piątek, 15 kwietnia 2016

Pudrowanie nieboszczyka

Coraz więcej wytwórni i zespołów decyduje się na wydawanie płyt nie tylko na CD i LP, ale także na taśmach magnetofonowych. Trudno im się dziwić, skoro jest zapotrzebowania to dlaczego na nim nie skorzystać. Samego zapotrzebowania jednak zupełnie nie rozumiem – słuchanie kaset jest dla mnie tym samym co czytanie książki przy lampie naftowej, albo kąpiel w misce zamiast w wannie. Nie rozumiem kultu kaset mimo że na nich się wychowałem. Tak naprawdę w tych taśmach nie było nic kultowego – były złem koniecznym, takim samym jak kartki na wódkę czy wyjazd na rodzinne wakacje fiatem 126 p


W latach dziewięćdziesiątych kasety były jedynym osiągalnym i powszechnym nośnikiem muzyki. Winyle w zupełnym odwrocie, płyty kompaktowe ze względu na pułap cenowy i słabą dostępność praktycznie nieosiągalne. Kaseta była więc chlebem powszednim, który – jak to pisał Kierkegaard - syci i niesie błogosławieństwo.

Upośledzone pirackie kasety

Zanim pojawiły się oryginalne kasety licencyjne, mogliśmy przebierać w piratach. Wydawnictwa takich firm jak Takt, Elbo, Mg, Euro-Star, BW były dość powszechne, niedrogie i oferowały naprawdę szeroki wybór tytułów. Z jakością było różnie – szczególnie we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Np. Mg bardzo często nagrywało nowe rzeczy na kasetach, które im się nie sprzedały. Nie poszła składanka Sabriny to nagrywano na nią Napalm Death, zaklejano starą naklejkę nową, zmieniano okładkę i szło do sprzedaży. Pal licho gdy ta operacja została przeprowadzona sprawnie i ze starannością, gorzej gdy zdarzały się wpadki. Kiedyś kupiłem pod Pałacem Kultury kasetę z debiutancką płytą Suicicidal Tendencies. Strona „A” fajnie śmigała, ale na stronie „B” śpiewał ktoś...po włosku. Z ciekawości odkleiłem z kasety suicidalową naklejkę i ujrzałem, że pod spodem była druga, z napisem - Julio Iglesias (!).
To były jednak przypadki. Normę natomiast stanowiły pomyłki i literówki w nazwach zespołów lub płyt. Straszną plagą w kasetach taktowskich (choć pewnie nie tylko) było wyciszanie utworów przed ich zakończeniem, mieszanie ich kolejności, brak niektórych utworów, lub dla odmiany wrzucanie kawałków z innej płyty. Do dziś w przypadku niektórych albumów słuchanych z CD mam wrażenie złej kolejności utworów – a utwór „Alexander the Great” pasuje mi do płyty „No Prayer for the Dying”, bo właśnie to on rozpoczynał stronę B na moim kasetowym wydaniu z Elbo.

Taśmowe utrapienia

Trochę lepiej było w czasach wydań licencyjnych – nie znaczy to jednak, że dobrze. Nieraz kupiło się jakąś kasetę, której strona „A” była nagrana głośniej niż strona „B”. Czasami taśma się zacinała, wkręcała lub wręcz zrywała. Prawdziwym dramatem było gdy pewnej nocy słuchając chciałem po omacku zapauzować, a zamiast tego przykasowałem sobie sekundę „Angel Of Death”. Do dziś gdy słucham tego utworu z płyty brakuje mi tej sekundowej pauzy.
Fatalną właściwością kaset była konieczność przewijania. Zawsze lubiłem słuchać albumów od początku do końca, a nieraz nie było to możliwe. Idąc do szkoły przesłuchiwałem półtora raza jakaś kasetę. Wracając, musiałem przewinąć, żeby nie zaczynać od środka. Baterii w walkmanie zwykle było szkoda więc się kombinowało. Najlepiej przewijało się na zwiniętym banknocie, ale że nie zawsze było on pod ręką to czasami używało się ołówka lub długopisu. Dramatem było jak taśma się krzywo nawinęła, załamała, lub w skrajnym przypadku zerwała podczas odtwarzania. Zabójcza była dla niej też wilgoć i nadmierne nasłonecznienie. Potrafiła się rozciągnąć, pogiąć, pozaginać. Nieraz rozkręcało się kasetę i przekładało taśmę do drugiej.
W tamtych czasach niektóre płyty się wręcz katowało. Nie to co dziś – gdy po przesłuchaniu danego materiału 20-30 razy człowiek czuje, że przemaglował go już do bólu. Kiedyś słuchało się setki razy, a niektórych taśm latami, codziennie, prawie non-stop. Jak tylko wyskakiwała z mojego magnetofonu to trafiała do kumpla, a od niego do kolejnej osoby. Niektóre taśmy przesłuchanie wielokrotnie mocno traciły na jakości – partie gitar zaczynały przypominać szum, perkusja odgłos wydawany przez świerszcza, a partie wokalne zaczynały pływać.

W owczym pędzie za głupią modą

Z ogromną ulgą przyjąłem fakt coraz większego upowszechniania nośnika CD. Gdy kasety zniknęły ze sklepów, a mi udało się niemal całkowicie odtworzyć taśmową kolekcję na kompaktach – popakowałem wszystkie do pudła, obiecując sobie nigdy go już nie otwierać.
Tymczasem, kilkanaście lat później okazuje się, że ludzie chcą do kaset wracać. I to nie tylko ci starzy, napędzani irracjonalnym sentymentem, ale i ci młodzi, którym taśmy wydaję się jakimś kultem i oznaką undergroundowego zaangażowania.
Ja wiem, że zaraz pojawi się tu jakiś człowiek ze słuchem nietoperza i zacznie przekonywać, że dźwięk z kasety brzmi lepiej niż z kompaktu. Możliwe, że jestem przygłuchy – ale o ile wyczuwam różnicę odsłuchu z winyla w stosunku do kompaktu na korzyść tego pierwszego, tak do kaset mnie nigdy nikt nie przekona. Najlepiej nagraną kasetę jaką w życiu słyszałem miał mój kolega – kupił pustą wypasioną taśmę chromową czy jakąś tam, za cenę czterech pirackich wydań, a następnie przegrał na nią z płyty CD debiutancki album Acid Drinkers. Brzmiało ja żyleta. Prawie tak dobrze jak z kompaktu.
Pośród tych wszystkich minusów – kasety miały jeden jedyny plus. Były na tyle małe, że można było ich wygodnie słuchać w walkmanie, w drodze do szkoły, czy przebywając gdzieś dłużej poza domem. Dziś – gdy ich mobilność została pokonana przez odtwarzacze mp3 (które dziś są wyposażeniu większości telefonów), ich funkcjonalność przez płyty CD, a kultowość przez powracające LP, nie widzę w tym nośniku najmniejszego sensu. W drogę mp3, na co dzień CD, a dla celebracji i muzyczno-religijnych obrządków winyle.
Duże okładki, wyjmowanie z koperty z ostrożnością i pietyzmem. Ta ekscytacja gdy igła spotyka się krążkiem, przekładanie na drugą stronę. Jest w tym coś magicznego i uroczystego – skłania do całkowitego oddania się przyjemności obcowania z muzyką. Dla mnie winyl jest wyrazem największego hołdu, który składam danej płycie i jej twórcom. No i sam dźwięk – bardziej głęboki, aksamitny, mięsisty, trochę inny niż z CD.
A kaseta? Wstydliwy relikt przeszłości, powracający bez żadnego wdzięku, napędzany jakąś niewytłumaczalną modą i owczym pędem za czymś co nigdy nie istniało.

A może się mylę? Lubicie kasety? Macie jakieś wspomnienia związane z tym nośnikiem? Cieszycie się z ich powrotu?

5 komentarzy:

  1. Pozostal wielki sentyment - pomimo tego ze wszystkie kasety wymienilem na winyle badz cd - nie potrafie sie z nimi rozstac. Bardzo milo wspominam tzw nagrywalnie - wchodziles z czysta kaseta - potem wertowanie katalogu i powrot za 3 godziny po nagrane cuda :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Matko bosko! Jakie przygody z tymi kasetami były...
    Te wszystkie piracie takty, itd. O ile ich słuchanie na unitrowym Kasprzaku (muszę wielką literą, bo dla mnie ten sprzęt jest rzeczywiście kultowy. Pierwszy, jaki stał w salonie) było spoko, o tyle nagrywanie raz, drugi i trzeci na te taśmy to był ekspresowy spadek jakości każdego kolejnego nagrania. No i przeżyłem niemałe załamanie, gdy na takim piracie koleżanka mamy z pracy, nagrała mi jedną piosenkę: Shaggy - Bombastic. Czekałem na tę kasetę jakieś trzy tygodnie.I cholerstwo wciągnęło się przy pierwszym odsłuchu :(

    Licencjonowane kasety były przepięknie wydawane, ale niestety w moim przypadku zawsze coś niedobrego się z nimi działo. "Czarny Album" Metalliki najpierw przy "Sad But True" zrobił się w harmonijkę, a potem się dziadostwo zerwało (po Kasprzaku już śladu nie było). "Laod" też mi się zerwał... I znów sklejnanko taśmą klejącą. Pod choinkę dostałem w prezencie "S&M" i po jakimś roku też się franca zerwała na "No Leaf Clover". Jedynie "Kill 'Em All" i "Garage Inc." były jak brzytwa. Nic nie było w stanie ich zniszczyć.

    Pamiętam, jak dostałem od kumpla (dzięki Bartku!) dwie przegrane kasety. Na jednej "Ride the Lightning", na drugiej "Master of Puppets"... O ile "Ride" brzmiała spoko, to już "Master" wydawał mi się jakiś taki sucho-płaski w brzmieniu. Byłem przekonany, że to wina kasety. Jakież było moje zdziwienie, gdy po zakupie CD okazało się, że "Master" w oryginale brzmi tak sucho...

    Nie zapomnę też innego pirata z "ReLoad" Metalliki. Kończący album "Fixxxer" wyciszał się po czterech minutach i dwudziestu sekundach. Do tej pory nie wiem, czy na oryginalnej kasecie był podobny feler/zabieg.

    No i moja pierwsza nieświadoma przygoda z Metallicą. W mieszkaniu pojawił się Kasprzak, a ja nie miałem nawet jednej kasety. Kumpel z szóstego piętra pozwolił mi jedną wziąć. Na zawsze. Po latach odkryłem, że na stronie A był nagrany cały minialbum "Garage Days Re-Revisited", a strona B to jedno nagranie: "To Live Is To Die"...

    Z pełną świadomością mogę napisać, że kasety uczyniły ze mnie fanatyka Metalliki. Tak mi zostało do dziś, ale CD nie zamieniłbym już na kasetę.

    (rocznik '86)

    PS:
    Kurwa! I te pierdolone walkmany od ruskich na targu po 35 zł. W każdym tym cholerstwie to pieprzone metalowe kółko po lewej stronie było odsłonięte! Zawsze je dotykałem paluchami i po jakimś czasie taki walkman mogłem wyrzucić na śmietnik. Nie wiem do teraz, czy to od paluchów, czy od tego, że kaseta po zamknięciu się z tym kółkiem stykała. W markowych walkmanach to kółko było osłonięte plastikiem. Jak sobie sprawiłem Panasonika (za bagatelka jakieś 130-150 zł) to problem się rozwiązał :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja sobie skasowałem fragment wstępu do "213", a kumplowi na obozie żeglarskim coś Kata, już nie pamiętam. Pamiętam za to, że obaj skoczyliśmy do magnetofonu jak oparzeni... :)

    Mam sentyment do kaset, ale ich powrotu też nie rozumiem. Co prawda nigdy nic mi się nie zerwało, spadku jakości dźwięku też w żadnym przypadku zauważalnego nie odnotowałem - wiele taśm mam od dwudziestu kilku lat i nadal śmigają jak trzeba, ale jednak wyższość LP i CD jest bezdyskusyjna.

    Dla mnie zawsze frustrujące było kiedy nie miałem pewności jaki utwór aktualnie leci, co w przypadku CD nigdy nie ma miejsca. Albo przewinięcie do odpowiedniego fragmentu. Kolejna rzecz to okładki wielkości znaczka pocztowego, w wielu przypadkach nieczytelne, albo okrojone.

    Nie zmienia to faktu, że w kuchni na mini wieży Sony taśmy cały czas królują, kiedy coś pichcę/zmywam gary. Aktualnie, od kilku miesięcy, maglowany jest debiut niemieckiej VENDETTA. :) Wcześniej przez kilka miesięcy kręcił się debiut TIAMAT.

    OdpowiedzUsuń
  4. To ja chyba nie jestem sentymenalny ;-) Idźta Panowie fhuj z temi kasetami. Dźwięk był do dupy i tracił na jakości z każdym przesłuchaniem - a wiadomo jak się wtedy słuchało - po pińcet razy katowało się te albumy w domu i na walkmenach. Taśmy się wkręcały (do dziś pamiętam jak się prawie popłakałem gdy magnetofon zjebał mi początek Worship Him), trzeba było toto przewijać - w warunkach polowych na ołówku dla oszczędzania baterii, hehe. I te piraty... Jak się wyprowadziłem z chałupy, to mi matula wyrzuciła całą kolekcję zbunkrowaną na strychu. Trochę żałuję kilku demówek, ale za resztą nie płaczę. Na pewno nie kupiłbym dziś albumu na kasecie, no ale rozumiem tych którzy mają sentyment ;-)
    Świetny blog swoją drogą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, no i jeszcze ciągle brakowało mi kasy na czyste kasety, skutkiem czego nagrywałem na nowe rzeczy na słabszych płytach - po kilku nagraniach dźwięk był do dupy. Miałem też taśmy do nagrywania z radia, tam to dopiero trzeba było się namęczyć żeby nie skasować czegoś wartościowego i nagrać audycję na jakimś gównie. No ale te problemy to akurat z braku kasy - rodzicom się nie przelewało, hiperinflacja, a ja wszystko wydawałem na piraty. Fajne czasy...

      Usuń