sobota, 20 lutego 2016

Dzień, w którym chciałem zabić!

Czy poczuliście kiedyś pragnienie krwi? Mieliście ochotę kogoś zabić? Wyrwać mu głowę potężnym podbródkowym, złamać mu kręgosłup na kolanie, albo urwać mu ręku i wepchnąć do gardła tak głęboko by się nią udławił? O tak! Mało kiedy w życiu czułem taką złość jak owego deszczowego jesiennego przedpołudnia roku 1999! Zapnijcie pasy i przygotujcie się na mrożącą krew w żyłach historię pełną przemocy i estetycznych uniesień


To był paskudny dzień – szary, bury i smutny. Niebo koloru podbitego oka, deszcz siąpił jak krew z rozbitego nosa alegrika. Jeden z takich dni, w które najchętniej zostałoby się w łóżku i nawet nie odsłaniało zasłon.
Ale ja wystroiłem się jak kornik na otwarcie lasu bo miałem spotkanie biznesowe i perspektywę podpisania intratnej umowy. Niestety w ostatniej chwili coś wypadło i mój kontrahent poprosił o przełożenie spotkania z rana na popołudnie.

Płytowa radość i ekstaza!

Chcąc wykorzystać mnóstwo wolnego czasu, wybrałem się na uczelnię załatwić jakieś papierkowe sprawy w dziekanacie. Po drodze jednak wstąpiłem do Empiku.
I wtedy niebo się rozstąpiło, wiatr przegnał deszczowe chmury odsłaniając słońce, ptaki się rozćwierkotały, a wszystkie kobiety na ulicy zrzuciły z siebie płaszcze i obnażając skąpe bikini zaczęły tańczyć brazylijską sambę.
Tak mi się przynajmniej przez moment zdawało, bo na półce zobaczyłem nową płytę CANNIBAL CORPSE - „Bloodthirst”! Rzuciłem się na nią jak Trynkiewicz na 12-letniego chłopca i pognałem z nią do kasy.
Zapłaciłem, rozprułem folię jak Kuba Rozpruwacz prostytutkę z ubogiej dzielnicy i wrzuciłem płytę do discmana. Wyszedłem na chodnik przy skrzyżowaniu Al. Niepodległości z Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem, przeszedłem przez ulicę i zanim gitarowe dźwięki kanibali na dobre zaczęły pieścić bębenki moich uszu, stała się rzecz straszna...

Kąpiel w deszczówce, okłady z błota

Czarne bmw wyjechało zza zakrętu i wpadło prosto w ogromną dziurę w jezdni, pełną deszczówki i błota. Milion litrów brudnej, śmierdzącej brei wystrzeliło w górę jak lawa z krateru przebudzonego wulkanu. Mój instynkt pająka nie zadziałał – pogrążony w muzycznej ekstazie nie zdawałem sobie sprawy, że za chwilę to wszystko na mnie spadnie.

Chlap! Plusk! Chlup!

Powiedzieć, że mnie ochlapało to mało. Ochlapałem to ja dziś kobietę w Pruszkowie, która podbiegła do mojego samochodu czyniąc mi wyrzuty, po czym wyjęła chusteczkę do nosa, otarła sobie pantofel i poszła dalej. Mnie owego pamiętnego dnia nie ochlapano – na mnie narzygano deszczówką i wypróżniono się błotem. Wyglądałem jakbym przez tydzień mieszkał w kanale ściekowym i żywił się szczurami. Mokry od czubka głowy do stóp. Twarz w błocie, kurtka w błocie, spodnie w kant przykleiły mi się do nóg. Zdjąłem okulary, otarłem rękawem oczy i widząc odjeżdżające czarne bwm wiedziałem, że oto nadszedł dzień, w którym zabiję pierwszego człowieka. Nie zastanawiając się pół sekundy ruszyłem sprintem za samochodem tak wkurzony, że nawet przez głowę mi nie przeszło, że mogę go nie dogonić. Gdy zobaczyłem, że włącza prawy kierunkowskaz i zjeżdża na parking prawie krzyknąłem z radości.

W pogoni za morderstwem!

- Nie okażę litości! Rozniosę tego debila! - obiecywałem sobie w duchu i modliłem się by w samochodzie nie siedział chuderlawy księgowy z klatką piersiową wielkości suszonej figi, ale ze czterech łysych karków, których torturowanie przed śmiercią zajmie mi trochę czasu i w pełni ukoi mój gniew.
Otwieram drzwi od strony kierowcy i walę kolanem prosto w twarz, wyciągam za nogi z samochodu, skaczę po brzuchu, a później kantem płytki wyrwanej z chodnika odcinam kierowcy głowę. Wtedy wysiadają z samochodu jego trzej kumple. Dobrze jakby byli uzbrojeni – kije baseballowe, łańcuchy, kastety, noże. Ruszę na nich jak byk na czerwoną płachtę torreadora. Będę brutalny jak dowcipy Karola Stasburgera opowiadane w „Familiadzie”.
Rozgrzewany zbrodniczymi myślami, będącymi połączeniem brutalności filmów gore, ekspresji gry „Mortal Kombat” z dynamikę kreskówek „Struś Pędziwiatr”, zbliżyłem się do samochodu. I wreszcie go dopadłem, dokładnie w chwili gdy zaparkował i wyłączył silnik. Szarpnąłem drzwi z werwą akwizytora handlującego rajstopami w szpitalu położniczym, gotów złapać kierowcę za szyję tak mocno, że jego głowa wystrzeli do góry jak korek od szampana w sylwestrową noc.

Podkówka kucyka Pony


I wtedy widzę szpilkę. Czerwoną szpilkę na kształtnej stopie wystawioną na chodnik. Podążam wzrokiem za tą stopą i widzę, że jej przedłużeniem jest smukła łydka przechodząca w kolano, skrywane pod czarnym materiałem sukienki, która kilka centymetrów wyżej była przykryta płaszczem. Płaszcz ciągnął się aż do białej smukłej szyi, na której osadzona była mała, zmartwiona główka z parą wielkich zielonych oczu przedzielonych lekko zadartym noskiem. Pod tym noskiem mieszkały małe czerwone usteczka wydęte w podkówkę, którą można by podkuć kucyka Pony. Ta pełna wdzięku twarzyczka wyrażała taką rozpacz i smutek, że w pierwszym odruchu chciałem jej oddać swoją świeżą zakupioną płytę Cannibali, by znalazła w niej pocieszenie.
Odrzuciłem jednak tą niedorzeczną myśl, uświadamiając sobie, że stoję jak kretyn nad tą biedną kobietą nie wykrztusiwszy jeszcze z siebie nawet jednego słowa. Na domiar złego uświadomiłem sobie, że sapię. Zieję jak pies pozostawiony w upalny dzień w zamkniętym samochodzie. Prawdopodobnie usta miałem otwarte, a na brodzie wisiał mi język.

Chlap mnie  jeszcze! 

- Bardzo pana przepraszam – wypowiedziała kobieta aksamitnym głosem, będącym skrzyżowaniem namiętnego szeptu z westchnieniem rozkoszy.
- Ależ nie ma za co. Cała przyjemność po mojej stronie – chciałem odrzec w pierwszym odruchu, ale zamiast tego schowałem język i przełknąłem ślinę, która wydała mi się mieć wielkość i konsystencję piłki koszykowej, a gardło średnicę kciuka.
- Strasznie pana ochlapałam – stwierdziła kobieta i wyjęła z kieszeni chusteczkę. Nie jakąś papierową „velvet coś tam”, zakupioną w kiosku z gazetami, wyjętą spomiędzy paczek papierosów i kostek szarego mydła. Ona miała prawdziwą chusteczkę z materiału – białą, miękką i delikatnie pachnącą perfumami. 
Bałem się, że jak mnie dotknie tą chusteczką to stanie się coś strasznego: zamienię się żabę, ziemia zacznie kręcić się w drugą stronę, albo okaże się, że Cannibale z mojej nowej płyty zaczną grać country. Odsunąłem się o pół kroku i wybełkotałem coś w stylu: „Nic takiego się nie stało”. W końcu od wody z kałuży nikt przecież jeszcze nie umarł. Błoto to chyba ma nawet jakieś zdrowotne właściwości, bo moja babcia opowiadała, że w sanatorium ją w nim kąpali.

Na świecie są większe nieszczęścia

Mała podkówka konika Pony wygięła się w drugą stronę obnażając białe równe ząbki, w zielonych oczach pojawiły się iskierki radości a ja poczułem się pokrzepiony, bo smutek tej kobiety ranił mnie bardziej niż przemoczone ubranie i błoto na głowie.
Ostatecznie spotkanie miałem przecież dopiero za kilka godzin. Jak się pośpieszę to bez trudu wrócę do domu, przebiorę się i przyjadę z powrotem do Warszawy. Naprawdę nie ma czym się przejmować. To tylko woda i błoto. Ludzie umierają na raka, tracą w wypadkach najbliższych, zmagają się z niepełnosprawnością, słuchają gotyckiego metalu z growlingiem przeplatanym żeńskim sopranem... na świecie
jest tyle nieszczęść, zła i cierpienia. Nie róbmy tragedii z 50 litrów wody i 30 kilogramów błota na moim ubraniu!
I tak po kilku minutach udało mi się tą biedną kobietę pocieszyć i gdy odeszła już od samochodu, a jej parasolka zniknęła w tłumie przechodniów podążających Krakowskim Przedmieściem, odetchnąłem z ulgą w poczuciu spełnienia dobrego uczynku. 

Hop do domu, w czyste ciuchy!

A później pokonałem kilometr drogi do metra, w pół godziny dojechałem na przystanek swojego autobusu, którym podróżowałem kolejne 45 minut, a następnie przeszedłem 1,5 kilometra do domu. Wykąpałem się, uprasowałem sobie ubranie, przebrałem się, przeszedłem 1,5 kilometra, spędziłem 45 minut w autobusie, pół godziny w metrze, 15 minut spaceru...i już byłem na spotkaniu.
A gdy z niego wracałem i przechodziłem przez ulicę to robiłem to wolno i ociężale, patrząc tęsknym wzrokiem czy przypadkiem zza zakrętu nie wyjedzie kobieta o zielonych oczach i nie zechce mnie ponownie ochlapać orzeźwiającą deszczówką i aromatycznym zdrowym błotem, które lekarze gromadzą w sanatoriach i za grubą kasę z NFZ kąpią w nim emerytów. 
I przez cały ten dzień towarzyszył mi CANNIBAL CORPSE - „Bloodthirst” - nowiutki, świeżo wydany, pachnący nowością i pieszczący moje uszy przepysznym bukietem dźwięków.
A moje przekładane spotkanie zakończyło się bardzo owocnym zleceniem, za które kilka tygodni później nakupiłem sobie tyle płyt, że dwa razy musiałem zatrzymywać się na chodniku, żeby odpocząć i donieść je do samochodu.


2 komentarze: