czwartek, 28 kwietnia 2016

ZORORMR: Mało zła, dużo dobra

Gdy dowiedziałem się, że ZORORMR to jednoosobowy projekt jakiegoś gościa z Opola to na chwilę opuściła mnie odwaga by włożyć płytę do odtwarzacza. Tymczasem już przy pierwszej konfrontacji, „Corpus Hermeticum” zaskoczyła nie tylko nienaganną techniką, mnogością pomysłów, ale i profesjonalną realizacją

Na początek – żeby nie było wątpliwości – ZORORMR gra taki black metal jakiego osobiście nie lubię – dobrze wyprodukowany, urozmaicony, melodyjny, przemyślany, kunsztownie zaaranżowany, skrzętnie zagrany i pedantycznie wręcz wyprodukowany. Niektóre gitarowe sola skrzą się iście hard rockowym przepychem, a wyraziste, selektywne riffy sprawiają, że noga sama się tupie, a głowa kiwa. Problemem – choć jeszcze nie rozstrzygnąłem czy moim czy zespołu – jest fakt, że nie ma tu żadnego diabła. A jeśli jest to z pewnością jest do diabeł w dobrze skrojonym garniturze, który kopyta skrywa w lśniących pantoflach, a rogi pod czarnym cylindrem.
Ja od black metalu oczekuję szaleństwa i zła, bólu i cierpienia, rozpaczy i nienawiści – krótko mówiąc negatywnych emocji, które będą szarpać moją duszę jak wygłodniałe stado wilków zadek uciekającej sarny. Tymczasem „Corpus Hermeticum” to taka „muzyka środka”, bezpieczna i poukładana, starannie zaplanowana i dość kunsztownie zrealizowana. ZORORMR nie upuszcza sobie krwi i nie chlapie nią w natchnieniu i ekstazie po białym płótnie, nie obcina sobie ucha jak Van Gogh ani nie maluje płonącej żyrafy jak Salvador Dali. ZORORMR to raczej taki Jan Matejko – starannie rozplanowuje kadr, szkicuje postaci, a później mozolnie wypełnia je farbą, zwalniając odbiorcę od dociekania, co tak naprawdę miał na myśli. Zamiast zagadkowego uśmiechu Mona Lisy mamy wybałuszone oczy Ulricha von Jungingena. I od razu wiemy, że je wytrzeszcza bo stanął mu koń.
No dobra, ale czy te wszystkie wspomniane cechy sprawiają, że „Corpus Hermeticum” zasługuje na krytykę? A może ja właśnie próbuję zganić owcę za to, że nie szczeka, albo konia za to, że nie znosi jajek?
Wróć! Spójrzmy na ten album bez żadnych obciążeń gatunkowych, bez żadnych oczekiwań i stylistycznych szufladek. I co się okazuje? Okazuje się, że to naprawdę kawał dobrej, urozmaiconej i dość oryginalnej muzyki, która zyskuje z każdym przesłuchaniem. Posłuchajcie chociażby rozbieganych, przestrzennych gitar w „The Seventh Sermon to the Dead”, potężnego riffu rozpoczynającego „This I Command!”, monumentalnego początku „I am Legend”, walcowatego początku „Againt All Heresies” z pięknie meandrującymi gitarami w tle, wściekłego rozpoczęcia „In the Mouth of Madness” atakującego wręcz mardukową intensywnością, by w dalszej części rozwinąć się z niemal symfonicznym majestatem. Właściwie każdy z utworów ma swoją tożsamość i jawi się na tyle frapujaco, że po jego wybrzmieniu ma się ochotę na kolejną konfrontację.
Chcę przez to powiedzieć, że „Corpus Hermeticum” to płyta, która zdecydowanie może się podobać i całkiem możliwe, że strzała amora, która mi otarła tylko ramię Was trafi prosto w serce tworząc ranę, które już się nie zabliźni. Warto sprawdzić ten album nie jeżdżąc suwakiem po Youtube, ale dać mu trochę czasu i poświęcić kilka przesłuchań. U mnie poleciał dziś cztery razy i choć loga tego zespołu nie będę sobie tatuował na podniebieniu, to absolutnie czasu poświęconego na tę kapelę, nie uważam za stracony. Powiem więcej – gdybym był szefem VIA NOCTURNA to chyba właśnie tej kapeli poświęciłbym najwięcej serca, bo póki co, penetrując ofertę wydawniczą tej wytwórni „Corpus Hermeticum” jawi mi się jako album najciekawszy.

środa, 27 kwietnia 2016

ARCTURUS: 19 lat później

Już ponad 19 lat minęło odkąd po raz pierwszy usłyszałem „La Masquerade Infernale”. Byłem zachwycony jej świeżością, oryginalnością, odwagą, barokowym bogactwem i niespotykanym wcześniej rozmachem. Wydawało mi się, że ten krążek przekracza wszystkie granice, wprowadza muzykę metalową na salony. Jest rok 2016 i wiele się zmieniło - atuty tego krążka zdecydowanie się przewartościowały. Tylko ze względów sentymentalnych nie pozbędę się tej płyty, a nawet raz na jakiś czas sobie ją włączę

 
Rok 1997.
Jestem na środku ogromnej sali operowej. Kryształowe żyrandole odbijają światło mieniące się tysiącami różnokolorowych barw, na scenie wiruje dziesiątki par tanecznych. Oświetla je zachodzące słońce, którego purpurowa tarcza chowa się za horyzontem, a promienie przenikają przez szybę strzelistych okien opery, pomiędzy ciężkimi bordowymi kotarami związanymi złocistym sznurem. W głębi ogromnej sceny,  pod batutą odzianego w elegancki frak dyrygenta, gra orkiestra. Muzycy z szalonej ekstazie i natchnieniu pieszczą struny smyczkami, a dobywający się dźwięk sprawia, że słuchacze prawie mdleją z emocji. Solista w białej koszuli z żabotami, złotymi spinkami i we fraku wysadzanym drogimi kamieniami śpiewa, unosząc się dwa metry nad ziemią. Czy to człowiek czy półbóg? - zdają sobie pytanie słuchacze, ale nie mogą poznać jego tożsamości, bo tajemniczy śpiewak twarz chowa pod elegancką czarną maską, której krawędzie ozdobiono połyskującymi diamentami. Gdy występ kończy burza oklasków, wytworni gości przenoszą się do sąsiadującej sali balowej, gdzie na marmurowym połyskującym parkiecie rozpoczynają wytworne tańce, by chwilę później usiąść przy suto zastawionym stole, wypełnionym pieczonymi przepiórkami, srebrnymi misami szlachetnych serów, świeżych owoców i dzbanami szlachetnego wina. I właśnie tego dnia gdy opuszczam pałac krętymi marmurowymi schodami, na samym dole znajduję mały błyszczący pantofelek, zgubiony przez tajemniczą nieznajomą.   

Rok 2016. To co kiedyś kojarzyło się ze zrealizowanym z przepychem i rozmachem przedstawieniem teatralnym, dziś przywodzi na myśl teatrzyk dla dzieci, wystawiany w wiejskim ośrodku kultury. Główne role grają kolorowe lalki z połyskującymi cekinami, w rytm nadawany przez panią od muzyki. Wychudła pięćdziesięcioletnia stara panna w okularach, czarnym golfie i brązowej kamizelce zrobionej na drutach, skrywa się ukryta za ciężką kotarą, lekko pachnąca wilgocią i kulkami na mole. Gra na syntezatorze firmy Casio, który jest nietrafionym prezentem komunijnym jej siostrzeńca. Zamiast połyskujących marmurowych parkietów, na których za chwilę rozlegną się kroki uczestników balu widzę starą poprzecieraną i pomarszczoną wykładzinę, ułożoną na drewnianej, skrzypiącej podłodze. Zamiast rozłożystych żyrandoli dających olśniewające światło widzę dwie jarzeniówki, z których jedna co chwilę nerwowo mruga,  jakby w każdej chwili mogła się przepalić. Zamiast stołu uginającego się pod pachnącym mięsiwem, owocami cytrusowymi i dzbanami wina dojrzewającego w słońcu malowniczej Toskani, widzę tylko szklankę ze słonymi paluszkami i kawałek sernika, który został z wczorajszego spotkania Kółka Emerytów. Minęła północ - kareta zamieniła się dynię, a rasowe rumaki w piszczące szczury. Gdy schodzę po schodach nie znajduję połyskującego pantofelka, lecz stary popękany gumowiec z filcowym wykończeniem i obornikiem mocno powbijanym w podeszwę.

wtorek, 26 kwietnia 2016

KREATOR: Flirt z czarnymi sukniami


Oceniając nigdy nie jesteśmy obiektywni, nie tylko dlatego, że patrzymy z określonej perspektywy, ale także dlatego, że dźwigamy na plecach bagaż doświadczeń i oczekiwań. Gdy KREATOR wydał w 1999 roku płytę „Endorama” to siła krytyki przypominała rozpędzonego białoruskiego tira, który właśnie zderzył się z dwuletnią dziewczynką próbującą przeciąć ulicę na hulajnodze. Ortodoksyjni fani Kreator już wcześniej mieli powody do niepokoju, ale dopiero „Endorama” sprawiła, że zaczęli wierzyć, że koniec świata rzeczywiście przyjdzie wraz z nowym milenium

Ja do kreatorowych ortodoksów nigdy nie należałem – pierwszą płytą KREATOR jaką usłyszałem w całości była „Coma Of Souls”, którą pokochałem bezgranicznie miłością młodzieńczą i nieco naiwną. Później podążałem w ich dyskografii do coraz wcześniejszych płyt i choć mi się podobały to jednak „Coma Of Souls” podobnie jak „Seasons in the Abyss” z tego samego roku uznałem za absolutny opus magnum. Wydawało mi się, że w takiej stylistyce nie można nagrać już nic lepszego. Dziś, z ćwierćwiecznej perspektywy mogę powiedzieć, że miałem rację. Kolejna płyta SLAYER (mimo, że ją bardzo lubię) ustępowała „Seasons...” 
KREATOR zrobił jednak rzecz zaskakującą – krok w bok – ich „Renewal” jest płytą tak inną, że trudno ją wartościować w oparciu o poprzedniczkę. Mi to nowe oblicze Kreator bardzo odpowiadało – rozumiałem, że czasy się zmieniają i musi zmieniać się także muzyka, a ona moim zdaniem zmieniła się na inną, ale wcale nie na gorszą. Ciepło przyjąłem także „Cause for Conflict”, chłodniej „Outcast”, ale co tu będę ściemniał przy „Endorma” poległem. Połamałem się jak ta hulajnoga pod kołami rozpędzonego tira.

Zdrada ideałów i powrót do thrashu?

Kreator stał się dla mnie zdrajcą ideałów, muzyczną prostytutką, koniunkturalnym zespołem próbującym dostosować stylistykę do rynkowego zapotrzebowania. Doprawdy nie wiem jak to się stało, że nie wyrzuciłem płyty przez okno? Dziwne to były czasy – w 1999 roku wyglądało to tak, jakby Paradise Lost włamali się do studia i ukradli nowy materiał Depeche Mode, a ten który już nagrali - odsprzedali Petrozzie. Ten wziął kilka lekcji śpiewu nagrał taki Paradiseator adresowany do dziewcząt noszących parki i długie czarne suknie oraz ich patyczkowatych chłopaków, którzy marzą o tym bym im wyrósł na brodzie pierwszy włos. Obrzydliwość! Skryłem ten krążek pod łóżkiem i starałem się zapomnieć o jego istnieniu.
Dwa lata później Niemcy powrócili płytą „Violent Revolution”, którą łyknąłem jak pelikan rybę. To był krążek, w którym wszystko mi pasowało – nawet okładka nawiązywała do mojej ukochanej „Coma of Souls”.
Na froncie „Enemy of God” znów się pojawiła znajoma głowa, a ja zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem nie jestem takim odpowiednikiem dziewczyny w czarnej kiecce i ktoś mi nie wciska kitu, obliczonego dokładnie na moje zapotrzebowania. W sumie to wszystko jedno dopóki muzyka się człowiekowi podoba, tyle, że na wysokości „Hordes of Chaos” Kreator stał się dla mnie zupełnie niestrawny – oczywisty, nudny, przesłodzony i bez ikry. Owszem, profesjonalnie zagrany i dobrze skrojony dla potrzeb gawiedzi, ale bliżej mu do produktów muzycznego rynku takich jak Amon Amarth, Arch Enemy czy Sabaton niż zespołów, które niosą ze sobą świeżość i szczere emocje. „Phantom Antichrist” w pełnie potwierdzili status zespołu kinder metalowego – po kilku przesłuchaniach z samopoczuciem bliskim temu, które mógłbym mieć po zjedzeniu słoika nutelli, odłożyłem go na półkę. Czy na zawsze? Na to wygląda, bo kolejne próby powrócenia do tego materiału kończyły się mdłościami. 

Cóż to jest prawda?

Niespodziewanie jednak zacząłem coraz częściej wracać do... „Endorama”. Owszem – wciąż uważam, że to płyta koniunkturalna i nagrana pod mocnym wpływem Paradise Lost. Nie mam jednak już pewności – czy wydanie jej było przejawem oportunizmu czy twórczej odwagi. Nie mam pewności czy Petrozza po prostu nie szukał nowych środków wyrazu i nie był w tym bardziej szczery niż później – niby wracając do korzeni, ale jednak odpowiadając na potrzeby rynku (pamiętajmy, że były to czasy triumfalnego powrotu thrash metalu).
Właściwie to chyba nie ma sensu nad tym się zastanawiać, bo i tak nigdy nie poznamy odpowiedzi na pytania o szczerość i intencje. Kto wie? Może nawet Petrozza nie umiałby odpowiedzieć na nie sam przed sobą?
Odrzućmy bagaż doświadczeń, odrzućmy oczekiwania i zanurzmy się w muzyce. Wtedy przekonamy się, że „Endorama” wcale nie jest albumem tak złym jak mogłoby się wydawać w chwili jego premiery. Ba! Rzekłbym nawet, że to płyta przyzwoita, a przebłyskami nawet dobra. Dziś w skali szkolnej postawiłbym jej mocną trójkę z plusem, a więc o dwa i pół punkta więcej niż w chwili premiery. Z pewnością nie jest to album wybitny, ale pokazuje Kreator w dość ciekawym czasie – gdy postanowił muzykę złagodzić i poeksperymentować trochę na innym polu niż wcześniej. Nawet jeśli te eksperymenty nie są do końca udane, a efekt końcowy zbyt oryginalny to i tak mamy do czynienia z zespołem, który szuka, a nie odgrywa wciąż te same patenty w efekciarskiej i coraz łatwiej przyswajalnej formie. 

Endorama - utwór po utworze

„Golden Age” rozpoczyna płytę dynamicznym i dość wysmakowanym riffem, a Mile Petrozza udowadnia, że na lekcjach śpiewu przykładał się i robił co mógł, żeby nie tylko poszerzyć skalę głosu, ale i zabrzmieć dojrzalej. Podobają mi się te partie wokalne, zarówno w tych łagodniejszych, bardziej stonowanych momentach jak i tych agresywniejszych przywołujących czasy „Cause For Conflict”.
Drugi na płycie, utwór tytułowy wypada jeszcze bardziej przekonująco – znów fajne, urozmaicone wokale, umiejętnie budowane napięcie. Niby nie ma agresji, nie ma szaleństwa, ale jest siła i pewne dostojeństwo, które może słuchacza chwytać za serce.
„Shadowland” zaczyna się fajnym, szybkim i intensywnym riffem, później rozwija się w lekko paradajsowych regionach by kroczyć w nieśpiesznym tempie, podkręcany szybszym riffem i partią solową. Niby nic nadzwyczajnego, ale słucha się nie tylko bez bólu, ale i z przyjemnością.
„Chosen Few” czaruje akustyczną partią, ginącą pod prostym rytmicznym riffem – partie wokalne spokojne, melodyjne, to jeden z tych utworów, które wręcz nachalnie nawiązują do Paradise Lost z okresu „Draconian Times”. Tak piosenkowego KREATOR nie było nigdy wcześniej i nic dziwnego, że fani przyzwyczajeni do agresywniejszej muzyki w takich chwilach zgrzytali zębami i zapisywali się na laserowe zabiegi usuwające ze skóry logo tej kapeli. Nie powiem, żeby dziś mnie taka estetyka specjalnie kręciła – ale przyznać muszę, że mi nie przeszkadza i jako tło do mycia kuchni i zmywania naczyń sprawdziła mi się dziś wyśmienicie.
Tymczasem na kolejnym utworze „Everlasting Flame” brnie dalej w krainę łagodności, a w mocniejszych i bardziej dynamicznych partiach tego utworu czerpie z Paradise Lost nie tyle pełnymi garściami, co niemal wchodzi w ich skórę, nawet partię wokalną upodobniając do maniery Nicka Holmesa. Cóż z tego, skoro utwór płynie gładko i przyjemnie i słucha mi się go lepiej niż niejednego kawałka Brytyjczyków.
„Passage to Babylon” swoim początkiem śmiało wymyka się z kreatorowej stylistyki, ale mocniejszy riff i pełne werwy wokale przypominają nam, że nie mamy do czynienia z zespołem popowym. Później następuje wyciszenie i tak, raz łagodnie i stonowanie, raz mocniej i bardziej stanowczo płynie sobie ten kawałek. Ani w nim nic szczególnie ekscytującego, ani nic co by odstraszało i czyniło go zupełnie niestrawnym.
„Future King” zaczyna się niepokojącą gitarą napędzoną intensywnym rytmem perkusji – wokal Petrozza stonowany, ale nie słodki. Jednak w nawet w tych agresywniejszych partiach przytłumiony i wyciszony, jakby nosił smycz z kolczatką i kaganiec nie pozwalający obnażyć zębów.
„Entry” to krótki utwór instrumentalny – klimatyczny, wzniosły, ale dość banalny i niewiele wnoszący poza tym, że jadowitym początkiem wbija się w niego „Soul Eraser”. Wokal Petrozzy jakby wydobywał się z symulatora głosu, współtworzy nieco upiorny, odhumanizowany klimat. Kawałek do dziś brzmi dość nowocześnie, ale niestety nie broni się żadnym frapującym riffem, ani zapadającą w pamięci melodyką. Ot, przyzwoity średniak.
Na „Willing Spirit” znów powracamy do klimatów Paradise Lost. Melodyjnie, mocno, wyraziście, ale bez popadania w miałkość i bezpłciowość. Ot, dobrze nagrana i zrealizowana piosenka, stojąca na granicy rockowego i metalowego grania z niepokojącym klimatycznym zakończeniem. Bez szału i bez obciachu.
„Pandemonium” ze swoim mocnym, dynamicznym początkiem, porywającym riffem i lekko zduszonymi wokalami, które nabierają kreatorowej drapieżnej agresji to jeden z najlepszych utworów na tej płycie. Bez smęcenia i paradajsowania – twardy, szorstki riff, dramaturgia w partiach wokalnych czynią ten utwór ciekawym i oryginalnym.
A na zakończenie „Tyranny” z początkiem, który dociera do nas gdzieś z oddali i rozwinięciem – melodyjnym, mocnym, ale niezbyt agresywnym. Znów mamy niezbyt emocjonujące rockowo-metalowe granie nie popadające w nich wstydliwego, ale na pewno nie przynoszącego tej płycie chluby.

Gdyby ktoś zaczynał przygodę z Kreator, to na pewno bym mu tej płyty nie polecił, ale dla wszystkich, którzy są zdegustowani aktualną formą Niemców, powrót do tego niechlubnego okresu w ich dziejach, może okazać się o wiele mniej traumatyczny niż mogłoby się zdawać.


poniedziałek, 25 kwietnia 2016

HARMONY DIES: Najlepsze dema w death metalowych wszechświecie?

Harmony Dies Vol. 1 to bootlegowa kompilacja z niepozorną okładką, która zupełnie nie zapowiada absolutnie powalającego materiału, który się na niej znalazł. Mamy tu demówki z roku 1987 trzech zespołów, z których jeden zasilił absolutną czołówkę muzyki death metalowej (MORBID ANGEL), a pozostałe dwa popadły już w zapomnienie (NECROVORE, INCUBUS).


NECROVORE istniał bardzo krótko i pozostawił po sobie jedynie demówkę „Divus de Mortuus” z 1987. Absolutnie dziki, barbarzyński i niesamowity materiał, na który składają się cztery utwory – pełne jadu i ekspresji, stylistycznie łączące death metalową siłę z black metalowym szaleństwem. Prawie trzydzieści lat minęło od czasów wydanie tej demówki, a zaprawdę powiadam Wam niewiele jest materiałów tego typu, które można by z nią równać. Piękno tych utworów tkwi nie tylko w agresji, ale cudownie połamanej strukturze, umykającej prostym rozwiązaniom rytmicznym, przenikającej przez świat chaosu, burzącą go i układającą według diabelskich prawideł i fizycznych praw, mogących obowiązywać tylko w piekle. Materiał absolutnie genialny i ponadczasowy, który stał się inspiracją dla wielu zespołów.

INCUBUS również swoje jedyne demo nagrał w roku 1987, tyle że ich skład zasilali muzycy, którzy w późniejszym czasie przewinęli się także przez bardziej znane zespoły takie jak Morbid Angel, Acheron czy Nocturnus. Cztery utwory wypełniające demówkę tego zespołu tchną grobowym brzmieniem, miażdżącymi riffami i absolutnie obłędnymi partiami solowymi, które wraz z wokalami stojącymi na pograniczu growlingu i krzyku tworzą upiorną atmosferę na pograniczu szaleństwa. Niesamowite jest ile w tej na pozór prymitywnej i chaotycznej muzyce się dzieje – połamane riffy, zwolnienie, powykręcane partie solowe lokalizuję ten zespół wcale nie tak daleko od wczesnego MORBID ANGEL.

A MORBID ANGEL to absolutni bogowie – co w pełni potwierdzili na swojej trzeciej, trzyutworowej demówce z roku 1987 zatytułowanej - „Thy Kingdom Come”. Utwór tytułowy, „Abominations” i „Blasphemy Of The Holy Ghost” w swych pierwotnych, surowych diabelskich wersjach. Czy trzeba jeszcze coś dodawać? Absolutne mistrzostwo – jedne z najlepszych rzeczy, jakie powstały w dziejach tego gatunku.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Metal ideologicznie zaangażowany?

Jestem ignorantem i pozerem – nigdy nie przywiązywałem się do tzw. „przekazu ideologicznego słuchanej muzyki”. Oczywiście miałem świadomość w jakim duchu są teksty słuchanych przeze mnie kapel, ale zawsze miałem do nich dystans. Dystans na tyle duży bym mógł ich wciąż słuchać

Teksty na płytach z muzyką metalową są raz mądrzejsze, a raz głupsze – te w które próbowałem wnikać najczęściej okazywały się stekiem bzdur, niezależnie od tego czy wyrażały bunt przeciwko społecznemu porządkowi, gloryfikację przemocy czy pochwałę księcia ciemności. Oczywiście gdy miałem lat naście robiły piorunujące wrażenie, wówczas odnosiło się wrażenie obcowania z czymś niebezpiecznym, zakazanym, wyklętym.

Przyjazna brutalność poza granicami absurdu

W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych słuchało się muzyki z pirackich kaset i dostęp do warstwy tekstowej był mocno ograniczony. Można było wówczas dostać książeczki z tekstami wraz z tłumaczeniem, poświęcone wybranym płytom. Jedną z pierwszych jaka mi wpadła w ręce zawierała liryki tekstów do „Eaten Back To Life”, amerykańskiej grupy death metalowej – Cannibal Corpse. Przeczytałem je z wypiekami na twarzy – nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z czymś tak chorym, obrzydliwym, przeładowanym przemocą, ale jednocześnie absurdalnym i na swój sposób idiotycznym. Czymś do czego trzeba było podchodzić z ironią i dystansem, podobnym do tego, który towarzyszył oglądaniu filmów w typie „Motocykl wampir”, „Wiklinowy koszyk” czy „Martwica mózgu”. Przemoc i okrucieństwo Cannibali były przerysowane, komiksowe i dość płytkie w swojej wymowie. Dla wszystkich było jasne, że to pewna poza, chwytliwa konwencja, w którą wpasowano brutalną i bezkompromisową muzykę. Fani, rekrutujący się głównie spośród młodych ludzi, od zawsze potrzebowali czegoś więcej niż tylko muzyki. Potrzebowali zastrzyku adrenaliny, który by jej towarzyszył i spychał ją z przestrzeni akceptowalnej społecznie. Bo przecież muzyka miała być wyrazem buntu, sposobem na burzenie hierarchii wartości dorosłego świata.

Satanistki gwałcą w lesie

Ja to miałem gdzieś – buntowałem się na swój sposób, ale nigdy nie byłem wpatrzony w swoich muzycznych idoli i nie spijałem z ich ust „mądrości”, które płynęły wraz z muzyką. Niektóre zespoły początkowo szokowały swoim wizerunkiem i „przesłaniem ideologicznym”, ale przecież gdy miałem lat 12 czy 13 niewiele było trzeba by podsycić moją wyobraźnię. Pamiętam, że swego czasu mocno przeżyłem zobaczywszy wymalowany pentagram na przydrożnym słupie. Kilka lat wcześniej w moich okolicach krążyły historie o grupie satanistów, którzy grasowali w pobliskim Lesie Kabackim i ponoć napadali na ludzi i ich okaleczali. Kolega nawet opowiadał, że grupka satanistek napadła na mężczyznę i go... zgwałciła. Zupełnie mi się to w głowie nie mieściło – wydawało mi się, że zgwałcić mężczyznę to jak utopić rybę. W tych wszystkich historiach pewnie było tyle prawdy co w opowieściach o porwaniach dzieci przez tajemniczego osobnika poruszającego się czarną wołgą. Tak. Miejskie legendy krążyły zanim teren mojego zamieszkania się zurbanizował na tyle, że od biedy można go było nazwać miastem.

Diabeł straszny tylko na pierwszy rzut oka

Duże wrażenie zrobił na mnie Deicide. Przekaz tego zespołu był dobitny i jednoznaczny, a krzyż wypalony na czole Glena Bentona nie pozostawiał złudzeń, że mamy do czynienia ze złem wcielonym w życie, a nie tylko deklarowanym w tekstach utworów. Szybko jednak nabrałem dystansu – po przeczytaniu kilku wywiadów z liderem tej grupy doszedłem do wniosku, że albo jego życiowa postawa jest elementem wizerunkowej gry, albo jest po prostu upośledzony i tym bardziej nie można go traktować poważnie.
Podobnie było z Venom – najpierw bojaźń i drżenie w poczuciu obcowania z czymś niebezpiecznym, a później dystans i spostrzeżenie, że ich postawie bliżej do Kiss niż do grupki satanistycznych sadystów i gwałcicielek (nawet komputer podkreśla to słowo) z Lasu Kabackiego.


Atak skandynawskich pyszałków

Trochę inaczej było nieco później, gdy na dobre rozkwitła scena black metalowa. Czytałem z wypiekami na twarzy wywiady z Satyricon, Burzum, Mayhem czy Dark Funeral i choć przekaz, który z nich płynął był nieco bełkotliwy i mało spójny, skłamałbym mówiąc, że nie robił na mnie wrażenia. Podobała mi się przede wszystkim niepoprawności, arogancja i buta tych dzieciaków, którzy gardzili powszechnie szanowanymi zespołami metalowymi, przywoływali ducha nieco zapomnianych Hellhammer czy Sodom i nie wahali się by nazwać swoją ostatnią płytę: „najlepszym albumem w historii muzyki ekstremalnej”, „ponadczasową sztuką sięgającą absolutu” czy „współczesną odpowiedzią na największe dzieła Wagnera”. Podobała mi się ta buta, bezczelność, pycha i pewność siebie tych młodych ludzi.

Sztuka na niby, muzyka naprawdę?

Szybko jednak okazało się, że za złem deklarowanym w tekstach zespołów black metalowych szły także czyny, z którymi nawet w czasach nastoletniego zidiocenia nie sposób było się utożsamiać. Samobójstwa, zabójstwa, podpalenia kościołów – to nie mogło nie szokować i z pewnością w jakiś sposób potwierdzało wiarygodność i szczerość muzycznego przekazu. Bo muzyka to taka forma sztuki, którą postrzega się zupełnie inaczej. Nikt nie oczekuje od aktora, który świetnie wcielił się w rolę mordercy, że naprawdę będzie mordować. Tymczasem muzyk głoszący treści satanistyczne, ale jednocześnie biorący ślub kościelny to zdrajca i ostatnia szmata. Swastyka na okładce książki o hitlerowcach to żadna sprawa, ale Lemmy w mundurze niemieckiem już wzbudzał kontrowersje. Na muzykę metalową patrzyło się podobnie jak na punkową czy hipisowską – politycznie zaangażowaną, z ambicjami zmieniania świata.

Ideologiczna schizofrenia

A czy rzeczywiście metal ma ambicje na cokolwiek poza dostarczaniem słuchaczowi czystej rozrywki? Pewnie takich „ambitnych zespołów” można by trochę znaleźć. Pytanie tylko czy istnieje ktokolwiek, kto nie byłby ograniczony i jednocześnie się z tym przesłaniem identyfikował? Ja jestem w tej kwestii całkowitym ignorantem – dla mnie Mark "Barney" Greenway na koncertach w przerwach pomiędzy kolejnymi utworami NAPALM DEATH mógłby równie dobrze opowiadać o walorach smakowych homara, albo recytować „Na jagody”. Gdyby robił to z takim samym zaangażowaniem to na pewno nie przestałbym kochać Napalmów, bo kocham ich za muzykę, a nie przekaz. Nie mówiąc już o tym, że tekstowy przekaz wielu spośród moich ulubionych zespołów się wyklucza i gdybym miał się z każdym z nich identyfikować to z pewnością zaczęłoby to zdradzać cechy ostrej schizofrenii. Oczywiście lepsza jest świadomość, że teksty zespołu traktują o czymś poważniejszym niż smoki, jednorożce i krasnoludki – ale ostatecznie przecież i te tematy z miejsca nie dyskwalifikują wykonawców.

Muzyczne bogactwo, treściwa bieda?

Kocham muzykę metalową i ponad ćwierć wieku słucham jej pasjami. Rozbudza moją wyobraźnię pewnie nie tylko ze względy na muzykę i towarzyszącą jej atmosferę, ale ogólny przekaz estetyczno-wizualny. Nigdy jednak w żadnym zespole nie znalazłem przewodnika ideologicznego, duchowego czy religijnego – i powiem szczerze, że gdy słyszę, że ktoś znajduje, to ogarnia mnie pusty śmiech. Literatura, religia, filozofia i szeroko rozumiana nauka rozpościera przed nami tak szeroki wachlarz rozmaitych teorii, przekonań i postaw życiowych, że w ich kontekście gro ideologicznych treści przemycanych w muzyce, jawi się jako klisze znaczeniowo płaskie i treściowo monochromatyczne. Poza tym nawet jako nastolatek uważałem, że skoro muzyka metalowa jest przejawem buntu przeciwko społecznym autorytetom, to sama również do takiego miana nie powinna predestynować. Czy można być bogiem krzyczącym: nie ma bogów?

To nie moja ręka

Debilizmy treściowe płynące z muzyki metalowej ich twórcy tłumaczą na różne sposoby. Niektórzy idą w zaparte i bronią ich z całą zajadłością. „Nasza muzyka to erupcja czystego zła z czeluści piekła, przynosząca słuchaczom ból, cierpienie i zagładę” - krzyczą, najczęściej młodzi ludzie, chowając twarz pod grubą warstwą farby, a tożsamość pod pseudonimem w rodzaju Necro Angelripper From Burning Hell. Absolutnie przy tym nie twierdzę, że nie mogę grać muzyki, której będę słuchać z przyjemnością.
Niektórzy z tego wyrastają i z czasem przyznają, że w młodości gadali mnóstwo bzdur, których się teraz wstydzą. Przykładem jest pewien norweski listonosz, który już dawno mocno złagodził swój wizerunek, doszedłszy do wniosku, że jako dorosły facet już go nie obroni. Przynajmniej nie w oczach ludzi, których współczynnik inteligencji przekroczył 84.
Jeszcze inni dokonują zwrotu o 180 stopni obwieszczając światu nagłe oświecenie i nawrócenie, co było udziałem między innymi lidera Megadeth czy pana o pseudonimie Alice Cooper.
Jeszcze inny wykazali się większym sprytem by nie musieć ani się nawracać, ani nikogo przepraszać. Stwierdzili, że ich ideologiczna postawa to pewien performance, który rozgrywa się na scenie i na scenie pozostaje.
Ostatnio Rob Darken z Graveland wynalazł nowy sposób na wyjście z kłopotliwej sytuacji, twierdząc, że skojarzenia zespołu z określoną postawą jest czystym wymysłem dziennikarzy i on w życiu nie miał z tym nic wspólnego. Przyznam, że gość rozbroił mnie całkowicie. Zachował się trochę jak złodziej, który złapany z rękę krzyczy: „To nie moja ręka”.



A zamiast puenty i podsumowania – pytanie do Was. Potraficie wskazać jakieś zespoły metalowe, które uważacie za wartościowe nie tylko ze względu na muzykę, ale i liryczne przesłanie? Płyty, których każda linijka tekstu warta jest przeczytania i przemyślenia...





niedziela, 17 kwietnia 2016

Wiosenny, sobotni koncert

W sobotni wieczór na scenicznych deskach Progresji wystąpiły trzy zespoły: szwedzki Diabolical, norweski Kampfar i ich pobratymcy z Borknagar. Jak dla mnie zestaw średnio interesujący – przynajmniej w porównaniu z kilkoma innymi koncertami, które mam świeżo w pamięci i tymi, które w najbliższej perspektywie. Jednak wiosna, sobota... wybrałem się.



DIABOLICAL to dla mnie taki średniak. Ich płyt nie słuchałem nigdy z wypiekami na twarzy – mam „A Thousand Deaths” oraz „The Gallery of Bleeding Art”, debiutu zupełnie nie pamiętam, a ostatniej raczej nie słyszałem.

Tańczcie pogo!

Ot takie granie, w którym krzyżują się wpływy death i thrash metalu, przyprawione dużą porcją melodii, z której nie wynika jednak nic specjalnie ekscytującego. Na koncercie Szwedzi w pełni potwierdzili swoje miejsce w mojej muzycznej hierarchii. Zagrali fajnie i na tyle przyzwoicie, że trudno ich skrytykować, ale jednocześnie bez żadnej iskry czegoś, co wybijałoby się ponad przeciętność. Furorę zrobił gitarzysta, który po kilku utworach przemówił do publiki... po polsku i to nie „kurwa mać!” i „na zdrowie!”, ale „Nazywamy się Diabolical i jesteśmy ze Szwecji. Tańczcie pogo!”, a później jeszcze parę razy zaskakiwał swoimi ujmującymi gadkami. Gdyby to był występ festiwalowy, to pewnie po trzech utworach udałbym się na piwo, ale że wiosna, sobota... obejrzałem całość i nie było źle.

Z każdym koncertem coraz lepiej

Po szwedzkich poliglotach wyszedł KAMPFAR. Spośród kapel, które miały wystąpić, ten zespół jest mi zdecydowanie najbliższy. Śledzę ich poczynania od 1996 roku i bardzo cenię – choć wciąż mam poczucie, że ich płyt słuchałem za mało i sporo jeszcze w tej muzyce jest dla mnie do odkrycia. Uwielbiam i dobrze znam ich debiutanckie MCD, bardzo lubię debiut „Mellom skogkledde aaser”, którego sporo słuchałem jeszcze w czasach kasetowych i do którego często wracałem kilka lat później gdy zakupiłem już na CD. A później już różnie bywało – niektóre albumy traktowałem po macoszemu i stwierdziwszy, że niezłe, odkładałem na półkę po kilku zaledwie przesłuchaniach („Fra underverdenen” , „Heimgang”, „Djevelmakt”), innych słuchałem trochę więcej, ale też bez poczucia odkrycia pełni ich potencjału („Kvass”, „Mare”). Dopiero do ubiegłorocznej „Profan” przysiadłem jak należy i utwierdziłem się w głębokim przekonaniu, że KAMPFAR to zespół nietuzinkowy, którego dokonania warto śledzić.
Na żywo widziałem ich po raz czwarty i przyznam, że tym razem Norwegowie wypadli najlepiej. Pagan black metal w ich wykonaniu zabrzmiał niezwykle świeżo i dynamicznie, a energia płynąca ze sceny na tyle udzieliła się publice, że przez krótką chwilę rozpętało się coś podobnego do pogo,w czym skwapliwie acz krótko wziąłem udział. Miałem też wrażenie, że Dolk wyrobił się jako frontman, w stosunku do poprzednich występów, których byłem świadkiem, koncentrował na sobie większą uwagę, a jego ekspresja sceniczna była bardziej przemawiająca.
Co warto podkreślić Norwegowie nie olali fanów jak Incantation w Poznaniu kilku dni temu i zagrali ponad godzinny set. Zresztą nawet Diabolical zagrał dłużej niż Amerykanie. 

Radość grania, radość słuchania

No i na koniec BORKNAGAR. Gdyby to był występ festiwalowy to pewnie nie ruszyłbym się z miejsca gdzie podają piwo i nie pognałbym pod scenę, ale że wiosna, sobota... postanowiłem zobaczyć.
Uwielbiam debiut Norwegów – gdy na płycie dołączonej do pierwszego numeru Mystic Art usłyszałem utwór, który go zapowiadał posikałem się w majty jak niemowlę po uprzednim odessaniu cyców swojej matki. Druga płyta „The Olden Domain” pozbawiona była już tej dzikości i bezkompromisowości i nie przypadła mi do gustu. Na kolejnych płytach im bardziej Norwegowie wzbogacali i rozbudowywali swoją muzykę, tym mniej mi było z nią po drodze. Wydawało mi się, że idą w stronę tandety, barokowego blichtru i jarmarcznych sztuczek. W końcu urwał mi się z nimi kontakt zupełnie. Nie wiem co mnie podkusiło by sprawdzić ich ostatnią płytę? Nieraz tak po prostu bywa – człowiekowi umykają świetne albumy, a natłoku innych, a innym razem sięga po płyty, po które teoretycznie sięgać nie powinien.
Nie zachwyciła mnie „Winter Thrice” za pierwszym razem, ale przyznać musiałem, że niektóre fragmenty są interesujące, a urozmaicone wokalizy nie są pozbawione uroku. Przed koncertem znów odpaliłem i ostatecznie stwierdziłem, że to będzie pierwsza płyta Borknagar od wielu lat, którą sobie kupię.
Początek koncertu mnie nie porwał, mimo że zaczęli świetnym utworem z ostatniej płyty. Słuchając partii wokalnych  
Arthera, Vortexa i Lazare'a miałem wrażenie, że chcieliby być takim metalowym Queen ale niestety na żywo te ich głosy nie brzmią tak dobrze jak na płytach. Szybko jednak okazało się, że to kwestia brzmienia – gdy po kilku utworach zostało ono odpowiednio zestrojone i Borknagar na żywo zyskiwał z każdą minutą.
Nie był to dla mnie koncert szczególnie ekscytujący – pewnie ze względu na braki w borknagarowo-muzycznej edukacji – jednak po latach trochę przychylniej na nich spojrzałem. Ta muzyka naprawdę płynęła wartko, a jej wykonawcy emanowali autentyczną radością grania. Coś co wydawało mi się trochę sztucznym i chłodno wykalkulowanych produktem okazało się być muzyką zagraną z sercem i autentyczną pasją. Oczywiście Borknagar na scenie są statyczni i ociężali, ale jest między nimi chemia, która udziela się publiczności. No i pierwszy raz od nie wiem jak długiego czasu byłem światkiem sola na perkusji. Żeby się już nie wkurzać na ten Incantation nawet nie patrzyłem na zegarek i nie nie wiem dokładnie ile grał Borknagar, ale możliwe, że ze trzy razy dłużej niż Amerykanie...

No i taki koncert niby trochę na siłę i bez większych oczekiwań, okazał się niezwykle przyjemnym pomysłem na spędzenie wieczoru. Nawet nie przez to, że wiosna i sobota...

piątek, 15 kwietnia 2016

Pudrowanie nieboszczyka

Coraz więcej wytwórni i zespołów decyduje się na wydawanie płyt nie tylko na CD i LP, ale także na taśmach magnetofonowych. Trudno im się dziwić, skoro jest zapotrzebowania to dlaczego na nim nie skorzystać. Samego zapotrzebowania jednak zupełnie nie rozumiem – słuchanie kaset jest dla mnie tym samym co czytanie książki przy lampie naftowej, albo kąpiel w misce zamiast w wannie. Nie rozumiem kultu kaset mimo że na nich się wychowałem. Tak naprawdę w tych taśmach nie było nic kultowego – były złem koniecznym, takim samym jak kartki na wódkę czy wyjazd na rodzinne wakacje fiatem 126 p


W latach dziewięćdziesiątych kasety były jedynym osiągalnym i powszechnym nośnikiem muzyki. Winyle w zupełnym odwrocie, płyty kompaktowe ze względu na pułap cenowy i słabą dostępność praktycznie nieosiągalne. Kaseta była więc chlebem powszednim, który – jak to pisał Kierkegaard - syci i niesie błogosławieństwo.

Upośledzone pirackie kasety

Zanim pojawiły się oryginalne kasety licencyjne, mogliśmy przebierać w piratach. Wydawnictwa takich firm jak Takt, Elbo, Mg, Euro-Star, BW były dość powszechne, niedrogie i oferowały naprawdę szeroki wybór tytułów. Z jakością było różnie – szczególnie we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Np. Mg bardzo często nagrywało nowe rzeczy na kasetach, które im się nie sprzedały. Nie poszła składanka Sabriny to nagrywano na nią Napalm Death, zaklejano starą naklejkę nową, zmieniano okładkę i szło do sprzedaży. Pal licho gdy ta operacja została przeprowadzona sprawnie i ze starannością, gorzej gdy zdarzały się wpadki. Kiedyś kupiłem pod Pałacem Kultury kasetę z debiutancką płytą Suicicidal Tendencies. Strona „A” fajnie śmigała, ale na stronie „B” śpiewał ktoś...po włosku. Z ciekawości odkleiłem z kasety suicidalową naklejkę i ujrzałem, że pod spodem była druga, z napisem - Julio Iglesias (!).
To były jednak przypadki. Normę natomiast stanowiły pomyłki i literówki w nazwach zespołów lub płyt. Straszną plagą w kasetach taktowskich (choć pewnie nie tylko) było wyciszanie utworów przed ich zakończeniem, mieszanie ich kolejności, brak niektórych utworów, lub dla odmiany wrzucanie kawałków z innej płyty. Do dziś w przypadku niektórych albumów słuchanych z CD mam wrażenie złej kolejności utworów – a utwór „Alexander the Great” pasuje mi do płyty „No Prayer for the Dying”, bo właśnie to on rozpoczynał stronę B na moim kasetowym wydaniu z Elbo.

Taśmowe utrapienia

Trochę lepiej było w czasach wydań licencyjnych – nie znaczy to jednak, że dobrze. Nieraz kupiło się jakąś kasetę, której strona „A” była nagrana głośniej niż strona „B”. Czasami taśma się zacinała, wkręcała lub wręcz zrywała. Prawdziwym dramatem było gdy pewnej nocy słuchając chciałem po omacku zapauzować, a zamiast tego przykasowałem sobie sekundę „Angel Of Death”. Do dziś gdy słucham tego utworu z płyty brakuje mi tej sekundowej pauzy.
Fatalną właściwością kaset była konieczność przewijania. Zawsze lubiłem słuchać albumów od początku do końca, a nieraz nie było to możliwe. Idąc do szkoły przesłuchiwałem półtora raza jakaś kasetę. Wracając, musiałem przewinąć, żeby nie zaczynać od środka. Baterii w walkmanie zwykle było szkoda więc się kombinowało. Najlepiej przewijało się na zwiniętym banknocie, ale że nie zawsze było on pod ręką to czasami używało się ołówka lub długopisu. Dramatem było jak taśma się krzywo nawinęła, załamała, lub w skrajnym przypadku zerwała podczas odtwarzania. Zabójcza była dla niej też wilgoć i nadmierne nasłonecznienie. Potrafiła się rozciągnąć, pogiąć, pozaginać. Nieraz rozkręcało się kasetę i przekładało taśmę do drugiej.
W tamtych czasach niektóre płyty się wręcz katowało. Nie to co dziś – gdy po przesłuchaniu danego materiału 20-30 razy człowiek czuje, że przemaglował go już do bólu. Kiedyś słuchało się setki razy, a niektórych taśm latami, codziennie, prawie non-stop. Jak tylko wyskakiwała z mojego magnetofonu to trafiała do kumpla, a od niego do kolejnej osoby. Niektóre taśmy przesłuchanie wielokrotnie mocno traciły na jakości – partie gitar zaczynały przypominać szum, perkusja odgłos wydawany przez świerszcza, a partie wokalne zaczynały pływać.

W owczym pędzie za głupią modą

Z ogromną ulgą przyjąłem fakt coraz większego upowszechniania nośnika CD. Gdy kasety zniknęły ze sklepów, a mi udało się niemal całkowicie odtworzyć taśmową kolekcję na kompaktach – popakowałem wszystkie do pudła, obiecując sobie nigdy go już nie otwierać.
Tymczasem, kilkanaście lat później okazuje się, że ludzie chcą do kaset wracać. I to nie tylko ci starzy, napędzani irracjonalnym sentymentem, ale i ci młodzi, którym taśmy wydaję się jakimś kultem i oznaką undergroundowego zaangażowania.
Ja wiem, że zaraz pojawi się tu jakiś człowiek ze słuchem nietoperza i zacznie przekonywać, że dźwięk z kasety brzmi lepiej niż z kompaktu. Możliwe, że jestem przygłuchy – ale o ile wyczuwam różnicę odsłuchu z winyla w stosunku do kompaktu na korzyść tego pierwszego, tak do kaset mnie nigdy nikt nie przekona. Najlepiej nagraną kasetę jaką w życiu słyszałem miał mój kolega – kupił pustą wypasioną taśmę chromową czy jakąś tam, za cenę czterech pirackich wydań, a następnie przegrał na nią z płyty CD debiutancki album Acid Drinkers. Brzmiało ja żyleta. Prawie tak dobrze jak z kompaktu.
Pośród tych wszystkich minusów – kasety miały jeden jedyny plus. Były na tyle małe, że można było ich wygodnie słuchać w walkmanie, w drodze do szkoły, czy przebywając gdzieś dłużej poza domem. Dziś – gdy ich mobilność została pokonana przez odtwarzacze mp3 (które dziś są wyposażeniu większości telefonów), ich funkcjonalność przez płyty CD, a kultowość przez powracające LP, nie widzę w tym nośniku najmniejszego sensu. W drogę mp3, na co dzień CD, a dla celebracji i muzyczno-religijnych obrządków winyle.
Duże okładki, wyjmowanie z koperty z ostrożnością i pietyzmem. Ta ekscytacja gdy igła spotyka się krążkiem, przekładanie na drugą stronę. Jest w tym coś magicznego i uroczystego – skłania do całkowitego oddania się przyjemności obcowania z muzyką. Dla mnie winyl jest wyrazem największego hołdu, który składam danej płycie i jej twórcom. No i sam dźwięk – bardziej głęboki, aksamitny, mięsisty, trochę inny niż z CD.
A kaseta? Wstydliwy relikt przeszłości, powracający bez żadnego wdzięku, napędzany jakąś niewytłumaczalną modą i owczym pędem za czymś co nigdy nie istniało.

A może się mylę? Lubicie kasety? Macie jakieś wspomnienia związane z tym nośnikiem? Cieszycie się z ich powrotu?

czwartek, 14 kwietnia 2016

Amerykańsko-niemieckie zniszczenie

Na wieść o koncercie INCANTATION i MORGOTH w Poznaniu stanęły mi łzy w oczach, z bezsilności i wściekłości. Bo jak jechać ponad 600 km w środku tygodnia, w czasie który całkowicie wyklucza możliwość wzięcia urlopu? Ostatecznie jednak stwierdziłem, że metal to nie muzyka dla mięczaków, a dwie doby bez snu nie powinny mnie zabić



Gdy dotarliśmy do Poznania okazało się, że musimy kupić bilety na koncert. Na nic zdały się tłumaczenia, że jesteśmy znajomymi kapel – sprzedawca był kulturalny, ale nieustępliwy. Poważniej mówiąc – 70 zł za bilet na koncert z dwoma legendami muzyki death metalowej to cena naprawdę rozsądna. Tu chylę czapkę przed organizatorem i gratuluję skutecznej strategii organizacyjnej, co potwierdza stosunkowo duża frekwencja Klub był nabity publicznością – średnia wieku chyba z 35 lat. Widać było, że przybyli starzy załoganci niesieni na skrzydłach sentymentów. Gdy tylko przekroczyłem próg klubu wpadłem w ramiona znajomych. Nie takich zwykłych znajomych, ale tych, z którymi miałem kontakt internetowy, na forum Masterful lub po prostu są czytelnikami mojego bloga.

Ktoś krzyknął „Maria Konopnicka”, ktoś powtórzył i chwilę później byłem oglądany jak baba z brodą podczas występów wędrownej trupy kuglarzy. Bardzo sympatyczne, że nikt nie chciał mnie bić, ani chociaż opluć, a zamiast tego usłyszałem dużo ciepłych słów o mojej pisaninie. Dodatkowo poznałem kilka osób z forum Masterfula, na którym od lat już się regularnie nie udzielam, ale wciąż mnie tam pamiętają. No i poznałem Pestena, od którego przed laty sporo płyt kupiłem na Allegro. Po przybiciu 123 piątek, zrobieniu 43 misiów i wypiciu kilku butelek wody umilkły wreszcie supporty i można było ruszyć na spotkanie z Incantation.
Swój poprzedni koncert Incantation u Bazyla zaliczam do grona najlepszych w moim życiu. Tamten był jednak w zupełnie innej scenerii – w weekend, na pełnym relaksie, z odpowiednim podkładem procentowo towarzyskim. Wczoraj stawiłem się pod sceną bez żadnej rozgrzewki, wyrwany na chwilę z roboty, z myślami wciąż odpływającymi w stronę innych spraw. Czy w takich warunkach Incantation może zabrzmieć równie przekonująco? Tak. Może. Oni to naprawdę zrobili – znów zabrzmieli po prostu doskonale. Zaczęli od „Carrion Prophecy” z ostatniego długograja – brzmieli jakby struny gitar były ubrudzone w smole – gęsto, duszno, grobowo, selektywnie, porywająco. Wokalnie dziko, bestialsko i charyzmatycznie. Ludzie pod sceną ściśnięci jak w wagonie bydlęcym, pot leje się po plecach, powietrze tak gęste, że trzeba było je gryźć i łykać. Szacunek do gości, którzy w tych warunkach wytrzymali w ramoneskach.
A Incantation wylewał na nas te smoliste, nieziemsko brutalne dźwięki, w których nurzaliśmy się z ekstatyczną przyjemnością.
- Cóż za cudowny koncert! Cóż za niesamowity zespół - myślałem sobie łykając kolejny kęs gęstego powietrza i obiecując sobie, że po powrocie odświeżę sobie całą dyskografię Incantation. Poleciało „Unholy Massacre” z debiutu, „The Ibex Moon” z dwójki i jeszcze kilka innych strzałów, których kolejności nie pamiętam. I gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki bodaj „Impending Diabolical Conquest”, a ja właśnie układałem sobie w głowie listę kawałków, które chciałem jeszcze usłyszeć oni zamilkli. Zaczęli wycierać się ręcznikami i pozdrawiać publiczność.
- Wiadomo, gorąco, na półmetku trzeba zrobić przerwę i trochę się zregenerować – pomyślałem. Część osób zaczęła wychodzić z sali. - Mięczaki!
Ale cóż się dzieje? Chłopaki odłączają gitary! Koniec występu. Patrzę na zegarek. 35 minut! No cholera... jak to możliwe? Przecież to krócej niż czekałem na żurek w chlebku zamówiony w knajpie po przyjeździe do Poznania.
Powłócząc nogami ze smutkiem opuściłem salę. Chyba na Brutalu nawet zagrali pięć czy dziesięć minut dłużej, mimo że niby realia festiwalowe zmuszają do krótszych występów. Spodziewałem się godziny, może godziny z haczykiem. Wielka szkoda – choć dwa, trzy dodatkowe utwory aż się prosiły.

Na MORGOTH było nieco luźniej. Początkowo mnie to zdziwiło, ale ostatecznie pomyślałem sobie, że to właśnie INCANTATION od kilku dekad prowadzi nieustępliwie swoją death metalową krucjatę, a Niemcy dopiero kilka lat temu powrócili po latach niebytu i zdradzie death metalowych ideałów, do jakiej się dopuścili za sprawą (skądinąd znakomitej) Feel Sorry for the Fanatic z 1996 roku.
Gdy zaczęli utworem otwierającym ich ostatni poreaktywacyjny album, miałem mieszane uczucia – na tle INCANTATION gitary brzmiały płasko i po prostu blado. Z każdym utworem było jednak coraz lepiej, a gdy rozbrzmiał „Suffer Life” zrozumiałem w pełni, że choć po powrocie nagrali dobry album to jednak nie umywa on się do klasyków z lat dziewięćdziesiątych. Na wysokości „Under the Surface” zatęskniłem niespodziewanie za Markiem Grewe. Z utworami ze wcześniejszych płyt Jagger radzi sobie znakomicie, ale w tych z „Odium” brakowało mi czegoś niewysłowionego i charakterystycznego dla ich poprzedniego krzykacza. Podobna myśl przyszła mi przy okazji „Resistance”. Po kolejnym kawałki z licznie reprezentowanego ostatniego albumu ruszyłem pod scenę. Zostałem nagrodzony brawurowo odegranym „Isolated”.

Niemcy zagrali naprawdę dobry koncert, zupełnie inny od dwóch poprzednich, które widziałem. Pierwszy był z oryginalnym wokalistą na Brutalu, drugi w warszawskiej Progresji już po zamianie w składzie. Wczoraj było na pewno najbardziej kameralnie i dziko, ale repertuarowo chyba trochę mniej przekonująco. Naprawdę podoba mi się ich ostatnia płyta, ale podczas wczorajszego koncertu miałem wrażenie, że te nowe utwory nie wytrzymują konfrontacji z klasykami i odbierałem trochę ten koncert tak, jakbym się opychał pączkami z dżemikami. Niby dobre, ale dżemiki najlepsze.
Niemcy nie dali ciała i zagrali około godzinny koncert, choć trochę rekompensując niedosyt pozostawiony przez poprzedników.
Po koncercie załadowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w kilkugodzinną drogę powrotną. Ja prowadziłem tylko trzy godziny z haczykiem, znajomi musieli dojechać jeszcze do Lublina. A później do domu, przebrać się, zjeść śniadanie, wypić kawę i ruszyć do pracy...
- Spędziłeś siedem godzin w samochodzie, żeby przez półtorej godziny posłuchać koncertu? - zapytał retorycznie dziś rano kumpel z pracy. Nie popukał się w czoło, ale był tego bliski. No cóż, są rzeczy, których zwykli śmiertelnicy nie zrozumieją...
 Wszystko mnie boli i prawie zasypiam na siedząco, ale powiem Wam, że warto było - to był chyba mój najlepszy tegorocznych koncert.  

niedziela, 10 kwietnia 2016

BURZUM: Polujemy na Myśli Światła

A dziś na moim blogu fragmenty rozmowy z Panem, który nazywa się Count Grishnackh Vikernes i jest twórcą BURZUM. Wywiad został opublikowany 22 lata temu na łamach magazynu "AMON". Ostatnio znajomy zwierzył mi się, że z wielkim dystansem i ironią patrzy na zespoły metalowe, których słuchał 20-30 lat temu. No bo co w życie dorosłego człowieka może wnieść banda (często mało rozgarniętych) nastolatków?

Ja czuję pewien dysonans - bo z tych wywiadów sprzed lat, które wówczas robiły piorunujące wrażenie - wyłania się dziś... hm.. no cóż, sami poczytajcie...

...natomiast sama muzyka okazała się ponadczasowa i wciąż wywołuje te same emocje. No właśnie - czy to możliwe, że młodzi ludzie, którzy nie mieli nic sensownego do powiedzenia, na niwie muzycznej tworzyli rzeczy wielkie? A może nie. Może jesteśmy niewolnikami sentymentów i tak naprawdę słyszmy to co chcemy słyszeć? Może muzyka nie tworzy emocji, ale tylko sprawia, że budzą się w nas te, który już w sobie nosimy?

"Depresive Dark Black Metal" - może opowiesz nam o elementach, które stworzyły takie imię Twojej muzyki? 


- Nigdy nie widzieliśmy światła dnia, gdyż wpełznęliśmy pod figurę, która od wieków rzuca ogromny Cień. Ten Cień. Chodzimy samotni tam, gdzie tylko pojawia się Mrok i polujemy na Myśli Światła. W górach i lasach naszego kraju...tu gdzie panuje zima północ!


Jakie są reakcje ludzie, którzy poznali Waszą muzykę?



Takie jak u Rosjan na wódkę...


Jak sam zapewne widzisz, black metal stał się "modną" muzyką. Czy identyfikujesz się z tym całym trendem?


Czarne lustra mojej duszy odzwierciedlają to, co tworzę. Czerń odzwierciedla moją duszę i moje myśli. Nie ma innego tłumaczenia! Jest tylko jedna droga - Droga Mroku, DARK WAY (of Nor -way).

Black metal to satanizm, a więc religia?


Religia... tak! Identyfikujemy się z Cieniem. Naszą religią jest Cień, którego wielbimy. To jest nasz "styl życia".

Polska jest krajem chrześcijańskim i ciężko tu jest ludziom, którzy jawnie opowiadają się przeciwko Kościołowi. Czy podobnie jest w Norwegii?



Walczymy z Norweskim Kościołem niszcząc ich domy, który upadają w naszych ogniach. Oni jeszcze nie znają naszej siły, nie doceniają przeciwnika, ale to już tylko kwestia czasu (zdolność uwalnia dar czasu - wiedzę).

Jak wyglądają relacje Burzum a cały norweski underground?



Underground leży poza granicami naszych zainteresowań. Tu większość kapel gra hard-core


W Polsce jesteście teraz prawdziwą legendą... (?)


Dostajemy dużo listów z Polski, w których ludzie przysyłają nam różne 'zines i nagrania polskich kapel. O tych ostatnich mogę powiedzieć, że właściwie wszystkie polskie kapele grają tak samo. Polski black metal nie jest zbyt dobry. (Zgadzam się z tym - red. )



Fragmenty wywiadu pochodzą z magazynu AMON 1'94 Death/Grind/Black/Doom Magazine. Rozmówcą Varga był Michał Kraszewski. 

sobota, 9 kwietnia 2016

CIANIDE: Bogowie śmierci

Faceci mają już ponad cztery dychy na karku - rodziny, dzieci, gderające żony, codziennie jakąś robotę na osiem godzin. Wyrzucają śmieci, trzepią dywany, robią zakupy w pobliskim dyskoncie. Spotykają się raz w tygodniu - nie idą jednak na ryby, ani nie zasiadają przed telewizorem z piwem i nie próbują dostrzec krążka podczas meczu hokejowego.


Spotykają się w piwnicy - tam gdzie żona jednego z nich trzyma słoiki z ogórkami i grzybki w occie przywiezione od teściów. Tam gdzie stoi stary zardzewiały rower po dziadku, ze scentrowanym kołem i sparciałymi dętkami. Żarówka przytwierdzona do sufitu na postrzępionym kablu daje żółte światło i lekko się kołysze gdy zakładają gitary.

Bogowie piwnicy

Gdy pada pierwsze uderzenie w werbel trzeba przymknąć oczy bo w ciasnym pomieszczeniu zaczyna unosić się kurz. Czuć zapach stęchlizny, bo odkąd dzieciak sąsiadów wybił piłką szybę zabito okno deskami i nigdy go już nie otwierano.
Gdy rozlega się pierwszy tego wieczoru gitarowy riff, pajęczyna w rogu pomieszczenia faluje jak welon panny młodej uciekającej przed deszczem ryżu. Pająk zdechł dawno temu, bo do piwnicy od lat nie zapuściła się żadna mucha. Jego zasuszone ciało zaczyna zabawnie podskakiwać gdy rozlega się miarowe bulgotanie basu. Koty miauczące zalotnie pod oknem uciekają w popłochu gdy do mikrofonu padają pierwsze słowa piosenki. Ta piosenka znajdzie się na nowej płycie. Kiedy ją nagrają? Nie wiadomo. Może za pięć? Może za siedem lat... Zależy od tego kiedy zechcą i kiedy będą mieć trochę wolnego czasu żeby wejść do studia. Koncerty? Zdarza im się grać kilka razy w roku, ale aktualnie nie planują żadnych scenicznych wojaży.
Nazywają się CIANIDE i są jednym z najlepszych death metalowych zespołów na świecie. Przed kilkoma laty nagrali bodaj najlepszą płytą w swej dyskografii, zatytułowaną z manowarową wręcz skromnością, ale jakże adekwatnie - "Gods of Death".

Najgorsza death metalowa płyta świata?

Poznałem ich w pierwszej połowie lat 90-tych. Przeczytałem w Metal Hammer recenzję ich debiutanckiego albumu "The Dying Truth" - oceniono płytę tak nisko, że nie zmieściła się w normalnej skali. Kiedyś może znajdę to wkleję - konkluzja była taka, że to beznadziejnie nudny, nieporadny death metal, najgorsza rzecz jaką recenzent słyszał w życiu.
Kilka miesięcy później znalazłem u kumpla kasetę z debiutem CIANIDE.
- Słuchałeś tego? - zapytałem.
- Nie dałem rady .Straszne gówno, może z pięć minut wytrzymałem.
- Pożyczysz mi?
- A zabieraj to. Możesz mi jakąś pustą kasetę podrzucić ewentualnie na wymianę.
W ten sposób stałem się posiadaczem najgorszej death metalowej płyty świata. Włączyłem.
Głos jak zza grobu, granie wolne, ciężkie, mozolne, nic się nie dzieje, nuda. Żadnego przyśpieszenia, żadnego slayerowskiego riffu, żadnej błyskotliwej solówki, wokalizy zróżnicowane jak fartuszki, które nosiliśmy w podstawówce - wszystkie granatowe z białymi kołnierzykami. Po czterech minutach miałem ochotę wyłączyć. Ale nie. Przesłuchałem, na przekór. Na złość Metal Hammerowi. Później drugie, trzeci, czwarty raz.
I zakochałem się w tej monotonii, w tym piwniczym brudzie i tej mozolnej ciężkiej i walcowatej muzie, zagranej z determinacją i sercem. Nie jest to mój top 10, ani nawet top 100 death metalu. Ale wracam i wciąż odnajduję jakąś perwersyjną, sadomasochistyczną przyjemność w zanurzaniu się w tych lepkich dźwiękach "The Dying Truth".

Dzisiejszy CIANIDE nie przypomina tego z debiutu. Owszem, zdarzają się walcowate zwolnienia, ale nie brak też dynamicznych przyśpieszeń i porywających riffów, które sprawiają, że głowa zaczyna podskakiwać jak zasuszone ciało pająka w ich piwnicy, a nogi zginają się w kolanach jak sparciała dętka z zardzewiałego roweru dziadka, który od lat stoi oparty tam o ścianę.
Death metal najlepszej próby! Bogowie śmierci! Bogowie życia!

piątek, 8 kwietnia 2016

ALUK TODOLO: Lot w nieznane

W tym roku mam jakieś starcze momenty zawieszenia. Najpierw przyssałem się do nowej płyty ANTHRAX jak glonojad do brudnego akwarium, teraz od tygodnia spędzam noce z ALUK TODOLO – Voix. Płytą, która działa jak narkotyk, uzależnia, wprowadza w trans i pozwala osiągnąć nie tylko wyższe stany świadomości, ale sprawić, że dusza zrzuca ciało jak brudną przepoconą bieliznę i zaczyna podróżować, przemierzając nieznane światy, bezkresne i mroczne, czasami wrogie, ale jednocześnie fascynujące.


Na „Voix” nie ma żadnych piosenek. Sześć utworów wypełniających płytę zostało pozbawionych tytułów i własnej indywidualności – ten album stapia się w jeden organizm – psychodeliczny lot bez granic, przepięknie nawiązujący do czasów świetności muzyki krautrockowej, gdy to w latach siedemdziesiątych muzyką rockową mieszano ze śmiałymi eksperymentami na pograniczu awangardy, jazzu i elektroniki. Oczywiście w porównaniu do niektórych zespołów z tamtego nurtu ALUK TODOLO jest dość zachowawczy, a muzyka Francuzów wydaje się łatwo przyswajalna i przyjemna dla ucha. Choć nie, ja raczej ich sposób komponowania i muzycznej erudycji potraktowałbym jak przejaw oryginalności niż próbę podążenia przetartymi ścieżkami – nawet jeśli krętymi i udeptanymi w misterne i zupełnie nieoczywiste wzory.
Przede wszystkim brzmienie. „Voix” jest muzyką niezwykle żywą, analogową, prawdziwą. Włączając płytę mam poczucie bardzo zmysłowego, a nieraz wręcz fizycznego kontaktu. Gdy gaszę światło, podkręcam głośność i kładę się na podłodze to niemal czuję jak jak te dźwięki po mnie chodzą. Jak perkusja depcze mi po plecach, bass wprowadza moją skórę w przyjemne wibracje, gitary przeczesują mi włosy jak rzadki grzebień wczesnowiosennego wiatru, który jednocześnie niesie ze sobą ciepłe promienie słońca i chłód mroźnych poranków.
Duszą „Voix” jest sekcja rytmiczna – perkusja jest jak bijące serce, bas jak pulsujące tętnice, a gitary to reszta układu krwionośnego rozprowadzającego tlen po całym organizmie. Tyle, że to nie jest ludzki organizm, ale jakaś nieprzenikniona otchłań, która zdaje się nie mieć ani początku ani końca. Gdy po raz pierwszy słuchałem tej płyty i po wybrzmieniu szóstego utworu zapadła cisza to poczułem lęk i rozczarowanie. Słuchając „Voix” w ogóle nie bierze się pod uwagę, że ta płyta się kiedyś skończy, podobnie jak podróżując statkiem kosmicznym w bezkresną odchłań gwiazd jedynym końcem, którego możemy się spodziewać jest nasz własny koniec.
Początkowo ten album wydawał mi się jakąś szaloną i rozpasaną improwizacją, z czasem zacząłem przywiązywać się do tych dźwięków na tyle, że zaczęło mi się wydawać, że zostały poukładane z pełną świadomością, starannością i niezwykłym rozmysłem. To jednak w żaden sposób nie przyćmiewa lekko narkotycznej i odrealnionej atmosfery, pewnej rytualności całkowicie odrywającej od funkcjonalnego celu.

Kilkuminutowy koncert

Kilka lat temu wybrałem się na koncert ALUK TODOLO do Krakowa. Wymyśliliśmy sobie, że od razu po koncercie będziemy wracać autobusem bez noclegu. Następnego dnia był poniedziałek i każdy z nas miał jakieś zobowiązania w pracy. Do miasta smoka wawelskiego dojechaliśmy koło południa. Zjedliśmy obiad, wypiliśmy kilka piw i poszliśmy do małego, ciasnego klubu, w którym jak się okazało przed Francuzami zagra jeszcze 22121 supportów, których wówczas nie znaliśmy i nie bardzo nas interesowały. Na stoisku Aluk Todolo kupiłem wszystko co mieli – uzupełniłem ich dyskografię, kupiłem też płyty Diamatregon. I tak sobie siedzieliśmy w ten majowy piękny dzień przy stoliku pod klubem pijąc piwko za piwkiem. A gdy Francuzi wreszcie wytoczyli się na scenę i rozległy się pierwsze dźwięki, okazało się, że nasz autobus za chwilę odjeżdża i musimy wracać do Warszawy. Nie wiem ile tego koncertu zobaczyliśmy – pewnie dosłownie kilka minut, ale były to magiczne minuty zwiastujące niezwykły występ. Następnego dnia cierpieliśmy kaca – i po piwie, którego wypiliśmy jakieś nieprzyzwoicie duże ilość i przez koncert, na który przemierzyliśmy tyle kilometrów, ale nie udało się go zobaczyć.
W tym roku 12 czerwca w "Kawiarni Naukowej" w Krakowie znów zagra ALUK TODOLO. To znów niedziela. Na pewno tam będę, ale tym razem powrót planuję w poniedziałek i niech grają choćby do rana.

czwartek, 7 kwietnia 2016

NAUMACHIA: generator muzyki i syntezator głosu

Pamiętam, że pierwsze płyty NAUMACHIA trafiły do mnie za pośrednictwem magazynu Thrashem All, do którego swego czasu doklejono wydawnictwa ze stajni Mariusza Kmiołka. Muzyka zawarta na tych albumach nie utkwiła mi w pamięci, co może świadczyć albo o tym, że nie były to dzieła wybitne, albo o tym, że w ogóle ich nie przesłuchałem i wciąż leżą gdzieś w czeluści moich półek, przykryte grubą warstwą kurzu

Tak się jednak złożyło, że wpadła mi w ręce ostatnia, czwarta już płyta NAUMACHIA. Zdziwiłem się, że wciąż istnieją bo osobiście nie znam nikogo, kto by tego zespołu słuchał, czy w ogóle o nim wspominał.
Pierwsze co rzuca się w uszy po odpaleniu tego krążka jest brzmienie – dziwne, lekko przytłumione, mechaniczne, syntetyczne, pełne elektronicznych pogłosów i zgrzytów. Gdy rozpędza się otwierający płytę „Aging Sun” ściany gitarowych dźwięków mieszają się jakimś kosmicznym dyskotekowym bitem. Jakby tej muzyki nie grano za pomocą instrumentów, ale generowano ją za pośrednictwem zaprogramowanych maszyn, którymi zawładnął jakiś wirus i przestawił pokrętło programatora pomiędzy: muzyka metalowa, a muzyka elektroniczna.
Naumachia niby stylistycznie balansuje pomiędzy death a black metalem, który idzie ręka w rękę z elektroniką, raz mającą nadawać nieco ekstremalności, a innym razem melodyki i hipnotyzującej przebojowości. Nie przypadkowo jednak użyłem słowa „niby” i „mającą nadawać” zamiast „nadającą”, bo jak dla mnie ta muzyka ma tyle wspólnego z ekstremą, co sceny łóżkowe z pamiętnego serialu „Dynastia” z twardą pornografią.
Problemem nie jest samo połączenie death czy black metalu z elektroniką. Sporo zespołów już udowodniło, że przenikanie się różnych muzycznych światów potrafi zrodzić muzykę interesującą i zaowocować płytami nietuzinkowymi. W NAUMACHI nie ma ani death metalowej ekstremy, ani black metalowych emocji. Ta muzyka przypomina kolorową wielkanocną wydmuszkę, która może kiedyś była jajkiem, ale dziś jest pusta, lekka.
Rozumiem, że w zamierzeniu miała zabrzmieć świeżo i nowocześnie. Może by tak rzeczywiście gdyby ta płyta wyszła dwadzieścia lat temu. Dziś jej elektroniczna powłoka sprawia wrażenie nieco zmurszałej. Jest jak karoseria starego samochodu, który przed laty wyglądał futurystycznie i nowocześnie a dziś jawi się po prostu pokracznie.
Poza tym słuchając tego krążka mimo mnogości towarzyszących mu elementów mam wrażenie obcowania z muzyką niezwykle jednowymiarową i płaską. Gdyby rozrysować jakąś asymptotę emocji i doznań, które towarzyszą muzyce, w skali od -100 do +100 to mam wrażenie, że „Machine Of Creation” wciąż balansowałaby w pobliżu zera.
Ta płyta jest całkowicie pozbawiona emocji, nawet wokale są tak suche i bezbarwne, że bardziej przypominają jakiś komputerowy syntezator głosu niż pełen wściekłości czy gniewu krzyk człowieka. Najbardziej bolesnym momentem tego krążka jest utwór „Lost” - coś na wzór ballady z czystymi partiami wokalnymi z wyjątkowo denerwującą manierą, powodującą ból zębów i nudności.
Nie mam pojęcia kto słucha takiej muzyki. Nie mam też pomysłu co dostrzegają w niej fani NAUMACHI. Czy ten zespół ma jakiś wyznawców? Sądzę, że tak – skoro wciąż wydają płyty. Ja z pewnością w tej chwili do nich nie dołączę – odczekam kolejne cztery płyty i może znów sprawdzę...

środa, 6 kwietnia 2016

GURTHANG: Mroczna wędrówka po rezerwacie

GURTHANG to lubelski zespół, który postanowił podzielić się ze mną swoją ostatnią płytą „I Will Not Serve”. Lublinianie parają się black metalem, dość rozbudowanym i klimatycznym, bardziej skierowanym na budowanie atmosfery przesiąkniętej doom metalowym smutkiem, niż walenie po mordzie płonącym odwróconym krzyżem


Gdy tylko wrzuciłem ten krążek do odtwarzacza to od razu sobie pomyślałem, że brzmią bardzo dobrze i profesjonalnie jak na debiutantów. Szybko jednak metal-archives uświadomił mi mój brak wiedzy – GURTHANG powstali w 2010 roku i wspomniana, ubiegłoroczna „I Will Not Serve” jest ich czwartym, pełnym albumem. To słuchać, zarówno pod względem realizatorskim jak i stylistycznym. No i oczywiście riff otwierający album mocno skojarzył mi się z „Blow Your Trumpets Gabriel” BEHEMOTH. Na szczęście tylko początek, bo po rozwinięciu kompozycja GURTHANG dryfuje w nieco inną stronę.

Mrocznie, klimatycznie i oldschoolowo

Wydaje się, że lublinianie wiedzą co chcą grać przez co ich przekaz jest spójny, a obrana stylistyka konsekwentnie realizowana. Na krążku mamy ponad godzinę muzyki, ale mimo że sączy się ona zwykle w wolnych tempach ani przez moment powieki nie opadają, a usta nie otwierają się do ziewania. Gurthang zwalnia i uspakaja, uwodzi klimatycznymi fragmentami, deklamacjami i czystymi wokalizami, ale potrafi też bezlitośnie przyśpieszyć i zdominować doom funeralową powłokę black metalowym jadem.
„I Will Not Serve” ma bardzo oldschoolowy posmak – brzmi jak płyta z połowy lat dziewięćdziesiątych (szczególnie partie klawiszowe przywodzą na myśl tamte czasy), ale nie bije z niej archaiczna naiwność, która stanowi immanentną cechą wielu black metalowych płyt, nagrywanych przed dwudziestoma laty.

Bezpieczna wędrówka przez mrok
Stare przysłowie mówi – diabeł tkwi w szczegółach – i właśnie w tych szczegółach ja tego diabła na „I Will Not Serve” nie słyszę. Płyta jako całość wciąga w swój klimat, gęsty, mroczny, mglisty, ale nie powoduje bojaźni i drżenia. Bo właśnie tej kierkegaardowskiej „choroby na śmierć”, która odróżnia black metalowe arcydzieła od płyt dobrych, czy też zaledwie przyzwoitych, na „I Will Not Serve” nie uświadczyłem.
Słuchając tego krążka czuję się jakbym płynął nocą przez rzekę wijącą się pośród drzew. Oczywiście może to samo w sobie napawać niepokojem, ale dopóki nie usłyszymy niezidentyfikowanego tchnienia lasu, dopóki tajemnicza postać nie zamajaczy we mgle, a wycie wilków nie wyda nam się niebezpiecznie bliskie, to ten lęk nigdy nie przerrodzi się w strach, a serce nie podejdzie do gardła. Płyniemy w tej ciemności pośród grubych pni drzew, pochylających smutno swoje konary i przeglądających się lustrze wody. Nie mamy jednak poczucia, że zmierzmy w nieznane, nie boimy się, że woda zabulgocze i wypełznie z niej coś groźnego. W aplikacji swojego telefonu śledzimy przebieg naszej trasy i dokładnie wiemy gdzie jesteśmy, dokąd zmierzamy i co czeka nas po jej zakończeniu.

Świetlana przyszłość mrocznych dźwięków?

Krótko mówiąc, w tej całej mrocznej atmosferze umiejętnie kreowanej przez Gurthang brakuje mi szaleństwa i emocji, które mogłyby mną naprawdę wstrząsnąć i pozostawić po sobie trwały świat. Oczywiście podobny zarzut można postawić znakomitej większości zespołów black metalowych, ale Gurthang grają na tyle profesjonalnie i buduję klimat na tyle sugestywny, że wolę ich porównywać do najlepszych, niż do przeciętnych, którzy zdecydowanie dominują na black metalowej scenie.
Niemniej, włączam „I Will Not Serve” do kolekcji, a Gurthang do obserwowanych zespołów. Widzę, że ten zespół tworzą młodzi muzycy, więc jeśli nie zabraknie im determinacji to kto wie czy wkrótce nie nagrają płyty, która wytarmosi mnie za ucho jak pani woźna, w czasach wczesnej podstawówki, gdy niezmienionym obuwiu chciałem przemknąć korytarzem. A tak poważniej - to jest nieźle i wierzę, że w przyszłości może być lepiej.








wtorek, 5 kwietnia 2016

VADER: kroczek milowy gatunku

„Z dumą przedstawiamy zapowiadaną od dawna reedycję debiutanckiej płyty VADER – THE ULTIMATE INCANTATION. Debiut Vader to krok milowy w historii death metalu, ale również krok milowy w historii promocji polskiej muzyki poza granicami naszego kraju w czasach „żelaznej kurtyny”.” - czytamy na stronie Witching Hour. Czy to prawda? Po części tak, ale po części nie...


Nie ulega wątpliwości, że „The Ultimate Incantation” była płytą ważną dla Vadera i do dziś jest jedną z najważniejszych na naszej rodzimej scenie. Teledysk w MTV, płyta wydana dla zagranicznego dużego wydawcy, Vader podbija Europę i świat – tak, to robiło wrażenie w chwili gdy wychodził ten album.
Nie zgodzę się jednak, że ta płyta jest krokiem milowym w całej historii death metalu. Jeśli zawężymy tylko do Polski to bez wątpienia, ale jeśli spojrzymy na scenę death metalową szerzej – to nie przesadzajmy. Vader nagrał album dobry, przyzwoity, ale nic nad to. Rzekłbym nawet, że po demie „Morbid Reich”, które rozbudziło apetyty w sposób nieprawdopodobny, studyjny debiut Olsztynian mógł nawet nieco rozczarować.
Od chwili premiery tego krążka słuchałem go pewnie nie dziesiątki, ale setki razy i wciąż czuję pewien niedosyt. Brzmienie „The Ultimate Incantation” jest płaskie, wokale przeciętne, utwory solidne, dobre nawet, ale nic ponadto. Iskry geniuszu nigdy na tym albumie nie stwierdziłem. Pamiętajmy, że to był roku 1992. Czasy, w których klasycy gatunku mieli na swoim koncie już po kilka płyt. I gdzie w tym wszystkim VADER? Jaki kamień milowy? Jakie epokowe dzieło? Nie wiem jakbyśmy się starali to tej rzeczywistości nie zaklniemy. „The Ultimate Incantation” było egzotyczną ciekawostka zza żelaznej kurtyny i niczym więcej. Nie była płytą odkrywczą czy szczególnie nowatorską, a powstała w czasie gdy nie tylko zespoły amerykańskie zdołały zdefiniować gatunek, ale i zespoły europejskie zdążyły go już zredefiniować i nadać mu własną tożsamość.
Na mnie „The Ultimate Incantation” w chwili premiery zrobiła wrażenie głównie tym, że pokazała, że „my Polacy” nie jesteśmy gorsi i mamy swój zespół death metalowy, wydany przez wytwórnie i promowany na zachodzie, ramię w ramię z tuzami gatunku.Czułem dumę podobną do tej, którą kilka lat później czułem na wieść o sukcesach Behemoth czy wygranych Agnieszki Radwańskiej. Cieszę się, że moim rodakom się udaje, ale nie oznacza to, że kiedykolwiek uznam Behemoth za dobry czy ważny zespół, albo stanę się fanem tenisa ziemnego. Nic z tych rzeczy.
Muzycznie, siła rażenia „The Ultimate Incantation” była nieporównywalnie mniejsza od bogów z Florydy, czy klasyków szwedzkiego grania, ale nawet inne europejskie, nie znaczące aż tak wiele zespoły, mogły robić większe wrażenie. Choćby SINISTER z "Cross The Styx", niemieckie ATROCITY z  „Todessehnsucht”, GOREFEST z „False”, holenderski ASPHYX z drugą już płytą na koncie, czy MORGOTH z oryginalnym  „Cursed”, wydanym rok wcześniej. I tak można by wymieniać i mnożyć konkurencję dla debiutu VADER, przy której nasz towar eksportowy jawił się dość bladziutko. Do roku 1992 nagrywano wiele oryginalniejszych, bardziej wyrazistych i po prostu lepszych płyt niż debiut VADERA.
Zdaję sobie sprawę, że to pogląd zupełnie niepatriotyczny i niepopularny – ale trzeba mieć odwagę spojrzeć prawdzie w oczy. Nie zmienia to jednego. Zamówię sobie reedycję „The Ultimate Incantation” na CD z bonusową sesją nagraniową ze szwedzkiego SUNLIGHT STUDIOS. Zamówiłbym sobie też na winylu, ale zmieniona okładka, póki co mnie jeszcze odstrasza. Możliwe jednak, że w ciągu kilku dni i do tej decyzji dojrzeję.
Słucham właśnie „The Ultimate Incantation” i czuję, że wciąż nie dojrzałem do wielkości tego krążka. Ot, przyzwoity album, z różnych względów ważny dla polskich fanów, ale na pewno nie żaden krok milowy w death metalu.Gdybym miał jednak wskazać listę najbardziej przecenianych płyt w tym gatunku to z pewnością „The Ultimate Incantation” znalazłaby się w czołówce. 

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

MALEVOLENT CREATION: Tajemnicza kaseta z TAKT-u

W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, w moim mieście, w pensjonacie "U Joanny" były cyklicznie organizowane imprezy metalowe. Nie żadne koncerty - ot zbierała się, wówczas dość pokaźna grupka długowłosych fanów muzyki ekstremalnej, która przy płytach puszczanych z taśm zamiatała podłogę włosami. Gdyby wówczas była moda na pozyskiwanie energii z farm wiatrowych to podczas tych wieczorów spokojne można by oświetlić ulice mojego miasta

Podczas jednej z takich imprez znalazłem na podłodze kasetę TAKT-u. Było to wydanie bez opisu zawartości taśmy - po prostu logo TAKT i hasło "Hight Quaility" - które często miało się do jakości nagrania, tak jak nagłówek gazety "PRAWDA" - na gazecie będącej organem prasowym Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Otarłem z kurzu, wyciągnąłem czyjeś włosy z taśmy, oklepałem, a że nikt się do niej nie przyznawał postanowiłem ją adoptować i po powrocie do domu wepchnąłem w kieszeń mojego magnetofonu.
Złowrogie intro, wolny gitarowy wstęp, perkusja stopniująca napięcie, wokal recytujący jakieś zdanie po angielsku, gitara w tle. I! Ogień! Zamaszyście odegrany death/thrash z bardziej krzyczanymi niż growlującymi wokalami. Mocarne riffy nabijane energetycznymi partiami perkusji. Jest dobrze! Jest bardzo dobrze.
Słuchałem tej kasety przez kilka tygodni non stop, nie mając pojęcia co to za płyta. Włączałem kolegom. Wzruszali ramionami, przyznawali, że fajne, ale też nie widzieli co to za kapela.
- Brzmi prawie jak francuska Massacra - skwitował jeden słysząc początek trzeciego utworu. Coś w tym jest, ale nie. Prawie robi różnicę.
- To chyba jakaś demówka Deicide - próbował drugi. - Bo jakiś diabeł w tych wokalach jest.
No nie. Przecież Deicide grają mocniej.
- Może to VADER?
- Pojebało Cię?
- Ma coś ze SLAYER!
- Wszyscy mają coś ze SLAYER...
- A może to jakaś lokalna kapela.
- Na kasecie TAKT-u? Brzmi za profesjonalnie. Zresztą przecież znamy lokalne kapele.
I tak przez lata czasami wracałem sobie do tej kasety nie mając pojęcia czego słucham. Dopiero gdy byłem już pod koniec liceum zobaczyłem w Planet Music dwie pierwsze płyty MALEVOLENT CREATION oferowane za całkiem dostępną cenę przez Metal Mind. Lubiłem ten zespół - miałem na kasecie "Stillborn", a kolejne płyty "Eternal" i "In Cold Blood" podobały mi się jeszcze bardziej. Kupiłem obie płytki. Zacząłem odsłuch od "Retribution" i uznałem, że to chyba ich najlepsza płyta.
A później zapakowałem do odtwarzacza "The Ten Commandments" i poczułem się jak podopieczny sierocińca,który właśnie odkrył, że jest zaginionym synem miłościwie panującego króla. Znałem na tej płycie każdy dźwięk, każdy riff, każde uderzenie perkusji, każdą solówkę, każdą wykrzyczaną frazę... Wreszcie po latach zidentyfikowałem znalezioną kasetę. To był właśnie debiut Malevolent Creation.
Moja żona szczerze się uśmiała gdy wczoraj słuchając ostatniej płyty Amerykanów opowiedziałem jej tę historię.
- Dziś byłoby łatwiej - skwitowała, po czym wyjęła telefon, nacisnęła jakiś guzik i po kilku sekundach powiedziała mi nazwę zespołu oraz tytuł utworu dobiegający z głośników.
Dla Was to pewnie żadna nowość, a ja dowiedziałem się właśnie, że istnieją aplikacje do rozpoznawania muzyki. Gdybym miał taką na początku lat dziewięćdziesiątych po powrocie z imprezy, to na pewno moja wiedza byłaby pełniejsza. Ale z drugiej strony... czy miałbym szansę znaleźć na podłodze kasetę? Pewnie byśmy słuchali muzyki z mp3, albo w ogóle byśmy się nie spotykali - każdy by siedział w swoim domu, słuchał płyt z Youtube i gadalibyśmy przez Facebooka...