piątek, 5 lutego 2016

Głowa na patelni i pierwszy kubański dowcip

To była pierwsza wyprawa na obóz harcerskim pociągiem. Wsiedliśmy na dworcu Centralnym, zajęliśmy przedział i odpaliliśmy magnetofon. Z głośników dwukasetowca na baterie popłynęła Metallica „Ride The Lightning”, którą kilka tygodni wcześniej kupiłem sobie na kasecie z TAKT-u.


W lipcu miałem urodziny i dostałem od ciotki pieniądze. Od razu wsiadłem na rower, pojechałem na bazarek i wszystko wydałem na kasety. Stałem się dumnym posiadaczem pięciu kaset METALLICA (And Justice For All miałem na dwóch kasetach, w dwóch częściach) . Jak cudownie ostro ta muza wtedy brzmiała, te gitary chłostały niemiłosiernie, ogniste partie solowe były jak błyskawice rozcinające pochmurne niebo. Wszystko w tej Metallice było piękne, zachwycające i niesamowite. Znałem już trochę AC/DC, Guns n' Roses, Scorpions... ale to właśnie Metallica była tym pierwszym, prawdziwym zespołem metalowym. To właśnie u nich nadrzędną rolę odgrywała rytmika riffów, podczas gdy melodia była już tylko dodatkiem.


Żołnierski image, wędkarski wdzięk

Atmosfera w przedziale wspaniała – sam środek lata, za oknem słońce, bezchmurne błękitne niebo, a przed nami perspektywa dwóch tygodni obozu. Spanie pod namiotami, łażenie po lesie, żeglowanie po mazurskich jeziorach. No i ta ekscytacja, to przeczucie zbliżającej się przygody.
Przed wyjazdem kupiłem sobie spodnie i kurtkę moro – ale nie było to takie prawdziwe moro z jakiego kilka lat później miałem bojówki, tylko takie drobne ciapki w różnych odcieniach zieleni. Do tego koszulka Metallica z czaszkę przebitą pięścią i czapka z daszkiem (również w moro), która skrywała dopiero co zapuszczane włosy. Mimo upału na nogach brązowe wojskowe buty z opinaczami. Czułem się jak rasowy metal. Moi kumple – nazwijmy ich Ryś, Byś i Cyć – wyglądali podobnie. Kilka dni przed wyjazdem również zrobili zakupy na giełdzie samochodowej w Słomczynie i na bazarze Różyckiego. Byliśmy cholernie dumni ze swojego wizerunku. I wtedy do naszego przedziału wszedł – nazwijmy go – Kufer. Starszy od nas o kilka lat – również niby metal, ale trochę inny. Słuchał Faith no more, Rage Against the Machine, Primus i innych kapel, których nazwy były wówczas dla mnie równie tajemnicze jak pismo dewanagari.
- O boże! Jak wy wyglądacie? - rzucił Kufer na dzień dobry. Sam ubrany w koszulę w czarno czerwone pasy, luźne bojówki kończące się za kolanami, tenisówki i... białe skarpety.
- ...zapytał koleś w białych skarpetach – odrzekłem na przywitanie i ryknęliśmy śmiechem.
- Wyglądacie jak cipy! Wy macie reprezentować Warszawę? Gdzie kupiliście te ciuchy? W sklepie wędkarskim?
Oczywiście byliśmy bardzo dumni ze swoich ubrań i czuliśmy do niego pogardę. Dopiero dziś gdy sobie przypomnę jak wyglądaliśmy to wiem, że miał rację. Wyglądaliśmy jak cipy w ubraniach ze sklepu wędkarskiego. Szkoda, że nie mam żadnych zdjęć z tego wyjazdu.


Kaseta z głową na patelni

Podczas podróży sytuacja się jakoś rozładowała i zaczęliśmy rozmawiać. Kufer opowiadał masę ciekawych rzeczy i strasznie nam imponował. Za nic jednak nie mogliśmy zrozumieć jego fascynacji muzycznych.
- Wyłączcie to – wydał w pewnym momencie komendę. - Czego wy w ogóle słuchacie? Metallica? To było dobre jak zaczynaliście podstawówkę.
Wyjął z kieszeni spodni kasetę i wsadził do magnetofonu. Muzyka zaczęła grać – jakaś taka dziwna, rozwodniona, niepoukładana. Żadnych riffów, bas klekotał jak bocian na łące uganiający się za żabami. No i ten głos, jakby wokalista był lekko przyćpany i miał zatkany nos.
- Co to jest? Ścieżka dźwiękowa do „Ulicy Sezamkowej”? - zapytałem drwiąco, ale Kufer zbył mnie milczeniem wydymając pogardliwe usta. Dał mi opakowanie po kasecie. Na froncie głowa z plasteliny leżąca na patelni. Zespół nazywał się PRIMUS, a płyta „Frizzle Fry”. Szybko oddaliśmy Kufrowi kasetę i kompromisowo zrezygnowaliśmy z muzyki. Dopiero po kilka latach dotarło do mnie jak genialnym zespołem jest Primus i tak na wysokości „Pork Soda” stałem się ich oddanym fanem na zawsze.

Kubański dowcip

Podczas jednej ze swoich opowieści Kufer powiedział o tym, że zrobił komuś „kubański dowcip”.
- Co to jest kubański dowcip? - wtrącił Ryś.
- To taki na maksa chamski dowcip – odpowiedział Kufer. - Nie znacie tego określenia?
Pokręciliśmy przecząco głowami. Wyglądaliśmy pewnie jak wędkarze, którym ktoś pokazał atlas z grzybami.
- Jakby to wam wytłumaczyć... - zastanawiał się chwilę Kufer. Po czym w jego oczach pojawił się diabelski błysk. Wstał i całkowicie rozsunął okno w naszym przedziale. Pociąg pędził rozcinając złociste łany zboża i zieleniące się łąki. Wiatr zaczął targać nasze zapuszczane od kilku miesięcy włosy. Kufer wyciągnął ręce na półkę, która znajdowała się nad naszymi głowami. Schwycił zielony harcerski plecak Rysia i zanim zdążyliśmy przełknąć ślinę, cisnął nim przez otwarte okno. Plecak wyleciał jak z procy i w pół sekundy zniknął w zbożu.
Kufer śmiał się chyba z minutę jak opętany, w oczach Rysia pojawiły się łzy, a my siedzieliśmy z otwartymi ze zdumienia ustami i próbowaliśmy oswoić się z informacją, którą nasze oczy przekazały do mózgu.
- Wyjebałeś mi plecak przez okno – wreszcie wybełkotał przez zaciśnięte gardło Ryś.
Kufer nie przestawał się śmiać.
- Miałem tam wszystkie rzeczy, ubrania na dwa tygodnie, śpiwór i menażkę.
Kufer śmiał się jeszcze bardziej. Jakby "śpiwór i menażka" były najśmieszniejszymi słowami na świecie. Prawie tarzał się po podłodze. Twarz mu nabrzmiała i poczerwieniała tak mocno, że zrobiła się prawie bordowa. Z oczu leciały mu łzy.
- Trzeba zatrzymać pociąg! - wykrzyknęliśmy przerażeni.
- To zatrzymujcie – zachęcił Kufer, łapiąc z trudem powietrze. - Za zatrzymanie pociągu zapłacicie na pewno większą karę, niż były warte te łachy w plecaku – powiedział ocierając łzy z policzków, po czym wstał i wyszedł z przedziału .
Zanim zdążyliśmy znaleźć słowa pocieszenia dla Rysia, Kufer otworzył jeszcze drzwi, wsadził głowę i dodał:
- Kubański dowcip to taki dowcip, z którego wszyscy się śmieją, a jedna osoba płacze – rzucił definicję. - Ale wy cipy jesteście – tu popatrzył na nas – …i nie umiecie się śmiać.
Chyba z piętnaście minut siedzieliśmy w milczeniu. Każdy z nas mocno przetrawiał definicję „kubańskiego dowcipu”. Niecałe dwa tygodnie później zrobiliśmy pierwszy kubański dowcip w swoim życiu. Był udany. Wszyscy się śmieliśmy. Czy Kufer płakał? Tego nie wiemy, bo było ciemno, a on był brudny, gdy wychodził z kloacznego dołu po tym jak przewróciliśmy latrynę, z której właśnie korzystał. To były szorstkie początki przyjaźni, która przetrwała kilka lat i dostarczyła nam jeszcze bardzo dużo emocji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz