środa, 30 marca 2016

SILVER APPLE: Elektroniczne duchy lat sześćdziesiętych

Pamiętam jakby to było wczoraj - rok 1968, właśnie wróciłem do domu z demonstracji pod pomnikiem Adama Mickiewicza gdzie protestowaliśmy przeciwko zdjęciu przez cenzurę „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka.
Zapaliłem lampę naftową i poszedłem do piwnicy po węgiel, żeby napalić w kuchni kaflowej. Gdy akurat wygrzebywałem pogrzebaczem resztki popiołu do izby weszła moja matka i mówi, że jakaś paczka przyszła do mnie. Patrzę i od razu się uśmiechnąłem. Nadawca Bogdan Arnold - poznałem go dziesięć lat wcześniej na obozie harcerskim, gdy wybraliśmy się akurat do kina na "Ostatni dzień lata". Boguś pracował wtedy w kinie jako bileter.
W krótkim liście podziękował mi za preparat na muchy, który mu kiedyś wysłałem. Aktualnie przebywał w okolicach huty Silesia. Niestety nie napisał co u Marii, którą poznaliśmy dwa lata wcześniej jak wyskoczyliśmy na piwko do "Kujawiaka" w jego rodzimym Kaliszu. Załączył natomiast do listu płytę winylową. Pachniała lekko chlorkiem i dymem, a na jej okładce widniały dwa jabłka.
Od razu pobiegłem do kolegi, któremu miesiąc wcześniej założyli światło i odpaliliśmy na niemieckim adapterze, który jego ojciec przywiózł z wycieczki do Niemiec w 1945 rok. Nigdy nie zapomnę tej chwili. Matka kumpla przyniosła nam placki ziemniaczane. Jedliśmy w milczeniu zatopieni w psychodelicznych dźwiękach Silver Apples nie mogąc uwierzyć, że ta muzyka brzmi ...tak dziwnie i niesamowicie.
Przez kolejne lata słuchałem tej płyty jak opętany. Dzwoniłem z poczty parę razy do Bogdana, chcąc dopytać na jaki adres odesłać mu płytę, ale - pamiętam jak dziś - 16 grudnia 1968 o godz. 18:40, zerwało nam połączenie i później nigdy już się nie odezwał. Płytę mam do dziś i często do niej wracam. Niesamowity album.

piątek, 25 marca 2016

EXUMER: Kark się zgina, kolana miękną

EXUMER nie był nigdy najoryginalniejszym zespołem thrash metalowym na świecie, ale jednocześnie trudno byłoby odmówić im własnej tożsamości – nawet jeśli wykuta ona została na slayerowskich riffach. Jednak brzmienie, wokale i charakter tego zespołu były bez trudu rozpoznawalne i trudno było nazwać ich epigonem Amerykanów

Pod koniec lat osiemdziesiątych EXUMER cieszył się w Polsce bardzo dużą popularnością, przynajmniej z dwóch powodów: wystąpili 7 lutego 1988 roku na Metal Battle przed tysiącami wyposzczonych maniaków, którzy stawili się tego dnia w Spodku. Ponadto debiutancka płyta Niemców wyszła w Polsce na winylu nakładem TONPRESS-u w wielotysięcznym nakładzie i była jednym z najłatwiej dostępnych albumów tamtych lat.
EXUMER po nagraniu drugiego albumu „Rising from the Sea”, kóry niewiele ustępował debiutowi, zniknął ze sceny na wiele lat, powracając dopiero cztery lata temu płytą „Fire & Damnation”.
Po ich reaktywacji nie oczekiwałem zbyt wiele i mimo że płyty z lat osiemdziesiątych uwielbiałem i chętnie do nich powracałem to na ich koncert w 2010 wybrałem się bardziej z ciekawości niż z nadzieją na coś dobrego. Tymczasem zagrali najlepszy thrash metalowy koncert, spośród tych na jakich byłem w swoim krótkim, acz pełnym koncertowych wojaży życiu. Zachwycony, szczęśliwy, oszołomiony czekałem na ich nową płytę jak wierni na biały dym znad Kaplicy Sykstyńskiej.
Niestety „Fire & Damnation” okazała się płytą zaledwie przyzwoitą, poprawną – może nawet dobrą, ale nie na tyle by przykuć uwagę na więcej niż kilka przesłuchań. Formuła niby się zgadzała – ale poza porywającym utworem rozpoczynającym ten krążek, nie znajdywałem zbyt dużo powodów by regularnie pławić się w jego dźwiękach.
W tym roku znów zobaczyłem EXUMER na żywo. Nie było już takiego szału jak przed pięcioma laty. Zabrzmieli przyzwoicie, ale zdecydowanie bez takiego impetu jak wcześniej. Samo brzmienie również nie było idealne, bo gitary często ginęły gdzieś pod perkusyjną kanonadą. Nie czekałem więc na ich nową płytę ze szczególnym entuzjazmem, nie zamówiłem jej w dniu premiery – poczekałem aż uzbiera się więcej nowości i dołączyłem do większych zakupów. Dziś przyszła kolej na odsłuch i powiem Wam, że „The Raging Tides” prezentuje się wręcz wybornie. Jest na niej wszystko to, czego brakowało mi na poprzedniczce – masa wspaniałych, porywających riffów, charyzmatyczne partie wokalne i przede wszystkim świetnie skomponowane utwory, który wybrzmiewają jeden po drugim nie pozostawiając żadnego uczucia niedosytu.
Na moim digi jest 12 utworów i każdy z nich jest jak wystrzał z granatnika. Warto wybrać to wydanie ze względu na dwa brawurowo odegrane covery – Pentagram oraz Grip. Inc (pamiętacie tę świetną i trochę niedocenianą kapelę napędzaną przez Dava Lombardo?).
Już otwierający płytę utwór tytułowy jedzie riffem tak energetycznym, że mam ochotę wskoczyć na biurko, rozpuścić włosy i zrobić młynek, który uniesie mnie pod sam sufit. Świetne są partie wokalne – nie tyle pod względem barwy lecz aranżacji i sposobu w jaki je wkomponowano w z te chłoszczące riffy. Jest w nich pasja, agresja i zaangażowania. Oczywiście echa Slayer wciąż obecne, ale w tego typu thrashu narzekać na wpływy Amerykanów to tak jakby narzekać na goliznę siedząc na plaży nudystów.
„The Raging Tides” to cholernie zwarty, wyrównany i efektowny album. Gdy słyszę początek takiego „Catatonic” - ten prosty, ale jakże chwytliwy i łapiący za serce riff, to ani nie jestem w stanie wyobrazić sobie EXUMER grającego jeszcze lepiej, ani nie czuję by ta muzyka mogła mieć jakieś kompleksy w kontekście ich największych dokonań, sprzed blisko trzydziestu laty. 
Albo ten riff w „Dark Reflection” - niby prosty, klasyczny, niczym nie zaskakujący, ale jednocześnie emanujący taką, siłą, energią i polotem, że kark sam się zgina a kolana miękną. 
W normalnych okolicznościach po kilkakrotnym wysłuchaniu tej płyty krzyczałbym, że oto właśnie mamy thrash metalowy album roku 2016. Nie zrobię tego jednak, bo wyszedł chyba jeszcze bardziej powalający PROTECTOR oraz absolutnie doskonały ANTHRAX. W tym roku walka o thrash metalowy tron jest tak zacięta, a perspektywa nadchodzących premier tak obiecująca, że wcale bym się nie zdziwił jakby EXUMER z tak dobrą płytą nie dał rady zakwalifikować się nie tylko do pierwszej piątki, ale nawet pierwszej dziesiątki najlepszych albumów w tym gatunku. Niemniej jednak w kontekście możliwości tego zespołu, nagrali płytę doskonałą. Płytę, która z pewnością umili mi jeszcze nie jedną godzinę i którą z dumą postawię obok klasycznego debiutu. Takie reaktywacje zdecydowanie mają sens!

czwartek, 24 marca 2016

PROTECTOR: Dzikie zwierzę wyrwało się z klatki

Nie przesadzę gdy powiem, że fanem PROTECTOR jestem od dziecka, bo z pewnością byłem jeszcze niepełnoletni gdy kasety z „Golem” i „Urm The Mad” wpadły mi w ręce. Od tamtego czasu minęło ponad 20 lat, a tymczasem nowa płyta Niemców cieszy mnie tak bardzo jak ich stare krążki, którymi rozkoszowałem się w wieku pacholęcym

Bardzo ucieszyła mnie ich reaktywacja i recenzując do Musick Magazine poprzednią płytę wystawiłem jej dość wysoką notę. Niektórzy mówili, że to przeciętny album i przesadziłem – ja jednak trzy lata po premierze tego krążka, z czystym sumieniem bym się pod swoją recenzją podpisał.
Po tegorocznym albumie Niemców spodziewałem się utrzymania formy prezentowanej na „Reanimated Homunculus”. Tymczasem, jak się okazuje otrzymałem płytę nie tyle równie dobrą, co chyba nawet lepszą od poprzedniczki.
„Cursed and Coronated” atakuje twardym, chropowatym thrash metalem, okraszonym barbarzyńskimi partiami wokalnymi. Wspaniałymi wokalami – wściekłymi, pełnymi determinacji i mocy w każdym wykrzyczanym słowie. Jeśli do tego dodamy jadowite i porywające riffy, które brzmią jakby znów nastały złote czasy dla thrash metalu, a pot z rozwianych włosów kapał na białe sofixy... Tfu! Na jakie sofixy! W glanach się wtedy chodziło, bo PROTECTOR przecież swoją muzyką zawsze glanował – prezentując thrash metal cuchnący siarką i buchający piekielnym ogniem, thrash, któremu bliżej było do metalu śmierci niż wyrafinowania i radości grania muzyków zza oceany.

„Cursed and Coronated” właśnie brzmieniowo, na tle swojej poprzedniczki prezentuje się wulgarniej, dosadniej i mocniej. Daleki jestem od stwierdzenie, że „Reanimated Homunculus” była wypolerowana, ale z pewnością bardziej okiełznana. Wówczas dzikie zwierzę zamknięto w klatce i zaszczepiono na wściekliznę, teraz z tej klatki uciekło i znów jest niebezpieczne, drapieżne i rzuca się do gardła.
Formuła tej muzyki jest oryginalna jak niedzielne kazanie w wiejskim kościele parafialnym. Ale przecież nie o oryginalność, lecz szczerość, żarliwość i wiarę tu chodzi i pod tymi względami PROTECTOR nawet przez chwilę nie traci swojej wiarygodności. Mogą zmieniać się muzycy – bo przecież z czasów „Golem” ostał się tylko wokalista, a i on po drugiej płycie na wiele lat się ulotnił – duch jednak wciąż jest ten sam i PROTECTOR nigdy słabą płytą się nie zhańbił.

Wycinają te swoje toporne, siermiężne i kwadratowe riffy z takim zapamiętaniem i intensywnością jakby nie wychodziły one spod palców, ale były częścią ich samym – taką samą jak nogi, głowa, czy za przeproszeniem...dupa. A gdy już przy tej części ciała jesteśmy to słuchając „Cursed and Coronated” mam wrażenie jakby muzycy tego zespołu, właśnie w dupie głęboko skrywali wszystkie aktualne trendy i tendencje panujące na scenie.
PROTECTOR funkcjonuje we własnym świecie i gra thrash metal według tej samej formuły, którą wypracowali przed laty. Mimo swej oldschoolowości ta muzyka wcale nie jest oldschoolowa – ona nie odwołuje się do przeszłości i nie trąci sentymentami. Gdyby ją spersonifikować to można by powiedzieć, że nikogo nie udaje, tylko po prostu jest sobą.

Kto by pomyślał, że rok 2016 będzie dla muzyki thrash metalowej aż tak łaskawy. Niezłą płytą zaskoczył MEGADETH, albumem rewelacyjnym popisał się ANTHRAX. Wyszły dobre krążki EXUMER, ACCUSER, PROTECTOR, VOIVOD, a przed nami jeszcze obiecujące DEATH ANGEL, METAL CHURCH z Mikem Howe w składzie, ARTILLERY, CORONER, SACRED REICH i ATROPHY.
To może być najlepszy rok dla thrash metalu od wczesnych lat dziewięćdziesiątych.

środa, 23 marca 2016

Tak mała! Rób mi dobrze!

Czas płynie i są w życiu człowieka rzeczy, do których zmienia diametralnie swój stosunek, a są takie, do których stosunek pozostaje niezmienny. Nie na darmo o tym stosunku piszę – bo dziś nie tylko o muzyce, ale i o stosunkach będzie. Nie o stosunkach międzynarodowych czy dyplomatycznych, ale brzydko mówiąc „o ruchaniu”

Pamiętam dokładnie ten dzień. To mogła być szósta klasa podstawówki i kolega akurat przyniósł mi kasetę MOTORHEAD – „1916”. Jego starsza siostra miała chłopaka metala – związek się rozpadł, ale kilka kaset po chłopinie zostało. Przejąłem więc taśmę i z niecierpliwością czekałem, aż skończą się lekcję i będę mógł posłuchać tego złowrogiego, nieziemsko brutalnego metalu, który dotąd znałem tylko z opowieści owego kolegi.

Fantazje pryszczatych onanistów

Mieliśmy wtedy fajną młodą nauczycielkę. Przyszła do naszej szkoły chyba prosto po studiach – miała ładną buzię, atrakcyjną figurę, nosiła zwiewne sukienki i jak siadała w klasie to zawsze podwijała nogi pod pupę i zdejmowała buty. Tymczasem część z nas walczyła już z pryszczami, mutacją, zmazami nocnymi i burzą hormonów. A ci, którzy jeszcze nie dojrzewali też mówili, że dojrzewają, bo głupio było im się przyznać, że są mniej męscy. Ba, oni nawet krzyczeli najgłośniej i najchętniej dzielili się swoimi fantazjami.
Gdy nasza nauczycielka pytała nieraz który z chłopców zostanie na przerwie by pootwierać okna, wszyscy rzucali się na ławki wyciągając ręce tak wysoko, że mogliśmy prawie dotknąć jarzeniówek oświetlających salę. Niektórzy naoglądali się pornosów i ich wyobraźnia szalała na myśl, co ta dojrzała kobieta mogłaby zrobić z nastolatkiem po zamknięciu klasy. Inni żadnych brzydkich filmów nie oglądali, ale też podnosili ręce, żeby nie być gorsi. Oczywiście otwieraliśmy te okna, wycieraliśmy kredę z tablicy, podlewaliśmy kwiatki i nic się nie działo. Pewnie tej biednej kobiecie nawet przez myśl nie przeszło, że część dzieci z jej klasy zdradza już jakieś popędy płciowe.
I właśnie tego dnia gdy dostałem od kolegi kasetę, staliśmy pod pokojem nauczycielskim i odprowadzając naszą ulubioną panią pożądliwym wzrokiem zaczęliśmy dyskusję. Ja, Byś, Ryś i Duduś.

Najobrzydliwsza rzecz na świecie

- Ciekawe ile ma lat? - zapytał Byś.
- Dwadzieścia parę – ocenił Duduś.
- Jest po studiach, więc ma ze dwadzieścia pięć lat – skwitowałem.
- Więcej – ocenił Duduś. - Myślę, że może mieć ze 26 albo nawet 28.
- Słabo... - zmartwiłem się. - Trochę stara.
- E tam stara, zobacz jaka fajna – Duduś oblizał się lubieżnie. - Ja to bym mógł nawet z taką trzydziestolatką.
- Z trzydziestolatką? - zdziwił się Byś.
Ze dwie minuty staliśmy i zastanawialiśmy się czy „moglibyśmy” z trzydziestką. Zdania były mocno podzielone. I wtedy Ryś powiedział najbardziej obrzydliwą rzecz, jaką dotąd usłyszałem w swoim nastoletnim życiu.
- Jakby była zadbana i dobrze odpicowana to ja bym mógł nawet z czterdziestką – wypalił niespodziewanie.
Nasze śmiechy umilkły, popatrzyliśmy na Rysia z odrazą. Zapadło kłopotliwe milczenie.
- Jesteś obrzydliwy! – pierwszy przerwałem milczenie.
- Stary, ja jem kanapkę – dodał Duduś przestając przeżuwać swoją bułę i owijając ją z powrotem sreberkiem.
- Jesteś zboczony i wynaturzony – skwitował Duduś.
Nie ulegało wątpliwości – perspektywa seksu z czterdziestoletnią kobietą była dla nas równie kusząca jak nekrofilia. To było tak obrzydliwe, że zdecydowanie przekraczało granice naszej wyobraźni i tak niedorzeczne, że nawet nie wypadało z tego żartować. Na następnej przerwie już nie podchodziliśmy do Rysia. Zdecydowanie przegiął!

Popęd ponadczasowy


Od tamtego czasu minęło ok. 25 lat i nam wszystkim optyka zdecydowanie się zmieniła. Czterdziestolatka nie jest dziś starsza od matki i nieco tylko młodsza do babci. Sami dobiegamy czterdziestki, a nasze partnerki są w podobnym wieku. Nie tracimy apetytu myśląc o seksie, a ostatnio z kumplem z podstawówki, z którym wciąż utrzymuję kontakt zgodnie stwierdziliśmy, że atrakcyjna czterdziestolatka jest dużo bardziej interesująca niż atrakcyjna dwudziestolatka.
A co ma z tym wspólnego, wspomniany na wstępie „1916”?
Ano to, że ten niespełna czterdziestominutowy album dziś wydaje mi się równie atrakcyjny jak te ćwierć wieku temu, gdy wróciłem do domu i po raz pierwszy wpakowałem go w kieszeń magnetofonu. Głos Lemmiego szorstki i dziki, gitary drapieżne, pełne rock and rollowej energii, utwory aż skrzące się radością grania, „Love Me Forever” wciąż jest niewymownie piękna, a kończąca album tytułowa „1916” równie smutna i wzruszająca. Ta płyta w odróżnieniu od kobiet – niezależnie, czy ktoś gustuje w starszych czy młodszych – jest absolutnie ponadczasowa. Szaleje się za nią dokładnie tak samo gdy ma się lat 14 , co 41.
I całkiem możliwe, że za kolejne 40 lat, gdy będę już sflaczały jak przebita dętka od roweru i nie będą mnie już kręcić ani osiemnastki ani osiemdziesiątki, to włączę sobie „1916” i podziała na mnie jak zastrzyk z testosteronu i garść tabletek viagry popita whisky z colą. Podkręcę głos do oporu, odepchnę balkonik, wyjmę sztuczką szczękę z ust i krzyknę na całe gardło:
- Tak mała! Rób mi dobrze!
A na koniec płyty, przy „1916” popuszczę w pampersa i zawołam pielęgniarkę.

wtorek, 22 marca 2016

FIRESPAWN: Kopalnia death metalowych przebojów

Nastawiłem się na szwedzką mielonkę, udanego klona wczesnego ENTOMBED, piaszczyste gitary, grobowe brzmienie... jednym słowem SZWECJĘ. Tymczasem słucham właśnie FIRESPAWN „Shadow Realms” i czuję, że płynę na desce po wzburzonych falach Oceanu Atlantyckiego. Wiatr we włosach, ciepłe słoneczko i uśmiech na twarzy

Gdy dowiedziałem się o FIRESPAWN to natychmiast zapałałem rządzą posiadania ich płyty. Tak się jednak złożyło, że przez pierwsze tygodnie po premierze „Shadow Realms” nie mogłem jej nigdzie dostać, a później gdy wreszcie zakupiłem, to przyszła z 2312 innymi płytami i wylądowała na półce „do przesłuchania”. 
Dziś wreszcie ją odpaliłem i przyznam, że jestem mocno zaskoczony. Nie spodziewałem się płyty, która będzie bliższa amerykańskiemu brzmieniu niż szwedzkiemu. Nie podziewałem, że „Shadow Realms” to krążek aż tak przebojowy. Te kawałki są wręcz taneczne, hit leci za hitem, jeden porywający riff goni drugi, sola czyste i perliste, brzmienie selektywne, soczyste, mocne i klarowne, melodie wpadają w ucho, ale jednocześnie nie są nachalne i banalne. Tempa szybkie, gitary intensywne, wokale napastliwe. 
Jednocześnie te utwory zagrane są z taką brawurą i polotem, że słuchając ich czuję się jak na ogromnym rollercoasterze, co chwilę zakręcając, wjeżdżając pod stromą górę lub lecąc głową w dół. Przez te ponad czterdzieści minut trwania tego krążka ani przeze moment nie poczułem znudzenia czy zniecierpliwienia, a jak tylko się zakończył, ponownie wcisnąłem przycisk „play”. 
Nie spodziewałem się płyty aż tak dobrej i na swój sposób oryginalnej – bo nie potrafię wskazać analogii dla tego krążka, a na półce nie znajduję żadnego oczywistego zamiennika. Oczywiście panowie prochu nie odkrywają – ich muzyka to death metal do szpiku kości, ale zagrany z taką werwę, feelingiem i wyobraźnią, że słucha się go znakomicie i wchodzi tak łatwo jakby to nie był debiutancki album nowej kapeli, ale dobrze już znana i lubiana płyta, którą właśnie odświeżyłem sobie po latach przerwy. 
Wadą muzyki szybko wpadającej w ucho może być to, że równie szybko z niego wypadnie. Czy tak będzie w przypadku „Shadow Realms”? O tym zadecyduje upływ czasu. Na razie się nad tym nie zastanawiam i po prostu się tą płytą cieszę. To wyjątkowo rozrywkowy krążek dostarczający dużo świetnego, wręcz radosnego grania. Jedynym utworem, który bym wyrzucił jest instrumentalny „Contemplate Death”. Może jego celem było dostarczyć słuchaczowi nieco wytchnienia? Nie wiem. Ja mam kondycję jeszcze na tyle dobrą, że te czterdzieści minut spokojnie mogę przetańczyć bez schodzenia do narożnika i wachlowania ręcznikiem.

poniedziałek, 21 marca 2016

WOSTOK: Dynamit z koncertowym zapłonem?

Ubiegłoroczny debiut lubelskiego WOSTOK to nieco ponad półgodzinna porcja thrashmetalowej chłosty, wymierzanej z hardcorową złością i determinacją. Muzyka oryginalna jak fabuła filmów, które nagrywa Rocco Siffredi, ale pewnie tak jak te filmy, znajdzie swoich gorących zwolenników

WOSTOK nie bawi się w heavy metalowe melodyjki i dwuminutowe partie solowe, w trakcie których gitarzysta musi uważać by palce nie zawiązały mu się na supeł. Chłopaki grają intensywny thrash z hardcorowym sznytem, bez kompromisów, bez zwolnień i akustycznych ballad. No dobrze, są zwolnienia, jak choćby spokojny wstęp do „Na kolana!”, czy w „Prosty”, ale tylko po to, by za chwilę przyłożyć z jeszcze większą determinacją. Wszystkie momenty, w których można złapać chwilę oddechu są raczej jak lewy prosty poprzedzający grad ciosów, niż przerwa między rundami na otarcie twarzy gąbką i wachlowanie się ręcznikiem.
Gdybym miał szukać dla WOSTOK jakiegoś najbardziej trafnego skojarzenia, to chyba wskazałbym na Pro-Pain. U Lublinian więcej jest klasycznego thrasowania, ale rytmika, intensywność i nerw tych utworów właśnie z Amerykanami skojarzyły mi się najbardziej.
Po pierwszym przesłuchaniu płyty pomyślałem sobie, że ta muzyka świetnie nadaje się na koncerty. Przymknąłem oczy i wyobraziłem sobie jak grają podczas „Hardcore Festival”, który przez wiele lat odbywał się w moim mieście. Kurz unoszący się jak dym nad podpalonym przez Nerona Rzymem i publika ścierająca się pod sceną jak wojska polsko-litewskie z siłami krzyżackimi. Tak. To dokładnie te klimaty. Taki koncert byłby doskonały i zaraz po nim na pewno brudny i spocony, pobiegłbym do stoiska i zakupił sobie ich płytę. A wieczorem wróciłbym do domu, wrzucił ją do odtwarzacza i stwierdził, że jednak na żywo emocji było więcej i gdy ta muza płynie z głośników w moim pokoju, to po kilku utworach zaczyna mnie nużyć.
I właśnie do szuflady takich zespołów chciałem wrzucić WOSTOK. Jednak zamiast tego wrzuciłem ten album do samochodu i dobre dwa tygodnie przejeździłem z nim słuchając go prawie codziennie po kawałku. I powiem wam, że w tych okolicznościach też się nieźle sprawdził, choć bywały chwile, że stojąc w korku miałem ochotę wyjść z auta i skopać komuś dupsko.
Debiut WOSTOK nie jest ani dziełem przełomowym, ani płytą o silnie zarysowanej tożsamości. Ma jednak spory potencjał, który niestety nie do końca został wykorzystany. Mowa tu o przekazie lirycznym i polskich tekstach, które mogłyby wbijać się w pamięć i mocno przemawiać na korzyść tego albumu. Niestety, nawet po kilku przesłuchaniach większość tekstów nie jestem w stanie zrozumieć, a nie odnalazłem w sobie tyle determinacji by słuchać tej płyty z książeczką w ręku (prowadząc jednocześnie).
Można wyłapać pojedyncze wyrazy i fragmenty zdań, ale niestety w 80 procentach ma się wrażenie jakby wokalista krzyczał: „Szło! Szło! Szło! Szło!Szło! ”
Rozumiem, że wokal ma być agresywny i wściekły, ale gdyby jednocześnie był bardziej czytelny, to szybciej zniknęłoby wrażenie jednowymiarowości i jednostajności tego materiału. Aż szkoda tych tekstów, bo mogłyby się nieźle bronić, gdy tylko w pełni je wyartykułowano.

niedziela, 20 marca 2016

Piękność bez seksapilu

Z płytami jest czasem jak z niektórymi kobietami – niby ładna, niby niegłupia, niby niczego jej nie brakuje, ale kręci mnie jak szafka na buty, stojąca w moim przedpokoju. Właśnie tak mam z ostatnią płytą SALIGIA

Podobał mi się debiut Norwegów, podobała mi się epka "Lvx Aeternae". Nie były to dzieła epokowe, ale zdradzały duży potencjał i wróżyły dobre perspektywy na przyszłość. Tymczasem ich drugi album pełen jest niejednoznaczności, które wzbudzają bardzo mieszane uczucia. Trudno mi ten krążek jednoznacznie potępić, ale jeszcze trudniej mi się nim szczerze zachwycić. Z takimi płytami jest jeszcze gorzej niż z płytami słabymi. Bo ze słabymi sprawa jest oczywista – po przesłuchaniu wyrzucamy je z odtwarzacza i już nigdy do nich nie wracamy. Z brzydkimi i głupimi dziewczynami się nie umawiamy i też po kłopocie.

Próbując wskrzesić ogień

„Fonix” płytą słabą nie jest – przynajmniej w takim prostym rozumieniu. Jest właśnie jak ta pozornie atrakcyjna kobieta, która stała w kolejce po długie nogi i ładną buzię, ale zabrakło już czasu by wyposażyć się choćby w szczyptę seksapilu.
No i co robimy w takim wypadku? 
Oczywiście dajemy jej drugą, trzecią i czwartą szansę – w nadziei, że coś się w końcu wydarzy. Mamy nadzieję, że z długo pocieranych kamieni wyskoczy wreszcie iskra, która padnie na suchą ściółkę i zaprószy ogień. Najpierw mały, przy którym można ogrzać dłonie, a później rozprzestrzeniający się po całym lesie.

Z nadzieję i cierpliwością

Niestety ręce już mnie bolą od tego pocierania kamieni, a tu nie tylko iskra nie chce wystrzelić, ale nawet jak je dotykam to się okazuje, że są ledwo ciepłe. „Fonix” jest jak ta piękna kobieta, która w kolejnym już przebraniu wygina się przede mną w lubieżnych pozach, a ja patrzę nerwowo na zegarek i zaczynam się zastanawiać czy przypadkiem w telewizji nie leci coś ciekawego.
Norwegowie nagrali album dojrzały, niejednoznaczny, bogaty i dość oryginalny. Dwie rzeczy mi jednak od razu w nim nie pasują – suche łupiące brzmienie perkusji oraz wokale na pograniczu krzyku i śpiewu. Niestety, żeby zacząć śpiewać to trzeba albo śpiewać umieć i mieć ku temu warunki, albo być Quorthonem i potrafić nawet fałszem chwycić za serce i wyżąć duszę jak mokre prześcieradło wepchnięte do magla. 
Nawet gdy te frazy wokalne zamieniają się w rozpaczliwe zawodzenie nie chce się przy tej muzyce paść na kolana i rwać włosy z głowy, ale wymierzyć gardłowemu policzek i krzyknąć: "Weź się w garść! Bądź mężczyzną!"
Tymczasem Ahzari sobie tak pośpiewuje i pokrzykuje tym swoim bezbarwnym głosem i choć stara się jak ta moja wyimaginowana panienka to ja znów patrzę na zegarek. Słucham chyba z siódmy raz i obiecuję sobie, że to ostatni – bo przecież tyle interesujących płyt czeka na swoją kolej. Ale nie, jak tylko wybrzmi ostatni na krążku "Fønix: Flame Coronation", ponownie naciskam „play” i znów biorę kamienie próbując wskrzesić iskrę, a moją dziewczynę przebieram już w strój sprzedawcy hot-dogów – bo jako policjantka, pokojówka, pielęgniarka i zakonnica się przecież nie sprawdziła. 

Ósmy grzech główny

SALIGA na swoim ostatnim krążku kreuje podniosłą, rytualną atmosferę, która miejscami przypomina jakiś religijny obrządek. Niestety bardziej niż żarliwą modlitwę przywodzi na myśl niedzielną mszę, na którą ludzie niby przyszli, ale zamiast wznosić modły i kajać się za grzechy, rozglądają się po kościółku, patrząc jak sąsiadka się ubrała, ile kto dał na tacę i czy sąsiad oby na pewno dobrze wyczyścił buty.
Szkoda mi trochę tej płyty bo mam wrażenie, że potencjał miała spory, ale w wykonaniu zbrakło autentycznej pasji i szczerych emocji. 
SALIGIA to słowo ułożone z pierwszych liter nazw siedmiu grzechów głównych, którymi były określane w średniowiecznej łacinie: (superbia, avaritia, luxuria, invidia, gula, ira oraz acedia). Powoli dochodzę do wniosku, że Norwegowie na swoim nowym krążku popełnili grzech ósmy – kto wie czy nie najcięższy. Nagrali słabo swoją muzykę. A to gorszy grzech niż nagrać muzykę słabą.

sobota, 19 marca 2016

CHRIST AGONY: Z nabożną czcią...

Miałem wczoraj chwilę wahania – wybrać się na Christ Agony i Stillborn do jakiegoś dziwnego klubu o nazwie VooDoo, czy na Baroness do doskonale znanej mi Proximy. Ostatecznie jednak osobowość metalowca zwyciężyła osobowość hipstera i postanowiłem udać się w nieznane i posłuchać rzeczy bardziej znanych

VooDoo z zewnątrz wygląda jak hangar dla samolotów, którego z jakichś powodów nie odremontowano po drugiej wojnie światowej. Byłem pewien, że w środku będzie zimno, na ścianach zobaczę karaluchy, a na siusiu będziemy wychodzić na zewnątrz pod drzewo. Wejście i szatniarz o aparycji zawodnika mma też nie wróżyło najlepiej. Później jeszcze wkurzył mnie jakiś gość każąc zapłacić za bilety, mimo że tłumaczyliśmy, że jesteśmy znajomymi muzyków kapel, które mają wystąpić ;) Skasował bez litości na 40 zł, ale jak zacząłem płakać to okazał się równym gościem bo poklepał mnie po plecach i przyczepił mi do sweterka przypinkę z dłonią przybijającą piątkę :)

Gdy jednak już przekroczyliśmy progi VooDoo niespodziewanie okazało, że to miejsce więcej niż sympatyczne. Poza salą ze sceną (była też druga, w której równolegle odbywał się jakiś inny koncert) drugie, spore pomieszczenie ze stolikami i wygodnymi siedziskami, nieźle zaopatrzony bar, czyste, schludne łazienki. Ciepła woda w kranie, papierowe ręczniki. Pod tym względem VooDoo przy takiej Progresji prezentuje się jak hotel czterogwiazdkowy przy kwaterach robotniczych.

Ludzie powoli zaczęli się schodzić a na scenie zaczął montować się warecki MORTHUS. Miałem okazję zobaczyć ich po razy drugi – wcześniej natknąłem się na nich gdy grali przed INFERNAL WAR i wówczas większego wrażenia na mnie nie zrobili. Tym razem również nie popuściłem w majty, ale muszę przyznać, że muzycznie ze swoim death black metalem wypadli ciekawiej. Wizualnie sprawiali wrażenie trochę spiętych i sztywnych, a ich ruchy wydawałby się być wyreżyserowane i przećwiczone. Wolałbym jednak szaleństwo, dzikość i spontan niż synchroniczne machanie głowami.

Gdy zaczął grać STILLBORN sala pękała w szwach. Przyszło naprawdę sporo ludzi i udało mi się spotkać kilku bdb kolegów i jedną bdb koleżankę. Nie byłem nigdy fanatykiem tej kapeli – ot solidny zespół, prezentujący mało wyszukany black/death metal, oryginalny jak gołe dupsko na plaży nudystów. Kupiłem ich tegoroczną płytę, ale przed koncertem nie zdążyłem się jeszcze z nią zaznajomić. Tymczasem jak się okazało, koncertowo STILLBORN to więcej niż zespół solidny. Ich muzyka zabrzmiała naprawdę świeżo i porywająco, a utwory wydały mi się tak znajome jakbym ostatni rok spędził głównie na słuchaniu ich dyskografii. Fajnie też to wszystko zabrzmiało- selektywnie, ale jednocześnie dziko i drapieżnie.

CHRIST AGONY to jeden z najbardziej niedocenionych zespołów na scenie metalowej. W Polsce jeszcze znani i szanowani, ale za granicą jest już słabiej. A ja uważam, że Cezar stworzył muzykę tak oryginalną, niepowtarzalną i po prostu dobrą, że to właśnie jego kapela powinna być jedną z wizytówek naszej sceny i głównym towarem eksportowym.

Ale zostawmy to. Wszak wiadomo, że sukces ma niewiele wspólnego z oryginalnością i talentem – liczą się przede wszystkim setki tysięcy przejechanych tras koncertowych i wystrzałowy wizerunek sceniczny, który przykuje uwagę gawiedzi. A CHRIST AGONY nie ma ani jednego ani drugiego. Na scenę nie wyszli w efektownych maskach, spódnicach czy futrze z szynszyli. Cezar nie wyjechał na motocyklu dłuższym niż przyrodzenie Rona Jeremy'ego. Nie ziali ogniem, ani nie podtykał publiczności pod usta wafelków udających hostie.

Ot, dwóch facetów z gitarami i perkusista. Zagrali mnóstwo klasyków, zabrzmieli potężnie, jadowicie, wyraziście. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to zbyt małe wyeksponowanie partii wokalnych, które czasami ginęły pod riffami i warstwą rytmiczną. Uwielbiam głos Cezara – oryginalny, emanujący siłą i charyzmą, czytelny, mroczny, demoniczny. Zdecydowanie wysunąłbym go do przodu.

Miałem wrażenie, że na sali trochę się przerzedziło w stosunku do frekwencji na STILLBORN, ale nikt ze znajomych tego nie potwierdził, więc całkiem możliwe, że to tylko moje wrażenie. Publika dość statyczna, ale nie bierna – odsłuchaliśmy koncertu z nabożną czcią, a utwory z demówek i pierwszych płyt porwały mnie tak mocno jakbym cofnął się w czasie o te dwadzieścia lat i znów słuchał ich z kaset w swoim pokoju.
Nie wiem ile razy widziałem wcześniej Christ Agony. Pięć, sześć? Ten wczorajszy koncert był jednym z lepszych. Biorąc pod uwagę ich aktualną formę koncertową oraz całkiem udane ubiegłoroczne MCD z optymizmem czekam na ich kolejną płytę.

Blackmoon: trzy lata po śmierci

Dziś minęły trzy lata od samobójczej śmierci Davida Parlanda (znanego także pod pseudonimem Blackmoon), szwedzkiego gitarzysty, basisty, klawiszowca i wokalisty. Udzielał się w różnych zespołach i z każdego wyciskał to co najlepsze. Choć być może „najlepsze” to niezbyt odpowiednie słowo, bo przecież wszystkie kapele traciły po jego odejściu diabelski sznyt, niepokojący pierwiastek zła, którym wcześniej emanowały w każdej nucie


DARK FUNERAL? Czy można ich traktować poważnie? Ja nie potrafię – ot grają ten swój intensywny, dość melodyjny black metal, z którego niewiele wynika. Zupełnie inaczej było na początku, gdy w 1994 roku wychodziło ich debiutankie MCD, a dwa lata później rewelacyjny debiut „The Secrets of the Black Arts”, na którym Blackmoon nie tylko zagrał, ale i zrobił obłędne wokalizy  do coveru VON - „Satanic Blood”. Gdy zniknął z szeregów Dark Funeral, automatycznie zespół stracił całą magię. Oczywiście to też zasługa zmiany wokalisty.

NECROPHOBIC? Oni trzymali dobrą formę zdecydowanie dłużej niż ich pomalowani koledzy. Niemniej jednak dla mnie i tak szczytem tego zespołu jest ich debiut „The Nocturnal Silence”, w którym szarpał struny i obsługiwał klawisze nie kto inny, jak nasz przyszły samobójca. Zresztą większość materiału na drugą płytę „Darkside", również przygotował Parlanda, mimo że nie brał udziału w jej nagrywaniu.
Blackmoon po odejściu z Dark Funeral miał swój INFERNAL, z którym się jednak nie przepracowywał i pozostawił po sobie dość skromny dorobek.
Zespołem, który zasługuję na szczególną uwagę jest absolutnie szalony i diaboliczny WAR, który wraz z Blackmoonem współtworzyli All i It (Abruptum, Ophthalamia) oraz Peter Tägtgren (Hypocrisy).
Krótkie, proste i powalające black metalowe strzały o niespotykanym stężeniu satanistycznego radykalizmu. Dla mnie skromny dorobek WAR to jedna z najlepszych rzeczy, jaka wydarzyła się w tym gatunku, w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Total! War!
Parland oprócz muzykowania prowadził też wytwórnię Hellspawn Records, w której wydał materiały Abruptum, Dark Funeral, Deathwitch, Infernal czy Maze of Torment.

Ponoć kilka lat przed śmiercią na skutek wypadku drogowego doznał urazu szyi, w efekcie czego uzależnił się od środków przeciwbólowych. Uzależnienie musiało być dość silne, bo na pewien czas, po tym jak został aresztowany, trafił do psychiatryka.
We wtorek, 19 marca 2013 roku, w wieku 42 lat Dawid Parland popełnił samobójstwo, potwierdzając  mizantropię, nienawiść do gatunku ludzkiego oraz pogardę dla doczesnego życia, które przez pół życia głosił w wykonywanej przez siebie muzyce.

czwartek, 17 marca 2016

INCARNAL: Z miłości do death metalu

INCARNAL to zespół z Puław, który ma na swoim koncie już dwie płyty. Drugi krążek „Hexenhammer” wydany został dwa lata temu własnym sumptem, a w ubiegłym roku powrócił za sprawą coraz prężniej działającej Via Nocturna

Estetyczna okładka i profesjonale wydanie dość szybko zachęciły mnie by wepchnąć CD do odtwarzacza – a ostatnio dostaję tyle płyt i demówek, że naprawdę mam w czym wybierać. INCARNAL gra death metal – stylistycznie niezbyt oryginalny i niezbyt wyszukany, ale realizatorsko i instrumentalnie stojący na poziomie więcej niż dobrym.
Podoba mi się brzmienie tego krążka – czyste, ale nie sterylne, gęste i mroczne, ale nie podpadające w modną dziś oldschoolowość, będącą często zasłoną dymną, skrywającą niedostatki warsztatowe.
Tymczasem na „Hexenhammer” słychać, że muzycy nie tylko potrafią grać, ale też tworzyć dobre kompozycje. Co z tego, że ta muzyka jest mało odkrywcza skoro słucha się jej z przyjemnością, dzięki interesującym aranżacjom, zmianom tempa, potężnym riffom, błyskotliwym partiom solowym i porządnym wokalizom.
Jeśli mowa o inspiracjach – ja najwięcej na „Hexenhammer” słyszę MORBID ANGEL – nieraz ten duch Amerykanów tylko się unosi, innym razem – jak choćby w „Masquerade in the House of Gods” skojarzenia są wręcz nachalne. Podobają mi się wokale, którym manierą (bo nie barwą) chyba też najbliżej do Vincenta. W melodyjnych i dłużej wybrzmiewających partiach moje skojarzenia biegną w kierunku Vital Remains, a w tych szybszych i bardziej bezwzględnych kłania się Immolation.
Co ważne jednak na „Hexenhammer” słychać pasję i radość grania, która z pewnością udzieli się słuchaczom jeśli ten death metal kochają choć w połowie tak mocno jak twórcy tego krążka. Ja kocham, więc słucha mi się tej płyty wybornie. Czy będę do niej wracał? Tego nie jestem pewien, ale dziś już chyba z piąty raz kręci się w moim odtwarzaczu i z każdym odsłucham coraz bardziej zyskuje.
Jeszcze taka mała ciekawostka. Pamiętacie MORTAL SLAUGHTER (też z Puław) i ich kasetę „Lepers” z Baron Records? Na okładce mieli profil paskudnego ryja, za którym zatęskniłem dopiero gdy po prawie dwóch dekadach wyszła reedycja CD i nie zobaczyłem go na froncie. Wcale nie byli oryginalni – wokal kojarzył się z Obitaury, a co drugi riff wydawał się albo znajomy, albo ukradziony od Slayer. Cóż z tego, skoro słuchało się tego znakomicie i wciąż z dziką rozkoszą wracam do tego materiału. A wspominam o tej kapeli nie przez przypadek, bo ponoć basista INCARNAL jest synem wokalisty MORTAL SLAUGHTER.
Historia zatacza koło – miłość do death metalu przeszła z ojca na syna, obaj tworzą muzykę i robią to równie dobrze, na miarę swoich czasów. Pozostaje mi życzyć i sobie i INCARNAL bym za 23 lata odpalił „Hexenhammer” i słuchał jej z równą przyjemnością jak dziś słucham „Lepers”, która obiektywnie oceniając, warsztatowo i realizatorsko jest materiałem dużo słabszym. Jest jednak świadectwem tamtych czasów – przejawem młodzieńczego zapału i nieco naiwnej miłości do ekstremalnego metalu. INCARNAL sprawia wrażenie bardziej profesjonalnego, wyrachowanego i świadomego – ale ta naiwna miłość do death metalu wciąż jest ta sama. Ja to kupuję, bo młodzieńczy zapał do tej muzyki wciąż mnie nie opuszcza.

DEF LEPPARD: Czas jest brutalny

Nie byłem nigdy zagorzałym fanem DEF LEPPARD, ale tak się jakoś złożyło, że w czasach młodości wciąż ten zespół gdzieś napotykałem i w efekcie mam całkiem spory sentyment do tej grupy. I to właśnie ze względów sentymentalnych nabyłem ich ostatnią płytę


Zaczęło się jeszcze w szkole podstawowej – gdy zacząłem słuchać metalu, to prawie jednocześnie stanąłem w wyścigu słuchania rzeczy jak najmocniejszych i jak najbardziej ekstremalnych. Zupełnie inaczej niż mój kumpel z ławki, który upodobał sobie kilka kapel takich jak Iron Maiden, Guns n' Roses czy właśnie Def Leppard i nigdzie się w swoim muzycznym rozwoju nie śpieszył. Nie śpieszył się do tego stopnia, że do dziś tych kapel na pewno wciąż słucha. To właśnie on kupił na kasetach z TAKT-u dwie płyty „On Through the Night” oraz „High n Dry”. Gdy je od niego pożyczyłem i przesłuchałem nie byłem pod największym wrażeniem – bardziej wówczas interesował mnie Slayer, Sepultura i płyty pierwszych zespołów death metalowych, które wpadały w moje ręce. To co mnie najbardziej w Def Leppard urzekło to fakt, że ich perkusista nie miał jednej ręki. Facet był dla mnie superbohaterem.

Siła sentymentu większa niż uprzedzenia

Kumpel był Def Leppard zachwycony także ze względów muzycznych i wkrótce kupił kolejne dwa albumy Brytyjczyków: „Pyromania” i „Hysteria”. Za ich sprawą całkowicie utwierdził się w przekonaniu o wielkości tej grupy, a ja całkowicie się do nich zniechęciłem, uznając, że właściwie najlepszy jest debiut, bo najbardziej czadowy i brzmiał najsurowiej. Układ był taki, że gdy kolega do mnie wpadał to katowałem go death metalami, a jak ja byłem u niego to włączał Def Leppard. Z czasem nie tylko się do tej grupy przyzwyczaiłem, ale o zgrozo zacząłem przyłapywać się na nuceniu niektórych kawałków. Na szczęście talent muzyczny mam na tyle duży, że nikt nie byłby w stanie mnie zdemaskować.
No a później było słuchanie, wówczas rockowego, radia WAWA i poznawanie nowych zespołów – nie tylko tych najcięższych. Nałogowo wówczas słuchaliśmy Z-Rock 50, które w piątek od 20 do północy prowadził Robert Kilen. A, że były to czasy w okolicach premiery „Adrenalize” to często utwory z tego albumu się napotykało. I tak się rodzą sentymenty. Gdy już dorosłem i dojrzałem do tego, że muzyka nie jest tym lepsza im szybsza i brutalniejsza, zrobiłem zwrot ku bardziej klasycznemu graniu, zanurzając się po uszy w NWOBHM. Nie pominąłem również DEF LEPPARD – z przyjemnością i sentymentem wróciłem do ich płyt, zakupiwszy je na CD. W zakupowym szale zrobiłem nawet więcej – kupiłem sobie także te późniejsze krążki, które jak się okazało, nie były dziełami najwyższych lotów.
Dziś słucham rzadko Def Leppard, ale nieraz mnie na takie klimaty weźmie. Gdy usłyszałem pojedyncze kawałki z ubiegłorocznej płyty, stwierdziłem, że kroi się powrót na miarę „Saints Of Los Angeles” Motley Crue. Odwlekałem zakup „Def Leppard”, bo to przecież nie pierwsza potrzeba i spokojnie można było poczekać aż jej cena spadnie o połowę. Cena jeszcze nie spadła, ale ja już nie wytrzymałem i dołączyłem ten album do swojej kolekcji. Słucham właśnie i cóż – nie jest to killer na miarę wspomnianego powrotu Motleyów – płyta nie poraża, jest nierówna i słucha się jej ze zmienną przyjemnością.

„Def Leppard” - utwór po utworze

Otwierający "Let's Go" z mocnym, energetycznym riffem przywodzi na myśl wspomnienie klimatów z "Hysterii". Dużo melodii, charakterystyczne wokalizy, chóralnie, przebojowo. Dobrą passę kontynuuje czadowy „Dangerous”, który zdaje się sięgać jeszcze głębiej do korzeni def leppardowego grania.

Jednak już kolejny „Man Enough” jest jaki kij wsadzony w szprychy rozpędzony wehikuł czasu i proponuje zupełnie coś innego – popowe i nieco funkujące klimaty z mocno zarysowaną linią basu i minimalistycznym riffem, który tylko sygnalizuje swoją obecność, ale się nie rozwija i nie rozpędza. Trochę zaskakujący utwór, ale ma swój urok i przywodzi mi skojarzenie z „Another One Bites the Dust” Queenu.

Gorzej jest z "We Belong" – łzawą balladą zajeżdżającą trzecioligowym hair metalem, sprzed trzydziestu lat, nagrywanym przez zespół stworzony dzięki castingowi zorganizowanemu dla potrzeb MTV. Def Leppard niby na swoich klasycznych płytach nie stronił od ckliwych ballad odwołujących się do prostych emocji i uczuć, ale miały one charakter i coś co pozostawało po ich wybrzmieniu. Po "We Belong" pozostają tylko otwarte usta, zastygłe w przeciągłym ziewaniu.

Dużo zgrabniej prezentuje się "Invincible" – jest w tym utworze jakiś nerw i lekkość z jaką wypływa melodia. Refren płynie dość wartko, a wokale – choć oczywiście def leppardowo słodkie, są dość urokliwe i przyjemne. Niestety nic po nim nie pozostaje – ot taka przyjemna, ale mało wyrazista papka, która mogłaby posłużyć jako soundtrack do jakiegoś amerykańskiego filmu klasy Z z połowy lat osiemdziesiątych.

„Sea of love” sprawił, że po raz pierwszy z niepokojem spojrzałem na wyświetlacz odtwarzacza i zacząłem się zastanawiać czy słuchając tej płyty nie zdradzam przypadkiem skłonności sadomasochistycznych.

"Energized" znów jest syntetyczny, gitarowo oszczędny i minimalistyczny w warstwie rytmicznej. Na pierwszy plan wysuwają się melodyjne zaśpiewy. Trochę irytujący, ale ma w sobie czystość i elegancję, która działa na mnie jak awiomarin i zapobiega zabrudzeniu kanapy.

Sytuację ratuje „All Time High”, proponując mocniejsze, energetyczne hard rockowe granie. To przyjemny utwór ale brakuje mu jakiegoś pazura, czegoś co ukąsiłoby jak komar, spowodowałoby nieznośne swędzenie, zaczerwienienie, a w rezultacie krwawiącą i trudno gojącą się rankę. Bo przecież taką siłę miał kiedyś Def Leppard, a talent tej grupy do komponowania przebojowych piosenek zapewnił im dużą popularność i miliony sprzedanych albumów.

„Battle Of My Own” zaczyna się akustyczną gitarą i żarliwym śpiewem, ale nie rozwija się z tego nic co chwytałoby za serce.

Broke 'n' Brokenhearted też nie łamie serca – ot solidny soft hardrockowy utwór, który usłyszany w radiu nie sprawiłby, żebym zmienił staję, ale nie jestem pewien czy chciałbym pogłośnić.

Podobają mi się ślizgające gitary, ekspresyjny riff i partie solowe w „Forever Young”. Ten utwór wybija się ponad przeciętność tego krążka, ale nie sądzę by na dłużej zapadł w pamięci.

„Last Dance” jest jak mój wolny taniec z koleżanką, podczas balu karnawałowego we wczesnych latach podstawówki. Staliśmy z pół metra od siebie, ja dotykałem koniuszkami palców jej talii, a ona moich ramion. Kręciliśmy się w kółko z taką gracją jakbym ja utykał na jedną nogę, a ona miał za ciasne buty. Ani razu na siebie nie spojrzeliśmy. Powiedzieć o „Last Dance”, że jest dobrą balladę to jak stwierdzić, że na wspomnianym balu w namiętnym tańcu z kobietą doznałem seksualnej inicjacji.

Na tym tle przedostatni na płycie „Wings Of An Angel” lśni jak złoto – zwarty, przebojowy, zagrany z rozmachem. Kluczowe jest tu jednak „na tym tle”.

Album wieńczy „Blind Faith” - kolejna ballada z mocno wyeksponowanymi partiami wokalnymi – niby rozbudowana i wielowątkowa – ale zamiast chwytać za serce jest jak glut w nosie, którego ma się ochotę wysmarkać.

I koniec ścieżki zdrowia

Diagnoza jest smutna

Patrzę na sentymentalną okładkę i się zastanawiam jak to jest – czy Def Leppard jest dziś jak sflaczała podstarzała matrona, która resztki przemijającej urody popsuła botoksem i kilogramem tapety na twarzy, czy może dla takiej muzyki czasy są zupełnie niesprzyjające. Może Def Leppard jest jak kobieta o rubensowskich kształtach, która w XVII wieku podsycała zmysły mężczyzn, a dziś wywołałby niesmak paradując po plaży w dwuczęściowym kostiumie kąpielowym, albo wręcz interwencję ekologów, którzy chcieliby zepchnąć ją do morza?

Może gdybym usłyszałem utwory z ostatniej płyty  2121 razy w radiu, zobaczył parę teledysków, motywy z tych piosenek przewinęłyby się w jakimś fajnym filmie, a ja jeszcze pomiętosiłbym przy nich którąś z koleżanek podczas szkolnej potańcówki, to przychylniej bym spojrzał na ten album?

To pytanie, na które odpowiedzieć jest niezwykle łatwo. Wystarczy prosty eksperyment, który przeprowadziłem.

Gdy tylko „Def Leppard” się skończyła, włączyłem sobie „ Pyromania” i cóż.... to nie jest kwestia sentymentów czy promocji. Różnica jakościowa między tymi krążkami jest tak duża jak różnice pomiędzy urodą Moniki Bellucci, a mamą Sylvestra Stallone. Nie sposób ich nie dostrzec, nawet przy słabym świetle i po alkoholu.




środa, 16 marca 2016

DHG: Zbiorowy gwałt na dziewicy

Pewnie nigdy byście się po mnie tego nie spodziewali, ale oprócz tego, że uwielbiam muzykę jestem strasznie pazerny na płyty. Kolekcjonowanie tych płaskich kawałków plastiku z dziurką w środku sprawia mi równie dużą frajdę jak i ich słuchanie. Jestem mokrym snem sklepów i wytwórni płytowych. Wepchnąć mi płytę jest tak łatwo jak alkoholikowi małpkę czystej, gdy rankiem przychodzi skacowany do sklepu

Nowości nowościami – bo ich zakup jest rzeczą oczywistą i pożądaną przez każdego poważnego fana muzyki. Klasyka również spędza sen z powiek, ale ci starsi stażem zwykle większość mają już na półkach. Oprócz nowości i staroci istnieje jeszcze trzeci rodzaj płyt – stare, wydane na nowo. O ile są to zwykłe reedycje to nie ma problemu, bo można je sobie odpuścić (a najczęściej nawet trzeba). Inaczej jest z reedycjami specjalnymi – wypasionymi wersjami starych płyt, wzbogaconymi o bonusowe dyski, nagranie demo, czy nawet dvd. Takich nie potrafię sobie odmówić, choć przyznam szczerze, że słucham ich niezmiernie rzadko, albo wcale. No, ale czy można było odpuścić choćby „Human” z dodatkowym dyskiem zawierającym instrumentalne wersje utworów, albo wypasioną wersję „Mental Funeral”, wzbogaconą o dvd, reedycje płyt MESSIAH z bonusami w tłustych digipackach, "Scum" z surowym masteringiem, czarne edycje A4 DARK ANGEL z bonusami... i tak by można wymieniać bardzo długo. Kupuję bo są to płyty, które kocham i chęć ich ponownego zakupu w innej wersji jest wyjątkowo kusząca. Niestety większość z nich leży w foliach, bo ilekroć mam na nie ochotę to sięgam po pierwsze wydania. Oczywiście wciąż sobie obiecuję, że przyjdzie pora na odsłuch tych wypasionych reedycji, ale następnym razem... Może jutro posłucham?

Czas black metalowej świetności

Ostatnio skusiłem się na ponowny zakup debiutanckiej płyty DODHEIMSGARD - „Kronet Kil Konge”. Po raz trzeci, bo już posiadam wydanie Century Black z 1999 roku oraz pierwsze oryginalne Malicious Records z 1995 roku. Tym razem złupiła mnie Peaceville, dodając drugi krążek zawierający reha z 1994 roku.
Dziś postanowiłem przerwać swój przykry nawyk traktowania reedycji jako eksponatów. Zerwałem folię, otworzyłem digi i już dotknąłem bonusowego dysku palcem wskazującym i kciukiem, ale nie... najpierw wrócę do „Kronet Kil Konge” - wszak to jeden z moim ulubionych black metalowych albumów tamtych lat. A jeśli weźmiemy pod uwagę, że wówczas konkurencja była mordercza to okazuje się, że mamy do czynienia z prawdziwym arcydziełem gatunku.
Wrzuciłem do odtwarzacza i odpłynąłem. Leci już chyba piąty raz, a ja myślami znów jestem w połowie lat dziewięćdziesiątych, w czasach gdy black metal był nie tylko świeży i nowatorski, ale też tajemniczy i niebezpieczny. W czasach, gdy ta muzyka była prawdziwą rebelią, skrajnie bluźnierczą i ekstremalną formą wyrazu, niosącą za sobą nie tylko kontrkulturowe i antyludzkie przesłanie, ale także stanowczo odcinała się od reszty metalowej sceny. Wtedy było nie do pomyślenia by black metalowa horda grała podczas letnich festiwali dla sandałowych metali, nie do pomyślenia by dzieliła sceniczne deski z jakimiś heavy metalowymi patatajami, nie do pomyślenia by odbierała statuetkę Grammy i wdzięczyła się do kamer. Miejsce black metalu było w podziemiu. W jego najgłębszych czeluściach – tam gdzie nigdy nie dociera słoneczne światło i z którego nigdy nie wychodzi się na powierzchnię.
Tu nie było miejsca na dystans i przymrużenie oka – black metal był radykalny i fanatyczny jak terrorysta wsiadający do zatłoczonego autobusu z bombą w plecaku. Choćby taki Fenriz z DARKTHRONE w wywiadach z tamtego okresu jawił się zupełnie inaczej niż dziś – dobrotliwy wujaszek, który słucha Uriah Heep od drugiego roku życia i fascynuje się heavy metalową sceną głębokich lat 80-tych. Wówczas wszyscy jak jeden mąż słuchali Bathory, Hellhammer, niemieckiego Poison, a najbardziej komercyjnymi zespołami, które w kontekście inspiracji się pojawiały były wczesne Sodom i Kreator.

Fenriz i spółka

I nie przez przypadek o Fenrizie wspomniałem, bo po raz pierwszy o DODHEIMSAGARD usłyszałem jako o side projekcie muzyka z Darkthrone. Pierwsza konfrontacja z tą płytą była dla mnie wstrząsająca – ta muzyka była równie surowa i mroczna jak dokonania DARKTHRONE, ale jednocześnie jeszcze bardziej złowieszcza i opętana. Wokalizy Aldrahna wprowadzały w rytualny i zupełnie odrealniony klimat. W „Kronet Kil Konge” mieszkało zło, ale ono nie zrodziło się w nocy w dzikich ostępach leśnych. Ta muzyka miała w sobie coś apokaliptycznego i niszczącego, a jednocześnie była przesycona skandynawskim smutkiem oraz dostojną melodyką, która nadawała jej spójności i czuwała by nawet przez moment nie popadała w chaos. Do tego zwolnienia, akustyczne partie, czyste wokale, deklamacje, przeszywające wrzaski i diabelskie krzyki – miejscami brzmiące jak skarga, pełne bólu i wściekłości. Wokalnie, choć trochę wspomagany przez Fenriza i Victornika rolę pierwszoplanową odgrywa Aldrahn – dla mnie, jeden z najlepszych wokalistów w dziejach tego gatunku, co zresztą potwierdził i na MCD Zyklon-B i na kolejnej płycie Dodheimsgard i nawet na debiucie Old Man's Child, na którym pojawił się gościnnie w kilku utworach.

Kręta droga muzycznych poszukiwań


Na swojej drugiej płycie DODHEIMSGARD zmienili nieco stylistykę, celując w bardziej przebojowe, kąśliwe black metalowe utwory, osadzone na thrash metalowym kręgosłupie. „Monumental Possession" to dla mnie płyta doskonała – absolutnie niedościgniony wzorzec w takim graniu.
Później było zaskakujące MCD „Satanic Art" , z genialnym „Traces of Reality”, będącym preludium do eksperymentalnej i niezwykle udanej płyty „666 International” , na której choć stylistycznie uwolnili się od black metalowych schematów (które w tamtym czasie już dawno stały się swoją własną karykaturą), pozostali w kręgu muzyki ekstremalnej.
Po latach milczenia nagrali dość udaną „Supervillain Outcast”, która jednak w kontekście ich wcześniejszych dokonań pozostawiła lekki niedosyt. Wreszcie w zeszłym roku wyszła „A Umbra Omega” - interesująco zapowiadająca się płyta, która niestety nie zatrzymała mnie przy sobie na dłużej.
No i na koniec Dodheimsgard na żywo! Okazji było wcześniej kilka, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie i ich koncerty w ostatniej chwili były odwoływane – czy to na Brutal Assault, czy to podczas słynnego dwudniowego festiwalu Piony w Katowicach, z którego ostatecznie zrobił się tylko jeden dzień i to w dość przetrzebionym składzie. Aż udało się ich zobaczyć podczas ubiegłorocznego Brutala. I niestety. Było to jedno z najbardziej bolesnych rozczarowań mojego koncertowego życia. Na żywo nie dało się ich słuchać, ani nawet oglądać. Brzmieli fatalnie, na co można jeszcze szukać usprawiedliwienia, jednak ich sceniczna kreacja jest dla mnie równie apetyczna co Ryszard Kalisz w pończochach i pantofelkach z metalowymi szpilkami.

Gwałt na żywo

Wizualnie prezentowali się jak jakaś kabaretowa trupa, która jeździ po wsiach - pokazuje babę z brodą żonglującą pochodniami, grubasa podpalającego swoje bąki i karła przebranego za krasnoludka. Vicotnik robił gesty jak bohater czechosłowackiej kreskówki mieszkający w stawie zielone oczko i rzucał uśmiechy szamana, który właśnie wypił wywar z dzikich grzybów i oświadczył, że bizony przybiegną z północy na tylnych łapach i będą miały łabędzie skrzydła żółtego koloru. Stałem pod sceną czując się jak kompletny debil i nie wierząc ani własnym oczom, ani własnym uszom. W pewnym momencie myślałem nawet, że to jakiś żart - jakaś wersja czeskiego programu "Jesteś w ukrytej kamerze", ale nie... to chyba rzeczywiście był Dodheimsgard, a ten koncert został zagrany na poważnie.

Część ludzi uciekło w popłochu, ale część została - patrzyli na scenę głaskając się po brodach i cmokając jak żul w krzakach pod sklepem, który właśnie otworzył letnią edycję wina "Czas PGR-u" sądząc, że to jakiś francuski napitek z czasów Ludwika XIV.

Całe moje wyobrażenie o Dodheimsgard zeszłego lata prysnęło jak wyobrażenie nastoletniej dziewicy o czystym i namiętnym seksie z wyidealizowanym chłopakiem poznanym przez internet, po gwałcie dokonanym przez pijanych żuli i psa bernardyna w przydrożnym rowie, który udrażnia okoliczne szamba. Trauma do końca życia.

I znów „Kronet Kil Konge” przeleciała dziś chyba pięć razy, a po bonusowy dysk nie sięgnąłem. Może go jutro posłucham...










wtorek, 15 marca 2016

DESTROYER 666: Hołd dla klasyków

Słucham ostatniego DESTROYER 666 i przyznam, że mam mieszane uczucia. Ostatnim wybitnym wydawnictwem Australijczyków była MCD "Terror Abraxas". Przedostatnia - "Defiance" to płyta dobra, ale o nieco zaokrąglonych rogach i spiłowanych pazurkach. Niestety z tej muzyki coraz bardziej ulatnia się dzikość i barbarzyństwo, który uwiodły mnie w chwili gdy poznałem ten zespół


Tytuł nowego krążka to „Wildfire”, a ja póki co ani dzikości, ani ognia na tym krążku nie słyszę.
Zamiast bezwzględności, agresji i chamstwa, którymi niegdyś ta kapela pluła w każdej sekundzie, dziś mamy powrót do przeszłości i to nie tej death black metalowej, ale do czystego heavy z lat 80-tych.
Już pierwsza fraza wokalna w otwierającym „Traitor” nie pozostawia złudzeń co do obranej stylistyki. Rozbiegane, świdrujące melodyjne solówki i heavy metalowy pęd śmielej wykraczają poza thrash/black metalową stylistykę niż kiedykolwiek wcześniej. Ta muzyka aż lepka jest od inspiracji Exciter, Agent Steel czy Running Wild, z którego miejscami wręcz cytują. Inspiracja to zacne i szlachetne, ale cholera – z tą płytą mam trochę podobnie jak z ostatnimi albumami DARKTHRONE. Szkoda mi, że zespół, który mając swój unikalny styl odwraca się na pięcie i z taką determinacją zaczyna składać hołd pionierom gatunku.
Ale jak na wstępie napisałem moje uczucia są mieszane – więc także pozytywne. Pozytywne jest to, że DESTROYER 666 tego swojego hołdu nie składa w tak pokraczny sposób jak DARKTHRONE, pozytywne jest, że choć oddalił się od pierwotnie obranej stylistyki to jej echa wciąż są obecne. Po pierwszej konfrontacji „Wildfire” sprawia wrażenie dobrej płyty, z gatunku tych, których uroda będzie wyraźniejsza po kolejnych odsłuchach. Obawiam się jednak, że mogę nie znaleźć dostatecznie dużo powodów by do tej płyty wracać. Jak będę miał ochotę na bestialski i oryginalny łomot to sięgnę choćby po „Terror Abraxas”. Gdy najdzie mnie ochota na surowe i drapieżne heavy to wrzucę sobie wczesne Exciter lub Running Wild. No chyba, że będę miał nastrój na „coś pomiędzy”... ale taki stan ducha mam równie często, co jednocześnie rozwolnienie i zatwardzenie.

poniedziałek, 14 marca 2016

ANTHRAX: Ostatni są pierwszymi

Potężny wysyp nowości sprawił, że pewnie jeszcze trochę czasu minie aż porządnie wgryzę się w nową płytę ANTHRAX. Po dwóch przesłuchaniach powiem jednak tak - po poprzednim zaskakująco dobrym krążku spodziewałem się dobrej płyty, ale nie przypuszczałem, że będzie aż tak dobra. ANTHRAX prawdopodobnie nagrał najlepszą płytę w swojej dyskografii i jedną z najlepszych thrash metalowych płyt ostatnich kilkunastu lat.


W tym miejscu uwaga do wszystkich, którzy ze względu na zbliżony czas premiery tego albumu z premierą nowej płyty MEGADETH zestawiali te płyty, dywagując która lepsza:
Tu nie ma żadnych porównań! Te albumy dzieli jakościowa przepaść!
Podczas gdy MEGADETH siląc się na powrót do formy nagrał dość udaną płytę, która jest jednak cieniem ich największych dokonań, ANTHRAX zaserwował nam muzykę świeżą i ekscytującą, prąc do przodu i zupełnie nie oglądając się przez ramię.
MEGADETH uraczył nas zgrabnym krążkiem, niosącym za sobą echa ich dawnej potęgi. ANTHRAX potężny jest teraz - "For All Kings" to ich "Rust In Peace", najlepsza płyta w dyskografii i koniec! I piszę to jako fan MEGADETH, osoba, która zawsze przedkładała dokonania rudego aroganta ponad łysola w trampkach i krótkich gaciach. 
To jest niewiarygodne jak dziś mocny jest ANTHRAX! Ten sam ANTHRAX, który dla mnie zawsze był w cieniu, nie tylko w kontekście pozostałej trójki z Wielkiej Thrash Metalowej Czwórki, ale także innych czołowych zespołów thrash metalowych, wymieniając choćby TESTAMENT czy EXODUS.
Tymczasem aktualnie, w roku 2016 ANTHRAX kasuje absolutnie wszystkich - świeżością, pomysłowością i kunsztem wykonania. 
Joey Belladonna na starość napił się chyba jakiegoś eliksiru piękna - bo jego głos brzmi po prostu rewelacyjnie - śpiewa z taką charyzmą i polotem, a w każde wyśpiewane zdanie wkłada tyle emocji, że aż mnie szarpie za serce i miękną mi kolana. Warstwa instrumentalna zachwycająca, gitarowo ta płyta jest nie tylko piękna i wyrafinowana, ale po prostu cudownie zaaranżowana, z zachowaniem dobrego smaku i wszelkich proporcji. Tu nie ma solówek po to, żeby były - one po prostu wypływają z gitarowych riffów, akurat w tym miejscu i w takiej formie, że budują wraz z nimi naturalną harmonię i piękno. Są jak kształtne kobiece piersi, z przodu, nieco poniżej ramion - bo trzymając się tego porównania, to mam wrażenie, że na wielu thrash metalowych płytach partie solowe nawet jak efektowne to funkcjonują w jakimś oderwania - a cóż z tego, że cyc duży i jędrny, skoro na plecach albo na kolanie.
W ANTHRAX wszystko jest na swoim miejscu - pięknie, naturalnie i zgodnie z naturą. Dziś jestem fanem tego zespołu bardziej niż byłem nim kiedykolwiek, a przecież słucham ich od wczesnych lat dziewięćdziesiątych i jeszcze kilka lat temu myślałem, że w życiu nie nagrają niczego na poziomie "Spreading the Disease" czy "Among the Living".
I jeszcze jedno! Jak tu thrashu nie słyszycie? Przecież na "For All Kings" thrashu jest więcej niż na ostatnim albumie MEGADETH. Ta płyta jest thrash metalowa do szpiku kości! Tyle, że jest to thrash metal jedyny w swoim rodzaju - oryginalny, naturalny i płynący prosto z serca. Jestem tą płytą zachwycony!

ORANSSI PAZUZU: Dźwiękowe monstrum

ORANSSI PAZUZU gra muzykę specyficzną - absorbującą, nieoczywistą i nie najłatwiejszą w odbiorze. Gdy ich słucham z płyt z przyjemnością zatracam się w tych dźwiękach. Nie byłem jednak pewien czy ta muzyka jest w stanie przemówić do mnie w równym stopniu na żywo. Po wczorajszym koncercie nie mam wątpliwości. Przemówiła tak głośno i dobitnie, że wciąż jeszcze słyszę szum w uszach. Kosmiczny szum dobiegający z czarnej dziury 


Wczorajszy koncert zapowiadał się dość kameralne. Mój zakupiony bilet miał numerek 64 – ludzi niewiele, przed wejściem na salę rozstawione stoiska z płytami. Wśród nich stoisko Wszechpotężnej ARACHNOPHOBIA RECORDS (przez PH!). Przejrzałem płytki i od razu mi się humor poprawił bo nie dość, że wymacałem ostatni album gwiazdy wieczoru - ORANSSI PAZUZU, to jeszcze ostatni krążek STILLBORN, na których koncert wybieram się w przyszły piątek oraz ostatnią płytą ALUK TODOLO (!).

 

 

FLESHWORLD

Jak pierwszy na scenę wyszedł FLESHWORLD – nasz rodzimy zespół, o którym wcześniej nie słyszałem. Brzmieniowo zaprezentowali się bez zarzutu – stylistycznie wpisałbym ich w szeroko rozumiany post metal – ciężki, klimatyczny, potężny – nie tak odległy od tego co gra choćby Cult Of Luna. I cóż, o ile jeszcze 2-3 lata temu byłbym zadowolony, a 5-6 lat temu zachwycony ten zespołem, tak dziś, przyznaję bez bicia, że zdarzyło mi się tu i ówdzie dyskretnie ziewnąć. Jestem chyba już taką stylistyką lekko zmęczony. O ile jeszcze na koncercie wytrzymałem bez szczególnego dyskomfortu tak tuż po nim, nie ruszyłem by zakupić płytę.

NON OPUS DEI

Jako drugi wystąpił NON OPUS DEI. Przyznam, że po początkowej ekscytacji tym zespołem moje zainteresowanie jego kolejnymi albumami z czasem zaczęło słabnąć. Najlepszych dowodem jest, że płyta „Eternal Circle”wydana w ładnym digi przez Witching Hour Productions stoi na mojej półce zafoliowana i choć minęło już sześć lat od jej zakupu, to wciąż nie mogę zebrać się na jej odsłuch. Sądziłem, że gdy zobaczę ich na żywo to może coś zaskoczy i może znów się do nich przekonam. Niestety, nic takiego się nie stało. Cenię w NON OPUS DEI to, że nie podążają przetartymi ścieżkami i grają po swojemu, ale za cholerę mnie to nie przekonuje. Ich przekaz wydaje mi się pokraczny, niezgrabny, niespójny, popadający w egzaltację, a teksty trącące grafomanią. Ja wiem, że tak ma być i rozumiem, że to świadomie przyjęta konwencja, ale podczas niedzielnego koncertu utwierdziłem się w przekonaniu, że obecnie z NON OPUS DEI mi zupełnie nie po drodze.

ORANSSI PAZUZU

Tymczasem z minuty na minutę ludzi przybywało i gdy wyszli Finowie z ORANSSI PAZUZU, zebrany tłum wypełnił dość szczelnie całą przestrzeń między sceną, a drzwiami wejściowymi na salę. Chyba naprawdę niewiele zabrakło by zagrali na dużej scenie. Choć może właśnie ta mała doskonale pasowała do ich występu – skromnego, cichego, statycznego, minimalistycznego. Ale to wszystko pod względem wizualnym i w odniesieniu do scenicznej prezentacji. Muzycznie było zupełnie inaczej – głośno, przytłaczająco, gęsto, klimatyczne, złowrogo.
Dźwięki wylewały się z głośników jak smoła, przytłaczały, osaczały, gniotły swoim ciężarem i monolitycznym monumentalizmem, psychodeliczną transowością i radykalną bezwzględnością. Stałem tuż przy barierkach, ale fala dźwięku już po kilku minutach odepchnęła mnie na bezpieczną odległość. Poczułem się jak martwa ryba wyrzucona przez fale morskie na piaszczysty brzeg.

W oceanie dźwięku

Na scenie nie działo nic efektownego, muzycy całkowicie zaabsorbowani grą, oświetlenie, oszczędne, minimalistyczne, najczęściej w odcieniach zimnego błękitu. Od czasu od czasu ostre białe światło zlokalizowane gdzieś koło instrumentów klawiszowych biło oślepiającym blaskiem jak latarnia morska. Jakby chciało być wskazówką nawigacyjną dla słuchaczy, którzy tonąc w oceanie dźwięków zaczęli już tracić poczucie rzeczywistości i orientację w przestrzeni. Bo to co wylewało się z głośników to już nie była muzyka, ale właśnie ocean dźwięków – zimnych, gęstych, nieprzeniknionych, rzucających publiką jak bezwzględny żywioł fal, małym drewnianym statkiem z połamanymi żaglami. Spore wrażenie zrobiły na mnie również partie wokalne – chore obłędne krzyki, czasami przywodzące na myśli to co robił w MAYHEM Attila Csihar, w czasach swojej świetności.

Publika była raczej statyczna bo tradycyjne koncertowe zabawy przy ORANSSI PAZUZU przypominałby próbę szybkiego tańca w wodzie po szyję. W takim koncercie chyba jeszcze lepiej by się uczestniczyło w pozycji siedzącej, a już najlepiej leżąc. Właśnie na to miałem ochotę. Gdyby podłoga była trochę bardziej przyjazna to najchętniej położyłbym się pod sceną i słuchał Finów jeszcze ze dwie godziny. Niestety skończyli po godzinie z haczykiem. Nieoczekiwanie wyszli na jeden bis. Kumpel prawie płakał – tak go ten koncert wynudził i wymęczył, ja byłem zachwycony i w pełni usatysfakcjonowany. Wyjątkowy występ wyjątkowego zespołu.

niedziela, 13 marca 2016

Kilka godzin przed końcem...

Późny wieczór, zupełnie nieplanowana i dość przypadkowa wizyta w Media Markt. Pobieżne oględziny półek płytowych - wybór marny, wszystko albo mam albo mnie nie interesuje. I gdy już mam wychodzić mój wzrok pada na tę płytę! Jest! Cholera, straszny byłby wstyd gdybym nie włączył jej do swojej kolekcji w roku jej premiery. KILLING JOKE - Pylon


Odpalam płytę w samochodzie, za oknem siąpi deszcz, światło latarni rozmywa się ciemnym lustrze mokrego asfaltu. Dodaję gazu, wyjeżdżam na ulicę i wpadam w trans. KILLING JOKE zaserwował powrót do dawnych czasów - nagrał ponownie swój debiut tyle, że tłumacząc go na język XXI wieku.
Jest postpunkowy klimat, jest zimna materia, jest chłodna forma, trasowe mechaniczne riffy i natchniony przejmujący, silny i beznamiętny głos Coleman, który w pewnym momencie śpiewa:
"I am the fury
The spirit of outrage
I am the fire
I am the virus"
...a ja orientuję się, że nie włączyłem ani świateł, ani wycieraczek. 
Gdy reflektory mojego samochodu rozświetlają mrok, a wycieraczki zgarniają krople deszczu z przedniej szyby uświadamiam sobie, że dawno już zjechałem z ulicy i teraz gnam po spalonej ziemi, widząc we wstecznym lusterku jak unosi się za mną ogromna i bezkształtna chmura popiołu. 
Poczułem się jak tuż przed apokalipsą, chwilę przed ostatecznym końcem świata. Wróciłem do domu i przesłuchałem ten album jeszcze kilkakrotnie, napisałem o nim kilka słów na facebooku i gdy już miałem kłaść się spać natrafiłem na informację: "Nie żyje lider zespołu Motorhead Lemmy Kilmister". 
Poczułem jak serce podchodzi mi do gardła. Killing Joke wcale nie zwiastował apokalipsy. Ich płyta zapowiadała coś dużo gorszego niż koniec świata... następnego dnia miał się zacząć świat bez Motorhead. 

sobota, 12 marca 2016

ABOMINATOR: Bestialstwo i furia

ABOMINATOR to jeden z moich faworytów australijskiej sceny. Nie wiedzieć jednak czemu ten zespół mimo nagrywania znakomitych krążków nigdy nie zdobył popularności na miarę choćby swoich kolegów z DESTROYER666 


A może właśnie odpowiedź jest prosta – brak thrash metalowych riffów i heavy metalowych melodii sprawia, że Abominator jest jednak ciut mniej przystępny. Ale czy gorszy? Tegorocznej płyty Destroyer666 jeszcze nie słyszałem, ale życzyłbym sobie by była na tak wysokim poziomie jak ubiegłoroczny krążek ich rodaków.
„Evil Proclaimed” to już piąty duży album, istniejącego od 1994 roku Abominator. Jego premiera na scenie metalowej była mniej więcej tak głośno komentowana jak nowy film Tory Lane w telewizji Trwam. Przeszła zupełnie bez echa, może z jakimiś skromnymi recenzjami w bardziej podziemnych periodykach. Nic dziwnego – Abominator podobnie jak Tory Lane – ma swój target, grono oddanych i wiernych fanów, którzy kolejne dawki muzyki przyjmują z nabożną czcią i potrafią docenić jej walory.
„Evil Proclaimed” proponuje porcję death/black metalu imponującego bestialskimi wokalizami, warczącymi riffami i zdecydowanymi partiami perkusji. To dość prosta, ale jednocześnie porywająca i selektywna muzyka, która nawet jak miejscami popada w szaleńcze tempa to ani na moment nie zatraca swej chwytliwości, eleganckiej i wojskowej wręcz dyscypliny, której pilnują wojenne partie perkusji, brzmiące jak wezwanie do artyleryjskiego ataku.
Ta muzyka jest bezwzględna, natarczywa, i pełna furiackiej pasji. W tej niepohamowanej barbarzyńskiej agresji czai się jednak dużo smaczków i naprawdę interesujących zagrywek, które początkowo nie są łatwo dostrzegalne w bitewnym kurzu i wojennej pożodze.



piątek, 11 marca 2016

Czarodziejskie rękawiczki

Miałem kiedyś czarodziejskie skórzane rękawice. Właściwie to nie były moje, ale mojego ojca. Chciał je wyrzucić jak jedną pogryzł pies, wtedy ja je przejąłem, obciąłem nożyczkami palce i miałem fajne rękawice, które idealnie pasowały mi do ramonki, czarnych bojówek i glanów. A że miały ślady zębów mojego psa to nawet lepiej, wyglądałem dzięki temu na jeszcze większego twardziela. Nic dziwnego, że nosiłem je przez dwanaście miesięcy w roku, nawet gdy był upał i zmierzałem na plażę

Jak się szybko okazało miały moce czarodziejskie. Co prawda nie były to rękawice siły jak w "Kajko i Kokoszu", ale jak gołębie pocztowe, zawsze do mnie wracały. Zaczęło się niewinnie - kiedyś idąc rano do szkoły jedną zgubiłem. Gdy wracałem, a było już ciemno, rozwiązał się jeden z moich glanów. Schyliłem się, patrzę, O ! Moja rękawiczka! Myślałem, że to zwykły fart, przypadek. Ale nie.
Poszedłem kiedyś na imprezę i zgubiłem obie. Po dwóch dniach jedna znalazła się u kolegi w plecaku (co ciekawe on na tej imprezie nie był), a druga u koleżanki w bucie. Była w tych butach na imprezie a później przez jakiś czas ich nie zakładała. (Pewnie jeden but był za ciasny).


Któregoś razu wyjechałem na trzydniową wycieczkę w góry. W pociągu zorientowałem się, że nie mam lewej rękawiczki. Musiałem zgubić na dworcu lub po drodze. Gdy wymęczony po wycieczce wracałem do domu (pamiętam, że słuchałem akurat świeżo zakupionej kasety CARCASS „Heartwork”), znalazłem swoją rękawiczkę leżącą pomiędzy chodnikiem, a ogrodzeniem. Zwinięta i mokra, ale cała.

Pewnego razu zgubiłem prawą (tą pogryzioną) na dobry miesiąc. Była już zaawansowana wiosna gdy wracałem ze szkoły autobusem. Słuchałem akurat debiutu Emperor. Patrzę, a tu w samym kąciku ściśnięta drzwiami autobusu leży czarna skórzana rękawica. Z niedowierzaniem rozwinąłem ją, poznałem ślady pogryzień. Nie było wątpliwości. To moja. Przejeździła wiele tygodni w autobusie. Roześmiałem się, bo nie miałem wątpliwości, że to jakaś czarna magia.

Kiedyś moja rodzicielka nie wytrzymała i wyrzuciła mi te rękawiczki do śmieci. Był chyba listopad. Dostałem nowe, ocieplane z białym futerkiem w środku. Z odrazę odłożyłem je do szafy obiecując sobie, że nigdy ich nie włożę. Gdy był Sylwester mój pies zamiast chować się ze strachu pod łóżkiem, biegał po całej okolicy przynosząc w pysku dymiące jeszcze petardy. Wreszcie przyniósł coś co nie dymiło. Początkowo myślałem, że to mysz albo kreta trzyma w pysku. Ale nie. Okazało się, że to... moje rękawiczki. Obie. Teraz już obie pogryzione. Oczywiście odebrałem mu i znów zacząłem w nich chodzić. 

Gdy zmieniłem już styl ubierania o rękawiczkach zupełnie zapomniałem. Aż do momentu gdy jedną znalazłem przypadkowo w kieszeni ramoneski, w której już na co dzień nie chodziłem lecz od święta, przy okazji koncertów. Następnego dnia po koncercie (był to The Kovenent w Proximie) idę na swój wydział, wsiadam do windy, a tam... moja rękawiczka.
- Jak to możliwe? - drapię się po głowie, przecież wczoraj znalazłem ją w ramonce. Schowałem do kieszeni, a po powrocie do domu biegnę do kurtki, patrzą, a tam druga. I znów były w komplecie.

Później się przeprowadzałem i dużo rzeczy mi poginęło. Po kilku latach jedną z rękawiczek znalazłem przypadkowo w pudle z kasetami, a drugą w starym śpiworze, którego nie używałem od czasów wyjazdów na obozy harcerskie. Teraz od lat znów tych rękawiczek nie widzę, ale absolutnie nie wierzę, że zginęły.

Gdy moi synowie będą już dorośli i zaczną opuszczać rodzinny dom to się pewnie znajdą i wtedy dam im po jednej.

Pierwsze spotkanie z D.R.I.

Dokładnie pamiętam ten dzień - była sobota, w piątek słuchałem prawie przez całą noc radia i usłyszałem kawałek Suicidal Tendencies, który spodobał mi się na tyle, że następnego dnia wsiadłem na swój zielony rower z napisem "Orkan" na ramie i wyruszyłem w poszukiwaniu kasety. Oczywiście zjeździłem dwa bazary, obmacałem więcej łóżek niż sprzątaczka w "Sheratonie" i niczego nie znalazłem.


Ostatnią deską ratunku była księgarnia muzyczna "Bzyk", wówczas nieźle zaopatrzona w kasety. - Nie ma, ale mam coś podobnego - rzucił sprzedawca i podał mi kasetę z TAKT-u "4 of a Kind". Popatrzyłem na nią zrezygnowany i w obawie przed powrotem do domu z pustymi rękami, łaskawie zgodziłem się by mi ją włączył.
Nigdy nie zapomnę tego momentu, za oknem świeci słońce, jest tak gorąco, że koła roweru przyklejały mi się do asfaltu, a koszula do pleców. Stoję w tym sklepie, jestem tylko ja i sprzedawca. Wkłada kasetę, naciska "play". Cisza, głośniki lekko szumią. I nagle z tego szumu wyłaniają się odgłosy perkusji. I wchodzi ten riff !!! Czuję jak robi mi się zimno, puls przyśpiesza. Chcę powiedzieć, że biorę tę kasetę, ale ślina zasycha mi ustach, otwieram je tylko i jak ryba w akwarium poruszam nimi w milczeniu. Facet przekrzywia lekko głowę i wpatruje się we mnie poprawiając okulary zsuwające się z jego spoconego nosa. 0:49 gdy wchodzi ta gitara czuję jak podnoszą mi się włosy na głowie i cierpnie mi skóra na czaszce. Czuję jakbym wepchnął na głowę czapeczkę trzymiesięcznego dziecka. Nogi robią mi się miękkie, więc chwytam się szklanej lady tak mocno, że aż trzeszczy. Po dokładnie minucie i 25 sekundach przez zaciśnięte gardło cedzę: BIORĘ!!! KURWA! BIORĘ!!!.

Ostatni idiota

Płacę, wychodzę ze sklepu wrzucając kasetę do odtwarzacza od razu naciskając przycisk przewijania, żeby usłyszeć to jeszcze raz. Wychodzę na chodnik, słońce pali jak w piekarniku, w gardle mam sucho jakbym zjadł piasek z pobliskiej piaskownicy. Słucham jak opętany, chodzę pod tym sklepem raz w lewo, raz w prawo. Wreszcie kieruję się w stronę przystanku - wchodzą wokale.
"Kurwa! Ja pierdolę! Kurwa! Jaki totalny rozpierdol!" - podszeptuje mi moje młodzieńcze, romantyczne serce i gdy już zaczynam się bać, że zaraz się obudzę, że ta płyta to jakiś cudowny sen widzę jak wychodzi facet ze sklepu i coś krzyczy do mnie, machając rękami. 
- Ki chuj? - przemyka przez moją głowę gorączkowe pytanie. Bardzo niechętnie zdejmuje słuchawki. 
....łeś!!! - słyszę. 
Robię kilka kroków w kierunku sklepu. 
- Rower w sklepie zostawiłeś!  - drze się facet. 
Kurwa! Rower! No tak. 
Lecę po ten rower czując się jak ostatni idiota, wsiadam na niego pośpiesznie i gnam jak w jakiejś gorączce w kierunku domu. Mijam po drodze samochody, wywracam ciężarówki, rozbijam głową wiadukty, rozcinam rzeki i osuszam jeziora. Słucham płyty, przy której wszystko staje się możliwe! 

Na żywo

A później, w pierwszej klasie liceum odkupiłem od kolegi "Thrash Zone", no i zacząłem poznawać też ich wcześniejszą twórczość, która przypadła mi do gustu chyba bardziej niż ta najpóźniejsza. Na żywo widziałem ich dwa razy w Warszawie w 2004 roku i we Wrocławiu w roku 2015. Za każdym razem niedosyt - w pierwszym przypadku mniejszy, w drugim większy, bo miałem wrażenie, że dopiero pod koniec zabrzmieli naprawdę dobrze. Pewnie to były dobre koncerty, ale jednak od zespołu, który ma na koncie płyty genialne wymagałoby się jeszcze więcej. 

czwartek, 10 marca 2016

Modern holocaust!

Ha! Ha! Ha! Jeszcze nie zgłupiałem :) Ale skoro już tu jesteście to przeczytajcie o ADVERSARIAL. Nie wiem czy nie najlepszy, ale na pewno jeden z najlepszych ubiegłorocznych krążków nagrali Kanadyjczycy dla potężnej Dark Descent Records. „Death, Endless Nothing and the Black Knife of Nihilism” to płyta, która zachwyca brzmieniem, aranżacjami, miażdżącymi riffami i warstwą wokalną. ADVERSARIAL kreuje wizje piekła, w którym panują nieprzeniknione ciemności, powietrze jest duszne i gorące, a jęki skazańców jednoznacznie wskazują, że nie spędzają czasu na grach w monopol i moczeniu nóg w solonce


Muzyka Kanadyjczyków jest jak smoła wrząca w piekielnych kotłach – czarna, gorąca, lepka i gęsta. Fala dźwięków, która nas zalewa może być początkowo przytłaczająca, a dla osób, które nie potrafią od razu zachwycić się walorami brzmieniowymi, jej monolityczna struktura może wydać się dość nieprzystępna.
Z ciemnością jest jednak tak, że trzeba się do niej przyzwyczaić, bo przecież na co dzień jesteśmy narażeni na światło i przyzwyczajeni do szerszej palety barw niż różne nasycenie czerni. A ADVERSARIAL to właśnie nie odcienie szarości, lecz czerń absolutna. Czerń sącząca się jak trucizna z rozdwojonego języka jadowitego węża, w ciągu kilkunastu sekund infekująca nasz krwiobieg i odbierająca kontrolę nad ciałem. Gdy ukąszony nie otrzyma na czas szczepionki jego umysł zacznie odpływać, a zmysły przeniosą go w zupełnie nieznany świat. Świat, w którym panuje ciemność, zło i przemoc, ale mimo tego nie jest on wyzuty z pięknych uczuć, wzniosłych idei i palącej nadziei.
„D.E.N.A.T.B.K.O.N” pod tym płaszczem monolitycznej i nieprzeniknionej ciemności skrzy się od emocji. Struktura poszczególnych utworów aż zapiera dech w piersiach – bezwzględne przyśpieszenia, klimatyczne zwolnienia, eksplozje brutalnych riffów oraz przepysznie zaaranżowane i doskonale brzmiące partie perkusji wciągają nas w potężny wir emocji i doznań, który targa nami jak trąba powietrzna chudym psem wyrwanym z rozpadającej się budy razem z pobliskim domostwem. Przy tych dźwiękach czuję się właśnie jak taki wyliniały i bezzębny kundel, któremu przyszło mierzyć się w walce z bezwzględną siłą żywiołu.
Stylistycznie można by przywołać echa INCANTATION, nagłe, gwałtowne i eksplodujące przyśpieszenia przypominają o kanadyjskim rodowodzie grupy, a klimatyczne jadowite partie dodają całości black metalowego mroku.
ADVERSARIAL nie stworzył muzyki, która przełamuje ramy gatunku, ale jednocześnie zaproponował płytę dość oryginalną i windującą ich twórczość na wyższy poziom. Jeśli macie ochotę na muzyczne poszukiwania i wysublimowane dźwiękowe wycieczki to spokojnie możecie sobie ten album odpuścić. Jeśli jednak kochacie death metal – w jego brudnej, mrocznej i brutalnej formie to powinniście po „D.E.N.A.T.B.K.O.N” sięgnąć, bo to bez wątpienia jedna z najlepszych płyt w takiej stylistyce, spośród tych, które ukazały się w ostatnim czasie.








ASPHYX: Bestia z kraju tulipanów

ASPHYX to jeden z tych zespołów, które poznałem za sprawą kasety kompilacyjnej "In The Eyes Of Death", zakupionej na początku lat dziewięćdziesiątych. Pięć zespołów death metalowych i każdy zupełnie inny, każdy na swój sposób wspaniały i oryginalny: Asphyx, Tiamat, Grave, Unleashed i Loudblast. Zresztą w tych cudownych czasach większość zespołów grało po swojemu, tworząc coś świeżego, unikalnego i emocjonującego


Pierwszym studyjnych albumem Holendrów był dla mnie nie ich debiut, ale dwójka, którą z perspektywy czasu wciąż zaliczam do ich największych dokonań. Zresztą z tej perspektywy czasu to coraz bardziej sobie uświadamiam, że kocham wszystkie ich krążki, także te nagrane po tym jak pozbyli się ze składu swojego wielkiego gardłowego. 

Charyzma w kapsułkach

„Last One On Earth” zaczyna się pięknie, bez żadnego intro, plumkań czy złowrogich odgłosów – ot wchodzi riff, ciężki, zamaszysty, rozpędzający się coraz bardziej, a gdy już napięcie sięga zenitu Van Drunen krzyczy: „Her name it means power her silhoutte bring fear” - tym swoim zwierzęcym, obrzydliwym i od pierwszej sekundy rozpoznawalnym głosem. Brzmienie idealne, gęste, monolityczne – motoryka riffów porywająca, ciężko kroczące, walcowate zwolnienia przytłaczają swoim ciężarem i wbijają w ziemię monumentalną doom metalową siłą. Nic dziwnego, że „M.S. Bismarck” na stałe wszedł do repertuaru koncertowego tej grupy.
Ogromną moc i ciężar ma „The Krusher” - grany w nieśpiesznym tempie, dobitny, miażdżący, a gdy już się rozpędza to nabiera takiego impetu, że zdaje się iż nic nie jest już go w stanie zatrzymać. Van Drunen krzyczy cudownie, z wdziękiem i naturalnością przechodząc od wolnych złowrogich pomruków do niemal histerycznego ujadania.
„Serenade in Lead” rusza z kopyta, szybko, motorycznie, intensywnie, napastliwie. Riff, który wchodzi po półtorej minucie trwania tego utworu zrywa skalp z głowy, a głos Van Drunena jest nie tylko agresywny ale i czytelny. „I'll tear apart your society change the course of history”. Ten facet mógłby swoją charyzmę zamykać w kapsułkach i sprzedawać ją w aptekach, większości death metalowym wokalistom.
Utwór tytułowy z walcowatym początkiem jest jak czołg, który sunąc po błocie wbija głęboko w glebę ciała poległych żołnierzy. Marszowe tempo „Last One Earth” jest bezwzględne i obezwładniające, a riff pod koniec trzeciej minuty jest tak ciężki, potężny i monumentalny, że po tylu latach od pierwszej konfrontacji z tym krążkiem wciąż drżą mi kolana. No i ta partia solowa w szóstej minucie, piękna, kojąca, przestrzenna, na tle potężnego, niemal doom metalowego potwora. Najdłuższy i jeden z najpiękniejszych numerów na płycie.

Naloty dywanowe i artyleria ciężka

No i przeskakujemy na stronę „B”- „The Incarnation of Lust” sunie w szybkim tempie, by pod koniec pierwszej minuty jeszcze bardziej przyśpieszyć i lekko opanować się po wejściu partii wokalnych. Van Drunen drze się w taki sposób, że aż chce się wznieść ręce do góry i krzyczeć wraz z nim – jest nieludzko agresywny, dziki i zwierzęcy w swej ekspresji ale jednocześnie niewiarygodnie czytelny i dobity w każdym słowie i w każdej sylabie. Ten utwór to typowy Asphyx – niby nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym, ale w każdym riffie, w każdym przyśpieszeniu i w każdym zwolnieniu ma moc wręcz niewyobrażalną.
"Streams of Ancient Wisdom" zaczyna się riffem, który zawsze przywodził mi na myśl UNLEASHED. Nie rozwija się on jednak jak u Szwedów lecz zwalnia, a Van Drunen zaczyna toczyć te swoje wokalne frazy jak wściekłe zwierzę pianę z pyska. Riff wolny, dostojny, potężny, po minucie i 39 sekundach znów przejmująca, delikatna i piękna partia solowa. Przemyka lekko i prawie niezauważalnie, jak bakterie dżumy niesiona wiatrem przez ulice średniowiecznego Konstantynopola. No i ten potwornie piękny riff na sam koniec. Mistrzostwo!
„Food for the Ignorant” jest jak bombowiec, który najpierw warczy i rozpędza się po pasie startowym, a później unosi się w nad miastem i wyrzuca z siebie setki bomb zmieniających je w stertę gruzu i piasku. Ciężkim, topornym riffem prowadzi nas do szybkiego i obłędnego finału, zakończonego absolutnie powalającą gitarą na przełomie trzeciej i czwartej minuty. Siła ASPHYX w każdym calu. Obłęd i szaleństwo.
Ostatni na płycie „Asphyx (Forgotten War)” to również jeden z moich ulubionych utworów na tej płycie, szybki, ciężki, z niebanalnym, zapadającym w pamięci, powtarzanym riffem i miarową sekcją rytmiczną, raz po raz ostrzeliwującą precyzyjnymi i wyniszczającymi kanonadami.
No i ten riff na początku czwartej minuty – to jedna z najcudowniejszych chwil na tym krążku. Aż mam ochotę przy nim walić twarzą w podłogę, ale zamiast tego przymykam oczy i przenoszę się wspomnieniami na ich koncerty, które zawsze były dla mnie fizycznie wyniszczające i psychicznie oczyszczające. Niezależnie od tego czy grali późnym wieczorem w klubie, czy inaugurowali pierwszy dzień festiwalu, czy tak jak ostatnio – przetoczyli się po mnie w temperaturze 40 stopni Celsjusza, wyciskając ze mnie ostatnią kropelkę potu i wysysając ostatni dżul energii. Nie umarłem po tym koncercie tylko dlatego, że nie miałem na to siły...