środa, 23 marca 2016

Tak mała! Rób mi dobrze!

Czas płynie i są w życiu człowieka rzeczy, do których zmienia diametralnie swój stosunek, a są takie, do których stosunek pozostaje niezmienny. Nie na darmo o tym stosunku piszę – bo dziś nie tylko o muzyce, ale i o stosunkach będzie. Nie o stosunkach międzynarodowych czy dyplomatycznych, ale brzydko mówiąc „o ruchaniu”

Pamiętam dokładnie ten dzień. To mogła być szósta klasa podstawówki i kolega akurat przyniósł mi kasetę MOTORHEAD – „1916”. Jego starsza siostra miała chłopaka metala – związek się rozpadł, ale kilka kaset po chłopinie zostało. Przejąłem więc taśmę i z niecierpliwością czekałem, aż skończą się lekcję i będę mógł posłuchać tego złowrogiego, nieziemsko brutalnego metalu, który dotąd znałem tylko z opowieści owego kolegi.

Fantazje pryszczatych onanistów

Mieliśmy wtedy fajną młodą nauczycielkę. Przyszła do naszej szkoły chyba prosto po studiach – miała ładną buzię, atrakcyjną figurę, nosiła zwiewne sukienki i jak siadała w klasie to zawsze podwijała nogi pod pupę i zdejmowała buty. Tymczasem część z nas walczyła już z pryszczami, mutacją, zmazami nocnymi i burzą hormonów. A ci, którzy jeszcze nie dojrzewali też mówili, że dojrzewają, bo głupio było im się przyznać, że są mniej męscy. Ba, oni nawet krzyczeli najgłośniej i najchętniej dzielili się swoimi fantazjami.
Gdy nasza nauczycielka pytała nieraz który z chłopców zostanie na przerwie by pootwierać okna, wszyscy rzucali się na ławki wyciągając ręce tak wysoko, że mogliśmy prawie dotknąć jarzeniówek oświetlających salę. Niektórzy naoglądali się pornosów i ich wyobraźnia szalała na myśl, co ta dojrzała kobieta mogłaby zrobić z nastolatkiem po zamknięciu klasy. Inni żadnych brzydkich filmów nie oglądali, ale też podnosili ręce, żeby nie być gorsi. Oczywiście otwieraliśmy te okna, wycieraliśmy kredę z tablicy, podlewaliśmy kwiatki i nic się nie działo. Pewnie tej biednej kobiecie nawet przez myśl nie przeszło, że część dzieci z jej klasy zdradza już jakieś popędy płciowe.
I właśnie tego dnia gdy dostałem od kolegi kasetę, staliśmy pod pokojem nauczycielskim i odprowadzając naszą ulubioną panią pożądliwym wzrokiem zaczęliśmy dyskusję. Ja, Byś, Ryś i Duduś.

Najobrzydliwsza rzecz na świecie

- Ciekawe ile ma lat? - zapytał Byś.
- Dwadzieścia parę – ocenił Duduś.
- Jest po studiach, więc ma ze dwadzieścia pięć lat – skwitowałem.
- Więcej – ocenił Duduś. - Myślę, że może mieć ze 26 albo nawet 28.
- Słabo... - zmartwiłem się. - Trochę stara.
- E tam stara, zobacz jaka fajna – Duduś oblizał się lubieżnie. - Ja to bym mógł nawet z taką trzydziestolatką.
- Z trzydziestolatką? - zdziwił się Byś.
Ze dwie minuty staliśmy i zastanawialiśmy się czy „moglibyśmy” z trzydziestką. Zdania były mocno podzielone. I wtedy Ryś powiedział najbardziej obrzydliwą rzecz, jaką dotąd usłyszałem w swoim nastoletnim życiu.
- Jakby była zadbana i dobrze odpicowana to ja bym mógł nawet z czterdziestką – wypalił niespodziewanie.
Nasze śmiechy umilkły, popatrzyliśmy na Rysia z odrazą. Zapadło kłopotliwe milczenie.
- Jesteś obrzydliwy! – pierwszy przerwałem milczenie.
- Stary, ja jem kanapkę – dodał Duduś przestając przeżuwać swoją bułę i owijając ją z powrotem sreberkiem.
- Jesteś zboczony i wynaturzony – skwitował Duduś.
Nie ulegało wątpliwości – perspektywa seksu z czterdziestoletnią kobietą była dla nas równie kusząca jak nekrofilia. To było tak obrzydliwe, że zdecydowanie przekraczało granice naszej wyobraźni i tak niedorzeczne, że nawet nie wypadało z tego żartować. Na następnej przerwie już nie podchodziliśmy do Rysia. Zdecydowanie przegiął!

Popęd ponadczasowy


Od tamtego czasu minęło ok. 25 lat i nam wszystkim optyka zdecydowanie się zmieniła. Czterdziestolatka nie jest dziś starsza od matki i nieco tylko młodsza do babci. Sami dobiegamy czterdziestki, a nasze partnerki są w podobnym wieku. Nie tracimy apetytu myśląc o seksie, a ostatnio z kumplem z podstawówki, z którym wciąż utrzymuję kontakt zgodnie stwierdziliśmy, że atrakcyjna czterdziestolatka jest dużo bardziej interesująca niż atrakcyjna dwudziestolatka.
A co ma z tym wspólnego, wspomniany na wstępie „1916”?
Ano to, że ten niespełna czterdziestominutowy album dziś wydaje mi się równie atrakcyjny jak te ćwierć wieku temu, gdy wróciłem do domu i po raz pierwszy wpakowałem go w kieszeń magnetofonu. Głos Lemmiego szorstki i dziki, gitary drapieżne, pełne rock and rollowej energii, utwory aż skrzące się radością grania, „Love Me Forever” wciąż jest niewymownie piękna, a kończąca album tytułowa „1916” równie smutna i wzruszająca. Ta płyta w odróżnieniu od kobiet – niezależnie, czy ktoś gustuje w starszych czy młodszych – jest absolutnie ponadczasowa. Szaleje się za nią dokładnie tak samo gdy ma się lat 14 , co 41.
I całkiem możliwe, że za kolejne 40 lat, gdy będę już sflaczały jak przebita dętka od roweru i nie będą mnie już kręcić ani osiemnastki ani osiemdziesiątki, to włączę sobie „1916” i podziała na mnie jak zastrzyk z testosteronu i garść tabletek viagry popita whisky z colą. Podkręcę głos do oporu, odepchnę balkonik, wyjmę sztuczką szczękę z ust i krzyknę na całe gardło:
- Tak mała! Rób mi dobrze!
A na koniec płyty, przy „1916” popuszczę w pampersa i zawołam pielęgniarkę.

2 komentarze: