wtorek, 31 maja 2016

KALMANKANTAJA: Lot balonem nad mrocznym lasem

Niby człowiek śledzi scenę z wielką uwagą, ale wciąż wpada w ręce coś co umknęło i przeszło gdzieś bokiem. Pal licho jeśli nie odnotowało się w pamięci autorów jednej czy dwóch płyt, ale bywa, że nieznana horda ma na koncie już kilkanaście albumów. Z fińską Kalmankantaja, zaznajomiłem się za sprawą ich ostatniej płyty „Tyhjyys” wydanej przez naszą rodzimą Wolfspell Records. Zespół istnieje od pięciu lat i zdążył już nagrać dziewięć studyjnych albumów.


Znak czasów. Kiedyś byłoby nie pomyślenia by w jednym roku hord wypluł cztery regularne krążki (Kalmankantaja uczyniła tak przed dwoma laty). Dziś w dobie cyfryzacji i powszechnego dostępu do technologii nową płytę można właściwie nagrywać co tydzień. Byle tylko pomysłów nie zabrakło...
A jak to jest z tymi pomysłami na „Tyhjyys”? Całkiem nieźle – bo Finowie nie mają ambicji by upchnąć 666 riffów i 777 solówek w jednym utworze. Grają niezwykle klimatyczny, melodyjny i melancholijny black metal, który jest jak lot balonem nad lasem. Powoli, spokojnie, metr po metrze, drzewo po drzewie - by był czas nie tylko na policzenie liści, ale nawet dziurek w pniu porobionych przez korniki.
Na takie klimaty trzeba zdecydowanie sprzyjającego czasu, miejsca i nastroju. Nie jest to muzyka, którą można wrzucić sobie do samochodu i słuchać jej brnąć w korku, w drodze do pracy. To raczej ścieżka dźwiękowa do długich spacerów w samotności, dalekich pieszych wędrówek przez leśne ostępy, muzyka sprzyjająca cichej kontemplacji w pustym pokoju. Ale uwaga! Trzeba być wypoczętym, wyspanym i naładowanym energią. W przeciwnym razie powieki opadną zanim wybrzmi połowa tego krążka, a sen zmorzy z obezwładniającą bezwzględnością.
Ta atmosferyczna płyta jest tak usypiająco jednostajna, że nawet gdy przyśpiesza to usta rozwierają się w przeciągłym ziewaniu, a powieki zdają się ważyć po kilkadziesiąt kilogramów. Gdyby leśniczy puścił ten krążek niedźwiedziom to jestem pewien, że nie wybudziłby się z zimowego snu i ssąc łapę przespały by także lato.
Czy zatem „Tyhjyys” to płyta na tyle nudna, że należy sobie ją odpuścić? Zdecydowanie nie. Ta muzyka naprawdę fajnie płynie i dobrze brzmi. Gdybym ją usłyszał dwadzieścia lat temu to jestem pewien, że byłbym zachwycony. Dziś "„Tyhjyys” stałaby na mojej półce na winylu, a ja tu bym rozprawiał o mrocznym pięknie i demonicznej ulotności tych dźwięków.
Jak jednak wspomniałem na wstępie, do takiej muzyki trzeba odpowiedniego nastroju, czasu i miejsca. Aktualnie nie znajduje w sobie emocji, które mogłyby mnie skłonić do dłuższego słuchania tego krążka. Niewykluczone jednak, że za jakiś czas do niego wrócę, przytulę się do podusi i ruszę w lot balonem nad tym mrocznym lasem.

Co ciekawego w nowym Musicku?

Nowy Musick Magazine zakupiony i wstępnie obwąchany. Niestety poza coraz efektywniejszą szatą graficzną mam wrażenie, że magazyn lekko dołuje i spośród dotychczasowych numerów szesnastka wydaje mi się najsłabsza




Dobór zespołów dość interesujący, ale jednak przewidywalny – żadnej perełki, żadnego zaskoczenia, nic, co wywołałoby dreszczyk emocji i zachęciło do lektury już na parkingu w samochodzie, zanim człowiek odjedzie spod centrum handlowego.

Graficznie – bajecznie, schludnie, estetycznie – tonacja czarno-biało - zielona bardzo miła dla oka. Dziennikarsko magazyn opiera się na barkach kilku osób z czego pierwsze skrzypce zdaje się odgrywać Maciej Krzywiński. Z jednej strony to fajnie, bo choć w 90 procentach nie zgadzam się z jego muzycznymi odczuciami, to lubię jego cięte pióro i sprawnie przeprowadzone wywiady. Tyle, że Musick zaczyna mi się coraz bardziej zlewać z Metal Hammerem i ostatnio już się gubię i przestaję rozróżniać, w którym magazynie co przeczytałem. Może by tak zmiana nazwy na Krzywiński Hammer i Krzywiński Magazine? Albo może chociaż spróbować połączyć te dwa magazyny?  Przy doborze zespołów z Musicka i częstotliwości ukazywania się Metal Hammera mielibyśmy całkiem przyjemny Musick Hammer.

Poza wywiadami mamy próbę takiego wywiado-artykułu z Desaster. Gdyby taką formę redakcyjnie doszlifować to może okazałby się ciekawa – póki co przypomina koszmary sprzed lat publikowane na łamach Metal Hammera i czyta się ciężej niż tradycyjną rozmowę, bo to co można podać krócej podaje dłużej i zdaje się dzielić włos na czworo. Normalne wywiady z Miasmal, Destroyer 666, Pogavranjen, Oranssi Pazuzu...

Ucieszył mnie i zmartwił wywiad z Satyricon – zmartwił, bo obecność ich na okładce z powodu 20-lecia „Nemesis Divina” mogłaby sugerować, że na współczesnej scenie nie dzieje się nic ciekawego. Ucieszył bo oczekiwałem, że poczytam o zremasteryzowanej reedycji tego krążka, która niedawno wyszła. W Metal Hammerze była recenzja, z której dowiedziałem się co dwadzieścia lat temu grano w kinie, oraz że wówczas sklonowano owcę Dolly. Napisano również, że warto kupić reedycję "Nemesis Divina" bo „brzmi tak jak powinna brzmieć” - czyli właściwie wciąż nie wiem jak, bo zawsze mi się wydawało, że powinna brzmieć tak jak brzmiała od dwudziestu lat. W Musick w ogóle sobie tym faktem głowy nie zaprzątano, więc tajemnica odświeżonego brzmienia tego krążka wciąż pozostaje nieodkryta. Trzeba chyba kupić, przesłuchać i na Marii o tym napisać.

Entombed A.D. Czy ktoś jeszcze z nimi nie zrobił wywiadu? Rotting Christ. Trudno mówić o niespodziance, usta same otwierają się do ziewania. Dział „Nowy Polski Martwy Metal” ma pewnie jakiś walor edukacyjny. Wywiad z Ragehammer po wydaniu świetnej płyty bardzo uzasadniony. Podobnie ze Stillborn. Spektr i znów rozmawia Maciej Krzywiński. No i dalej „historia Metalmanii” - chyba będziemy uczyć się jej na pamięć, tyle już o niej napisano. Nie tak dawno temu obszerne opracowanie na ten temat autorstwa Rafała Monastyrskiego drukował Metal Hammer. No i dalej Hexvessel i Mortiis – o dziwo tym razem nie Krzywiński, ale Sebastian Rerak.

Nowa rubryka - „Od zakrystii”. Polskie płyty komentują zagraniczni dziennikarze. No trudno, żeby to robili polscy – ile by można było czytać Łukasza Dunaja i Jarosława Szubrychta? :) W sumie pomysł nawet fajny. Wyszło jednak zaskakująco, bo oceny prezentowane przez niejakiego Nathana T. Birka czyta się prawie jak recenzje Pipy Lang z prapoczątków Metal Hammera. Śmiech przez łzy.

Co tam mamy jeszcze ciekawego? – COBALT i EXUMER (nie muszę chyba pisać kto robił wywiady?) Nie zabrakło też króla muzycznych grafomanów – IHSAHNA, który w dobie hipsterki spod znaku płaszcza i szpa... tfu! golfa i brody, ma szansę przyciągnąć nowych słuchaczy coraz bardziej pretensjonalnymi i megalomańskimi albumami.
Dalej rubryka „Na południe od nieba” (wciąż nie mogę się w nią wczuć, choć czytam), wywiad z Katatonią i rubryka „Shit happens” - znów idea dość ciekawa, ale typy mocno kontrowersyjne (nie pamiętam co było poprzednim razem, ale niecenzuralne słowo mi się wydarło z ust gdy zobaczyłem). I tym razem aż by się chciało zderzyć subiektywne osądy Macieja Krzywińskiego z jakimś innym – trzeźwiejszym, lub jako kto woli „odmiennym” spojrzeniem na opisywaną płytę. Tym razem na buty wzięto "Never Say Die" - niezależnie jednak od osobistych sympatii i antypatii względem tego krążka, artykuł się czyta przyjemnie, bo umówmy się - wszystko co pisze Maciej Krzywiński dobrze się czyta, ponieważ jest dobrze napisane. Nawet jak pisze głupoty, to nie przestają to być dobrze napisane głupoty :) (przez "głupoty" mam na myśli rzeczy, z którymi się nie zgadzam).

Dalej wywiad z Sunnata – (ciekawie się ich album zapowiada, właśnie wczoraj zamówiłem), Entopia, Magrudergrind, Sacrilegium.

No i dział recenzji. Zajmujący jest „Sąd kapturowy” - choć często przy okazji tego typu zestawień zastanawiam się czy rzeczywiście wszyscy oceniający wszystko słyszeli i czy oby więcej niż raz. Bo jakoś - choćby przeglądają podobne zestawienia na łamach Mystica, nie mogłem sobie wyobrazić choćby Nergala siedzącego wieczorem w domu i rozgryzającego aktualny album "Stratovarius". -
- Adaś! Chodź do łóżka - krzyczy Doda z drugiego pokoju.
- Poczekaj pączuszku, jeszcze dwa razy muszę "Polaris" przesłuchać by nie skrzywdzić Finów pochopną oceną - rzecze Adam zakręcając palcem wąsa i naciskając ponownie wciskając "play", wciąż nie będąc pewnym czy wystawić notę 3 czy 2 w skali do 10.
No ale w loży Musicka gwiazd nie ma. Przepraszam, są, ale mniejszego formatu, więc niewykluczone, że tabelka rzeczywiście jest wypadkową gustu czterech najbardziej zaangażowanych osób i dla Czytelników może stanowić jakiś drogowskaz.

Tu mała dygresja – zobaczycie co za dwadzieścia lat będzie się mówić o absolutnie powalającej płycie Anthrax, która uplasowała się na 16 miejscu, a co będzie się mówić o wytypowanym na pierwszą lokatę Altarage i ich debiucie "Nihl" (nie, "Nihil" jak napisano w magazynie - czyżby freudowskie przejęzyczenie?).
Ja prognozuję tak – krążek Anthrax stanie się klasyką i możliwe, że będzie postrzegany jako najlepsza płyta w ich dyskografii, o Altarage nikt nie będzie już pamiętał. No może staruszek Rafał Monastyrski wspomni o nich w rubryce „Mało znane, mało grane”, a jeszcze starszy redaktor naczelny Metal Hammera Dariusz Świtała, zmagający się z artretyzmemem i Alzheimerem puści to przez przypadek, myląc z Nihilist, którego reedycję na pendrivie akurat wyda Metal Mind.
Obiecuję, że za dwadzieścia lat, jeśli dożyję to wrócę do tematu :)

Co zaskakuje? Brak Bathuski! Nie przypuszczam by  mogła istnieć jakaś korelacja pomiędzy brakiem reklamy Witching Hour, a brakiem prezentacji wydawnictw przez nich sygnowanych. Spodziewałem się jednak, że najlepiej sprzedający się metalowy debiut ostatnich lat będzie na łamach Musicka pompowany, wałkowany i prezentowany niezwykle obszernie. A tu uszkach nietoperza ani słowa...

No i tyle mamy w nowym Musick Magazine. Tragedii nie ma, ale jak wspomniałem na wstępie – moim skromnym i subiektywnym zdaniem najmniej zajmujący numer w historii tego pisma. Tym bardziej, że aż tak długo przyszło nam na niego czekać.

poniedziałek, 30 maja 2016

ALTARAGE: Król jest nagi?


Coś mnie musiało ująć w tym ALTARAGE, skoro wrzuciłem ich płytę do zakupowego koszyczka w Selfmadegod. Kilka tygodni później kumpel powiedział mi, że uważa „Nihl” za najlepszą death metalową płytę ostatnich lat. Dosłownie na drugi dzień inny kolega stonował moje wyobrażenia o tym krążku, uznając że to nic nadzwyczajnego. Który z nich ma rację? Możliwe, że obaj.


Gdybym ALTARAGE usłyszał kilka lat temu to pewnie padłbym na kolana i zapalił na część ich debiutu kadzidełko.A kto wie, może nawet zechciałbym zamordować owcę, albo inne niewinne zwierzątko i złożyć im w ofierze? Hiszpanie grają muzykę gęstą, mroczną, intensywną, krzyżującą elementy fińskiej sceny death metalowej – a więc melodyjnej, lepkiej, zimnej, emanującej nieprzeniknioną czernią, z niemal black war metalową nawałnicą, tworzoną choćby prze TEITANBLOOD. Ale spokojnie – kluczowe jest słowo „niemal”, bo w istocie ALTARAGE gra muzykę nieporównywalnie bardziej przystępną i przyjazną.
Dlaczego więc dziś mam opory by to kadzidełko zapalić? Ano mam wrażenie, że w zbliżonej stylistyce w ostatnich latach ukazało się wiele płyt mocniej absorbujących moją uwagę i dostarczających mniej wątpliwości, czy rzeczywiście na mój zachwyt zasługują.
Mam z „Nihl” problem – bo niby zanurzona jest w estetyce, którą kocham najbardziej, a jednocześnie wydaje mi się w tym wszystkim dość oczywista i wręcz efekciarska. Gitary wysunięte do przodu mają skomasowane, ale niezwykle wyraziste brzmienie, przez co to ich gęstość wydaje się bardziej pozorna niż rzeczywista.
W płyty o stylistyce, którą prezentuje ALTARAGE zwykle wchodzę powoli – są jak nieprzenikniona ciemność lasu w bezksiężycową noc. Brnie się nie ostrożnie z zaciśniętym gardłem, stąpa się małymi kroczkami z wysuniętymi przed siebie rękami, w nadziei, że natrafi się na drzewo, a nie coś, co te ręce nam urwie lub odgryzie. Trzeba trochę czasu by do tej ciemności przywyknąć, by zacząć dostrzegać wyłaniające się z niej kształty, by te stopnie nasycenia czerni zaczęły się różnicować.
Tymczasem słuchając „Nihl” nie mam poczucia odkrywania tajemnicy – nie brną w ciemności po dzikich ostępach lasu i nie towarzyszy mi ani lęk, ani poczucie odkrywania czegoś tajemniczego i niebezpiecznego. Obcowanie z tym krążkiem jest bardziej jak spacer po pobliskim parku, w którym znam każde drzewo, każdą ławkę i każdy ubytek w płytce chodnikowej. Co prawda na skutek awarii oświetlenia jest rzeczywiście ciemno, ale i tak poruszam się dość pewnie i wiem, że w najgorszym wypadku potknę się o kosz na śmieci, albo nadepnę na puszkę po piwie, a nie napotkam stada wygłodniałych wilków czy nie przebudzę niedźwiedzia śpiącego w swojej norze.
Oczywiście rozumiem, że ta płyta może się podobać, bo mi w pewien sposób też się podoba. Nie mogę jednak odgonić wrażenia, że jej efektowność jest efekciarstwem, a ta atrakcyjna powłóczysta czarna szata fascynuje tylko obietnicą, która na zawsze pozostanie niespełniona.
A może się mylę? Może właśnie ALTARAGE stworzyli coś nowego i w perfekcyjny sposób udało im się połączyć przebojowość, selektywność i efektowność przekazu z mroczną, obskurną i nieprzystępną estetyką, która dotąd była eksplorowana tylko w czeluściach podziemia i doceniana przez garstkę najbardziej zagorzałych maniaków?
 Na te pytania najlepiej pozwoli odpowiedzieć upływający czas i kolejne przesłuchania tego krążka. Bez wątpienia warto sięgnąć po „Nihl”, bo bez względu na osobiste upodobania trudno zaprzeczyć, że jest to płyta wyróżniająca się i jeśli nie warta zachwytu, to na pewno uwagi. Słucham jej właśnie po raz kolejny i wciąż stoję w rozkroku pomiędzy: „ta płyta to bryła złota wielkości arbuza”, a „nie wszystko złoto co się świeci”. A im bardziej mi się podoba, tym bardziej nieufny się robię i nabieram przekonania, że król jest nagi.  

niedziela, 29 maja 2016

CONVULSE: Przekleństwo pierwszej płyty

Zanim nacisnąłem po raz pierwszy "play" w odtwarzaczu i przesłuchałem „Cyclone Of Revenge” - tegoroczną płytę CONVULSE, to naczytałem się sporo negatywnych opinii o tym krążku. Byłem jednak spokojny, bo z krytyką pod adresem tego zespołu spotykam się od czasów ich drugiego albumu. A przecież jak dotąd Finowie nie nagrali słabej płyty. Nie inaczej jest i tym razem...

Niektórzy aktorzy narzekają na przekleństwo swoich najbardziej charakterystycznynej roli. Widzowie przyzwyczajają się do niej, a później na każdą kolejną filmową kreację patrzą przez jej pryzmat. Podobnie jest z zespołami – bywa, że zaczynają doskonałą płytą, która staje się dla nich nie tylko błogosławieństwem, ale i przekleństwem, bo czego by później nie nagrali, to będzie źle. I tak fani będę kręcić nosami i narzekać. „Podobna do poprzedniej, ale jednak gorsza”. „Zjadają własny ogon”. „Ta muzyka nie jest w ich stylu – powinni zmienić nazwę”. „To koniunkturaliści – grają w stylu pierwszej płyty bo najlepiej się sprzedała”. I tak bez końca... 
Zespoły różnie sobie z tym radzę – niektóre po raz enty zapowiadają powrót do korzeni. Są też takie, które mają – mówiąc brzydko – na wszystko wyjebane i grają to, na co mają aktualnie ochotę. I chyba akurat takie zespoły cenię najbardziej – choć oczywiście nie sposób z całą pewnością odgadnąć jakie cele przyświecają twórcom.
Przekleństwem fińskiego CONVULSE jest ich debiut „World Without God” z roku 1991 nagrany dla Thrash Records i wydany w niewielkim, jak na ówczesne realia nakładzie, tysiąca egzemplarzy. To przekleństwo było podwójne – raz, że album wyszedł im znakomity, dwa – po rozpadzie wytwórni szybko stał się kolekcjonerskim białym krukiem. A wiadomo, że jak coś jest niedostępne to wartość rośnie – często nawet jak nie ma ku temu uzasadnienia stricte muzycznego (choćby pamiętna „The Entity” islandzkiego Sororicide). W przypadku Finów trzeba jednak przyznać, że muzyka była równie dobra, jak płyta unikatowa. Płakałem płacąc za pierwsze wydanie tego krążka kwotę, za którą mógłbym kupić niezły rower. Dziś już nie ma tego problemu – raz, że wyszła reedycja, a dwa – każdy może jednym kliknięcie odsłuchać sobie krążek na Youtube.

Ostatnio ktoś z Was napisał mi, że „World Without God” to świetne szwedzkie granie. Otóż nie – moim zdaniem ten krążek to doskonały przykład fińskiego death metalu, który na tle szwedzkiego wyraźnie określił swoją tożsamość. Ta muzyka jest mniej chwytliwa, gęściejsza i jeszcze bardziej mroczna, a walcowate, wręcz doomowe zwolnienia wprowadzają unikalną atmosferę. Prawdziwy, niedościgniony klasyk, do którego CONVULSE w późniejszym czasie nigdy nie udało się nawiązać. No właśnie. Czy oni w ogóle tego chcieli? Nie przypuszczam. Przecież na drugim krążku „Reflections” śmiało zrzucili death metalowe szaty i zatańczyli rubasznego death and rolla na połyskującym parkiecie. Ale z jaką klasą, z jakim wyczuciem i wdziękiem! Oczywiście dla death metalowej gawiedzi było to trochę za dużo i zaczęły pojawiać się marudzenia, że to już nie CONVULSE, że poszli na komercje bo przecież death metal przestał już być modny. Być może to prawda, ale patrząc na „Reflections” jedynie przez pryzmat muzyki, a nie tego wszystkiego co działo się wokół – złego słowa o tym krążku nie powiem i przyznam, że zdarza mi się do niego powracać.

Trzeci album Finowie nagrali dopiero w 2013 roku – na fali wielkich powrotów do klasycznego skandynawskiego grania, na fali nostalgii do czasów minionych, która sprawiła, że nawet trzecioligowe zespoły death metalowe z początku lat dziewięćdziesiątych stały się objawieniem, a młode zespoły kradnące riffy Entombed i Grave obwołano „wizjonerami”.
 Jaka jest „Evil Prevails”? Moim zdaniem znakomita i cholernie niedoceniana. Nie pierwszy raz zauważam prawidłowość, że płytę ocenia się przez pryzmat pierwszej oceny – i gdy już ktoś ją skrytykuje (lub pochwali) to pozostali „recenzenci” są niczym echo odbijające zasłyszane argumenty. Pamiętam, że w chwili premiery tego krążka niektórzy moi znajomi byli nim zachwyceni, do czasu gdy nie przeczytali negatywnych recenzji i nie stonowali swojego entuzjazmu. A jak jest naprawdę? 
Naprawdę CONVULSE na „Evil Prevails” dokonał rzeczy nadzwyczajnej – wskrzesił ducha debiutu, ale jednocześnie zaproponował muzykę nowoczesną, aktualną, cholernie urozmaiconą i nie jadącą na sentymentach. Ten krążek nie brzmi jakby był nagrany na początku lat dziewięćdziesiątych – jest świeży, przestrzenny, błyskotliwy i na swój sposób przebojowy. Choć nie jest to przebojowość wpadająca w ucho za pierwszym przesłuchaniem, nie jest to przebojowość, która tchnie banalnością i przewidywalnością. „Evil Prevails” sączy truciznę, która działa tylko wtedy gdy nie jest podane w jednorazowej dawce.


Nie zrażałem się więc pierwszymi negatywnymi opiniami o tegorocznej, najnowszej płycie CONVULSE. Postanowiłem cierpliwie poczekać na jej premierę i bez wstępnego obwąchiwania w necie zderzyć się z nią po bożemu – tak jak robiło się to przed laty, z wkładką w ręku, siedząc naprzeciwko odtwarzacza. 
No i cóż, po pierwszym przesłuchaniu stwierdziłem, że strzelili sobie tym albumem prosto w kolano. Nie dlatego, że nagrali płytę złą, lecz dlatego, że ten album wymyka się oczekiwaniom fanów ich debiutanckiego krążka chyba jeszcze bardziej niż „Reflections”. 
Na „Cyclone Of Revenge” CONVULSE najwyraźniej stwierdzili, że mają w dupie wszelkie oczekiwania i pograją sobie taką muzę, na jaką właśnie mają ochotę – surową i chropowatą, ale jednocześnie przestrzenną i wręcz progresywną, gwałtowną i klimatyczną zarazem, death metalową, ale z urokliwymi akcentami muzyki wschodniej, z mrocznymi wędrówkami i plemiennym pulsem. Pięknie ten album płynie i pięknie wymyka się wszelkim stereotypom – dryfuje z taką lekkością i aranżacyjną swobodą, z takim progresywnym gitarowym zacięciem, że chwilami trudno uwierzyć, że to ten sam fiński CONVULSE.
Tytułowy otwieracz nie wzbudza jeszcze większej konsternacji, po delikatnym początku kroczy w nieśpiesznym tempie z urokliwymi gitarami w tle, które są jak dźwięk fletu akompaniującego w tańcu jadowitej kobrze. Rasowy growling buduje potęgę i klimat, a soczyste riffy i surowe brzmienie perkusji współtworzą doom death metalowy nieprzenikniony mrok fińskiej nocy. Nawet solo o nieco progresywnym zabawieniu nie zwiastuje jeszcze dokładnie, w jakie rejony zabierze nas ten album.
W „God Is You” CONVULSE odrywa się już jednak od death metalowego podłoża obiema nogami i to nie na skutek niezgrabnego wyskoku lecz efektownego lotu, który sprawia, że przestają obowiązywać już wszystkie prawa – także prawo grawitacji. Gitary grają z taką swobodą i wyobraźnią jakby fińscy death metalowcy zapragnęli złożyć hołd wczesnemu Pink Floyd, natomiast początek „Pangaea” zaskakuje riffem spokrewnionym z „Roots Bloody Roots” Brazylijczyków, którym wydawało się, że są Indianami. Z tą różnicą, że CONVULSE nie rozwija motywu groove, który ma zachęcać publikę do małpich skoków, ale pięknie przesuwa ten motyw w rejony bliższe progresywnemu, przestrzennemu graniu.
„Fractured Pieces” frapuje wschodnią melodyką, plemienną gra na perkusji i stonowanymi przyczajonymi wokalami, które uzupełniają tradycyjny growling. Rozwija się ten utwór z niewyobrażalną lekkością i iście improwizatorską swobodą.
I taka jest ta cała płyta – z jednej surowa, szorstka, brudna i toporna – z drugiej lekka, pulsująca, przestrzenna i zwiewna. Powiedziałby, że to taka płyta dla nikogo – dla fanów death metalu raczej nie zjadliwa, a dla fanów muzyki progresywnej tym bardziej. Sukcesu komercyjnego nie będzie – ale mi się ten album subiektywnie bardzo podoba. I cieszy mnie, że mają odwagę tworzyć taką muzykę zamiast nagrywać „World Without God vol. 2”.

sobota, 28 maja 2016

ABHORRENCE: Płyta z kosza

Zespoły poznawało się w różny sposób - nieraz człowiek dowiedział się o czymś od kumpla, nieraz coś usłyszał w radiu, nieraz zobaczyło się jakąś nazwę w magazynie muzycznym lub zinie. Czasami zaintrygowała czyjaś koszulka lub logówka zespołu, a "inną razą" po prostu spodobała się okładka. Brazylijski ABHORRENCE poznałem dlatego, bo ich płyta "Evoking the Abomination" była... tania... 



Wszedłem do EMPIKU przy Marszałkowskiej - patrzę, a tam sobie w koszu z wyprzedażami cedeki leżą. Większość po haniebnie atrakcyjnych cenach, które wręcz upodlały twórców i ośmieszały ich dorobek artystyczny.

W złym towarzystwie

Jakieś The Kelly Family, kolędy po węgiersku, ścieżka dźwiękowa do Wodnika Szuwarka, Muzyka relaksacyjna - odgłos śpiącego słowika, przeboje Elvisa Presleya zagrane na klawesynie od tyłu, największe przeboje italo disco zagrane na trąbce przez osoby po tracheotomii... no dobrze, te ceny były uzasadnione. Nie były to porywające tytuły.
Grzebię w tym koszu jak poławiacz pereł w studzience kanalizacyjnej i nagle widzę ABHORRENCE - "Evoking the Abomination" za kwotę o połowę mniejszą niż cena kasety z przebojami Natalii Kukulskiej, coverowanymi przez drużynę mongolskiej reprezentacji w sumo.
Na okładce potwór z dużymi zębami, pentagram, ogień! Uśmiechnąłem się, wzruszyłem ramionami i poszedłem do kasy gdzie wyjąłem monetę o najmniejszym nominale i zapłaciłem kupując dodatkowo lizaka, bo kasjerka nie miała jak wydać.

Brazylijskie morderstwo

Gdy wróciłem do domu i wepchnąłem płytę do odtwarzacza - żarty się skończyły. Wylało się na mnie z głośników niecałe pół godziny przepysznie brzmiącego, ultra ciężkiego death metalu z niespotykaną wręcz intensywnością, zagranego na południowoamerykańską modłę Krisiun czy brazylijskich oprawców z Rebaelliun. Bez wytchnienia i bez litości - z sekcją rytmiczną kruszącą kości, z gitarami eksplodującymi riffami podobnymi do erupcji wulkanu na wyspie Krakatau w 1883 roku.
Słuchałem tej płyty jak opętany z otwartymi ze zdziwienia ustami tak długo, że zainteresowało się mną okoliczne ptactwo, szukające miejsca na uwicie swojego gniazda.
Słucham po latach tego krążka i znów mam rozdziawioną paszczę - te bezwzględne i mordercze dźwięki kilkanaście lat po premierze nic nie straciły na swojej intensywności. Piękna w tej płycie jest ta szalona intensywność, ten artyleryjski ostrzał perkusyjny i te barbarzyńskie partie wokalne - natarczywe, napastliwe, bezkompromisowe. Ponadto cudowne jest brzmienie tego krążka - z jednej strony szalenie ciężkie, gęste i mroczne, z drugiej zaś idealnie wyważone, selektywne i żywe.

Odeszli przedwcześnie

Abhorrence powstał w 1997 roku z  inicjatywy Rangel Arroyo (gitara, wokal) i Fernando Arroyo (perkusja) w roku 1997. Po kilku zmianach składu, gdy dołączył do nich Marcello Marzari nagrali debiutanckie demo "Ascension",  które później zostało wznowione na CD przez Wild Rags Records. W 1999 roku nagrali drugie demo zatytułowane "Triumph in Blasphemy". Relapse Records uznali  Abhorrence za jedną z czterech najbardziej obiecujących podziemnych death metalowych brazylijskich kapel i zamieścili ich trzy utwory na albumie kompilacyjnym "Brazilian Assault". Materiał Abhorrence znalazł się na CD w towarzystwie twórczości takich zespołów jak Ophiolatry, Nephasth i Mental Horror. Uważam, że Abhorrence nie tyle nie ustępował konkurencji, co błyszczał na jej tle niczym diament Koh-i-noor w koronie świętej pamięci królowej Elżbiety.
Niestety po nagraniu debiutanckiego albumu Abhorrence nie weszli już ponownie do studia by nagrać następce. Wielka szkoda, bo "Evoking the Abomination" zdradzała spory potencjał i kto wie czy dziś nie mielibyśmy zespołu na miarę Krisiun - albo choć takiego, który by wypełnił lukę po Krisiun, który stylistycznie przesunął się ku graniu bardziej wyrafinowanemu, nieco zatracając zwierzęcą furię cechującą ich wcześniejszą twórczość.

piątek, 27 maja 2016

GRUESOME: Oryginalni w nieoryginalności

Debiutancką płytą GREUSOME przyjąłem jak wygłodniały szczeniak miskę ciepłego mleka. Piszczałem z radość, chodziłem na tylnych łapach i merdałem ogonem. Nie pamiętam by w ostatnim czasie zespół aż tak mało oryginalny sprawił mi swoją muzyką aż tyle radości. Podobnie jest tegorocznym MCD „Dimensions Of Horror”, które pokochałem z chwilą gdy po raz pierwszy... zobaczyłem okładkę


Mówienie, że DEATH był zespołem wpływowym jest takim samym truizmem jak stwierdzenie, że woda jest mokra, albo politycy kłamią. Ta trwająca już kolejną dekadę fascynacja Chuckiem Schuldinerem przyniosła dużo dobrego, ale też sporo złego. Szczególnie ten późniejszy repertuar DEATH sprawił, że za gitary chwycili także chłopcy po szkołach muzycznych, w wyprasowanych koszulach, ze starannie uczesanymi włosami. Zaczęli tworzyć muzykę, która death metal przypominała w równym stopniu co kotlet sojowy, krwisty stek z wołowiny kobe.
Stwierdzenie, że GREUSOME się DEATH inspiruje jest chyba zbyt łagodne. Ich debiutanckiej płyty słucha się tak, jakby dosłownie ktoś znalazł jakąś zagubioną taśmę ekipy Schuldinera, nagraną gdzieś pomiędzy „Leprosy” a „Spiritual Healing”. Powiedziałbym, że ta ekipa wzięła na warsztat to, co było w DEATH najlepsze, z okresu gdy tamci nie zaczęli jeszcze poszerzać ram stylistycznych death metalu, a Chuck nie nasłuchał się WATCHTOWER. 
Bałem się, że taki hołd dla DEATH, mimo że przyjemny okaże się na dłuższą metę mało zajmujący, a już na pewno bez perspektyw na jakikolwiek rozwój. Myliłem się – do „Savage Land” wracam z wielką lubością, a słuchając tegorocznego MCD ani przez moment nie poczułem znużenia czy zmęczenia materiału. Ba, nie mogę się od tej płyty oderwać i paradoksalnie w tym wielkim deathowym hołdzie zaczynam dostrzegać zręby czegoś unikalnego i na swój sposób oryginalnego. Powiedziałbym, że GREUSOME są cholernie oryginalni w swej nieoryginalności. 
W takim „Forces Of Death” w pewnym momencie wydaje mi się, że zaraz usłyszę „Zombie! Zombie! Rituuuual!”, ale te wszystkie miażdżące zwolnienia, gwałtowne przyśpieszenie i piękne wokalizy sprawiają, że żadne westchnienie czy skarga nie mogłaby przejść przez moje usta. Kocham taki death metal!
Na szczególną uwagę zasługuje „Seven Doors” - motoryka riffu, który otwiera ten kawałek, a później napędza go jak kocioł parowy lokomotywę – przywodzi mi na myśl tym razem nie DEATH lecz nasz rodzimy VADER i ich znakomity utwór z ostatniej płyty - Triumph of Death. Nie chodzi o podobieństwo, ale ten szalony drive, który sprawia, że trudno usiedzieć na krześle.

No i utwór tytułowy – totalny, wspaniały, doskonały. Taki GREUSOME w pigułce. Jeśli ktoś nie zna tej kapeli, a miałbym niespełna cztery minuty by mu ją przybliżyć to włączyłbym właśnie ten kawałek. Tu jest wszystko: i powalający riff i genialne solo i wokale z przegniłego gardła i zmiany tempa i cudowne przejścia z brutalnych galopad do klimatycznych momentów umiejętnie budujące grozę. Jest orientalne deathowe piękno, są też naznaczone piętnem rozkładu brzydota i śmierć. Nie tylko ta oznaczająca wędrówkę do innego świata, ale także ta której zwieńczeniem jest rojące się robactwo i zapach rozkładającego się mięsa.  

czwartek, 26 maja 2016

GREEN CARNATION: Przepych kontrolowany

- Ty to chyba bez muzyki nie potrafiłbyś żyć? - zapytała ostatnio znajoma.
- Nie wiem, nigdy nie próbowałem – odpowiedziałem szczerze. No bo cóż za idiotyzmem byłoby próbować? Czy potrafiłbym żyć z gumą balonową Donald gdybym wepchnął sobie ją do tyłka? Nie wiem – też nie próbowałem i nie zamierzam tego sprawdzać. Bo po co? Po co żyć bez muzyki, skoro można jej słuchać prawie non stop?

Kilka tygodni temu leżałem w nocy w łóżku i słuchałem muzyki. Zdarzyła się rzecz nieprzyjemna, ale nieunikniona. Skończyła się płyta. Zaległa cisza. Gdy przed laty mieszkałem jeszcze z rodzicami i słuchałem muzyki w nocy na słuchawkach to zawsze w moim pokoju dodatkowo leciała muzyka z głośników. Gdy kończyła mi się kaseta i musiałem przełożyć ją na drugą stronę, albo poczekać aż zadziała autorewers to wtedy słyszałem tę muzykę z głośników, która rozpraszała te kilkanaście sekund milczącej ciemności.

Wygrzebałem się łóżka, podszedłem do jednej z płytowych szaf i nie zapalając świtała po omacku wybrałem płytę na chybił trafił. Wpakowałem jej do discmena, założyłem słuchawki na uszy i ległem znów w łóżku czekając na początek płyty.

Zaczynała się spokojnie, tajemniczo i urokliwie jak wschód słońca nad morzem o chłodnym poranku. Gdy minęła minuta i czterdzieści sekund przypomniał mi się In The Woods i ich genialna płyta „Stange of Stereo” - pod koniec drugiej minuty niemal czułem jej dotyk i zapach. Uśmiechnąłem się patrząc w ciemność. Oczywiście nie słuchałem In The Woods – tych Norwegów poznałbym nawet po przerwach między utworami. Ich utwory wyczułbym pod palcami dotykając tylko płyty, na której byłyby nagrane. Gdy pod koniec czwartej minuty wszedł mocniejszy riff poczułem jak przyśpieszyło mi tętno i zapytałem się w duchu: Dlaczego ja tak dawno nie wracałem do tej kapeli? Chodzi oczywiście o Green Carnation. Traktowanie tego zespołu jako kontynuatora In The Woods byłoby sporym nadużyciem. Po pierwsze jednak nie tak klasa, po drugie nie ta oryginalność, po trzecie nie taka odwaga w przecieraniu nowych szlaków. Niemniej jednak w ich muzyce jest coś nieuchwytnego, jest ten pierwiastek, którego jeszcze nie uwzględniono na  tablicy Mendelejewa, a z którego zbudowany był organizm In The Woods.

Norwegowie mają na koncie pięć pełnych albumów, z których w odróżnieniu od In The Woods (którzy zaczęli od albumu genialnego, a później nagrywali płyty coraz lepsze) każdy z nich podoba mi się trochę mniej od poprzedniego. „Journey to the End of the Night” - oczarował mnie w chwili premiery, „Light of Day, Day of Darkness” niewiele mu ustępował - to właśnie na niego natrafiłem owej bezsennej nocy. A każda późniejsza ich płyta, mimo że w chwili premiery przyjmowana dość ciepło – na dłużej nie okupowała odtwarzacza i nie prowokowała do częstych powrotów.

Zatrzymajmy się jednak do odświeżonej po latach - „Light of Day, Day of Darkness” z 2001 roku. Cóż, muszę przyznać, że słucha mi się jej nie tyle znakomicie, co wprost wybornie – jeśli wziąć pod uwagę, że na takie klimaty ostatnio nie często mam ochotę.

Album zawiera tylko jedną, tytułową kompozycję, która trwa godzinę i sześć sekund. Nie jest to jednak jakaś barokowa suita z wędkarskim wąsem, która dłuży się bardziej niż Missa lecta w parafialnym kościele dla pensjonariuszy domu pomocy społecznej. Ten utwór jest tak zróżnicowany i wielowątkowy, a jego narracja na tyle urozmaicona, że spokojnie można by go podzielić na kilkanaście zupełnie niezależnych kawałków.

Pięknie to wszystko zaaranżowane, poukładane i wyważone – jest wciągający jesienny klimat, są złote liście tańczące w objęciach jaskrawego słońca i chłodnego wiatru. Jest ciemność i chłód listopadowej nocy, jest progresywne zacięcie i lot ponad gęstymi obłokami, jest orkiestrowy rozmach i symfoniczne rozpasanie. Są piękne i zróżnicowane partie wokalne - czyste, potężne, skrzące się emocjami jak ogon pawia gotowego do kopulacji. Oprócz męskiego, mrocznego głosu Kjetila Nordhusa, gościnnie udziela się niejaka Synne "Soprana" Larsen znana właśnie z In The Woods. Uwielbiam te jej odrealnione oniryczne partie stojące na pograniczu sennych majaków, a narkotykowego odlotu. Są też chóry – i zwykłe i dziecięce. No i oczywiście są gitary – nie tylko te, które niczym pająk tkają gęstą linię melodyczną, nie tylko urokliwe akustyki budujące ciepły klimat, nie tylko natchnione sola wijące się jak kobra na widok fletu, ale także ciężkie wyraziste rasowe riffy wbijające się w głowę ja gwóźdź w rozwartą dłoń przywiązaną do drzewca.

„Bogactwo” - to chyba pierwsze słowo, które przychodzi mi do głowy gdy myślę o tym krążku. Jego symbolem nie jest jednak gruby złoty łańcuch i sygnet wielkości kajzerki. Ten przepych jest wysmakowany, on jest jak dobrze skrojony elegancki garnitur z czarnego jedwabiu.






środa, 25 maja 2016

Klasyka norweskiego black metalu

Wiedziałem, że to kiedyś nastąpi! Ta prowokacja była zbyt grubymi nićmi szyta bym, ja -  stary wyga, mógł się na nią nabrać


Dostałem do recenzji płytę zespołu Dagorath, który ponoć pochodzi z Bydgoszczy. Otwieram kopertę – czarna okładka z diabelską ryciną i logiem, którego nie da się rozczytać. Dokładnie tak powinna wyglądać okładka albumu black metalowego - żadnej książeczki, żadnych tekstów, skrajny minimalizm, nasuwający skojarzenia z estetyką black metalowych płyt wydawanych w głębokich latach dziewięćdziesiątych, w czasach gdy ta muzyka była czymś ekstremalnym, niebezpiecznym i tajemniczym. Na odwrocie okładki cztery zdjęcia muzyków, zrobione – a jakże – w lesie. Oczywiście czarno-białe. Niestety żadnych corpsepaintingów, a na dodatek jeden z gości ma kaptur, a drugi krótkie włosy. No tak, nie chcieli przegiąć sukinkoty! Wiedzieli, że wtedy włączy mi się zmysł pająka i zacznę coś podejrzewa... 
Ale nic, patrzę na ostatnią stronę okładki – cztery utwory + cover Gorgoroth. Marszczę czoło i uśmiecham się pod nosem. Wiem, że coś mi tu nie gra. Wpisuję nazwę Dagorath na metal-archives i szukam bydgoskiego zespołu. Oczywiście! Taki zespół nie istnieje! Uśmiecham się pod nosem.
- Mam was gagatki – wyszeptuję przed zaciśnięte zęby i pakuję płytę do odtwarzacza. Naciskam „play”, podkręcam głos. 
Dźwięk, który wypływa z głośników powoduje, że w ciągu kilku sekund temperatura w moim pokoju spada do minus dwudziestu pięciu. Za oknem słońce chowa się za chmurami i robi się ciemno. Mróz maluje na szybie upiorne wzory, a koty które jeszcze chwilę wcześniej baraszkowały w śmietniku po drugiej stronie ulicy zamieniają się w stado wygłodniałych wilków. Widzę jak ich płonące ślepia wpatrują cię moje okno i czuję, że robi mi się nieswojo. Z ust lecą mi obłoki pary, biegnę do wieży, żeby trochę przyciszyć, ale jest już za późno. Pokrętło zamarzło. Z trudem odrywam od niego rękę i rozglądam się gorączkowo po pokoju. Chwytam zwinięty koc leżący na kanapie. Jest sztywny od zimna, ale udaje mi się nim opatulić. Drżę z zimna i z podniecenia.
- Oszukali mnie! Jasne, że Dagorath nie istnieje! - analizuję sytuację. - Ktoś zapragnął skompromitować mojego bloga i przysłał mi do recenzji klasyczny black metalowy album z połowy lat dziewięćdziesiątych. Norwegia, zima, las i ciemność. Muzyka surowa, prosta, melodyjna, ale nie przesłodzona – wokale kąśliwe, brutalne i pełne zaangażowania. Proporcje pomiędzy surowością i brutalnością, a melodią i pięknem wyważone po mistrzowsku. Tak skurwysyny! Chcieliście, żeby moja kompromitacja była spektakularna i ostateczna! Nie, nie wysłaliście mi jakiejś nieznanej płyty nagranej przez trzecioligową hordę z Bułgarii. Dostałem czysty, klasyczny, archetypiczny krążek z norweskim black metalem. Taki, który znają wszyscy! Nawet ci, którzy zaczęli słuchać black metalu w poniedziałek tydzień temu. Przesłuchali dyskografię Darkthrone, Burzum, Gorgoroth, Immortal, Mayhem... a później oczywiście tę płytę – klasyczną, esencjonalną, doskonałą...
No cholera! Rwę włosy z głowy. Kto nagrał ten krążek? - pytam się w myślach gorączkowo. Drżącymi z zimna dłońmi macam się po kieszeniach i znajduję telefon. Chucham na szybkę by coś w niej zobaczyć. Uruchamiam aplikację Shazam i czekam. „Utworu nie znaleziono. Spróbuj ponownie”. I tak klikam bez opamiętania aż do końca płyty. Gdy milknie włączam ją jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz...
Prośba do Was – przesłuchajcie ten album i pomóżcie mi ustalić zespół, który jest autorem tego klasycznego, świetnego krążka. A do dowcipnisiów, którzy mi ten krążek wysłali: może i wyglądam na fana kurwa Bajmu, ale norweski black metal to ja mam we krwi, więc nie ze mną takie numery robaczki... ;) Swoją drogą – pierwszorzędny to krążek i cholernie miło jest go sobie po latach odświeżyć. Szkoda, że dziś już nie gra się tak świetnej muzy! Do Bydgoszy na koncert takiego Dagorath bym pojechał!
...oczywiście gdyby taki zespół rzeczywiście istniał...

wtorek, 24 maja 2016

DELIVERANCE: Diament wart oszlifowania

DELIVERANCE to brytyjski zespół, który istniał w latach 1986 – 1990. Pozostawili po sobie trzy doskonałe płyty, które popadły w zapomnienie, a bez wątpienia warto je promować, odświeżać i wielbić


Niech Was nie zwiedzie dziwne zdjęcie zespołu na metal-archives i przynależność gatunkowa jako heavy/speed. Deliverance to coś dużo więcej – ich przekaz jest mroczny, demoniczny, jadowity i wulgarny. Wyobraźcie sobie muzykę łączącą wpływy VENOM, MERCYFUL FATE, skąpaną w mrocznym, niepokojącym klimacie rodem z soundtracku do horroru, dodajcie to tego cięte, surowe riffy z czasów gdy heavy metal był naprawdę heavy, a będziecie mieć mgliste pojęcie o tym czym był DELIVERANCE.

Mam w swoich zbiorach ich wszystkie pełne albumy – na winylu „Devils Meat” z roku 1987 oraz na CD „Evil Friendship” z 1989 oraz „Book of lies” z 1990 roku.
Dziś sobie odświeżyłem ich drugi krążek więc niechronologicznie zacznę od niego, obiecując że kiedyś powrócę także do dwóch pozostałych.

W świecie złej przyjaźni 

„Evil Friendship” to niespełna 40 minutowy materiał, na który składa się 12 utworów. Kiczowata okładka przedstawiająca jakąś postać z włócznią na groteskowym tronie bardziej odstrasza niż przyciąga, ale niech to Was nie zwiedzie – z muzyką jest dużo, dużo lepiej.
Zaczyna się od instrumentalnego „Dies Irae” - marszowa perkusja, w którą wchodzi szybka partia gitary, z niepokojącą solem w tle. W 25 sekundzie wchodzi selektywny, thrash metalowy riff zagrany z żarem i pasją – ten utwór rozgrywa się na dwóch płaszczyznach, tej bardziej oczywistej, rytmicznej i tej mrocznej i intrygującej, budowanej za pomocą gitary solowej i instrumentów klawiszowych. Intrygujące zakończenie i otwieramy bramy piekła. 

„Tongues of Lies” rozpoczyna się ciężkim, cudownie brzmiącym riffem. W gitarowe granie wchodzą podniosłe partie klawiszowe mogące kojarzyć się z muzyką, która za parę lata zacznie być określana jako symfoniczny black metal. Atmosfera upiorna, piekielna, diabelska. Słychać wczesny Venom, ale aranżacja utworu jest dużo bardziej złożona. Wokalista nie śpiewa, nie ryczy, nie krzyczy – on przemawia jak szaleniec odprawiający zaklęcia, mające wskrzesić demony z głębokich czeluści piekła. Ten utwór trwa niecałe trzy minuty, a dzieje się w nim naprawdę sporo. 

„Lord of Vice” znów przywołuje ducha Venom, a gdy słyszymy: „I'm Pan I'm Satan Lord of all vice Antichrist Know my mercy, hear my laugh See your world, before the storm” powietrze staje się tak mroczne i nieprzeniknione, że chcąc nim znów oddychać należałoby je rozpuścić nad ogniem, w czarnej metalowej beczce. 

„Bell, Book and Scandal” zaczyna się klimatycznym złowrogim wstępem, który chwilę później rozcapierza skrzydła niczym jastrząb by wzbić się do lotu...i zmiana klimatu, bo wchodzi zwarty, jadowity riff, atakujący niemal industrialnym chłodem i mechaniczną surowością. Klawisze na jego tle roztaczają mroczny, wciągający klimat, a wokalista wyrzuca z siebie słowa z pasją i rytualnym zaangażowaniem. Bardzo lubię ten utwór. 

Instrumentalny „No Way Out” jest tajemniczy i generując nieokreślone pogłosy zza światów, w swej wymowie wręcz ambientowy. 

„Alive Forever” jest mroczny i wulgarny, ale ma w sobie coś z klasycznego, wręcz rockowego utworu – może dzięki bardziej śpiewanym partiom wokalnym, które nawet na moment nie tracą swojej drapieżnej upiorności. Gitary pięknie zlewają się z klawiszami tworząc gęstą i nieprzeniknioną ścianę dźwięku.

„The Drowning” to kolejny instrumentalny przerywnik, który emanuje onirycznym nastrojem, pomiędzy marzeniem sennym, a próbą przebudzenia się z koszmaru. 

„Turn Me to Stone” łączy zadziorny riff z upiornym śpiewem i demonicznymi partiami klawiszowymi. Maniera wokalna może kojarzyć się Kingiem Diamondem – absolutnie nie barwą głosu czy jego możliwościami, ale tym narracyjnym, teatralnym zacięciem. 

Tytułowy „Evil Friendship” zaczyna się spokojnie, mrocznie i niepokojąco, a później przechodzi w rasowy – ich chyba najbardziej heavy metalowy utwór na płycie, z patetyczną manierą wokalną. Subiektywnie w pewnym miejscu kojarzy mi się nawet z Manowar, ale chwilę później gitary uspokajają się i dryfują z improwizacyjną swobodą i lekkością. 

„Rabid” brzmi jak próba wywoływania duchów, partia perkusji ma w sobie coś rytualnego i chorego, a przegłosy w tle brzmią jak urywane oddechy, wskrzeszone przez siły przywołana zza światów. Drżą talerzyki, mimo zamkniętego okna wiatr zaczyna targać firanki, a gęste czarne chmury połykają białą tarczę księżyca, który jeszcze chwilę wcześniej sączył dyskretne światło do naszego pokoju. 

Najdłuższy na płycie, ponad sześciominutowy „Troopers of Death”, przechodzący w instrumentalny „Requiem” rozpoczyna się jak ścieżka filmowa z horroru. Spacerujemy nocą w gęstej mgle wzdłuż ogrodzenia starego cmentarza, przyśpieszamy kroku, ale czujemy, że im szybciej się poruszamy tym szybciej zbliża się do nas „to coś” za naszymi plecami. Wchodzę gitary i wokale z determinacją przywodzącą mi na myśl „Alice in Hell”, debiutancką płytę ANNIHILATOR. A później gitarowe solo na tle budujących klimat klawiszy, wygrane powoli i z rozmysłem, po chwili balansujące na granicy improwizacji i ładnie przechodzące w klawiszowy mroczny motyw. I klasyczne granie na gitarze – przynoszące mi subiektywne wspomnie słynnego rockowego utworu „Hotel California”. Fajny kawałek, którego na pewno nigdy nikt nie puścił w radiu.


DELIVERANCE to niezwykle oryginalny i intrygujący zespół, któremu warto poświęcić trochę uwagi.

poniedziałek, 23 maja 2016

Mardukowe szaleństwo


W sobotę, 21 maja w warszawskiej Progresji zagrali Bio-Cancer, Origin, Immolation i Marduk. Nie był to koncert mojego życia, ale uważam, że zdecydowanie warto było się na niego wybrać. Jeden zespół przegapiłem, jeden mnie rozczarował, jeden zagrał dobrze, ale chyba poniżej swoich możliwości... no i Marduk. Marduk był najlepszy! :)

Sobotni koncert zaczął się małą wpadką – nie wiedzieć czemu zarówno ja, jak i kumpel z którym się wybrałem, pomyliliśmy godziny i gdy weszliśmy do klubu akurat skończył grać Bio-Cancer. Ten zespół nie jest objawieniem na scenie thrash metalowej, ale lubię zarówno ich debiut jak i ubiegłoroczny „Tormenting the Innocent” i miałem ochotę zobaczyć Greków na żywo. Cóż, widoczni los chciał inaczej...

Z brzmieniowymi niedostatkami

Origin widziałem po raz drugi – za pierwszym razem w Krakowie, gdy byli po nagraniu świetnej i bardzo niedocenianej „Omnipresent”. Mimo, że lubię ich płytowe dokonania, po występie na żywo nie spodziewałem się wiele – bałem się, że ta techniczna i gęsta muzyka dozowana ze sceny może okazać się ciężko strawna i po prostu nudna. Nic z tych rzeczy – w krakowskiej Fabryce Origin mnie zmiażdżył – zabrzmieli selektywnie, porywająco, doskonale. Szalałem pod sceną jak rozwścieczony byk na korridzie, a po powrocie do domu zrobiłem sobie maraton z ich dyskografią.
Do Progresji wybrałem się więc z rozbuchanymi oczekiwaniami – tym bardziej, że jakiś czas temu przed występem Gorguts, Jason Keyser jako wokalista Psycroptic, ujął mnie swą żywiołowością.
Niestety piątkowy występ Origin pozostawił duży niedosyt, by nie powiedzieć rozczarowanie. I to nawet nie ich wina, ale słabego brzmienia. Imponowała gra na basie, ale nie bardzo było ten bas słychać, czarowały gitary, ale momentami ginęły w partiach rytmicznych, Jason Keyser za mikrofonem dwoił się i troił, ale jego wokal był bez siły i mocy – zbyt mało słyszalny, zbyt często niknął w muzycznym huraganie. Jako support Origin sprawdził się doskonale, a wodzirejskie zapędy Keysera pewnie kiedyś przejdą do legendy. Było zachęcanie do młyna, był podział publiczności na fanów death metal i fanów black metalu i ich spektakularne starcie przy muzycznym akompaniamencie. Niedosyt jednak pozostaje bo uważam, że Origin to absolutnie pierwsza liga i z ich potencjałem mogli zagrać nawet koncert wieczoru.

Przyzwoity koncert genialnego zespołu

Immolation widziałem już nie raz nie dwa i nie trzy... dokładnie nie pamiętam ile, ale sporo. Nigdy nie zawiedli, nigdy nie zagrali słabego koncertu. Najbardziej utkwił mi w pamięci chyba ten krakowski z Napalm Death i Macabre – zarówno brzmieniowo, jak i repertuarowo ścieli mnie wówczas z nóg – w przenośni i dosłownie. Z ich koncertami jest tak, że często czuję niedosyt nie ze względu nawet na ich muzyczną formę, ale dobór kompozycji. Powiedzmy sobie wprost – Immolation ma tyle powalających utworów, że ich koncerty są po prostu za krótkie.

Gdy w piątek zaczęli swój występ w Progresji początkowo zupełnie nie brzmieli i koncert nie zapowiadał się obiecująco. Na szczęście po pierwszych dwóch utworach znacznie się poprawiło i gdy wybrzmiał „Father, You're Not a Father” z mojej ukochanej „Close Close to a World Below” byłem już prawie kupiony. Prawie – bo nie do końca mi pasowało brzmienie perkusji, zbyt głośne stopy i momenty, w których wydawało się, że biegnie ona gdzieś obok gitar i żyje swoim własnym życiem. Zagrali przekrojowo – najwięcej oczywiście z „Kingdom of Conspiracy” (którą uważam za bodaj ich najsłabszy album), poza tym chyba po jednym kawałku z każdego ze starszych krążków. No może z „Harnessing Ruin” nic nie było – ale ręki nie dam sobie uciąć, bo mogę nie pamiętać. Podsumowując powiedziałbym chyba, że to był przyzwoity koncert wybitnego zespołu. W szerszej skali świetny – jak na nich, mogło być lepiej. Swoją drogą – Ross Dolan te swoje włosy to chyba obornikiem podlewa, że mu tak pięknie rosną. Za młodu nerkę bym oddał za takie owłosienie. Chłop już grubo po czterdziestce, a gdyby mu ściąć kudły to można by z nich zrobić pokaźny gobelin, albo utkać palta na zimę dla rodziny 500 +.

Czczony nie tylko w Mezopotamii

No i na koniec Marduk. Nie mam pojęcia ile już razy widziałem koncerty Szwedów, ale chyba tylko Vader ma realną szansę by przyćmić ich liczebność. Marduk nigdy nie rozczarowuje, choć jako, że nie jestem entuzjastą „Panzer Division Marduk” to przyznam, że gdy jakiś czas temu grali ten krążek w całości, to udało mi się dyskretnie ziewnąć ze trzy razy.
Marduk to ikona black metalu. Może sobie młodzież mówić, że „nudne, wtórne i na jednym riffie”, można zaklinać rzeczywistość, ale prawda jest taka, że do poziomu Szwedów niewiele zespołów black metalowych dorasta. A tym bardziej na żywo. Przyznaję, że na przełomie wieków opuszczała mnie wiara w ten zespół, a na wysokości „World Funeral” zacząłem mieć wrażenie, że ich formuła zaczyna się wyczerpywać. Na szczęście znaleźli na to lekarstwo zatrudniając charyzmatycznego Ariocha – nie bójmy się tego stwierdzenia – wokalistę, który nie ma sobie równych na współczesnej scenie black metalowej. On dał Marduk nowe życie – uduchowił i wyniósł na wyższy poziom. Szkoda, że stało się to kosztem genialnego Funeral Mist...
W piątek Marduk pokazał klasę – zabrzmiał selektywnie i brutalnie, a Arioch (lub jak kto woli Mortuus) po raz kolejny udowodnił, że jest doskonały i jego niesamowite partie wokalne nie są jakimiś kuglarskimi studyjnymi sztuczkami, ale płyną prosto z gardła. Pięknie sprawdzają się te wokalizy – zarówno w tym nowszym materiale, jak i w klasycznych utworach, oryginalnie nagranych z Legionem czy Af Gravfem.
Najszybciej biło mi serce przy „Materialized in Stone”, „Souls for Belial” (cóż to jest za utwór!) i „Wolves”. Żałuję, że nie zagrali nic z „Heaven Shall Burn...” bo osobiście cenię tę płytę bardziej niż cztery następne.
No i były aż dwa bisy „Fistfucking God's Planet” oraz „Warschau”. Jeden z najlepszych koncertów Marduk jakie dotąd widziałem.

I dwa filmiki z tego koncertu:

piątek, 20 maja 2016

DEATH: Mały krok dla człowieka, wielki krok dla death metalu

Magia początku lat dziewięćdziesiątych - gdy liznąłem heavy metalu, obadałem kilka podstawowych zespołów thrash metalowych to wkrótce dowiedziałem się, że jest coś takiego jak death metal. Death metal to miał być taki thrash metal zbrutalizowany do granic absurdu, z wokalistą wydobywającym z siebie nieludzkie dźwięki. Czy ta muzyka ma jeszcze sens? Czy odnajdę w niej coś dla siebie? Czy to w ogóle jest jeszcze muzyka?


Miałem wątpliwości, mleko pod nosem i naście lat - ciągnęło mnie do tego death metalu jak cholera. Byłem ciekaw tej muzyki, chciałem się z nią zderzyć i podjąć wyzwanie. Podobały mi się te wszystkie trupy na okładkach, ta brutalna estetyka, która szokowała moich rodziców i wywoływała konsternację u rówieśników. Jedną z pierwszych death metalowych kaset, które zakupiłem był "Scream Bloody Gore".
Oczywiście przeżyłem szok, głównie ze względu na wokale, które wydawały mi się obłędne i chore. Przy Schuldinerze Araya śpiewał jak organista w kościele, na który byłem skazany przygotowując się do pierwszej komunii świętej. Szybko jednak odkryłem w DEATH dużo poukładanych harmonii gitarowych, wyrazistych riffów i jakiegoś takiego orientalnego piękna, które na dwóch kolejnych płytach objawiało się z pełniejszą jeszcze mocą. Nie wiem czy ktoś jeszcze oprócz mnie to wyczuwa?
Po kilku przesłuchaniach dostrzegłem, że Schuldiner naprawdę wykrzykuje jakieś teksty. Wkrótce zacząłem podłapywać niektóre frazy i śpiewać razem z nim. Słuchałem tej płyty jak obłąkany - nieraz całe noce spędzając ze słuchawkami w uszach i zasypiając dopiero gdy blady świt wlewał się oknem mojego pokoju. Ta muzyka całkowicie zmieniła moją percepcję - sprawiła, że to co wcześniej wydawało mi się szczytem brutalności i ekstremy stało się poukładane i ugrzecznione. W tym samym czasie poznałem też Obituary, Cannibal Corpse, Deicide i świat już nigdy nie był taki sam.
Gdy po 25 latach słucham "Scream Bloody Gore"i zamknę oczy to czasami uda mi się przywoływać ten stan z młodzieńczych lat, gdy spocony, z głową nakrytą kołdrą i słuchawkami w uszach nurzałem się w bezkresnym oceanie przemocy i chaosu, który jednocześnie jak każde zło, wabił obietnicą spełnienia i dawał poczucie bezpieczeństwa.
Koszulkę ze "Scream Bloody Gore" mam w szafie do dziś. Nie chodzę w niej bo nie ma ku temu aż tak ważnych okazji. Na ślub nie wypadało założyć, święta państwowe mają jednak zbyt małą wagę, a na koncerty po prostu mi jej szkoda. Może jak umrę to mnie kiedyś ktoś w niej pochowa. Chciałbym jeszcze do tego słuchawki do uszu, walkmana ze starą kasetą z TAKT-u i zapas baterii - na wypadek gdyby się okazało, że to tylko śmierć kliniczna.

czwartek, 19 maja 2016

SHODAN: Death metal bez granic?


Gdy rozpakowałem przesyłkę i moim oczom ukazał się estetycznie wydany digi pack z logiem SHODAN i tytułem „Protocol Of Dying”, to nie wiedziałem absolutnie czego się spodziewać. I właśnie w takim stanie – kompletnej niewiedzy – wpakowałem krążek do odtwarzacza by dać się ponieść dźwiękom i nie sugerować się niczym innym

Już po pierwszych kilkunastu sekundach stwierdziłem, że nazwa jest myląca i gdybym ja miał o niej decydować, to prędzej wybrałbym GODAN – bo poziom choć jeszcze nie jest mistrzowski, to na pewno nie mam do czynienia z debiutantami. SHODAN gra nowoczesną, przemyślaną muzykę, w której mieszają się różne wpływy. Kręgosłupem tego krążka jest death metal, ale tkanka mięśniowa, która ów szkielet obudowuje daleka jest od anatomicznych proporcji i estetyki rdzennego przedstawiciela gatunku. Na „Protocol Of Dying” mamy tygiel gatunkowy, wymykający się prostym definicjom. Krzyczanym wokalom na ogół bliżej do hardcorowego gniewu niż death metalowego zezwierzęcenia, struktura riffów czytelna, selektywna, z dużą dawkę groove oraz nowoczesnego, dość błyskotliwego grania.

Nowocześnie i technicznie
Czy mi się taka estetyka podoba? Nieszczególnie, ale musiałbym być głuchy by nie docenić dobrego brzmienia, zróżnicowania i mnogości różnych smaczków, które zostały wplecione w „Protocol Of Dying” z dużym wyczuciem i taktem. Na tej płycie nie ma żadnej sztampy – gdy zaczyna się riff, to wcale nie wiadomo jak się skończy, gdy muzyka gna do przodu w rytmicznym i porywającym tempie to trudno przewidzieć czy za chwilę zwolni ciężkim i miażdżącym riffem, czy jeszcze przyśpieszy, czy może skręci w urokliwej i zimnej melodii.
„Shirine” zaczyna się ciężko, brutalnie, death metalowo, ale chwilę później gitary rozbiegają się niczym kurtyna w teatrze, ukazując bardziej hardkorowe i nowoczesne oblicze grupy. Krzyczany wokal, selektywne partie gitar i perkusja zaskakująca chirurgiczną precyzją. W drugiej części utworu bardzo zgrabne solo, a enigmatyczne zakończenie, tchnące elektronicznym chłodem zapowiada, że nie będzie sztampowo i przewidywalnie.
„Immaculate Deception” rozpoczyna się bardzo groove – energetyczny, skoczny riff, pogłosy w tle. Znów mamy do czynienia z nowoczesnym i dość brutalnym graniem, które zdecydowanie nie hołduje oldscholowej szkole death metalu. „The World Means Nothing” zaczyna się spokojnie, by po chwili miarowo przyśpieszyć – wokale lekko skandowane, krzyczane – przyśpieszenie perkusji, intensywna praca gitar, z której wyłania się ciężki, rytmiczny riff.
W „No Dignity” mamy czyste wokale, ale na szczęście nie jest to żadne nu metalowe beczenie, lecz śpiew zadziorny i pełen gniewu. Z kolei w „Nails” pojawiają się vocoderowe pogłosy niosące skojarzenia z CYNIC.

Brak seksapilu, czy kłopoty z erekcją?
Protocol Of Dying”to kawał urozmaiconej muzyki, mogącej imponować mnogością pomysłów i warsztatem technicznym jej twórców. Czy podoba mi się ta płyta? Obiektywnie muszę ją pochwalić – subiektywnie – to zupełnie nie moja bajka. SHODAN postawiłbym gdzieś obok DECAPITATED (czyż to nie pochwała?). Tamci też czarują techniką, złożonymi aranżacjami utworów i selektywnymi, niby porywającymi riffami. Tyle, że słuchając zarówno DECAPITATED jak i SHODAN czuję się jak impotent w barze ze striptizem. Niby te dziewczyny ładne, a ich pozy wyuzdane, niby wiją mi się na kolanach i klepią mnie nagimi piersiami po policzkach, ale nie rodzi to we mnie żadnych emocji i wciąż czuję się jakbym miał między nogami dętką od roweru przebitą zardzewiałym gwoździem. Są zatem dwie możliwości – albo rzeczywiście coś ze mną jest nie tak, albo ta muzyka całkowicie pozbawiona jest seksapilu. Najlepiej sami sprawdźcie i oceńcie, bo bez względu na osobiste preferencje i indywidualne upodobania, pewne jest, że SHODAN to żadna lipa i nie można ich zupełnie ignorować. Ba, jestem przekonany, że wśród Was znajdą się osoby, które mogą się „Protocol Of Dying” zachwycić.
Po pierwszym przesłuchaniu oczywiście zerknąłem na metal-archives i doczytałem, że SHODAN to zespół z Wrocławia. Wokalista i gitarzysta to Szczepan Inglot, znany pewnie niektórym z rzeszowskiego BANISHER. Choć to muza nie dla mnie – chylę czapkę przed profesjonalizmem debiutanckiego krążka SHODAN.

środa, 18 maja 2016

LATHSPELL: Wędrówka po bezkresnym pustkowiu

Jeśli lubicie LATHSPELL to mam dla Was dobrą wiadomość. Finowie nagrali kolejną bardzo dobrą płytę. Jeśli jesteście fanatykami black metalu, a nazwa LATHSPELL nic Wam nie mówi – to powinniście się z tych zespołem zapoznać. Jeśli black metal skończył się dla Was na rozpadzie Emperor, a teraz z uwagą i przyjemnością śledzicie solowe poczynania Ihsahna to kupcie sobie w markecie hak, linę i taboret... chętnie udzielę dalszych instrukcji. W tle włączę „Torn Cold Void”. Bo właśnie tak powinien brzmieć black metal – w swojej pięknej i niczym nieskażonej formie

Lubię dostawać płyty do recenzji – zwykle mają dla mnie sporą wartość poznawczą, bo są to albumy, których najprawdopodobniej nigdy bym nie kupił i nie miał okazji się z nimi zapoznać. Przyznam jednak, że jeszcze bardziej cieszy, gdy od czasu do czasu trafi się płytka zespołu, który jest mi doskonale znany i każdy z jego dotychczasowych albumów przyjmowałem z ufnością dziecka przystępującego po raz pierwszy do komunii świętej. Tak się stało wczoraj – gdy w paczce z nowościami z Wolfspell Records natrafiłem na nową płytę fińskiego LATHSPELL. Dokonania tego zespołu śledzę od początku i jak dotąd nigdy nie poczułem się zawiedziony.
Nie inaczej jest z tegoroczną płytę LATHSPELL. Finowie na „Torn Cold Void” grają czysty, esencjonalny black metal, nieskalany nowomodną hipsterką, ambientowymi plamami czy progresywnymi odjazdami. Nie zrozumcie mnie źle. Cenię zespoły, które poszukują, starają się łamać granice i odnajdywać nowe środki wyrazu. Ich twórczość jest dla mnie tak samo interesująca jak przysmaki kulinarne, których kosztuję podczas podróży po obcych krajach. Jednak jakkolwiek dobrze by one nie smakowały to po jakimś czasie ma się ich dość i człowiek zaczyna tęsknić za chlebem powszednim. Takim, który – jak pisał Søren Kierkegaard w swoim „Powtórzeniu” - „syci i niesie błogosławieństwo”. Nie przypadkowo odwołałem się do „Powtórzenia” - bo siłą LATHSPELL jest właśnie „powtórzenie” , nie tylko za sprawą obranej stylistyki, ale także ze względu na pewną powtarzalność riffów i melodii, które są immanentną cechą tej muzyki, nadającą jej zimnego, nieco transowego klimatu.
„Torn Cold Void” to tylko cztery utwory – długie, rozbudowane, zionące pustką, ciemnością i nieludzkim chłodem. Utrzymane głównie w szybkich tempach, ale nigdy nie popadające w chaos i nie gubiące swoich melodii, które są jak śpiew wiatru niesiony po bezkresnej, skutej lodem równinie. Mimo surowego, zimnego brzmienia absolutnie nie należy dokonań Finów wrzucać do worka z prostym, prymitywnym black metalem – bo gdy dobrze się w ten śpiew wiatru wsłuchamy to szybko dostrzeżemy, że nie jest on ani monotonny, ani nużący – że niesie ze sobą szum drzew sprzed pierwszych opadów śniegu, wołanie wilków w księżycową noc, świergot ptaków o poranku i odgłos dojrzałych owoców, cicho upadających w soczystą trawę.
„Torn Cold Void” nie jest destrukcyjna i dołująca, oprócz black metalowego chłodu i ciemności niesie za sobą piękno i mądrość, tęsknotę i rozwagę. Bardzo podoba mi się pewna monolityczność tego krążka. Nie jest to muzyka, przy której czeka się na jakieś momenty, szczególnie ekscytujące riffy czy efekciarskie fajerwerki.
Potencjał komercyjny tego krążka jest znikomy. Nie jestem przekonany czy nawet jakby zaczęli koncertować w kapturach, a wokalista zaczął przebierać się za Papę Smerfa to ten stan rzeczy mógłby ulec zmianie. Nie przypuszczam jednak by marzeniem LATHSPELL było zostać gwiazdami rocka. Jeśli jesteście fanatykami tradycyjnego black metalu to powinniście po ten album sięgnąć – jeśli szukacie w muzyce innowacji i niekonwencjonalnych rozwiązań to tylko stracicie czas.

wtorek, 17 maja 2016

MERCYFUL FATE: Po drugiej stronie lustra

Kocham całą dyskografię MERCYFUL FATE, ale gdybym miał wybrać tylko jedną płytę to pewnie wskazałbym na „Don't Break the Oath”. Gdybym miał wskazać najważniejsze płyt mojego życia to tego albumu również nie mogłoby wśród nich zabraknąć


Na początku lat dziewięćdziesiątych byłem odcięty od świata jak Robinson na swojej wyspie. Brak internetu był rzeczą normalną, ale brak anteny satelitarnej i magnetowidu już niekoniecznie. Pewnie dlatego nigdy nie przywiązałem się do żadnych teledysków, a Headbangers Ball nie miał dla mnie szczególnej wartości poznawczej.

Przewijany Król

Pewnego razu jednak kumpel zaprosił mnie do siebie na oglądanie teledysków, które znajomy zgrał mu na kasetę, właśnie z Headbangers Ball. Obraz nie najlepszej jakości, dźwięk jeszcze gorszy, ale siedzieliśmy przed telewizorem i z wypiekami na twarzy chłonęliśmy zarówno utwory, które znaliśmy się z kaset, jak i te zupełnie nowe. Kreator, Suicidal Tendencies, Anthrax, Nuclear Assault, Seupultura, D.R.I. i...
- Co to za gówno? - zapytałem na widok gościa z pomalowaną twarzą, który wył takim głosem jakby go wykastrowano. 
- O rany, to jakiś koszmar – przyznał kolega, chwycił pilota i szybko przewinął „koszmarny teledysk żenującego zespołu”. Obaj zgodnie określiliśmy preferencję seksualną „przewiniętego artysty” jako odmienną i za każdym razem gdy wracaliśmy do kasety z teledyskami, traktowaliśmy go przyciskiem przewijania.
To było moje pierwsze spotkanie z Kingiem Diamondem. Jako młody człowiek parłem ku muzyce coraz szybszej, brutalniejszej i bardziej ekstremalnej, a tu natrafiam na faceta, który zamiast krzyczeć, growlować i wypluwać sobie flaki do mikrofonu, śpiewa wysokim głosem modelując go w taki sposób jakby był śpiewaczką operową. Do tego słabe gitary, bez ciężkich chłostających riffów. No i ten image: farba na twarzy, kapelusz na głowie, jakieś historyjki o duchach. Poważnemu dwunastolatkowi to nie mogło się spodobać. I pewnie na tym moja przygoda z Diamondem by się skończyła, bo nie wyobrażałem sobie bym mógł z własnej woli kiedykolwiek do niego powrócić. Ale on na to nie czekał, przyszedł do mnie we śnie.

Po drugiej stronie lustra

Kilka lat później pewnego wieczoru chciałem wypróbować nową karimatę i położyłem się spać na podłodze. Obudziłem się wcześnie rano, za oknem była jeszcze szarówka. Próbowałem zamknąć oczy i jeszcze trochę pospać, ale było mi niewygodnie i nie mogłem znaleźć dla siebie pozycji, która by sprzyjała zaśnięciu. Przez moment zastanawiałem się czy nie przenieść się do łóżka, ale że nie czułem nawet odrobiny znużenia ostatecznie wstałem i poszedłem do łazienki. Czułem jakiś dziwny metaliczny smak w ustach. Wziąłem do ręki szczoteczkę, wycisnąłem na nią trochę pasty i zacząłem myć zęby. Gdy skończyłem zaczerpnąłem obiema dłońmi wodę by przepłukać nią usta. Gdy wyplułem ją do umywalki zobaczyłem krew. Nie jakieś drobinki krwi ze zranionego dziąsła, ale gęstą ciemną krew, która obficie wyleciała mi ust. Przerażony spojrzałem w lustro i zobaczyłem w nim twarz... Kinga Diamonda. Umalowany, w kapeluszu, patrzył na mnie spokojnie, a ja nie bardzo wiedziałem czy on istnieje po drugiej stronie lustra, czy to ja stałem się nim. Ten widok jednak mnie ani nie zdziwił, ani nie przestraszył – przyjąłem go z jakąś dziwną fascynacją i tęsknotą za czymś odległym, ale jednocześnie bardzo bliskim.
Otworzyłem oczy, obudził mnie odgłos dzwoniącego zegarka. Usiadłem na podłodze, po czym szybko wstałem i otworzyłem drzwi do szafy, na których było lustro. I znów byłem nim. Znów ten kapelusz i upiorny makijaż. Pamiętam, że tego ranka gdy rzeczywiście już udało mi się obudzić spisałem ten sen w formie jakiegoś takiego niby wiesza, a gdy po szkole szedłem do pobliskiej knajpki, w której często przesiadywaliśmy, dostrzegłem w kiosku kasetę „Conspiracy”. Przyszła mi niedorzeczna myśl, żeby ją kupić – ale po pierwsze nie miałem pieniędzy, a po drugie szybko wróciło traumatyczne wspomnienie teledysku i uznałem, że szczytem absurdu byłoby kupić kasetę gościa, którego nie cierpię, tylko dlatego, że mi się przyśnił. 

Miłość na zawsze

Jednak w tym śnie coś mnie tknęło, coś ukąsiło i zaczęło swędzieć. Gdy kilka dni później podczas wycieczki klasowej w Zakopanem wszedłem do sklepu muzycznego to pierwszą kasetę, o którą poprosiłem była „Don't Break the Oath” MERCYFUL FATE.
Nigdy nie zapomnę tego uczucia, gdy w pociągu po raz pierwszy ją włączyłem i zaczął się „A Dangerous Meeting”. Diamond już nie był śmieszny i pokraczny. Jego głos brzmiał demonicznie i złowrogo, to był głos szaleńca, czarnoksiężnika, władcy światła i ciemności, a sama muzyka roztaczała tak tajemniczą aurę, że aż drżały mi nogi w kolanach, a na plecach czułem zimne dreszcze. Przez najbliższe kilka dni nie wyjąłem tej kasety z walkmana, a późnej powracałem do niej jeszcze setki, jeśli nie tysiące razy. Zaczęła się wielka fascynacja Mercyful Fate, a następnie solową twórczością Kinga Diamonda. Miałem w szkole koleżankę, która była całkowicie zajarana Diamondem – pożyczyła mi do przegrania wszystkie swoje kasety, pokserowałem sobie także teksty wraz z tłumaczeniami, które miała pospisywane na zeszytowych kartkach. Wsiąkłem w ten klimat bez opamiętania i na zawsze.
Zarówno do Mercyful Fate jak i Kinga Diamonda wracam regularnie i absolutnie nie mam wrażenia by ta muzyka się dezaktualizowała. Wręcz przeciwnie – im starsza tym jej siła rażenie jest coraz bardziej zniewalająca. Pamiętam, że jeszcze w latach dziewięćdziesiątych dość krytycznie podchodziłem do tych późniejszych płyt Mercyful Fate. Dziś kocham je całym sercem – może nie aż tak jak pierwsze dwie, ale uważam, że to heavy metal absolutnie najwyższych lotów, który właściwie nie ma żadnej konkurencji.


poniedziałek, 16 maja 2016

LIMBONIC ART: Sztuka black metalowej sztuki

Norweski Limbonic Art był prawdziwym fenomen na skalę... polską. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych Mystic Production przybliżył polskim fanom dokonania takich zespołów jak Emperor, Arcturus czy Satyricon. Niejako siłą rozpędu do jednego worka z wyżej wymienionymi zespołami wrzucił także Limbonic Art. Polscy fani się na to nabrali i pokochali ten zespół swoimi czarnymi metalowymi serduchami


Limbonic Art to taka Batushka 20 lat temu – a więc niezbyt wyszukany black metal, urozmaicony efekciarskimi sztuczkami kuglarskimi. Dziś są to prawosławne chóry, kiedyś były to wstawki symfoniczne, a raczej quasi symfoniczne – bo te tandetne syntezatorowe orkiestracje z prawdziwą symfonią miały tyle wspólnego, co Adam Małysz z kulturystyką.

Konfrontacja z czarną sztuką

Ale mądrzyć to się można po latach, patrząc na muzykę z perspektywy doświadczonego słuchacza. Gdy, bodaj w 1997 roku przeczytałem w Mysticu, że „Moon in the Scorpio” to black metalowa sztuka, która przyćmiewa dokonania Emperor, to z żółtą pianą w kącikach ust, niczym koń startujący w Wielkiej Pardubickiej, ruszyłem do Dziupli po kasetę. Niemal rżałem zdzierając folię z kasety i po raz pierwszy aplikując ją do walkmana. Nie powiem żeby mnie ta muzyka rozczarowała, ale żadnego szoku estetycznego wówczas nie przeżyłem. Nie raziło mnie nawet samo wykonanie czy brzmienie, ale miałem wrażenie, że w tej muzyce wcale nie dzieje się aż tyle, jakby mogło się na pozór wydawać.
Gdy jednak chwilę później wyszła „In Abhorrence Dementia” to wpadłem już w Limbonic Art jak mucha w pajęczą sieć. Zachwyciłem się tym krążkiem bez opamiętania – dramaturgia, symfoniczne rozpasanie, demoniczny klimat i świetna warstwa wokalna rzuciły mnie na kolana. Ta muzyka była uduchowiona, a jednocześnie zimna, bezduszna i nieludzka.

W kolejce do spowiedzi

Oczywiście dziś, pomimo ogromnego sentymentu dostrzegam w niej mnóstwo (głównie brzmieniowych) mankamentów. W 1997 roku byłem jednak w tej kapeli zakochany, a pewnego chłodnego, paskudnego marcowego dnia okazało się, że nie tylko ja. Gdy Limbonic Art przyjechał do Polski i miał wystąpić w warszawskim Remoncie, pod klubem pojawił się kilkusetosobowy tłumy miłośników „czarnej black metalowej sztuki”. Pamiętam, że było nerwowo i chyba ze dwa razy ktoś mnie zaczepiał dość stanowczo domagając się dofinansowania biletu. Wejście do klubu przeciągało się w nieskończoność, a gdy wreszcie zaczęto wpuszczać ustawiła się kolejka jak do konfesjonału i poruszała się tak powoli, że miałem wrażenie, że ludzie nie tylko okazują ochronie bilety, ale i wyznają grzechy. Zrobiło się jeszcze bardziej nerwowo, a ochrona w Remoncie nie należała do najsympatyczniejszych. Pamiętam jak kiedyś ochroniarz wymierzył siarczysty policzek wchodzącej do klubu dziewczynie, ktoś szybko zrobił z butelki tulipana i prawie wyjął mu oko. Poszły w ruch pięści, kopy i kamienie – w efekcie chyba właśnie wtedy impreza zakończyła się remontem Remontu.

Z czyśćca do piekła

No ale wróćmy do Limbonic Art – tego dnia na szczęście do takich dramatów nie doszło, choć ochrona się nie patyczkowała i dyscyplinowała coraz bardziej wzburzony tłum pięciami i kijami baseballowymi. Tak. W latach dziewięćdziesiątych koncerty metalowe zdecydowanie różniły się od spotkań chóru kościelnego z bielankami. Na domiar złego chyba właśnie wtedy przyjechali pod klub znajomi Gravelandowcy i zaczęli urządzać konkurs w rzucaniu w ludzi butelkami po piwie.
Jakimś cudem udało mi się wejść do środka bez skrojonego biletu, rozbitej głowy i złamanej nogi kijem baseballowym. Zanim skorzystałem z toalety i wbiłem się na salę, to na scenę wchodził Behemoth (Cold Passion i Asgaard upłynęły mi w kolejce), który zabrzmiał tego wieczoru mało selektywnie i zupełnie bez przekonania.

O krok od black metalowego zła

Zacząłem przepychać się w kierunku sceny, nacierałem bokiem wykonując kompulsywne ruchy – góra-dół. Tłum był tak zwarty, że czułem się kret drążący korytarze w twardej gliniastej ziemi. Brzmienie znów nie powalało – gitary ginęły pod naporem automatu perkusyjnego i syntezatorowych orkiestracji, wygrywanych chyba przez jakąś niewiastę. W połowie koncertu, gdy zdeptałem z 300 par nóg i wyrwałem tyle włosów, że można by z nich zrobić ze trzy peruki, udało mi się podejść pod samą scenę. Wizualnie zespół prezentował się znakomicie, nie tylko dzięki wymownym corpsepaintom, ale i charyzmatycznym, władczym pozom, który wówczas nadawały im aury demonicznego zła, a dziś pewnie wywoływałaby rozbawienie i naraziły ich na śmieszność.

W mniej przyjaznych rejonach

Drugi raz Limbonic Art wystąpił podczas Mystic Festival, którego główną gwiazdą był Emperor. Było to już po premierze trzeciej płyty „Ad Noctum - Dynasty of Death” (wcześniej wydali też na nowo nagrane demówki), na której zintensyfikowali i zagęścili brzmienie, przez co ich muzyka stała się bardziej brutalna, monolityczna i mniej klimatyczna. Podobał mi się ten album choć nie tak bardzo jak „In Abhorrence Dementia” - z perspektywy czasu uważam jednak, że po latach broni się chyba lepiej. Kolejnym krokiem ich muzycznego rozwoju była „The Ultimate Death Worship” z bardziej drapieżnym brzmieniem gitar i wycofanymi partiami klawiszowymi. Popularność norweskiego duetu spadała – symfoniczny black metal zaczął zjadać swój własny ogon i z małymi wyjątkami trafił do lamusa, jako jedna z bardziej pokracznych mutacji muzyki ekstremalnej. Moim zdaniem jednak ten późniejszy Limbonic Art wcale nie był zły – mniej było w nim taniego efekciarstwa, ale więcej prawdziwego gitarowego grania. Ich muzyka stała się bardziej jadowita, bezwzględna i zdecydowanie trudniej przyswajalna.

Niepotrzebny powrót

Nie zmienia to jednak faktu, że zespół ten był dość mocno przeceniany, a swój kultowy status wyrobił sobie głównie w Polsce. Po latach wrócili i wydali jeszcze dwie płyty, w 2007 roku – "Legacy of Evil", a w 2010 roku "Phantasmagoria". Niestety tym powrotem udowodnili, że nie mają absolutnie nic ciekawego do powiedzenia. Kto wie? Może nigdy nie mieli? Może po prostu pojawiali się we właściwym miejscu i we właściwym czasie, odpowiadając na ówczesne zapotrzebowania na takie granie. Bez względu na ocenę, ich dyskografię wciąż mam na półce (a dwójkę nawet na winylu) i nie zamierzam się jej pozbywać. Raz na jakiś czas, od wielkiego dzwonu lubię sobie wrócić do tej muzyki – może i tandetna, naiwna i kiepsko brzmiąca, ale jest świadectwem tamtych czasów, przesiąkniętych młodzieńczą naiwnością i poczuciem, że uczestniczy się w czymś elitarnym, ambitnym i niedostępnym dla zwykłych śmiertelników. Ba, nie tak dawno temu kupiłem sobie reedycje ich demówek - koślawe i nieudolne, ale posłuchałem z przyjemnością.












niedziela, 15 maja 2016

OBSCURA: Mistrzowie death metalu jakiego nie lubię

OBSCURA nie gra death metalu jaki lubię najbardziej. Na ich najnowszej płycie nie ma ani ciemności, ani brutalności – nie ma niczego co by mogło kojarzyć ze śmiercią. Jeśli więc death metal jest afirmacją śmierci i przemocy, jeśli jest uosobieniem tego co niebezpieczne, odpychające, budzące strach i odrazę, to tegoroczny album Niemców „Akróasis” w żaden sposób do tej konwencji nie przystaje. Nie zmienia to jednak fakt, że OBSCURA nagrała album nietuzinkowy i chyba najlepszy w swojej dyskografii


Gdy przed laty jechałem na obóz harcerski, nasz autokar zatrzymał się po drodze na postoju, w pobliżu którego znalazłem nieźle zaopatrzony kiosk Ruchu. Zakupiłem nowy numer Metal Hammera – z fajnym artykułem o fińskiej scenie metalowej (Beherit, Belial, Unholy, Impaled Nazarene). Płytą miesiąca był album „Individual Thought Patterns” mojego wówczas ukochanego DEATH. Autorka recenzji Katarzyna Krakowiak oceniła krążek bardzo pozytywnie, ale zastanawiała się, czy muzykę, która ewoluowała aż tak bardzo wciąż można jeszcze nazywać death metalem? Czytałem tę recenzję pewnie kilkadziesiąt razy, starając się na jej podstawie wizualizować muzykę. Gdy wreszcie usłyszałem płytę uznałem, że to jednak wciąż death metal, a to co w niej poza gatunek wykracza jest formą poszerzenia jego granic, a nie odstępstwem i sprzeniewierzeniem się niepisanym zasadom, które w nim obowiązują.

Śladami innowacyjnych klasyków

W tamtym czasie wyszły także inne płyty, które granice death metalu poszerzały i wydawały się określać kierunki jego rozwoju na kolejne lata. Mowa o Cynic i ich „Focus”, Pestilence „Spheres” czy Atheist „Elements”. Kto by wówczas pomyślałem, że dwadzieścia lat później scena death metalowa będzie bardziej zainspirowana Incantation, Autopsy czy Grave, niż wyżej wymienionymi albumami, które w chwili swojej premiery wydawały się wizjonerskie. Osobiście się z tego cieszę – bo „death” znaczy „śmierć” i lubię gdy w sposób mniej lub bardziej bezpośredni, właśnie ku niej biegną moje skojarzenia, podczas obcowania z tą muzyką.
Jednak sam fakt, że preferuję polską kuchnię nie oznacza, że od czasu do czasu nie lubię zjeść sushi czy dobrze przyrządzonego homara. No i chyba właśnie z myślą o takiej muzycznej odskoczni kupiłem tegoroczny album OBSCURA. Podobał mi się ich debiut, wysoko oceniłem „Cosmogenesis”, „Omnivium” również przyjąłem bardzo ciepło. Jedynym problemem (być może moim, a nie zespołu – skoro płyty kupuję) jest to, że nie chce mi się do tych krążków wracać. Jak będzie z „Akróasis”? Myślę, że po raz pierwszy jest szansa, że to się odmieni – i właśnie w 2016 roku Niemcy wydali płytę, która zostanie ze mną na dłużej.

Naturalny puls, improwizacyjny rozmach

Dziewięć utworów, które zawiera album już podczas pierwszego przesłuchania zleciało mi szybko i nie poczułem ani przez chwili znużenia. Nawet „Weltseele”, ponad piętnastominutowy kolos wydał mi się przynajmniej o połowę krótszy, imponując swym bogactwem aranżacyjnym, zmianom tempa i niespodziewanym zwrotom akcji. Pięknie ten utwór łączy metalową gwałtowność z monumentalnymi partiami, wykorzystującymi skrzypce i wiolonczelę w sposób bliski, pełnej rozmachu symfonicznej muzyce filmowej.
Słychać tu nawiązania do Cynic – nie tylko instrumentalne, ale także dzięki tym dziwnym elektronicznie przetworzonym wokalom. Słychać miejscami kosmiczny klimat „Spheres”, bywa, że skojarzenia biegną ku późnemu Death. Są to jednak świadome nawiązania do klasyków, a nie tania jazda na sprawdzonych patentach. Kompozycje Obscura mają swój charakter – są niezwykle przemyślane, inteligentne i przesycone interesującymi smaczkami i zagrywkami. Mimo spójności całej płyty, każdy z dziewięciu utworów ma swoją twarz i indywidualny charakter. Brzmienie płyty jest wypieszczone, sama muzyka wygrana z aptekarską dokładnością i pedantyczną starannością – aranżacje utworów są równie poukładane i wymuskane jak fryzury samych muzyków. To zdecydowanie nie jest granie jakie lubię najbardziej, ale cholera, jakość tego albumu nie pozwala na krytykę. Ta muzyka płynie lekko i naturalnie a wszystkie techniczne wygibasy i złożone zagrywki nie wydają się być wydumane i tworzone w pocie czoła, lecz mają jakiś taki naturalny puls i improwizacyjny rozmach.

„Akróasis” - krok po kroku

„Sermon of the Seven Suns” rozpoczyna się chwytliwym szybkim riffem, przez który przebija się puls basu mogący przywoływać echa „Individual Thought Patterns”. Żadnego pitolenia, żadnych zbędnych dźwięków, szybka jazda do przodu, aż do przestrzennego zwolnienia w połowie trzeciej minuty z dobitnymi frazami wokalnymi a la wczesne At The Gates. Po trzeciej minucie bardzo przyjemna akustyczna wstawka, w którą wbija się kosmiczna, progresywna gitara solowa. Pod koniec czwartej minuty znów dominują szybkie i ostre gitary, a w tle pływające partie basowe i precyzyjny ostrzał perkusyjny. W szóstej minucie zgrabna partia solowa w naturalny sposób łączy się z riffem. Na zakończenie żegnają nas głosy kosmitów. Ten utwór trawa ponad siedem minut, a przez cały czas trzyma napięcie.

„The Monist”
zaczyna się zamaszystym, rytmicznym riffem, do którego dołączają niższe i cięższe (tak! death metalowe) partie wokalne, przeplatane głosami kosmitów i bardziej ludzkim krzykiem. W okolicach drugiej minuty wchodzi rozpasana partia solowa gnająca ku wyciszeniu z jękliwymi partiami basu i pełnej erudycji grze na perkusji. Kosmici wtórują agresywniejszym wokalizom, a od czasu do czasu wchodzi znów niższy death metalowy growling. Bardzo fajny utwór – jednocześnie techniczny, ale i pełny groove. 

Utwór tytułowy zaczyna się świetnym melodyjnym szwedzkim riffem, przez który partie basu przebijają się niczym trąby. Partia solowa rozszczepia to gitarowe riffowanie z wdziękiem wiosennego wiatru, który rozczesuje włosy, chwilę wcześniej splecione w warkocz. Gitarowe przestrzenne sola pięknie łączą się z motoryczną jazdą riffów, raz je przytłaczając, raz ustępując im pola, a innym razem przechodząc do roli akompaniamentu. 

„Ten Sepiroth” rozpoczyna się spokojnie i klimatycznie z nieśmiałymi pomrukami gitary basowej. Nagle wchodzący gitarowy riff o heavy metalowej urodzie pobudza do szaleńczego galopu. Fajnie kontrastuje z nieśpiesznymi finezyjnymi partiami solowymi i ciężkim pochodem tłustego basu, który wbija się głęboko w gitarowe podłoże. Przemykają kosmiczne wokale, następuje wyciszenie, by za chwilę znów uderzyć ze zdwojoną mocą i podwójnymi partiami wokalnymi, gdy krzykacz o suchym gardle tworzy chór z istotami z innego świata. Na koniec trochę growlingu i łagodne wyciszenie. 

„Ode to the Sun” rozpoczyna się cieżkim riffem o niemal morbidangelowskim rodowodzie. Potężne wokalizy, walcowaty riff i jęcząca gitara w tle przypomina przez chwilę klimat „Domination”, ale zaraz kosmiczne partie chóralne rozrzedzają atmosferę i w gęstniejący mrok wpuszczają błękitne światło. Urzekające kontrasty tego kawałka mieszają ciężar i groove z przestrzennym, progresywnym graniem i urokliwymi melodyjnymi partiami wokalnymi. Pod drugiej połowie piątej minuty kosmici ze swoim błękitnym światłem przedzierają się przez kolorową szybę kościelnego witraża i prosto z ołtarza śpiewają wyraźniejszym chóralnym kobiecym głosem, którego echo odbija się od kolebkowego sklepienia i zimnej marmurowej posadzki. A siła tego śpiewu wykrzesana z głębi płuc jest tak zdecydowana, że aż drży płomień świec oświetlających wejście do kościoła. To chyba mój ulubiony utwór na całej płycie. 

„Fractal Dimension” to kolejny utwór, skrzący się aranżacyjnym bogactwem morotycznego riffowania i finezyjnych gitar solowych, które pięknie grają na przełomie trzeciej i czwartej minuty, przechodząc w ciężki riff o niemal thrash metalowej rytmice. Pięknie się ten utwór rozpływa balansując pomiędzy zwartymi motorycznymi momentami, a pływającymi przestrzennymi lotami. 

„Perpetual Infinity” wita nas akustycznym początkiem z cichym śpiewem kosmitów, po którym nabiera mocy, ciężaru i drapieżności. W drugiej minucie rusza szaleńczą galopadą, bardziej jednak przypominającą wyścig arabskich koni szlachetnej krwi niż gonitwę stada danieli wypłoszonych pożarem lasu. Nie na długo zresztą, bo chwilę później te gitarowe dźwięki rozbiegają się na wszystkie strony niczym pędzel malarza, który zaczyna śmiałymi ruchami rozprowadzać farbę po całym płótnie, a płótno to wydaje się nie mieć żadnych granic.

Uwielbiam takie chwile gdy płyta, którą kupiłem trochę wbrew sobie i pomimo ostrzeżeń wielu osób, zaskakuje w sposób tak pozytywny i z każdym przesłuchaniem coraz bardziej zyskuje. Może i Obscura gra death metal jakiego nie lubię, ale i tak udało im się nagrać świetną płytę. Do Bydgoszczy bym na ich koncert pojechał!