wtorek, 24 maja 2016

DELIVERANCE: Diament wart oszlifowania

DELIVERANCE to brytyjski zespół, który istniał w latach 1986 – 1990. Pozostawili po sobie trzy doskonałe płyty, które popadły w zapomnienie, a bez wątpienia warto je promować, odświeżać i wielbić


Niech Was nie zwiedzie dziwne zdjęcie zespołu na metal-archives i przynależność gatunkowa jako heavy/speed. Deliverance to coś dużo więcej – ich przekaz jest mroczny, demoniczny, jadowity i wulgarny. Wyobraźcie sobie muzykę łączącą wpływy VENOM, MERCYFUL FATE, skąpaną w mrocznym, niepokojącym klimacie rodem z soundtracku do horroru, dodajcie to tego cięte, surowe riffy z czasów gdy heavy metal był naprawdę heavy, a będziecie mieć mgliste pojęcie o tym czym był DELIVERANCE.

Mam w swoich zbiorach ich wszystkie pełne albumy – na winylu „Devils Meat” z roku 1987 oraz na CD „Evil Friendship” z 1989 oraz „Book of lies” z 1990 roku.
Dziś sobie odświeżyłem ich drugi krążek więc niechronologicznie zacznę od niego, obiecując że kiedyś powrócę także do dwóch pozostałych.

W świecie złej przyjaźni 

„Evil Friendship” to niespełna 40 minutowy materiał, na który składa się 12 utworów. Kiczowata okładka przedstawiająca jakąś postać z włócznią na groteskowym tronie bardziej odstrasza niż przyciąga, ale niech to Was nie zwiedzie – z muzyką jest dużo, dużo lepiej.
Zaczyna się od instrumentalnego „Dies Irae” - marszowa perkusja, w którą wchodzi szybka partia gitary, z niepokojącą solem w tle. W 25 sekundzie wchodzi selektywny, thrash metalowy riff zagrany z żarem i pasją – ten utwór rozgrywa się na dwóch płaszczyznach, tej bardziej oczywistej, rytmicznej i tej mrocznej i intrygującej, budowanej za pomocą gitary solowej i instrumentów klawiszowych. Intrygujące zakończenie i otwieramy bramy piekła. 

„Tongues of Lies” rozpoczyna się ciężkim, cudownie brzmiącym riffem. W gitarowe granie wchodzą podniosłe partie klawiszowe mogące kojarzyć się z muzyką, która za parę lata zacznie być określana jako symfoniczny black metal. Atmosfera upiorna, piekielna, diabelska. Słychać wczesny Venom, ale aranżacja utworu jest dużo bardziej złożona. Wokalista nie śpiewa, nie ryczy, nie krzyczy – on przemawia jak szaleniec odprawiający zaklęcia, mające wskrzesić demony z głębokich czeluści piekła. Ten utwór trwa niecałe trzy minuty, a dzieje się w nim naprawdę sporo. 

„Lord of Vice” znów przywołuje ducha Venom, a gdy słyszymy: „I'm Pan I'm Satan Lord of all vice Antichrist Know my mercy, hear my laugh See your world, before the storm” powietrze staje się tak mroczne i nieprzeniknione, że chcąc nim znów oddychać należałoby je rozpuścić nad ogniem, w czarnej metalowej beczce. 

„Bell, Book and Scandal” zaczyna się klimatycznym złowrogim wstępem, który chwilę później rozcapierza skrzydła niczym jastrząb by wzbić się do lotu...i zmiana klimatu, bo wchodzi zwarty, jadowity riff, atakujący niemal industrialnym chłodem i mechaniczną surowością. Klawisze na jego tle roztaczają mroczny, wciągający klimat, a wokalista wyrzuca z siebie słowa z pasją i rytualnym zaangażowaniem. Bardzo lubię ten utwór. 

Instrumentalny „No Way Out” jest tajemniczy i generując nieokreślone pogłosy zza światów, w swej wymowie wręcz ambientowy. 

„Alive Forever” jest mroczny i wulgarny, ale ma w sobie coś z klasycznego, wręcz rockowego utworu – może dzięki bardziej śpiewanym partiom wokalnym, które nawet na moment nie tracą swojej drapieżnej upiorności. Gitary pięknie zlewają się z klawiszami tworząc gęstą i nieprzeniknioną ścianę dźwięku.

„The Drowning” to kolejny instrumentalny przerywnik, który emanuje onirycznym nastrojem, pomiędzy marzeniem sennym, a próbą przebudzenia się z koszmaru. 

„Turn Me to Stone” łączy zadziorny riff z upiornym śpiewem i demonicznymi partiami klawiszowymi. Maniera wokalna może kojarzyć się Kingiem Diamondem – absolutnie nie barwą głosu czy jego możliwościami, ale tym narracyjnym, teatralnym zacięciem. 

Tytułowy „Evil Friendship” zaczyna się spokojnie, mrocznie i niepokojąco, a później przechodzi w rasowy – ich chyba najbardziej heavy metalowy utwór na płycie, z patetyczną manierą wokalną. Subiektywnie w pewnym miejscu kojarzy mi się nawet z Manowar, ale chwilę później gitary uspokajają się i dryfują z improwizacyjną swobodą i lekkością. 

„Rabid” brzmi jak próba wywoływania duchów, partia perkusji ma w sobie coś rytualnego i chorego, a przegłosy w tle brzmią jak urywane oddechy, wskrzeszone przez siły przywołana zza światów. Drżą talerzyki, mimo zamkniętego okna wiatr zaczyna targać firanki, a gęste czarne chmury połykają białą tarczę księżyca, który jeszcze chwilę wcześniej sączył dyskretne światło do naszego pokoju. 

Najdłuższy na płycie, ponad sześciominutowy „Troopers of Death”, przechodzący w instrumentalny „Requiem” rozpoczyna się jak ścieżka filmowa z horroru. Spacerujemy nocą w gęstej mgle wzdłuż ogrodzenia starego cmentarza, przyśpieszamy kroku, ale czujemy, że im szybciej się poruszamy tym szybciej zbliża się do nas „to coś” za naszymi plecami. Wchodzę gitary i wokale z determinacją przywodzącą mi na myśl „Alice in Hell”, debiutancką płytę ANNIHILATOR. A później gitarowe solo na tle budujących klimat klawiszy, wygrane powoli i z rozmysłem, po chwili balansujące na granicy improwizacji i ładnie przechodzące w klawiszowy mroczny motyw. I klasyczne granie na gitarze – przynoszące mi subiektywne wspomnie słynnego rockowego utworu „Hotel California”. Fajny kawałek, którego na pewno nigdy nikt nie puścił w radiu.


DELIVERANCE to niezwykle oryginalny i intrygujący zespół, któremu warto poświęcić trochę uwagi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz