piątek, 8 kwietnia 2016

ALUK TODOLO: Lot w nieznane

W tym roku mam jakieś starcze momenty zawieszenia. Najpierw przyssałem się do nowej płyty ANTHRAX jak glonojad do brudnego akwarium, teraz od tygodnia spędzam noce z ALUK TODOLO – Voix. Płytą, która działa jak narkotyk, uzależnia, wprowadza w trans i pozwala osiągnąć nie tylko wyższe stany świadomości, ale sprawić, że dusza zrzuca ciało jak brudną przepoconą bieliznę i zaczyna podróżować, przemierzając nieznane światy, bezkresne i mroczne, czasami wrogie, ale jednocześnie fascynujące.


Na „Voix” nie ma żadnych piosenek. Sześć utworów wypełniających płytę zostało pozbawionych tytułów i własnej indywidualności – ten album stapia się w jeden organizm – psychodeliczny lot bez granic, przepięknie nawiązujący do czasów świetności muzyki krautrockowej, gdy to w latach siedemdziesiątych muzyką rockową mieszano ze śmiałymi eksperymentami na pograniczu awangardy, jazzu i elektroniki. Oczywiście w porównaniu do niektórych zespołów z tamtego nurtu ALUK TODOLO jest dość zachowawczy, a muzyka Francuzów wydaje się łatwo przyswajalna i przyjemna dla ucha. Choć nie, ja raczej ich sposób komponowania i muzycznej erudycji potraktowałbym jak przejaw oryginalności niż próbę podążenia przetartymi ścieżkami – nawet jeśli krętymi i udeptanymi w misterne i zupełnie nieoczywiste wzory.
Przede wszystkim brzmienie. „Voix” jest muzyką niezwykle żywą, analogową, prawdziwą. Włączając płytę mam poczucie bardzo zmysłowego, a nieraz wręcz fizycznego kontaktu. Gdy gaszę światło, podkręcam głośność i kładę się na podłodze to niemal czuję jak jak te dźwięki po mnie chodzą. Jak perkusja depcze mi po plecach, bass wprowadza moją skórę w przyjemne wibracje, gitary przeczesują mi włosy jak rzadki grzebień wczesnowiosennego wiatru, który jednocześnie niesie ze sobą ciepłe promienie słońca i chłód mroźnych poranków.
Duszą „Voix” jest sekcja rytmiczna – perkusja jest jak bijące serce, bas jak pulsujące tętnice, a gitary to reszta układu krwionośnego rozprowadzającego tlen po całym organizmie. Tyle, że to nie jest ludzki organizm, ale jakaś nieprzenikniona otchłań, która zdaje się nie mieć ani początku ani końca. Gdy po raz pierwszy słuchałem tej płyty i po wybrzmieniu szóstego utworu zapadła cisza to poczułem lęk i rozczarowanie. Słuchając „Voix” w ogóle nie bierze się pod uwagę, że ta płyta się kiedyś skończy, podobnie jak podróżując statkiem kosmicznym w bezkresną odchłań gwiazd jedynym końcem, którego możemy się spodziewać jest nasz własny koniec.
Początkowo ten album wydawał mi się jakąś szaloną i rozpasaną improwizacją, z czasem zacząłem przywiązywać się do tych dźwięków na tyle, że zaczęło mi się wydawać, że zostały poukładane z pełną świadomością, starannością i niezwykłym rozmysłem. To jednak w żaden sposób nie przyćmiewa lekko narkotycznej i odrealnionej atmosfery, pewnej rytualności całkowicie odrywającej od funkcjonalnego celu.

Kilkuminutowy koncert

Kilka lat temu wybrałem się na koncert ALUK TODOLO do Krakowa. Wymyśliliśmy sobie, że od razu po koncercie będziemy wracać autobusem bez noclegu. Następnego dnia był poniedziałek i każdy z nas miał jakieś zobowiązania w pracy. Do miasta smoka wawelskiego dojechaliśmy koło południa. Zjedliśmy obiad, wypiliśmy kilka piw i poszliśmy do małego, ciasnego klubu, w którym jak się okazało przed Francuzami zagra jeszcze 22121 supportów, których wówczas nie znaliśmy i nie bardzo nas interesowały. Na stoisku Aluk Todolo kupiłem wszystko co mieli – uzupełniłem ich dyskografię, kupiłem też płyty Diamatregon. I tak sobie siedzieliśmy w ten majowy piękny dzień przy stoliku pod klubem pijąc piwko za piwkiem. A gdy Francuzi wreszcie wytoczyli się na scenę i rozległy się pierwsze dźwięki, okazało się, że nasz autobus za chwilę odjeżdża i musimy wracać do Warszawy. Nie wiem ile tego koncertu zobaczyliśmy – pewnie dosłownie kilka minut, ale były to magiczne minuty zwiastujące niezwykły występ. Następnego dnia cierpieliśmy kaca – i po piwie, którego wypiliśmy jakieś nieprzyzwoicie duże ilość i przez koncert, na który przemierzyliśmy tyle kilometrów, ale nie udało się go zobaczyć.
W tym roku 12 czerwca w "Kawiarni Naukowej" w Krakowie znów zagra ALUK TODOLO. To znów niedziela. Na pewno tam będę, ale tym razem powrót planuję w poniedziałek i niech grają choćby do rana.

1 komentarz:

  1. A tamten koncert (trzy lokacje Naukowej temu) był piękny do samego końca: jedyna żarówka oświetlająca pomieszczenie rozbita razem z ostatnimi dźwiękami.

    OdpowiedzUsuń