niedziela, 29 maja 2016

CONVULSE: Przekleństwo pierwszej płyty

Zanim nacisnąłem po raz pierwszy "play" w odtwarzaczu i przesłuchałem „Cyclone Of Revenge” - tegoroczną płytę CONVULSE, to naczytałem się sporo negatywnych opinii o tym krążku. Byłem jednak spokojny, bo z krytyką pod adresem tego zespołu spotykam się od czasów ich drugiego albumu. A przecież jak dotąd Finowie nie nagrali słabej płyty. Nie inaczej jest i tym razem...

Niektórzy aktorzy narzekają na przekleństwo swoich najbardziej charakterystycznynej roli. Widzowie przyzwyczajają się do niej, a później na każdą kolejną filmową kreację patrzą przez jej pryzmat. Podobnie jest z zespołami – bywa, że zaczynają doskonałą płytą, która staje się dla nich nie tylko błogosławieństwem, ale i przekleństwem, bo czego by później nie nagrali, to będzie źle. I tak fani będę kręcić nosami i narzekać. „Podobna do poprzedniej, ale jednak gorsza”. „Zjadają własny ogon”. „Ta muzyka nie jest w ich stylu – powinni zmienić nazwę”. „To koniunkturaliści – grają w stylu pierwszej płyty bo najlepiej się sprzedała”. I tak bez końca... 
Zespoły różnie sobie z tym radzę – niektóre po raz enty zapowiadają powrót do korzeni. Są też takie, które mają – mówiąc brzydko – na wszystko wyjebane i grają to, na co mają aktualnie ochotę. I chyba akurat takie zespoły cenię najbardziej – choć oczywiście nie sposób z całą pewnością odgadnąć jakie cele przyświecają twórcom.
Przekleństwem fińskiego CONVULSE jest ich debiut „World Without God” z roku 1991 nagrany dla Thrash Records i wydany w niewielkim, jak na ówczesne realia nakładzie, tysiąca egzemplarzy. To przekleństwo było podwójne – raz, że album wyszedł im znakomity, dwa – po rozpadzie wytwórni szybko stał się kolekcjonerskim białym krukiem. A wiadomo, że jak coś jest niedostępne to wartość rośnie – często nawet jak nie ma ku temu uzasadnienia stricte muzycznego (choćby pamiętna „The Entity” islandzkiego Sororicide). W przypadku Finów trzeba jednak przyznać, że muzyka była równie dobra, jak płyta unikatowa. Płakałem płacąc za pierwsze wydanie tego krążka kwotę, za którą mógłbym kupić niezły rower. Dziś już nie ma tego problemu – raz, że wyszła reedycja, a dwa – każdy może jednym kliknięcie odsłuchać sobie krążek na Youtube.

Ostatnio ktoś z Was napisał mi, że „World Without God” to świetne szwedzkie granie. Otóż nie – moim zdaniem ten krążek to doskonały przykład fińskiego death metalu, który na tle szwedzkiego wyraźnie określił swoją tożsamość. Ta muzyka jest mniej chwytliwa, gęściejsza i jeszcze bardziej mroczna, a walcowate, wręcz doomowe zwolnienia wprowadzają unikalną atmosferę. Prawdziwy, niedościgniony klasyk, do którego CONVULSE w późniejszym czasie nigdy nie udało się nawiązać. No właśnie. Czy oni w ogóle tego chcieli? Nie przypuszczam. Przecież na drugim krążku „Reflections” śmiało zrzucili death metalowe szaty i zatańczyli rubasznego death and rolla na połyskującym parkiecie. Ale z jaką klasą, z jakim wyczuciem i wdziękiem! Oczywiście dla death metalowej gawiedzi było to trochę za dużo i zaczęły pojawiać się marudzenia, że to już nie CONVULSE, że poszli na komercje bo przecież death metal przestał już być modny. Być może to prawda, ale patrząc na „Reflections” jedynie przez pryzmat muzyki, a nie tego wszystkiego co działo się wokół – złego słowa o tym krążku nie powiem i przyznam, że zdarza mi się do niego powracać.

Trzeci album Finowie nagrali dopiero w 2013 roku – na fali wielkich powrotów do klasycznego skandynawskiego grania, na fali nostalgii do czasów minionych, która sprawiła, że nawet trzecioligowe zespoły death metalowe z początku lat dziewięćdziesiątych stały się objawieniem, a młode zespoły kradnące riffy Entombed i Grave obwołano „wizjonerami”.
 Jaka jest „Evil Prevails”? Moim zdaniem znakomita i cholernie niedoceniana. Nie pierwszy raz zauważam prawidłowość, że płytę ocenia się przez pryzmat pierwszej oceny – i gdy już ktoś ją skrytykuje (lub pochwali) to pozostali „recenzenci” są niczym echo odbijające zasłyszane argumenty. Pamiętam, że w chwili premiery tego krążka niektórzy moi znajomi byli nim zachwyceni, do czasu gdy nie przeczytali negatywnych recenzji i nie stonowali swojego entuzjazmu. A jak jest naprawdę? 
Naprawdę CONVULSE na „Evil Prevails” dokonał rzeczy nadzwyczajnej – wskrzesił ducha debiutu, ale jednocześnie zaproponował muzykę nowoczesną, aktualną, cholernie urozmaiconą i nie jadącą na sentymentach. Ten krążek nie brzmi jakby był nagrany na początku lat dziewięćdziesiątych – jest świeży, przestrzenny, błyskotliwy i na swój sposób przebojowy. Choć nie jest to przebojowość wpadająca w ucho za pierwszym przesłuchaniem, nie jest to przebojowość, która tchnie banalnością i przewidywalnością. „Evil Prevails” sączy truciznę, która działa tylko wtedy gdy nie jest podane w jednorazowej dawce.


Nie zrażałem się więc pierwszymi negatywnymi opiniami o tegorocznej, najnowszej płycie CONVULSE. Postanowiłem cierpliwie poczekać na jej premierę i bez wstępnego obwąchiwania w necie zderzyć się z nią po bożemu – tak jak robiło się to przed laty, z wkładką w ręku, siedząc naprzeciwko odtwarzacza. 
No i cóż, po pierwszym przesłuchaniu stwierdziłem, że strzelili sobie tym albumem prosto w kolano. Nie dlatego, że nagrali płytę złą, lecz dlatego, że ten album wymyka się oczekiwaniom fanów ich debiutanckiego krążka chyba jeszcze bardziej niż „Reflections”. 
Na „Cyclone Of Revenge” CONVULSE najwyraźniej stwierdzili, że mają w dupie wszelkie oczekiwania i pograją sobie taką muzę, na jaką właśnie mają ochotę – surową i chropowatą, ale jednocześnie przestrzenną i wręcz progresywną, gwałtowną i klimatyczną zarazem, death metalową, ale z urokliwymi akcentami muzyki wschodniej, z mrocznymi wędrówkami i plemiennym pulsem. Pięknie ten album płynie i pięknie wymyka się wszelkim stereotypom – dryfuje z taką lekkością i aranżacyjną swobodą, z takim progresywnym gitarowym zacięciem, że chwilami trudno uwierzyć, że to ten sam fiński CONVULSE.
Tytułowy otwieracz nie wzbudza jeszcze większej konsternacji, po delikatnym początku kroczy w nieśpiesznym tempie z urokliwymi gitarami w tle, które są jak dźwięk fletu akompaniującego w tańcu jadowitej kobrze. Rasowy growling buduje potęgę i klimat, a soczyste riffy i surowe brzmienie perkusji współtworzą doom death metalowy nieprzenikniony mrok fińskiej nocy. Nawet solo o nieco progresywnym zabawieniu nie zwiastuje jeszcze dokładnie, w jakie rejony zabierze nas ten album.
W „God Is You” CONVULSE odrywa się już jednak od death metalowego podłoża obiema nogami i to nie na skutek niezgrabnego wyskoku lecz efektownego lotu, który sprawia, że przestają obowiązywać już wszystkie prawa – także prawo grawitacji. Gitary grają z taką swobodą i wyobraźnią jakby fińscy death metalowcy zapragnęli złożyć hołd wczesnemu Pink Floyd, natomiast początek „Pangaea” zaskakuje riffem spokrewnionym z „Roots Bloody Roots” Brazylijczyków, którym wydawało się, że są Indianami. Z tą różnicą, że CONVULSE nie rozwija motywu groove, który ma zachęcać publikę do małpich skoków, ale pięknie przesuwa ten motyw w rejony bliższe progresywnemu, przestrzennemu graniu.
„Fractured Pieces” frapuje wschodnią melodyką, plemienną gra na perkusji i stonowanymi przyczajonymi wokalami, które uzupełniają tradycyjny growling. Rozwija się ten utwór z niewyobrażalną lekkością i iście improwizatorską swobodą.
I taka jest ta cała płyta – z jednej surowa, szorstka, brudna i toporna – z drugiej lekka, pulsująca, przestrzenna i zwiewna. Powiedziałby, że to taka płyta dla nikogo – dla fanów death metalu raczej nie zjadliwa, a dla fanów muzyki progresywnej tym bardziej. Sukcesu komercyjnego nie będzie – ale mi się ten album subiektywnie bardzo podoba. I cieszy mnie, że mają odwagę tworzyć taką muzykę zamiast nagrywać „World Without God vol. 2”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz