czwartek, 10 marca 2016

ASPHYX: Bestia z kraju tulipanów

ASPHYX to jeden z tych zespołów, które poznałem za sprawą kasety kompilacyjnej "In The Eyes Of Death", zakupionej na początku lat dziewięćdziesiątych. Pięć zespołów death metalowych i każdy zupełnie inny, każdy na swój sposób wspaniały i oryginalny: Asphyx, Tiamat, Grave, Unleashed i Loudblast. Zresztą w tych cudownych czasach większość zespołów grało po swojemu, tworząc coś świeżego, unikalnego i emocjonującego


Pierwszym studyjnych albumem Holendrów był dla mnie nie ich debiut, ale dwójka, którą z perspektywy czasu wciąż zaliczam do ich największych dokonań. Zresztą z tej perspektywy czasu to coraz bardziej sobie uświadamiam, że kocham wszystkie ich krążki, także te nagrane po tym jak pozbyli się ze składu swojego wielkiego gardłowego. 

Charyzma w kapsułkach

„Last One On Earth” zaczyna się pięknie, bez żadnego intro, plumkań czy złowrogich odgłosów – ot wchodzi riff, ciężki, zamaszysty, rozpędzający się coraz bardziej, a gdy już napięcie sięga zenitu Van Drunen krzyczy: „Her name it means power her silhoutte bring fear” - tym swoim zwierzęcym, obrzydliwym i od pierwszej sekundy rozpoznawalnym głosem. Brzmienie idealne, gęste, monolityczne – motoryka riffów porywająca, ciężko kroczące, walcowate zwolnienia przytłaczają swoim ciężarem i wbijają w ziemię monumentalną doom metalową siłą. Nic dziwnego, że „M.S. Bismarck” na stałe wszedł do repertuaru koncertowego tej grupy.
Ogromną moc i ciężar ma „The Krusher” - grany w nieśpiesznym tempie, dobitny, miażdżący, a gdy już się rozpędza to nabiera takiego impetu, że zdaje się iż nic nie jest już go w stanie zatrzymać. Van Drunen krzyczy cudownie, z wdziękiem i naturalnością przechodząc od wolnych złowrogich pomruków do niemal histerycznego ujadania.
„Serenade in Lead” rusza z kopyta, szybko, motorycznie, intensywnie, napastliwie. Riff, który wchodzi po półtorej minucie trwania tego utworu zrywa skalp z głowy, a głos Van Drunena jest nie tylko agresywny ale i czytelny. „I'll tear apart your society change the course of history”. Ten facet mógłby swoją charyzmę zamykać w kapsułkach i sprzedawać ją w aptekach, większości death metalowym wokalistom.
Utwór tytułowy z walcowatym początkiem jest jak czołg, który sunąc po błocie wbija głęboko w glebę ciała poległych żołnierzy. Marszowe tempo „Last One Earth” jest bezwzględne i obezwładniające, a riff pod koniec trzeciej minuty jest tak ciężki, potężny i monumentalny, że po tylu latach od pierwszej konfrontacji z tym krążkiem wciąż drżą mi kolana. No i ta partia solowa w szóstej minucie, piękna, kojąca, przestrzenna, na tle potężnego, niemal doom metalowego potwora. Najdłuższy i jeden z najpiękniejszych numerów na płycie.

Naloty dywanowe i artyleria ciężka

No i przeskakujemy na stronę „B”- „The Incarnation of Lust” sunie w szybkim tempie, by pod koniec pierwszej minuty jeszcze bardziej przyśpieszyć i lekko opanować się po wejściu partii wokalnych. Van Drunen drze się w taki sposób, że aż chce się wznieść ręce do góry i krzyczeć wraz z nim – jest nieludzko agresywny, dziki i zwierzęcy w swej ekspresji ale jednocześnie niewiarygodnie czytelny i dobity w każdym słowie i w każdej sylabie. Ten utwór to typowy Asphyx – niby nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym, ale w każdym riffie, w każdym przyśpieszeniu i w każdym zwolnieniu ma moc wręcz niewyobrażalną.
"Streams of Ancient Wisdom" zaczyna się riffem, który zawsze przywodził mi na myśl UNLEASHED. Nie rozwija się on jednak jak u Szwedów lecz zwalnia, a Van Drunen zaczyna toczyć te swoje wokalne frazy jak wściekłe zwierzę pianę z pyska. Riff wolny, dostojny, potężny, po minucie i 39 sekundach znów przejmująca, delikatna i piękna partia solowa. Przemyka lekko i prawie niezauważalnie, jak bakterie dżumy niesiona wiatrem przez ulice średniowiecznego Konstantynopola. No i ten potwornie piękny riff na sam koniec. Mistrzostwo!
„Food for the Ignorant” jest jak bombowiec, który najpierw warczy i rozpędza się po pasie startowym, a później unosi się w nad miastem i wyrzuca z siebie setki bomb zmieniających je w stertę gruzu i piasku. Ciężkim, topornym riffem prowadzi nas do szybkiego i obłędnego finału, zakończonego absolutnie powalającą gitarą na przełomie trzeciej i czwartej minuty. Siła ASPHYX w każdym calu. Obłęd i szaleństwo.
Ostatni na płycie „Asphyx (Forgotten War)” to również jeden z moich ulubionych utworów na tej płycie, szybki, ciężki, z niebanalnym, zapadającym w pamięci, powtarzanym riffem i miarową sekcją rytmiczną, raz po raz ostrzeliwującą precyzyjnymi i wyniszczającymi kanonadami.
No i ten riff na początku czwartej minuty – to jedna z najcudowniejszych chwil na tym krążku. Aż mam ochotę przy nim walić twarzą w podłogę, ale zamiast tego przymykam oczy i przenoszę się wspomnieniami na ich koncerty, które zawsze były dla mnie fizycznie wyniszczające i psychicznie oczyszczające. Niezależnie od tego czy grali późnym wieczorem w klubie, czy inaugurowali pierwszy dzień festiwalu, czy tak jak ostatnio – przetoczyli się po mnie w temperaturze 40 stopni Celsjusza, wyciskając ze mnie ostatnią kropelkę potu i wysysając ostatni dżul energii. Nie umarłem po tym koncercie tylko dlatego, że nie miałem na to siły...

1 komentarz:

  1. Moim zdaniem to jedna z najbardziej niedocenianych kapel.

    OdpowiedzUsuń