wtorek, 8 marca 2016

POGAVRANJEN: Black metal ze słonecznej Chorwacji

POGAVRANJEN to zespół z Chorwacji, który pewnie by sobie w tej Chorwacji nagrywał kolejne płyty przez najbliższe 45 lat, a mi by nie przyszło do głowy by przyjrzeć się ich muzyce. No bo niby dlaczego? Ci Chorwaci jednak zrobili rzecz sprytną i związali się z w naszą rodzimą Arachnophobia Records, a tak się składa, że katalog wydawniczy tej wytwórni śledzę z uwagą od samego początku i to nie tylko z sympatii do jej założyciela, ale przede wszystkim z powodu interesującej muzyki, którą proponuje


Oczywiście nie będę ściemniał, że wszystko co wydaje klepacki majors ścina mi białko we krwi. Są pozycje, które mnie interesują bardziej (Eeerie), takie które kręcą mnie mniej (Kurhan) i takie, które zupełnie mi nie leżą (Thy Worshiper). Jednak niezależnie od indywidualnego gustu i preferencji arachnophobskie płyty to pozycje nietuzinkowe, cechujące się dużą dozą oryginalności i własnym charakterem. Tak, nawet temu nieszczęsnemu Thy Worshiper, od którego mnie zęby bolą, obiektywnie nie sposób tych cech odmówić.


Duch Ved Buens Ende

Nie inaczej jest z oryginalnością POGAVRANJEN. Chorwaci na „Jedva čekam da nikad ne umremnie” nie odgrywają prostego black metalu opartego na dwóch akordach, któremu towarzyszy kruczy skrzek i surowa sekcja rytmiczna. Ich muzyka dryfuje, w kierunku awangardy, klimatem czasami nie tak znów odległej od tego co prawie 21 lat temu zrobili na swojej płycie Norwegowie z Ved Buens Ende.
No właśnie, czy coś co było awangardą 21 lat temu wciąż może nią być po tak długim czasie?
Chyba tak, bo wpływy Norwegów w muzyce Chorwatów są punktem wyjścia a nie stylistycznymi ramami. Może przez atmosferę niektórych partii wokalnych, przez sposób konstrukcji niektórych fraz melodycznych te skojarzenia biegną właśnie ku Norwegom. Posłuchajcie choćby śpiewu rozpoczynającego drugi na płycie „Maitreya”. Jednak gdy się w „Jedva čekam da nikad ne umremnie” całkowicie zanurzymy to okazuje się, że wszelkie muzyczne konotacje i powinowactwa szybko się ulatniają. Bo to nie jest muzyka, którą można pić małymi łyczkami z fajansowego kubeczka, nie jest to muzyka, w której można moczyć nogi, albo siedzieć w niej jak w jacuzzi. Ostatnia płyta POGAVRANJEN wymaga pełnego zanurzenia i zanurkowania aż do samego dna - tak by poczuć na twarzy łaskoczący dotyk wodorostów, a w nozdrzach kleistą konsystencję mułu.

Co się kryje na dnie króliczej nory?

Muzyka POGAVRANJEN śmiało łamie wszelkie granice, dryfuje swobodnie i lekko, a trajektorie jej lotów trudne są do przewidzenia. Zawieszona jest gdzieś pomiędzy psychodelicznymi wizjami, onirycznymi pejzażami i jazzową improwizacją. Ta płyta jest tak rozpasana, wielobarwna i bogata, że po pierwszych przesłuchaniach czujemy się jak Alicja w Krainie Czarów, która wciąż jeszcze nie wie, co ją czeka na samym dnie króliczej nory.
W klimatyczny wydźwięk poszczególnych utworów, które współtworzą partie klawiszowe, przepięknie wdzierają się gitarowe harmonie, delikatne, kunsztowne, wyrafinowane, jak misterne ściegi srebrnej nitki na żałobnej szacie martwego człowieka. Te gitarowe struny nieraz kwilą cichutko, nieraz płaczą i krzyczą w tłumionym szlochu.

Marność nad marnościami i wszystko marność

Bo to całe bogactwo dźwięków, które zaklęto w sześciu utworach, łączy atmosfera smutku i przygnębienia, całkowitej rezygnacji i gorzkiej rozpaczy. „Jedva čekam da nikad ne umremnie” to smutna i pasjonująca opowieść, której akcja nie jest prowadzona w sposób linearny, a mnogość detali i środków wyrazu każą wciąż przeżywać ją na nowo i za każdym razem odkrywać coś innego, nie tylko w tej historii, ale i w nas samych.
POGAVRANJEN nagrali album wymagający czasu i skupienia. To jedna z tych płyt, której słuchanie ma sens w absolutnej ciszy i koncentracji. Ona potrafi odwdzięczyć się słuchaczowi tylko pod warunkiem, że i on będzie skłonny do poświęcenia.
Obawiam się, że w czasach wiecznego pośpiechu i codziennego pędu album ten będą w stanie docenić tylko nieliczni. Ci, którzy potrafią na chwilę przystanąć, pozwolić sobie na całkowite odcięcie się od świata i szczerą, muzyczną kontemplację.
Tej muzyki najlepiej słuchać o zmroku i w samotności – gdy za oknem pada deszcz, a zachmurzone niebo przesłania księżyc i wszystkie gwiazdy, tak by ich słoneczny blask nie mógł przynieść nikłego promyka nadziei i krzepiącej otuchy. Jesteśmy marnością i wszyscy wkrótce umrzemy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz