wtorek, 17 maja 2016

MERCYFUL FATE: Po drugiej stronie lustra

Kocham całą dyskografię MERCYFUL FATE, ale gdybym miał wybrać tylko jedną płytę to pewnie wskazałbym na „Don't Break the Oath”. Gdybym miał wskazać najważniejsze płyt mojego życia to tego albumu również nie mogłoby wśród nich zabraknąć


Na początku lat dziewięćdziesiątych byłem odcięty od świata jak Robinson na swojej wyspie. Brak internetu był rzeczą normalną, ale brak anteny satelitarnej i magnetowidu już niekoniecznie. Pewnie dlatego nigdy nie przywiązałem się do żadnych teledysków, a Headbangers Ball nie miał dla mnie szczególnej wartości poznawczej.

Przewijany Król

Pewnego razu jednak kumpel zaprosił mnie do siebie na oglądanie teledysków, które znajomy zgrał mu na kasetę, właśnie z Headbangers Ball. Obraz nie najlepszej jakości, dźwięk jeszcze gorszy, ale siedzieliśmy przed telewizorem i z wypiekami na twarzy chłonęliśmy zarówno utwory, które znaliśmy się z kaset, jak i te zupełnie nowe. Kreator, Suicidal Tendencies, Anthrax, Nuclear Assault, Seupultura, D.R.I. i...
- Co to za gówno? - zapytałem na widok gościa z pomalowaną twarzą, który wył takim głosem jakby go wykastrowano. 
- O rany, to jakiś koszmar – przyznał kolega, chwycił pilota i szybko przewinął „koszmarny teledysk żenującego zespołu”. Obaj zgodnie określiliśmy preferencję seksualną „przewiniętego artysty” jako odmienną i za każdym razem gdy wracaliśmy do kasety z teledyskami, traktowaliśmy go przyciskiem przewijania.
To było moje pierwsze spotkanie z Kingiem Diamondem. Jako młody człowiek parłem ku muzyce coraz szybszej, brutalniejszej i bardziej ekstremalnej, a tu natrafiam na faceta, który zamiast krzyczeć, growlować i wypluwać sobie flaki do mikrofonu, śpiewa wysokim głosem modelując go w taki sposób jakby był śpiewaczką operową. Do tego słabe gitary, bez ciężkich chłostających riffów. No i ten image: farba na twarzy, kapelusz na głowie, jakieś historyjki o duchach. Poważnemu dwunastolatkowi to nie mogło się spodobać. I pewnie na tym moja przygoda z Diamondem by się skończyła, bo nie wyobrażałem sobie bym mógł z własnej woli kiedykolwiek do niego powrócić. Ale on na to nie czekał, przyszedł do mnie we śnie.

Po drugiej stronie lustra

Kilka lat później pewnego wieczoru chciałem wypróbować nową karimatę i położyłem się spać na podłodze. Obudziłem się wcześnie rano, za oknem była jeszcze szarówka. Próbowałem zamknąć oczy i jeszcze trochę pospać, ale było mi niewygodnie i nie mogłem znaleźć dla siebie pozycji, która by sprzyjała zaśnięciu. Przez moment zastanawiałem się czy nie przenieść się do łóżka, ale że nie czułem nawet odrobiny znużenia ostatecznie wstałem i poszedłem do łazienki. Czułem jakiś dziwny metaliczny smak w ustach. Wziąłem do ręki szczoteczkę, wycisnąłem na nią trochę pasty i zacząłem myć zęby. Gdy skończyłem zaczerpnąłem obiema dłońmi wodę by przepłukać nią usta. Gdy wyplułem ją do umywalki zobaczyłem krew. Nie jakieś drobinki krwi ze zranionego dziąsła, ale gęstą ciemną krew, która obficie wyleciała mi ust. Przerażony spojrzałem w lustro i zobaczyłem w nim twarz... Kinga Diamonda. Umalowany, w kapeluszu, patrzył na mnie spokojnie, a ja nie bardzo wiedziałem czy on istnieje po drugiej stronie lustra, czy to ja stałem się nim. Ten widok jednak mnie ani nie zdziwił, ani nie przestraszył – przyjąłem go z jakąś dziwną fascynacją i tęsknotą za czymś odległym, ale jednocześnie bardzo bliskim.
Otworzyłem oczy, obudził mnie odgłos dzwoniącego zegarka. Usiadłem na podłodze, po czym szybko wstałem i otworzyłem drzwi do szafy, na których było lustro. I znów byłem nim. Znów ten kapelusz i upiorny makijaż. Pamiętam, że tego ranka gdy rzeczywiście już udało mi się obudzić spisałem ten sen w formie jakiegoś takiego niby wiesza, a gdy po szkole szedłem do pobliskiej knajpki, w której często przesiadywaliśmy, dostrzegłem w kiosku kasetę „Conspiracy”. Przyszła mi niedorzeczna myśl, żeby ją kupić – ale po pierwsze nie miałem pieniędzy, a po drugie szybko wróciło traumatyczne wspomnienie teledysku i uznałem, że szczytem absurdu byłoby kupić kasetę gościa, którego nie cierpię, tylko dlatego, że mi się przyśnił. 

Miłość na zawsze

Jednak w tym śnie coś mnie tknęło, coś ukąsiło i zaczęło swędzieć. Gdy kilka dni później podczas wycieczki klasowej w Zakopanem wszedłem do sklepu muzycznego to pierwszą kasetę, o którą poprosiłem była „Don't Break the Oath” MERCYFUL FATE.
Nigdy nie zapomnę tego uczucia, gdy w pociągu po raz pierwszy ją włączyłem i zaczął się „A Dangerous Meeting”. Diamond już nie był śmieszny i pokraczny. Jego głos brzmiał demonicznie i złowrogo, to był głos szaleńca, czarnoksiężnika, władcy światła i ciemności, a sama muzyka roztaczała tak tajemniczą aurę, że aż drżały mi nogi w kolanach, a na plecach czułem zimne dreszcze. Przez najbliższe kilka dni nie wyjąłem tej kasety z walkmana, a późnej powracałem do niej jeszcze setki, jeśli nie tysiące razy. Zaczęła się wielka fascynacja Mercyful Fate, a następnie solową twórczością Kinga Diamonda. Miałem w szkole koleżankę, która była całkowicie zajarana Diamondem – pożyczyła mi do przegrania wszystkie swoje kasety, pokserowałem sobie także teksty wraz z tłumaczeniami, które miała pospisywane na zeszytowych kartkach. Wsiąkłem w ten klimat bez opamiętania i na zawsze.
Zarówno do Mercyful Fate jak i Kinga Diamonda wracam regularnie i absolutnie nie mam wrażenia by ta muzyka się dezaktualizowała. Wręcz przeciwnie – im starsza tym jej siła rażenie jest coraz bardziej zniewalająca. Pamiętam, że jeszcze w latach dziewięćdziesiątych dość krytycznie podchodziłem do tych późniejszych płyt Mercyful Fate. Dziś kocham je całym sercem – może nie aż tak jak pierwsze dwie, ale uważam, że to heavy metal absolutnie najwyższych lotów, który właściwie nie ma żadnej konkurencji.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz