAINT THE MACHINE, ale do nich od razu też się nie przekonałem. A później było prawdziwe trzęsienie ziemi – debiut PRO-PAIN. Tak, przy pierwszej konfrontacji odebrałem te wokalizy jako wściekłe rapowanie, później jednak nieco zweryfikowałem swój pogląd i uznałem, że PRO-PAIN gra we własnej lidze.

Gniewne wokale, agresywne gitary

Drugie trzęsienie ziemi nastąpiło gdy pożyczyłem od kolegi kasetę z legendarną ścieżką dźwiękową do filmu „Judgment Night”. O niej napiszę kiedyś szerzej – nadmienię więc tylko krótko, że zamiotła mną podłogę i na zawsze zajęła miejsce wśród ulubionych soundtracków.
Na początku liceum często chodziłem na imprezy, zarówno do klubów jak i na rozmaite domówki, organizowane najczęściej przez znajomych, pod nieobecność rodziców. Oprócz muzyki metalowej i okołometalowej, leciało tam trochę hip-hopu i właśnie rap-metalu, który poniekąd łączył różne upodobania muzyczne. Pewnym przełomem, a dla mnie równocześnie schyłkiem tej estetyki muzycznej był debiutancki album CLAWFINGER – Deaf Dumb Blind, który jak większość rzeczy, dotarł do mnie z opóźnieniem.
Ta płyta była dla mnie idealna – gitary miały swój ciężar, riffy agresję i moc, a rapowane wokale były pełne gniewu i ekspresji. Płyta trafiła do mnie w postaci kasety, na którą kolega przegrał nagrania z CD. Pamiętam, że przeżyłem mocny szok gdy dowiedziałem się, że wokalista jest biały, a zespół, o dziwo, jest ze Szwecji. Poznając CLAWFINGER byłem pewien, że to jacyś czarni gangsterzy z Harlemu, którzy tylko na chwilę odłożyli spluwy by mieć wolne ręce na gitary.
„Nigger” zaczynał płytę dobitnie, bezkompromisowo – piękne były i gitary i sampel i wokale, a riff rozpoczynający „The Truth” to już było mistrzostwo świata – prujący, selektywny, z połamaną prostą rytmiką. „Tell me the truth, Tell me the truth Tell me the truth you sucker!” - to była naprawdę mocna rzecz. Dla mnie wówczas nieporównywalnie lepsza niż BODY COUNT, RATM, czy inne dotąd słyszane rapowo-metalowe płyty. Choćby taki początek „Don't Get Me Wrong” - to nie mogło nie porywać! 

Muzyka na imprezy 

CLAWFINGER zachwycał swoją prostotą, dosadnością i bezpośredniością, ciężkimi, rwanymi riffami, czytelnymi, pełnymi gniewu wokalami i tymi wszystkimi samplami, które świstały, szumiały, zgrzytały i bzyczały w tle.
Wyrazistość, selektywność i niesamowity ładunek energetyczny tej muzyki predestynowały ją do miana pewniaków niemal każdej imprezy, na której byłem w tamtym czasie. Oczywiście po chwilach zachwytu i ekstazy emocje osłabły i szybko okazało się, że w domu czy na słuchawkach wolę sobie posłuchać jakiejś „ambitniejszej muzyki metalowej” - tym bardziej, że w tym czasie wychodziło naprawdę sporo klasowych i mniej oczywistych albumów z kręgu death czy black metalu.
Po absolutnie porywającym debiucie CLAWFINGER w roku 1995 wydał drugą płytę - „Use Your Brain”. Wówczas jednak swoją wielką fascynację rap-metalem miałem już za sobą, kasety nie kupiłem i ograniczyłem znajomość tego albumu „Do What I Say”, który leciał na większości imprez i wywoływał histeryczne reakcje moich kolegów. Kupiłem tę płytę jakiś czas później i ostatecznie stwierdziłem, że wcale ona nie ustępuje debiutowi. A jeśli już to największym jej grzechem jest brak już tej świeżości, które cechowała poprzedniczkę z racji wcześniejszej premiery. W 1995 roku rap metal był już trendem – Body Count miał drugą płytę, pojawiły się takie zespoły jak Urban Dance Squad (z wielkim imprezowym hitem „Demagogue”), popularność zyskiwał Stuck Mojo, a wkrótce także coraz częściej napotykałem Korn, Limp Bizkit czy P.O.D. Jednak tych trzech ostatnich zespołów w ogóle już nie potrafiłem zaakceptować, a imprez, na których bawiono się przy ich kawałkach powoli zaczynałem unikać. Gdy usłyszałem rapowanki w OBITUARY skrzywiłem się z niesmakiem i nawet na kilka lata obraziłem się na ten zespół. 

Ślepa uliczka

Dziś rap z metalem zupełnie mnie nie interesuje – mam wrażenie, że to był ślepy zaułek, którego po krótkim czasie nikt już nie potrafił rozwinąć. Kupiłem kiedyś także późniejsze płyty CLAWFINGER, ale dziś już nic z nich nie pamiętam – poza tym, że próbowali swoją muzykę urozmaicić i dodać do niej więcej melodii, co odbiło się ze szkodą, bo pozbawiło ich pierwotnej mocy i prostoty. Do KORN podchodziłem kilkakrotnie, ale w ich muzyce odnajdowałem się z równym wdziękiem co Arnold Schwarzenegger w filmach komediowych. Limp Bizkit i pochodne to dla mnie straszny koszmar, który wpisuję gdzieś pomiędzy nu-metalowe wynalazki z beczącymi refrenami śpiewanymi przez facetów, którzy wyglądają jak brzydkie kobiety (lub kobiety wyglądające jak ładni faceci – pewności nigdy nie ma).
Nawet nie raz na rok, ale raz na kilka lat wracam jednak do debiutu CLAWINGER. Gdy dowiedziałem się, że przyjeżdża BODY COUNT chętnie wybrałem się na ich koncert. Częściej wracam do RATM i Beastie Boys – ale wpisywanie tych zespołów nurt rap-metalu jest dużym uproszczeniem i krzywdzącą definicją. Najchętniej powracam do ścieżki dźwiękowej „Judgment Night” - siła sentymentu do tych nagrań jest dla mnie obezwładniająca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz