niedziela, 20 marca 2016

Piękność bez seksapilu

Z płytami jest czasem jak z niektórymi kobietami – niby ładna, niby niegłupia, niby niczego jej nie brakuje, ale kręci mnie jak szafka na buty, stojąca w moim przedpokoju. Właśnie tak mam z ostatnią płytą SALIGIA

Podobał mi się debiut Norwegów, podobała mi się epka "Lvx Aeternae". Nie były to dzieła epokowe, ale zdradzały duży potencjał i wróżyły dobre perspektywy na przyszłość. Tymczasem ich drugi album pełen jest niejednoznaczności, które wzbudzają bardzo mieszane uczucia. Trudno mi ten krążek jednoznacznie potępić, ale jeszcze trudniej mi się nim szczerze zachwycić. Z takimi płytami jest jeszcze gorzej niż z płytami słabymi. Bo ze słabymi sprawa jest oczywista – po przesłuchaniu wyrzucamy je z odtwarzacza i już nigdy do nich nie wracamy. Z brzydkimi i głupimi dziewczynami się nie umawiamy i też po kłopocie.

Próbując wskrzesić ogień

„Fonix” płytą słabą nie jest – przynajmniej w takim prostym rozumieniu. Jest właśnie jak ta pozornie atrakcyjna kobieta, która stała w kolejce po długie nogi i ładną buzię, ale zabrakło już czasu by wyposażyć się choćby w szczyptę seksapilu.
No i co robimy w takim wypadku? 
Oczywiście dajemy jej drugą, trzecią i czwartą szansę – w nadziei, że coś się w końcu wydarzy. Mamy nadzieję, że z długo pocieranych kamieni wyskoczy wreszcie iskra, która padnie na suchą ściółkę i zaprószy ogień. Najpierw mały, przy którym można ogrzać dłonie, a później rozprzestrzeniający się po całym lesie.

Z nadzieję i cierpliwością

Niestety ręce już mnie bolą od tego pocierania kamieni, a tu nie tylko iskra nie chce wystrzelić, ale nawet jak je dotykam to się okazuje, że są ledwo ciepłe. „Fonix” jest jak ta piękna kobieta, która w kolejnym już przebraniu wygina się przede mną w lubieżnych pozach, a ja patrzę nerwowo na zegarek i zaczynam się zastanawiać czy przypadkiem w telewizji nie leci coś ciekawego.
Norwegowie nagrali album dojrzały, niejednoznaczny, bogaty i dość oryginalny. Dwie rzeczy mi jednak od razu w nim nie pasują – suche łupiące brzmienie perkusji oraz wokale na pograniczu krzyku i śpiewu. Niestety, żeby zacząć śpiewać to trzeba albo śpiewać umieć i mieć ku temu warunki, albo być Quorthonem i potrafić nawet fałszem chwycić za serce i wyżąć duszę jak mokre prześcieradło wepchnięte do magla. 
Nawet gdy te frazy wokalne zamieniają się w rozpaczliwe zawodzenie nie chce się przy tej muzyce paść na kolana i rwać włosy z głowy, ale wymierzyć gardłowemu policzek i krzyknąć: "Weź się w garść! Bądź mężczyzną!"
Tymczasem Ahzari sobie tak pośpiewuje i pokrzykuje tym swoim bezbarwnym głosem i choć stara się jak ta moja wyimaginowana panienka to ja znów patrzę na zegarek. Słucham chyba z siódmy raz i obiecuję sobie, że to ostatni – bo przecież tyle interesujących płyt czeka na swoją kolej. Ale nie, jak tylko wybrzmi ostatni na krążku "Fønix: Flame Coronation", ponownie naciskam „play” i znów biorę kamienie próbując wskrzesić iskrę, a moją dziewczynę przebieram już w strój sprzedawcy hot-dogów – bo jako policjantka, pokojówka, pielęgniarka i zakonnica się przecież nie sprawdziła. 

Ósmy grzech główny

SALIGA na swoim ostatnim krążku kreuje podniosłą, rytualną atmosferę, która miejscami przypomina jakiś religijny obrządek. Niestety bardziej niż żarliwą modlitwę przywodzi na myśl niedzielną mszę, na którą ludzie niby przyszli, ale zamiast wznosić modły i kajać się za grzechy, rozglądają się po kościółku, patrząc jak sąsiadka się ubrała, ile kto dał na tacę i czy sąsiad oby na pewno dobrze wyczyścił buty.
Szkoda mi trochę tej płyty bo mam wrażenie, że potencjał miała spory, ale w wykonaniu zbrakło autentycznej pasji i szczerych emocji. 
SALIGIA to słowo ułożone z pierwszych liter nazw siedmiu grzechów głównych, którymi były określane w średniowiecznej łacinie: (superbia, avaritia, luxuria, invidia, gula, ira oraz acedia). Powoli dochodzę do wniosku, że Norwegowie na swoim nowym krążku popełnili grzech ósmy – kto wie czy nie najcięższy. Nagrali słabo swoją muzykę. A to gorszy grzech niż nagrać muzykę słabą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz