niedziela, 17 kwietnia 2016

Wiosenny, sobotni koncert

W sobotni wieczór na scenicznych deskach Progresji wystąpiły trzy zespoły: szwedzki Diabolical, norweski Kampfar i ich pobratymcy z Borknagar. Jak dla mnie zestaw średnio interesujący – przynajmniej w porównaniu z kilkoma innymi koncertami, które mam świeżo w pamięci i tymi, które w najbliższej perspektywie. Jednak wiosna, sobota... wybrałem się.



DIABOLICAL to dla mnie taki średniak. Ich płyt nie słuchałem nigdy z wypiekami na twarzy – mam „A Thousand Deaths” oraz „The Gallery of Bleeding Art”, debiutu zupełnie nie pamiętam, a ostatniej raczej nie słyszałem.

Tańczcie pogo!

Ot takie granie, w którym krzyżują się wpływy death i thrash metalu, przyprawione dużą porcją melodii, z której nie wynika jednak nic specjalnie ekscytującego. Na koncercie Szwedzi w pełni potwierdzili swoje miejsce w mojej muzycznej hierarchii. Zagrali fajnie i na tyle przyzwoicie, że trudno ich skrytykować, ale jednocześnie bez żadnej iskry czegoś, co wybijałoby się ponad przeciętność. Furorę zrobił gitarzysta, który po kilku utworach przemówił do publiki... po polsku i to nie „kurwa mać!” i „na zdrowie!”, ale „Nazywamy się Diabolical i jesteśmy ze Szwecji. Tańczcie pogo!”, a później jeszcze parę razy zaskakiwał swoimi ujmującymi gadkami. Gdyby to był występ festiwalowy, to pewnie po trzech utworach udałbym się na piwo, ale że wiosna, sobota... obejrzałem całość i nie było źle.

Z każdym koncertem coraz lepiej

Po szwedzkich poliglotach wyszedł KAMPFAR. Spośród kapel, które miały wystąpić, ten zespół jest mi zdecydowanie najbliższy. Śledzę ich poczynania od 1996 roku i bardzo cenię – choć wciąż mam poczucie, że ich płyt słuchałem za mało i sporo jeszcze w tej muzyce jest dla mnie do odkrycia. Uwielbiam i dobrze znam ich debiutanckie MCD, bardzo lubię debiut „Mellom skogkledde aaser”, którego sporo słuchałem jeszcze w czasach kasetowych i do którego często wracałem kilka lat później gdy zakupiłem już na CD. A później już różnie bywało – niektóre albumy traktowałem po macoszemu i stwierdziwszy, że niezłe, odkładałem na półkę po kilku zaledwie przesłuchaniach („Fra underverdenen” , „Heimgang”, „Djevelmakt”), innych słuchałem trochę więcej, ale też bez poczucia odkrycia pełni ich potencjału („Kvass”, „Mare”). Dopiero do ubiegłorocznej „Profan” przysiadłem jak należy i utwierdziłem się w głębokim przekonaniu, że KAMPFAR to zespół nietuzinkowy, którego dokonania warto śledzić.
Na żywo widziałem ich po raz czwarty i przyznam, że tym razem Norwegowie wypadli najlepiej. Pagan black metal w ich wykonaniu zabrzmiał niezwykle świeżo i dynamicznie, a energia płynąca ze sceny na tyle udzieliła się publice, że przez krótką chwilę rozpętało się coś podobnego do pogo,w czym skwapliwie acz krótko wziąłem udział. Miałem też wrażenie, że Dolk wyrobił się jako frontman, w stosunku do poprzednich występów, których byłem świadkiem, koncentrował na sobie większą uwagę, a jego ekspresja sceniczna była bardziej przemawiająca.
Co warto podkreślić Norwegowie nie olali fanów jak Incantation w Poznaniu kilku dni temu i zagrali ponad godzinny set. Zresztą nawet Diabolical zagrał dłużej niż Amerykanie. 

Radość grania, radość słuchania

No i na koniec BORKNAGAR. Gdyby to był występ festiwalowy to pewnie nie ruszyłbym się z miejsca gdzie podają piwo i nie pognałbym pod scenę, ale że wiosna, sobota... postanowiłem zobaczyć.
Uwielbiam debiut Norwegów – gdy na płycie dołączonej do pierwszego numeru Mystic Art usłyszałem utwór, który go zapowiadał posikałem się w majty jak niemowlę po uprzednim odessaniu cyców swojej matki. Druga płyta „The Olden Domain” pozbawiona była już tej dzikości i bezkompromisowości i nie przypadła mi do gustu. Na kolejnych płytach im bardziej Norwegowie wzbogacali i rozbudowywali swoją muzykę, tym mniej mi było z nią po drodze. Wydawało mi się, że idą w stronę tandety, barokowego blichtru i jarmarcznych sztuczek. W końcu urwał mi się z nimi kontakt zupełnie. Nie wiem co mnie podkusiło by sprawdzić ich ostatnią płytę? Nieraz tak po prostu bywa – człowiekowi umykają świetne albumy, a natłoku innych, a innym razem sięga po płyty, po które teoretycznie sięgać nie powinien.
Nie zachwyciła mnie „Winter Thrice” za pierwszym razem, ale przyznać musiałem, że niektóre fragmenty są interesujące, a urozmaicone wokalizy nie są pozbawione uroku. Przed koncertem znów odpaliłem i ostatecznie stwierdziłem, że to będzie pierwsza płyta Borknagar od wielu lat, którą sobie kupię.
Początek koncertu mnie nie porwał, mimo że zaczęli świetnym utworem z ostatniej płyty. Słuchając partii wokalnych  
Arthera, Vortexa i Lazare'a miałem wrażenie, że chcieliby być takim metalowym Queen ale niestety na żywo te ich głosy nie brzmią tak dobrze jak na płytach. Szybko jednak okazało się, że to kwestia brzmienia – gdy po kilku utworach zostało ono odpowiednio zestrojone i Borknagar na żywo zyskiwał z każdą minutą.
Nie był to dla mnie koncert szczególnie ekscytujący – pewnie ze względu na braki w borknagarowo-muzycznej edukacji – jednak po latach trochę przychylniej na nich spojrzałem. Ta muzyka naprawdę płynęła wartko, a jej wykonawcy emanowali autentyczną radością grania. Coś co wydawało mi się trochę sztucznym i chłodno wykalkulowanych produktem okazało się być muzyką zagraną z sercem i autentyczną pasją. Oczywiście Borknagar na scenie są statyczni i ociężali, ale jest między nimi chemia, która udziela się publiczności. No i pierwszy raz od nie wiem jak długiego czasu byłem światkiem sola na perkusji. Żeby się już nie wkurzać na ten Incantation nawet nie patrzyłem na zegarek i nie nie wiem dokładnie ile grał Borknagar, ale możliwe, że ze trzy razy dłużej niż Amerykanie...

No i taki koncert niby trochę na siłę i bez większych oczekiwań, okazał się niezwykle przyjemnym pomysłem na spędzenie wieczoru. Nawet nie przez to, że wiosna i sobota...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz