środa, 16 marca 2016

DHG: Zbiorowy gwałt na dziewicy

Pewnie nigdy byście się po mnie tego nie spodziewali, ale oprócz tego, że uwielbiam muzykę jestem strasznie pazerny na płyty. Kolekcjonowanie tych płaskich kawałków plastiku z dziurką w środku sprawia mi równie dużą frajdę jak i ich słuchanie. Jestem mokrym snem sklepów i wytwórni płytowych. Wepchnąć mi płytę jest tak łatwo jak alkoholikowi małpkę czystej, gdy rankiem przychodzi skacowany do sklepu

Nowości nowościami – bo ich zakup jest rzeczą oczywistą i pożądaną przez każdego poważnego fana muzyki. Klasyka również spędza sen z powiek, ale ci starsi stażem zwykle większość mają już na półkach. Oprócz nowości i staroci istnieje jeszcze trzeci rodzaj płyt – stare, wydane na nowo. O ile są to zwykłe reedycje to nie ma problemu, bo można je sobie odpuścić (a najczęściej nawet trzeba). Inaczej jest z reedycjami specjalnymi – wypasionymi wersjami starych płyt, wzbogaconymi o bonusowe dyski, nagranie demo, czy nawet dvd. Takich nie potrafię sobie odmówić, choć przyznam szczerze, że słucham ich niezmiernie rzadko, albo wcale. No, ale czy można było odpuścić choćby „Human” z dodatkowym dyskiem zawierającym instrumentalne wersje utworów, albo wypasioną wersję „Mental Funeral”, wzbogaconą o dvd, reedycje płyt MESSIAH z bonusami w tłustych digipackach, "Scum" z surowym masteringiem, czarne edycje A4 DARK ANGEL z bonusami... i tak by można wymieniać bardzo długo. Kupuję bo są to płyty, które kocham i chęć ich ponownego zakupu w innej wersji jest wyjątkowo kusząca. Niestety większość z nich leży w foliach, bo ilekroć mam na nie ochotę to sięgam po pierwsze wydania. Oczywiście wciąż sobie obiecuję, że przyjdzie pora na odsłuch tych wypasionych reedycji, ale następnym razem... Może jutro posłucham?

Czas black metalowej świetności

Ostatnio skusiłem się na ponowny zakup debiutanckiej płyty DODHEIMSGARD - „Kronet Kil Konge”. Po raz trzeci, bo już posiadam wydanie Century Black z 1999 roku oraz pierwsze oryginalne Malicious Records z 1995 roku. Tym razem złupiła mnie Peaceville, dodając drugi krążek zawierający reha z 1994 roku.
Dziś postanowiłem przerwać swój przykry nawyk traktowania reedycji jako eksponatów. Zerwałem folię, otworzyłem digi i już dotknąłem bonusowego dysku palcem wskazującym i kciukiem, ale nie... najpierw wrócę do „Kronet Kil Konge” - wszak to jeden z moim ulubionych black metalowych albumów tamtych lat. A jeśli weźmiemy pod uwagę, że wówczas konkurencja była mordercza to okazuje się, że mamy do czynienia z prawdziwym arcydziełem gatunku.
Wrzuciłem do odtwarzacza i odpłynąłem. Leci już chyba piąty raz, a ja myślami znów jestem w połowie lat dziewięćdziesiątych, w czasach gdy black metal był nie tylko świeży i nowatorski, ale też tajemniczy i niebezpieczny. W czasach, gdy ta muzyka była prawdziwą rebelią, skrajnie bluźnierczą i ekstremalną formą wyrazu, niosącą za sobą nie tylko kontrkulturowe i antyludzkie przesłanie, ale także stanowczo odcinała się od reszty metalowej sceny. Wtedy było nie do pomyślenia by black metalowa horda grała podczas letnich festiwali dla sandałowych metali, nie do pomyślenia by dzieliła sceniczne deski z jakimiś heavy metalowymi patatajami, nie do pomyślenia by odbierała statuetkę Grammy i wdzięczyła się do kamer. Miejsce black metalu było w podziemiu. W jego najgłębszych czeluściach – tam gdzie nigdy nie dociera słoneczne światło i z którego nigdy nie wychodzi się na powierzchnię.
Tu nie było miejsca na dystans i przymrużenie oka – black metal był radykalny i fanatyczny jak terrorysta wsiadający do zatłoczonego autobusu z bombą w plecaku. Choćby taki Fenriz z DARKTHRONE w wywiadach z tamtego okresu jawił się zupełnie inaczej niż dziś – dobrotliwy wujaszek, który słucha Uriah Heep od drugiego roku życia i fascynuje się heavy metalową sceną głębokich lat 80-tych. Wówczas wszyscy jak jeden mąż słuchali Bathory, Hellhammer, niemieckiego Poison, a najbardziej komercyjnymi zespołami, które w kontekście inspiracji się pojawiały były wczesne Sodom i Kreator.

Fenriz i spółka

I nie przez przypadek o Fenrizie wspomniałem, bo po raz pierwszy o DODHEIMSAGARD usłyszałem jako o side projekcie muzyka z Darkthrone. Pierwsza konfrontacja z tą płytą była dla mnie wstrząsająca – ta muzyka była równie surowa i mroczna jak dokonania DARKTHRONE, ale jednocześnie jeszcze bardziej złowieszcza i opętana. Wokalizy Aldrahna wprowadzały w rytualny i zupełnie odrealniony klimat. W „Kronet Kil Konge” mieszkało zło, ale ono nie zrodziło się w nocy w dzikich ostępach leśnych. Ta muzyka miała w sobie coś apokaliptycznego i niszczącego, a jednocześnie była przesycona skandynawskim smutkiem oraz dostojną melodyką, która nadawała jej spójności i czuwała by nawet przez moment nie popadała w chaos. Do tego zwolnienia, akustyczne partie, czyste wokale, deklamacje, przeszywające wrzaski i diabelskie krzyki – miejscami brzmiące jak skarga, pełne bólu i wściekłości. Wokalnie, choć trochę wspomagany przez Fenriza i Victornika rolę pierwszoplanową odgrywa Aldrahn – dla mnie, jeden z najlepszych wokalistów w dziejach tego gatunku, co zresztą potwierdził i na MCD Zyklon-B i na kolejnej płycie Dodheimsgard i nawet na debiucie Old Man's Child, na którym pojawił się gościnnie w kilku utworach.

Kręta droga muzycznych poszukiwań


Na swojej drugiej płycie DODHEIMSGARD zmienili nieco stylistykę, celując w bardziej przebojowe, kąśliwe black metalowe utwory, osadzone na thrash metalowym kręgosłupie. „Monumental Possession" to dla mnie płyta doskonała – absolutnie niedościgniony wzorzec w takim graniu.
Później było zaskakujące MCD „Satanic Art" , z genialnym „Traces of Reality”, będącym preludium do eksperymentalnej i niezwykle udanej płyty „666 International” , na której choć stylistycznie uwolnili się od black metalowych schematów (które w tamtym czasie już dawno stały się swoją własną karykaturą), pozostali w kręgu muzyki ekstremalnej.
Po latach milczenia nagrali dość udaną „Supervillain Outcast”, która jednak w kontekście ich wcześniejszych dokonań pozostawiła lekki niedosyt. Wreszcie w zeszłym roku wyszła „A Umbra Omega” - interesująco zapowiadająca się płyta, która niestety nie zatrzymała mnie przy sobie na dłużej.
No i na koniec Dodheimsgard na żywo! Okazji było wcześniej kilka, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie i ich koncerty w ostatniej chwili były odwoływane – czy to na Brutal Assault, czy to podczas słynnego dwudniowego festiwalu Piony w Katowicach, z którego ostatecznie zrobił się tylko jeden dzień i to w dość przetrzebionym składzie. Aż udało się ich zobaczyć podczas ubiegłorocznego Brutala. I niestety. Było to jedno z najbardziej bolesnych rozczarowań mojego koncertowego życia. Na żywo nie dało się ich słuchać, ani nawet oglądać. Brzmieli fatalnie, na co można jeszcze szukać usprawiedliwienia, jednak ich sceniczna kreacja jest dla mnie równie apetyczna co Ryszard Kalisz w pończochach i pantofelkach z metalowymi szpilkami.

Gwałt na żywo

Wizualnie prezentowali się jak jakaś kabaretowa trupa, która jeździ po wsiach - pokazuje babę z brodą żonglującą pochodniami, grubasa podpalającego swoje bąki i karła przebranego za krasnoludka. Vicotnik robił gesty jak bohater czechosłowackiej kreskówki mieszkający w stawie zielone oczko i rzucał uśmiechy szamana, który właśnie wypił wywar z dzikich grzybów i oświadczył, że bizony przybiegną z północy na tylnych łapach i będą miały łabędzie skrzydła żółtego koloru. Stałem pod sceną czując się jak kompletny debil i nie wierząc ani własnym oczom, ani własnym uszom. W pewnym momencie myślałem nawet, że to jakiś żart - jakaś wersja czeskiego programu "Jesteś w ukrytej kamerze", ale nie... to chyba rzeczywiście był Dodheimsgard, a ten koncert został zagrany na poważnie.

Część ludzi uciekło w popłochu, ale część została - patrzyli na scenę głaskając się po brodach i cmokając jak żul w krzakach pod sklepem, który właśnie otworzył letnią edycję wina "Czas PGR-u" sądząc, że to jakiś francuski napitek z czasów Ludwika XIV.

Całe moje wyobrażenie o Dodheimsgard zeszłego lata prysnęło jak wyobrażenie nastoletniej dziewicy o czystym i namiętnym seksie z wyidealizowanym chłopakiem poznanym przez internet, po gwałcie dokonanym przez pijanych żuli i psa bernardyna w przydrożnym rowie, który udrażnia okoliczne szamba. Trauma do końca życia.

I znów „Kronet Kil Konge” przeleciała dziś chyba pięć razy, a po bonusowy dysk nie sięgnąłem. Może go jutro posłucham...










4 komentarze:

  1. Coś się tutaj nie zgadza. Jak to możliwe, że Yusaf "robił gesty" skoro przez cały występ trzymał się instrumentu? Nie było tak źle, jedyne zarzuty co do tego koncertu, to bandycka pora i krótki czas trwania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To była jakaś żenująca pantomima poparta fatalnym brzmieniem. Widziałem w życiu pewnie z tysiąc koncertów i ten jeśli nie był najgorszym to z pewnością jednym z najgorszych.

      Usuń
  2. Nie wiem w jakim stanie pan był na tym koncercie, bo po całym dniu i połowie nocy różnie to czasem wygląda, ale nawet na tym filmie słychać, że brzmienie nie było aż takie tragiczne. Na tym tysiącu koncertów z pewnością setki razy bywało z tym gorzej. Więc proszę nie wypisywać dyrdymałów panie Kamilu.
    https://www.youtube.com/watch?v=-Ku9awuojns

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłem w stanie doskonałym, bo to był główny powód dla którego pojechałem na ten festiwal. Przygotowywałem się do tego koncertu jak Tyson do walk bokserskich na początku swojej kariery, ale to nic nie pomogło:) Koncert był fatalny, a prezentacji wizualna zespołu po prostu żenująca. Byłem strasznie rozczarowany tym występ, podobnie jak wszyscy moi znajomi, którzy doczekali tej późnej pory. A, że komuś się podobało to jasne - zawsze znajdą się i tacy. W dziejach ludzkości chyba jeszcze nie odbył się koncert, który by się wszystkim podobał, albo wszystkim nie podobał :)

      Usuń