niedziela, 24 kwietnia 2016

Metal ideologicznie zaangażowany?

Jestem ignorantem i pozerem – nigdy nie przywiązywałem się do tzw. „przekazu ideologicznego słuchanej muzyki”. Oczywiście miałem świadomość w jakim duchu są teksty słuchanych przeze mnie kapel, ale zawsze miałem do nich dystans. Dystans na tyle duży bym mógł ich wciąż słuchać

Teksty na płytach z muzyką metalową są raz mądrzejsze, a raz głupsze – te w które próbowałem wnikać najczęściej okazywały się stekiem bzdur, niezależnie od tego czy wyrażały bunt przeciwko społecznemu porządkowi, gloryfikację przemocy czy pochwałę księcia ciemności. Oczywiście gdy miałem lat naście robiły piorunujące wrażenie, wówczas odnosiło się wrażenie obcowania z czymś niebezpiecznym, zakazanym, wyklętym.

Przyjazna brutalność poza granicami absurdu

W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych słuchało się muzyki z pirackich kaset i dostęp do warstwy tekstowej był mocno ograniczony. Można było wówczas dostać książeczki z tekstami wraz z tłumaczeniem, poświęcone wybranym płytom. Jedną z pierwszych jaka mi wpadła w ręce zawierała liryki tekstów do „Eaten Back To Life”, amerykańskiej grupy death metalowej – Cannibal Corpse. Przeczytałem je z wypiekami na twarzy – nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z czymś tak chorym, obrzydliwym, przeładowanym przemocą, ale jednocześnie absurdalnym i na swój sposób idiotycznym. Czymś do czego trzeba było podchodzić z ironią i dystansem, podobnym do tego, który towarzyszył oglądaniu filmów w typie „Motocykl wampir”, „Wiklinowy koszyk” czy „Martwica mózgu”. Przemoc i okrucieństwo Cannibali były przerysowane, komiksowe i dość płytkie w swojej wymowie. Dla wszystkich było jasne, że to pewna poza, chwytliwa konwencja, w którą wpasowano brutalną i bezkompromisową muzykę. Fani, rekrutujący się głównie spośród młodych ludzi, od zawsze potrzebowali czegoś więcej niż tylko muzyki. Potrzebowali zastrzyku adrenaliny, który by jej towarzyszył i spychał ją z przestrzeni akceptowalnej społecznie. Bo przecież muzyka miała być wyrazem buntu, sposobem na burzenie hierarchii wartości dorosłego świata.

Satanistki gwałcą w lesie

Ja to miałem gdzieś – buntowałem się na swój sposób, ale nigdy nie byłem wpatrzony w swoich muzycznych idoli i nie spijałem z ich ust „mądrości”, które płynęły wraz z muzyką. Niektóre zespoły początkowo szokowały swoim wizerunkiem i „przesłaniem ideologicznym”, ale przecież gdy miałem lat 12 czy 13 niewiele było trzeba by podsycić moją wyobraźnię. Pamiętam, że swego czasu mocno przeżyłem zobaczywszy wymalowany pentagram na przydrożnym słupie. Kilka lat wcześniej w moich okolicach krążyły historie o grupie satanistów, którzy grasowali w pobliskim Lesie Kabackim i ponoć napadali na ludzi i ich okaleczali. Kolega nawet opowiadał, że grupka satanistek napadła na mężczyznę i go... zgwałciła. Zupełnie mi się to w głowie nie mieściło – wydawało mi się, że zgwałcić mężczyznę to jak utopić rybę. W tych wszystkich historiach pewnie było tyle prawdy co w opowieściach o porwaniach dzieci przez tajemniczego osobnika poruszającego się czarną wołgą. Tak. Miejskie legendy krążyły zanim teren mojego zamieszkania się zurbanizował na tyle, że od biedy można go było nazwać miastem.

Diabeł straszny tylko na pierwszy rzut oka

Duże wrażenie zrobił na mnie Deicide. Przekaz tego zespołu był dobitny i jednoznaczny, a krzyż wypalony na czole Glena Bentona nie pozostawiał złudzeń, że mamy do czynienia ze złem wcielonym w życie, a nie tylko deklarowanym w tekstach utworów. Szybko jednak nabrałem dystansu – po przeczytaniu kilku wywiadów z liderem tej grupy doszedłem do wniosku, że albo jego życiowa postawa jest elementem wizerunkowej gry, albo jest po prostu upośledzony i tym bardziej nie można go traktować poważnie.
Podobnie było z Venom – najpierw bojaźń i drżenie w poczuciu obcowania z czymś niebezpiecznym, a później dystans i spostrzeżenie, że ich postawie bliżej do Kiss niż do grupki satanistycznych sadystów i gwałcicielek (nawet komputer podkreśla to słowo) z Lasu Kabackiego.


Atak skandynawskich pyszałków

Trochę inaczej było nieco później, gdy na dobre rozkwitła scena black metalowa. Czytałem z wypiekami na twarzy wywiady z Satyricon, Burzum, Mayhem czy Dark Funeral i choć przekaz, który z nich płynął był nieco bełkotliwy i mało spójny, skłamałbym mówiąc, że nie robił na mnie wrażenia. Podobała mi się przede wszystkim niepoprawności, arogancja i buta tych dzieciaków, którzy gardzili powszechnie szanowanymi zespołami metalowymi, przywoływali ducha nieco zapomnianych Hellhammer czy Sodom i nie wahali się by nazwać swoją ostatnią płytę: „najlepszym albumem w historii muzyki ekstremalnej”, „ponadczasową sztuką sięgającą absolutu” czy „współczesną odpowiedzią na największe dzieła Wagnera”. Podobała mi się ta buta, bezczelność, pycha i pewność siebie tych młodych ludzi.

Sztuka na niby, muzyka naprawdę?

Szybko jednak okazało się, że za złem deklarowanym w tekstach zespołów black metalowych szły także czyny, z którymi nawet w czasach nastoletniego zidiocenia nie sposób było się utożsamiać. Samobójstwa, zabójstwa, podpalenia kościołów – to nie mogło nie szokować i z pewnością w jakiś sposób potwierdzało wiarygodność i szczerość muzycznego przekazu. Bo muzyka to taka forma sztuki, którą postrzega się zupełnie inaczej. Nikt nie oczekuje od aktora, który świetnie wcielił się w rolę mordercy, że naprawdę będzie mordować. Tymczasem muzyk głoszący treści satanistyczne, ale jednocześnie biorący ślub kościelny to zdrajca i ostatnia szmata. Swastyka na okładce książki o hitlerowcach to żadna sprawa, ale Lemmy w mundurze niemieckiem już wzbudzał kontrowersje. Na muzykę metalową patrzyło się podobnie jak na punkową czy hipisowską – politycznie zaangażowaną, z ambicjami zmieniania świata.

Ideologiczna schizofrenia

A czy rzeczywiście metal ma ambicje na cokolwiek poza dostarczaniem słuchaczowi czystej rozrywki? Pewnie takich „ambitnych zespołów” można by trochę znaleźć. Pytanie tylko czy istnieje ktokolwiek, kto nie byłby ograniczony i jednocześnie się z tym przesłaniem identyfikował? Ja jestem w tej kwestii całkowitym ignorantem – dla mnie Mark "Barney" Greenway na koncertach w przerwach pomiędzy kolejnymi utworami NAPALM DEATH mógłby równie dobrze opowiadać o walorach smakowych homara, albo recytować „Na jagody”. Gdyby robił to z takim samym zaangażowaniem to na pewno nie przestałbym kochać Napalmów, bo kocham ich za muzykę, a nie przekaz. Nie mówiąc już o tym, że tekstowy przekaz wielu spośród moich ulubionych zespołów się wyklucza i gdybym miał się z każdym z nich identyfikować to z pewnością zaczęłoby to zdradzać cechy ostrej schizofrenii. Oczywiście lepsza jest świadomość, że teksty zespołu traktują o czymś poważniejszym niż smoki, jednorożce i krasnoludki – ale ostatecznie przecież i te tematy z miejsca nie dyskwalifikują wykonawców.

Muzyczne bogactwo, treściwa bieda?

Kocham muzykę metalową i ponad ćwierć wieku słucham jej pasjami. Rozbudza moją wyobraźnię pewnie nie tylko ze względy na muzykę i towarzyszącą jej atmosferę, ale ogólny przekaz estetyczno-wizualny. Nigdy jednak w żadnym zespole nie znalazłem przewodnika ideologicznego, duchowego czy religijnego – i powiem szczerze, że gdy słyszę, że ktoś znajduje, to ogarnia mnie pusty śmiech. Literatura, religia, filozofia i szeroko rozumiana nauka rozpościera przed nami tak szeroki wachlarz rozmaitych teorii, przekonań i postaw życiowych, że w ich kontekście gro ideologicznych treści przemycanych w muzyce, jawi się jako klisze znaczeniowo płaskie i treściowo monochromatyczne. Poza tym nawet jako nastolatek uważałem, że skoro muzyka metalowa jest przejawem buntu przeciwko społecznym autorytetom, to sama również do takiego miana nie powinna predestynować. Czy można być bogiem krzyczącym: nie ma bogów?

To nie moja ręka

Debilizmy treściowe płynące z muzyki metalowej ich twórcy tłumaczą na różne sposoby. Niektórzy idą w zaparte i bronią ich z całą zajadłością. „Nasza muzyka to erupcja czystego zła z czeluści piekła, przynosząca słuchaczom ból, cierpienie i zagładę” - krzyczą, najczęściej młodzi ludzie, chowając twarz pod grubą warstwą farby, a tożsamość pod pseudonimem w rodzaju Necro Angelripper From Burning Hell. Absolutnie przy tym nie twierdzę, że nie mogę grać muzyki, której będę słuchać z przyjemnością.
Niektórzy z tego wyrastają i z czasem przyznają, że w młodości gadali mnóstwo bzdur, których się teraz wstydzą. Przykładem jest pewien norweski listonosz, który już dawno mocno złagodził swój wizerunek, doszedłszy do wniosku, że jako dorosły facet już go nie obroni. Przynajmniej nie w oczach ludzi, których współczynnik inteligencji przekroczył 84.
Jeszcze inni dokonują zwrotu o 180 stopni obwieszczając światu nagłe oświecenie i nawrócenie, co było udziałem między innymi lidera Megadeth czy pana o pseudonimie Alice Cooper.
Jeszcze inny wykazali się większym sprytem by nie musieć ani się nawracać, ani nikogo przepraszać. Stwierdzili, że ich ideologiczna postawa to pewien performance, który rozgrywa się na scenie i na scenie pozostaje.
Ostatnio Rob Darken z Graveland wynalazł nowy sposób na wyjście z kłopotliwej sytuacji, twierdząc, że skojarzenia zespołu z określoną postawą jest czystym wymysłem dziennikarzy i on w życiu nie miał z tym nic wspólnego. Przyznam, że gość rozbroił mnie całkowicie. Zachował się trochę jak złodziej, który złapany z rękę krzyczy: „To nie moja ręka”.



A zamiast puenty i podsumowania – pytanie do Was. Potraficie wskazać jakieś zespoły metalowe, które uważacie za wartościowe nie tylko ze względu na muzykę, ale i liryczne przesłanie? Płyty, których każda linijka tekstu warta jest przeczytania i przemyślenia...





13 komentarzy:

  1. Było kiedyś raz coś takiego, gdzie teksty były ważniejsze niż muzyka - Monofobia Quo Vadis

    OdpowiedzUsuń
  2. Cały tekst przypomina mi akcję z Nokturnal Mortum. Ogólnie z materiałem z "Ne Christ" zapoznałem się zanim usłyszałem Saxon czy Manowar, czy późniejsze albumy Bathory, więc myślałem że "o kurwa, jakie bajeranckie riffy, i te wstawki słowiańskie, o japierdolę, KVLT!!1" Potem się dokształciłem muzycznie, w ogóle zostawiłem metal na rzecz innych gatunków, otworzyłem się na muzykę różnych kultur i jak po latach wróciłem do NM to tak, muzycznie bardzo fajnie się ich słucha. Mam miłe wspomnienia z dzieciństwa itd.
    Tekstowo, logicznie i ideologicznie są to śniadaniowe płatki z azbestu z wiórkami uranowymi.

    Czy jest jakaś kapela, którą można muzycznie i lirycznie spijać jak nektar ze złotego pucharu?
    Jak mnie rzuciła wstrętna baba, którą kochałem to nie powiem, Hanoi Rocks było jak dotyka anioła. W tamtych tekstach i nastrojach kawałków była prawda całego życia, ale tak ogólnie to chyba tylko Grechuta daje radę, ale to nie metal, ani rock.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapomniałem dodać: NM przez krótki czas udawało, że nie jest ksenofobiczne i rasistowskie i fuj, Hate Forest czy Drutk to złe rzeczy, ale zobaczyli ile hajsu można trzepać na zamawianiu 5 piw to im przeszło.

      Usuń
  3. Tool ma całkiem sensowne teksty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Szkoda, że ich nie wykonuje...

      Usuń
  4. Tekstowo rewelacyjna jest płyta Have Heart - The Things We Carry, ale metalu tam nie ma.

    OdpowiedzUsuń
  5. King Diamond. Lubię jego opowiastki :-) Lubie Anathemę, Paradise Lost, My Dying Bride,

    OdpowiedzUsuń
  6. W sumie to drogi autorze w kontekście Napalm Death sam zaznaczyłeś, że nie interesują Cię teksty, więc to końcowe pytanie wydaje mi się dość dziwne. Myślę, że to nie jest tak, że wszystkie teksty są o niczym i nie warto się nad nimi pochylać. Z pewnością warto się z nimi zapoznać, bo to jednak część muzyki. Natomiast to co się komu podoba i co do kogo dociera to bardzo indywidualna kwestia. Jak tekst jest dla Ciebie o niczym to go ignorujesz i nic się nie zmienia, natomiast jeżeli jakoś do Ciebie trafia to utwór zyskuje dodatkowy wymiar, więc myślę że warto próbować :)

    OdpowiedzUsuń
  7. PANTERA Vulgar display of power (w szczególności kawałek Mouth for war) i późniejsze płyty, DEATH od Spiritual Healing w górę.

    OdpowiedzUsuń
  8. W.A.S.P. - "The Crimson Idol"

    OdpowiedzUsuń