wtorek, 26 kwietnia 2016

KREATOR: Flirt z czarnymi sukniami


Oceniając nigdy nie jesteśmy obiektywni, nie tylko dlatego, że patrzymy z określonej perspektywy, ale także dlatego, że dźwigamy na plecach bagaż doświadczeń i oczekiwań. Gdy KREATOR wydał w 1999 roku płytę „Endorama” to siła krytyki przypominała rozpędzonego białoruskiego tira, który właśnie zderzył się z dwuletnią dziewczynką próbującą przeciąć ulicę na hulajnodze. Ortodoksyjni fani Kreator już wcześniej mieli powody do niepokoju, ale dopiero „Endorama” sprawiła, że zaczęli wierzyć, że koniec świata rzeczywiście przyjdzie wraz z nowym milenium

Ja do kreatorowych ortodoksów nigdy nie należałem – pierwszą płytą KREATOR jaką usłyszałem w całości była „Coma Of Souls”, którą pokochałem bezgranicznie miłością młodzieńczą i nieco naiwną. Później podążałem w ich dyskografii do coraz wcześniejszych płyt i choć mi się podobały to jednak „Coma Of Souls” podobnie jak „Seasons in the Abyss” z tego samego roku uznałem za absolutny opus magnum. Wydawało mi się, że w takiej stylistyce nie można nagrać już nic lepszego. Dziś, z ćwierćwiecznej perspektywy mogę powiedzieć, że miałem rację. Kolejna płyta SLAYER (mimo, że ją bardzo lubię) ustępowała „Seasons...” 
KREATOR zrobił jednak rzecz zaskakującą – krok w bok – ich „Renewal” jest płytą tak inną, że trudno ją wartościować w oparciu o poprzedniczkę. Mi to nowe oblicze Kreator bardzo odpowiadało – rozumiałem, że czasy się zmieniają i musi zmieniać się także muzyka, a ona moim zdaniem zmieniła się na inną, ale wcale nie na gorszą. Ciepło przyjąłem także „Cause for Conflict”, chłodniej „Outcast”, ale co tu będę ściemniał przy „Endorma” poległem. Połamałem się jak ta hulajnoga pod kołami rozpędzonego tira.

Zdrada ideałów i powrót do thrashu?

Kreator stał się dla mnie zdrajcą ideałów, muzyczną prostytutką, koniunkturalnym zespołem próbującym dostosować stylistykę do rynkowego zapotrzebowania. Doprawdy nie wiem jak to się stało, że nie wyrzuciłem płyty przez okno? Dziwne to były czasy – w 1999 roku wyglądało to tak, jakby Paradise Lost włamali się do studia i ukradli nowy materiał Depeche Mode, a ten który już nagrali - odsprzedali Petrozzie. Ten wziął kilka lekcji śpiewu nagrał taki Paradiseator adresowany do dziewcząt noszących parki i długie czarne suknie oraz ich patyczkowatych chłopaków, którzy marzą o tym bym im wyrósł na brodzie pierwszy włos. Obrzydliwość! Skryłem ten krążek pod łóżkiem i starałem się zapomnieć o jego istnieniu.
Dwa lata później Niemcy powrócili płytą „Violent Revolution”, którą łyknąłem jak pelikan rybę. To był krążek, w którym wszystko mi pasowało – nawet okładka nawiązywała do mojej ukochanej „Coma of Souls”.
Na froncie „Enemy of God” znów się pojawiła znajoma głowa, a ja zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem nie jestem takim odpowiednikiem dziewczyny w czarnej kiecce i ktoś mi nie wciska kitu, obliczonego dokładnie na moje zapotrzebowania. W sumie to wszystko jedno dopóki muzyka się człowiekowi podoba, tyle, że na wysokości „Hordes of Chaos” Kreator stał się dla mnie zupełnie niestrawny – oczywisty, nudny, przesłodzony i bez ikry. Owszem, profesjonalnie zagrany i dobrze skrojony dla potrzeb gawiedzi, ale bliżej mu do produktów muzycznego rynku takich jak Amon Amarth, Arch Enemy czy Sabaton niż zespołów, które niosą ze sobą świeżość i szczere emocje. „Phantom Antichrist” w pełnie potwierdzili status zespołu kinder metalowego – po kilku przesłuchaniach z samopoczuciem bliskim temu, które mógłbym mieć po zjedzeniu słoika nutelli, odłożyłem go na półkę. Czy na zawsze? Na to wygląda, bo kolejne próby powrócenia do tego materiału kończyły się mdłościami. 

Cóż to jest prawda?

Niespodziewanie jednak zacząłem coraz częściej wracać do... „Endorama”. Owszem – wciąż uważam, że to płyta koniunkturalna i nagrana pod mocnym wpływem Paradise Lost. Nie mam jednak już pewności – czy wydanie jej było przejawem oportunizmu czy twórczej odwagi. Nie mam pewności czy Petrozza po prostu nie szukał nowych środków wyrazu i nie był w tym bardziej szczery niż później – niby wracając do korzeni, ale jednak odpowiadając na potrzeby rynku (pamiętajmy, że były to czasy triumfalnego powrotu thrash metalu).
Właściwie to chyba nie ma sensu nad tym się zastanawiać, bo i tak nigdy nie poznamy odpowiedzi na pytania o szczerość i intencje. Kto wie? Może nawet Petrozza nie umiałby odpowiedzieć na nie sam przed sobą?
Odrzućmy bagaż doświadczeń, odrzućmy oczekiwania i zanurzmy się w muzyce. Wtedy przekonamy się, że „Endorama” wcale nie jest albumem tak złym jak mogłoby się wydawać w chwili jego premiery. Ba! Rzekłbym nawet, że to płyta przyzwoita, a przebłyskami nawet dobra. Dziś w skali szkolnej postawiłbym jej mocną trójkę z plusem, a więc o dwa i pół punkta więcej niż w chwili premiery. Z pewnością nie jest to album wybitny, ale pokazuje Kreator w dość ciekawym czasie – gdy postanowił muzykę złagodzić i poeksperymentować trochę na innym polu niż wcześniej. Nawet jeśli te eksperymenty nie są do końca udane, a efekt końcowy zbyt oryginalny to i tak mamy do czynienia z zespołem, który szuka, a nie odgrywa wciąż te same patenty w efekciarskiej i coraz łatwiej przyswajalnej formie. 

Endorama - utwór po utworze

„Golden Age” rozpoczyna płytę dynamicznym i dość wysmakowanym riffem, a Mile Petrozza udowadnia, że na lekcjach śpiewu przykładał się i robił co mógł, żeby nie tylko poszerzyć skalę głosu, ale i zabrzmieć dojrzalej. Podobają mi się te partie wokalne, zarówno w tych łagodniejszych, bardziej stonowanych momentach jak i tych agresywniejszych przywołujących czasy „Cause For Conflict”.
Drugi na płycie, utwór tytułowy wypada jeszcze bardziej przekonująco – znów fajne, urozmaicone wokale, umiejętnie budowane napięcie. Niby nie ma agresji, nie ma szaleństwa, ale jest siła i pewne dostojeństwo, które może słuchacza chwytać za serce.
„Shadowland” zaczyna się fajnym, szybkim i intensywnym riffem, później rozwija się w lekko paradajsowych regionach by kroczyć w nieśpiesznym tempie, podkręcany szybszym riffem i partią solową. Niby nic nadzwyczajnego, ale słucha się nie tylko bez bólu, ale i z przyjemnością.
„Chosen Few” czaruje akustyczną partią, ginącą pod prostym rytmicznym riffem – partie wokalne spokojne, melodyjne, to jeden z tych utworów, które wręcz nachalnie nawiązują do Paradise Lost z okresu „Draconian Times”. Tak piosenkowego KREATOR nie było nigdy wcześniej i nic dziwnego, że fani przyzwyczajeni do agresywniejszej muzyki w takich chwilach zgrzytali zębami i zapisywali się na laserowe zabiegi usuwające ze skóry logo tej kapeli. Nie powiem, żeby dziś mnie taka estetyka specjalnie kręciła – ale przyznać muszę, że mi nie przeszkadza i jako tło do mycia kuchni i zmywania naczyń sprawdziła mi się dziś wyśmienicie.
Tymczasem na kolejnym utworze „Everlasting Flame” brnie dalej w krainę łagodności, a w mocniejszych i bardziej dynamicznych partiach tego utworu czerpie z Paradise Lost nie tyle pełnymi garściami, co niemal wchodzi w ich skórę, nawet partię wokalną upodobniając do maniery Nicka Holmesa. Cóż z tego, skoro utwór płynie gładko i przyjemnie i słucha mi się go lepiej niż niejednego kawałka Brytyjczyków.
„Passage to Babylon” swoim początkiem śmiało wymyka się z kreatorowej stylistyki, ale mocniejszy riff i pełne werwy wokale przypominają nam, że nie mamy do czynienia z zespołem popowym. Później następuje wyciszenie i tak, raz łagodnie i stonowanie, raz mocniej i bardziej stanowczo płynie sobie ten kawałek. Ani w nim nic szczególnie ekscytującego, ani nic co by odstraszało i czyniło go zupełnie niestrawnym.
„Future King” zaczyna się niepokojącą gitarą napędzoną intensywnym rytmem perkusji – wokal Petrozza stonowany, ale nie słodki. Jednak w nawet w tych agresywniejszych partiach przytłumiony i wyciszony, jakby nosił smycz z kolczatką i kaganiec nie pozwalający obnażyć zębów.
„Entry” to krótki utwór instrumentalny – klimatyczny, wzniosły, ale dość banalny i niewiele wnoszący poza tym, że jadowitym początkiem wbija się w niego „Soul Eraser”. Wokal Petrozzy jakby wydobywał się z symulatora głosu, współtworzy nieco upiorny, odhumanizowany klimat. Kawałek do dziś brzmi dość nowocześnie, ale niestety nie broni się żadnym frapującym riffem, ani zapadającą w pamięci melodyką. Ot, przyzwoity średniak.
Na „Willing Spirit” znów powracamy do klimatów Paradise Lost. Melodyjnie, mocno, wyraziście, ale bez popadania w miałkość i bezpłciowość. Ot, dobrze nagrana i zrealizowana piosenka, stojąca na granicy rockowego i metalowego grania z niepokojącym klimatycznym zakończeniem. Bez szału i bez obciachu.
„Pandemonium” ze swoim mocnym, dynamicznym początkiem, porywającym riffem i lekko zduszonymi wokalami, które nabierają kreatorowej drapieżnej agresji to jeden z najlepszych utworów na tej płycie. Bez smęcenia i paradajsowania – twardy, szorstki riff, dramaturgia w partiach wokalnych czynią ten utwór ciekawym i oryginalnym.
A na zakończenie „Tyranny” z początkiem, który dociera do nas gdzieś z oddali i rozwinięciem – melodyjnym, mocnym, ale niezbyt agresywnym. Znów mamy niezbyt emocjonujące rockowo-metalowe granie nie popadające w nich wstydliwego, ale na pewno nie przynoszącego tej płycie chluby.

Gdyby ktoś zaczynał przygodę z Kreator, to na pewno bym mu tej płyty nie polecił, ale dla wszystkich, którzy są zdegustowani aktualną formą Niemców, powrót do tego niechlubnego okresu w ich dziejach, może okazać się o wiele mniej traumatyczny niż mogłoby się zdawać.


1 komentarz:

  1. Wydaje mi się, że tak jak Ralph Santolla rozmiękczył Deicide tak samo Sami Yli-Sirniö zrobił w Kreator. Wystarczy posłuchać solową płytę Franka Blackfire'a żeby za nim zatęsknić. Gitarzysta heavy metalowy nie może grać thrash'u. Frank wróć!!!:)

    OdpowiedzUsuń