środa, 17 lutego 2016

Dziś skończyłby 50 lat

Przechytrzył nas! Dziś obchodziłbym pięćdziesiąte urodziny, ale nie – on postanowił umrzeć młodo i niespodziewanie. Quorthon zmarł w czerwcu 2004 roku. Był w moim wieku, miał zaledwie 38 lat. To mnie dziś przeraziło, nawet nie względu na samą śmierć – bo przecież ludzie umierają w każdym wieku – ale gdy sobie uświadomiłem ile ten człowiek w ciągu tego swojego życia zrobił i ile po sobie pozostawił


Nawet nie będę próbował opisać wszystkich płyt BATHORY w jednym tekście – to temat na książkę, a nie blogowy wpis, na który w najlepszym razie ludzie są gotowi poświęcić kilka minut. 
Napiszę krótko – cholernie mnie ten Quorthon irytował w wywiadach, które z nim czytałem. On nie tylko miał ogromny dystans do swoich klasycznych krążków, ale najwyraźniej ich w ogóle nie szanował. Początki BATHORY przedstawiał jako dziecinadę, wygłupy nastolatka nie potrafiącego grać ani śpiewać, które z jakichś niezrozumiałych względów zostały nie tylko zaakceptowane, ale stały się kamieniem milowym dla rozwoju kilku podgatunków metalu. A mnie, jako nastolatka to złościło – bo raptem ktoś mi mówił, że muzyka, którą wynoszę na ołtarze jest siermiężna, nieudolna i zupełnie niedojrzała. I nie mówi mi tego jakiś dresiarz z sąsiedztwa czy pan od muzyki ze szkoły, ale Quorthon – facet, który tę muzykę stworzył.

 Bluźnierca i cynik

On oczywiście miał rację – pierwsze płyty BATHORY nie są popisem wirtuozerii i kunsztu kompozycyjnego. To prosta, prymitywna muzyka zagrana z wręcz punkowym zacięciem. Ale właśnie w tym tkwiła jej siła. Była jak wirus infekujący umysły wielu młodych gniewnych grajków, którzy zaczęli tworzyć podwaliny pod muzykę death i black metalową. Trudno dziś w ogóle wyobrazić sobie black metal bez Bathory. Moim zdaniem nie ma drugiego zespołu, który byłby aż tak ważny dla rozwoju tego gatunku. Wcześniej był Venom – ale dla mnie ten zespół był jednak na wskroś przesiąknięty heavy metalem, to był NWOBHM z rock and rollowym rubasznym feelingiem. Tymczasem Bathory był wędrówką z najmroczniejsze zakamarki umysłu, w tej muzyce drzemie prawdziwe przerażające zło, który podsyca wyobraźnię kolejnych pokoleń. 
Quorthon z uporem maniaka twierdził, że w momencie nagrywania swoich pierwszych płyt zupełnie nie znał Venom. Trudno mi w to uwierzyć. Zresztą trudno mi uwierzyć w cokolwiek, co mówił w wywiadach. Miałem wrażenie, że on się bawi tymi rozmowami, obalanie mitów i kultów, które narosły wokół BATHORY sprawiało mu jakąś perwersyjną przyjemność. 

Dobrze wykorzystane 38 lat 

Uwielbiam te dwa wczesne prymitywne, surowe, mroczne płyty BATHORY. Uwielbiam „Under the Sign of the Black Mark”, który stanowi opus magnum takiej stylistyki. Lubię te późniejsze wikingowskie albumy ich patos, zadumę i piękno i sposób śpiewania Quorthon, nierzadko przekraczającego granice fałszu.
Później były „Requiem” i „Octagon” - bez wątpienia słabsze i wzbudzające mniej emocji. Ja jednak polubiłem te płyty od pierwszego przesłuchania i pozostałem im wierny do dziś.
„Blood on Ice” to próba powrotu na drakkar i kolejny rejs po otwartych morzach. Mimo, że mam ogromny sentyment do tej płyty to jednak nie oceniam już tak wysoko. Kolejne krążki to już nie był ten BATHORY najwyższych lotów. I nie wydaje mi się, żeby Quorthon kiedykolwiek powrócił z muzyką na miarę swoich największych dzieł. Nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, nie da się dwa razy zburzyć murów Bastylii. Ludwik XVI miał tylko jedną głowę do ścięcia. Na wszystko jest odpowiedni czas i miejsce. Quorthon do wykorzystania miał tylko 38 lat. Wykorzystał ten czas cholernie dobrze i za to mu chwała!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz