poniedziałek, 7 marca 2016

Krew Ogień Śmierć

Właśnie skonczyłem „Krew Ogień Śmierć - Historia Szwedzkiego Metalu”. Podchodziłem do tej książki nieufnie, ale mimo jej licznych wad cieszę się, że jednak skusiłem się na lekturę


Wbrew tytułowi z historią szwedzkiego metalu ta książka nie ma wiele wspólnego. Ot, wybrano kilka zjawisk, kilka zagadnień i opisano je, często bez surowej chronologicznej dyscypliny. Ta książka to nie opis historii szwedzkiej muzyki metalowej, ale raczej zbiór reportaży poświęconych najbardziej jaskrawym- i co tu ukrywać – najbardziej sensacyjnym aspektom towarzyszącym scenie. Te reportaże napisane są dość zgrabnie, a rozmówcy ciekawi. Przyjemność z czytania trochę psują braki w korekcie, źle poodmieniane wyrazy, stylistyczne niezgrabności. Nie ma jednak tragedii – w końcu to książka o metalu, a nie zeszyty literackie.

Wielcy nieobecni

Rozczarowało mnie w tej książce potraktowanie po macoszemu sceny metalowej wczesnych lat osiemdziesiątych. Myślałem, że może dowiem się o jakiś zapomnianych zespołach czy płytach, a tu okazało się, że nawet większość tych, które znam zostało albo pominiętych, albo potraktowanych zdawkowo. Nie dowiedziałem się więc wiele o zespołach, których płyty mam na półkach, takich jak choćby: 220 Volt, Agony, Ambusch, Axewitch, E.F. Band, Burn, Glory Bell's Band, Gotham City, Hexenhaus, Silver Mountain, Six Feet Under, Mercy, Wizzard Of Oz, Midas Touch, Maninnya Blade, Overdrive, Trouble i wielu innych. Ze starych zespołów właściwie tylko cokolwiek jest o Heavy Load, prawie nic o Candlemass, który przecież jest jednym z najważniejszych szwedzkich zespołów. Olano też zupełnie Yngwiego Malmseena. Współczesną scenę metalową zawężono dosłownie do kilku zespołów: Shining, Nifelheim, Watain, Amon Amarth, Arch Enemy i Hammerfall – przy okazji tych ostatnich dosłownie wspomniano o kilku weteranach. Olano też takie osobistości szwedzkiej sceny jak Peter Tägtgren czy Dan Swanö. Ten ostatni ukazany tylko jak opowiada o tym, że goście z Abruptum pobrudzili studio krwią podczas nagrywania płyty.

Bliźniacy z telewizji 

Główna oś książki to szwedzki death metal i black metal (także ten norweski bo sceny się przenikały) – przedstawione głównie przez pryzmat wydarzeń okołomuzycznych niż samej muzyki. Co ciekawe jednak – czytając tę książkę dowiedziałem się trochę nowych rzeczy o historiach, które wydawało mi się, że są już przewałkowane i zdarte jak opony samochodu, który przejechał 300 tys. kilometrów.
Książka zaczyna się od... Nifelheim – reportażowy język przenosi nas w atmosferę ich koncertu, bracia ukazani są nie tylko jako archetypowi fani metalu (koncerty, piwo i płyty), ale także maniakalni fani Iron Maiden i telewizyjni celebryci.
Później mamy rozdział o wspomnianym wyżej Heavy Load – w sumie z dość smutnym i gorzkim wydźwiękiem, bo to przecież był zespół nietuzinkowy, a nie odnieśli nigdy większego sukcesu. Szczególnie zainteresował mnie rozdział o Bathory. Naprawdę myślałem, że o tej kapeli wiem już wszystko, ale nie mam wątpliwości, że po lekturze książki swoją wiedzę wzbogaciłem. Nawet jeśli są to tylko szczegóły – choćby takie, że ręka trzymająca czaszkę na okładce płyty Oz jest ręką Quorthona. Wszystko dzięki rozmowie z ojcem Quorthona, który był zarazem szefem wytwórni promującej muzykę swojego syna.

Stare historie opowiedziane na nowo

Interesujący jest rozdział o Pelle Ohlinie, znanym powszechnie jako Dead. Rozmowa dziennikarzy z jego bratem rzuca trochę inne światło na tragiczną postać muzyka. Nigdzie wcześniej nie czytałem choćby tego, że Dead był ofiarą przemocy szkolnej i swoją śmierć kliniczną przeżył na skutek pobicia.
Rozdział o death metalu jest sympatyczny, ale niezbyt zajmujący, szczególnie dla tych, którzy mają za sobą lekturę książki Daniela Ekerotha. Z przyjemnością przeczytałem rozdział poświęcony szwedzkim mediom w kontekście muzyki, ale to pewnie bardziej ze względu na zainteresowania zawodowe. Rozdział „Black Metal” - to powtórka historii z Vargiem i Euro w tle. Dość fajnie pokazuje zidiocenie i głupotę tych dzieciaków, którym głównie z powodu dobrobytu i wygodnego życia odbiła palma, nawożona dodatkowo brakiem asertywności, pewności siebie i poczucia własnej wartości. Czyta się jednak znakomicie.

Samobójca i samobójca gawędziarz

Podobał mi się się rozdział o pieniądzach w metalu – dość smutny i powodujący gorzkie refleksje i wnioski, które nasuwają się nie tylko w kontekście metalu. Z wypiekami na twarzy przeczytałem rozdział poświęcony Dissection – głównie za sprawą swojego ostatniego wywiadu, jaki Jon udzielił przed śmiercią. Zupełnie niepotrzebny jest rozdział o kobietach w metalu, z którego zresztą wynika, że tych najbardziej zaangażowanych można na palcach jednej ręki policzyć. Równie dobrze można było zrobić rozdział o delfinach żyjących w rzekach.
Tu zresztą dramaturgia książki spada i kolejne rozdziały nie są równie interesujące jak te poprzednie. Rozdział o Entombed to taki reportaż pokazujący trochę bliżej LG Petrova, „Sieg Heil” – poświęcono skrajnej prawicy, od której ponoć wszyscy się odżegnują, „Lekcja samobójstwa” - to rozdział o Shining. Od pewnego czasu Niklas wydaje mi się mało wiarygodny - mniej więcej od chwili, gdy niby się zabił, ale później zmartwychwstał. Po przeczytaniu książki utwierdziłem się w swoim przekonaniu i nabrałem pewności, że to jedna z osób, która nigdy w życiu słowa prawdy nie powiedziała – chyba, że przez pomyłkę.
Przy rozdziale o heavy metalu ziewnąłem – bo średnio mnie emocjonują te wszystkie retro zespoliki – nawet jeśli tak jak Portrait dość sprawnie odgrywają wariacje na temat klasyki. Książka kończy się rozdziałem o Watain, potwierdzającym, że sukces osiąga się poświęceniem i ciężką pracą, ocierającą się o fanatyzm.

Bardziej przyjemna niż pożyteczna

Reasumując – zdecydowanie warto przeczytać, choć dla osób bardziej obeznanych ze sceną ta lektura bardziej posłuży rozrywce niż poszerzeniu wiedzy. Wiedza, którą przekazuje nie jest specjalnie użyteczna. Czyta się przyjemnie, ale osobiście zdecydowanie bardziej lubię książki, po lekturze których mamy wypisaną listę kilkudziesięciu zespołów do sprawdzenia. „Krew Ogień Śmierć - Historia Szwedzkiego Metalu” to na pewno książka godna polecenia osobom, które w ogóle metalu nie słuchają. Gdyby jej poszczególne rozdziały publikować cyklicznie w prasie to jestem pewien, że znalazłaby spore grono czytelników, zainteresowanych obcym światem tych długowłosych dziwolągów. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz