środa, 25 maja 2016

Klasyka norweskiego black metalu

Wiedziałem, że to kiedyś nastąpi! Ta prowokacja była zbyt grubymi nićmi szyta bym, ja -  stary wyga, mógł się na nią nabrać


Dostałem do recenzji płytę zespołu Dagorath, który ponoć pochodzi z Bydgoszczy. Otwieram kopertę – czarna okładka z diabelską ryciną i logiem, którego nie da się rozczytać. Dokładnie tak powinna wyglądać okładka albumu black metalowego - żadnej książeczki, żadnych tekstów, skrajny minimalizm, nasuwający skojarzenia z estetyką black metalowych płyt wydawanych w głębokich latach dziewięćdziesiątych, w czasach gdy ta muzyka była czymś ekstremalnym, niebezpiecznym i tajemniczym. Na odwrocie okładki cztery zdjęcia muzyków, zrobione – a jakże – w lesie. Oczywiście czarno-białe. Niestety żadnych corpsepaintingów, a na dodatek jeden z gości ma kaptur, a drugi krótkie włosy. No tak, nie chcieli przegiąć sukinkoty! Wiedzieli, że wtedy włączy mi się zmysł pająka i zacznę coś podejrzewa... 
Ale nic, patrzę na ostatnią stronę okładki – cztery utwory + cover Gorgoroth. Marszczę czoło i uśmiecham się pod nosem. Wiem, że coś mi tu nie gra. Wpisuję nazwę Dagorath na metal-archives i szukam bydgoskiego zespołu. Oczywiście! Taki zespół nie istnieje! Uśmiecham się pod nosem.
- Mam was gagatki – wyszeptuję przed zaciśnięte zęby i pakuję płytę do odtwarzacza. Naciskam „play”, podkręcam głos. 
Dźwięk, który wypływa z głośników powoduje, że w ciągu kilku sekund temperatura w moim pokoju spada do minus dwudziestu pięciu. Za oknem słońce chowa się za chmurami i robi się ciemno. Mróz maluje na szybie upiorne wzory, a koty które jeszcze chwilę wcześniej baraszkowały w śmietniku po drugiej stronie ulicy zamieniają się w stado wygłodniałych wilków. Widzę jak ich płonące ślepia wpatrują cię moje okno i czuję, że robi mi się nieswojo. Z ust lecą mi obłoki pary, biegnę do wieży, żeby trochę przyciszyć, ale jest już za późno. Pokrętło zamarzło. Z trudem odrywam od niego rękę i rozglądam się gorączkowo po pokoju. Chwytam zwinięty koc leżący na kanapie. Jest sztywny od zimna, ale udaje mi się nim opatulić. Drżę z zimna i z podniecenia.
- Oszukali mnie! Jasne, że Dagorath nie istnieje! - analizuję sytuację. - Ktoś zapragnął skompromitować mojego bloga i przysłał mi do recenzji klasyczny black metalowy album z połowy lat dziewięćdziesiątych. Norwegia, zima, las i ciemność. Muzyka surowa, prosta, melodyjna, ale nie przesłodzona – wokale kąśliwe, brutalne i pełne zaangażowania. Proporcje pomiędzy surowością i brutalnością, a melodią i pięknem wyważone po mistrzowsku. Tak skurwysyny! Chcieliście, żeby moja kompromitacja była spektakularna i ostateczna! Nie, nie wysłaliście mi jakiejś nieznanej płyty nagranej przez trzecioligową hordę z Bułgarii. Dostałem czysty, klasyczny, archetypiczny krążek z norweskim black metalem. Taki, który znają wszyscy! Nawet ci, którzy zaczęli słuchać black metalu w poniedziałek tydzień temu. Przesłuchali dyskografię Darkthrone, Burzum, Gorgoroth, Immortal, Mayhem... a później oczywiście tę płytę – klasyczną, esencjonalną, doskonałą...
No cholera! Rwę włosy z głowy. Kto nagrał ten krążek? - pytam się w myślach gorączkowo. Drżącymi z zimna dłońmi macam się po kieszeniach i znajduję telefon. Chucham na szybkę by coś w niej zobaczyć. Uruchamiam aplikację Shazam i czekam. „Utworu nie znaleziono. Spróbuj ponownie”. I tak klikam bez opamiętania aż do końca płyty. Gdy milknie włączam ją jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz...
Prośba do Was – przesłuchajcie ten album i pomóżcie mi ustalić zespół, który jest autorem tego klasycznego, świetnego krążka. A do dowcipnisiów, którzy mi ten krążek wysłali: może i wyglądam na fana kurwa Bajmu, ale norweski black metal to ja mam we krwi, więc nie ze mną takie numery robaczki... ;) Swoją drogą – pierwszorzędny to krążek i cholernie miło jest go sobie po latach odświeżyć. Szkoda, że dziś już nie gra się tak świetnej muzy! Do Bydgoszy na koncert takiego Dagorath bym pojechał!
...oczywiście gdyby taki zespół rzeczywiście istniał...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz